**
w zielonej komnacie
labirynty snów
w jej rogach pajęczyny marzeń
tykanie zegara
otwiera drzwi
do nieprzechodniego serca
pełnego zardzewiałych wspomnień
współczesna twórczość literacka w świetle historii
Mówią o mnie małe światełko
czy dlatego, że jestem delikatny?
a może dlatego ze odbijam blaskiem
i ze drżę przy lekkim wietrze.
Ach gdybym był dużym światłem
myślę sobie że nie drżałbym , świeciłbym mocniej
czy wtedy też mógłbym być delikatny jak mgła?
czy ja się boję?
Mam siłę żeby świecić jaśniej
czy jestem słaby?
Czy strach który tkwi we mnie
przesłania mi cały świat?
lecz to wcale nie znaczy,
że mimo ze jestem mały
nie potrafię świecić mocno i jasno
Nutki deszczowe
Melodię wygrywały –
Na parasolu
Rajski trójkąt
Ernest Hemingway to dla mnie przede wszystkim autor „Starego człowieka i morze” oraz „Pożegnania z bronią”. Po pozostałe sięgam bardziej z obowiązku wobec pisarza niż fascynacji jego twórczością. Kiedy w moje ręce wpadł „Rajski ogród” postanowiłam niezwłocznie przeczytać. Według swego zwyczaju dopiero po przeczytaniu tekstu, zapoznałam się z wiadomościami na jego temat.
Ukazał się w roku 1986, długo po śmierci autora. Krytycy piszą, że jest nieukończony, że autor ciekawie naszkicował postacie głównych bohaterów, ale nie ukończył, z sobie znanych powodów, prezentacji ich losów.
Jak dla mnie tekst jest pełny, ukończony, zamknięty…. To znaczy otwarty. Bo „Rajski ogród” to nie opowieść kryminalna, która musi mieć akcję, fabułę i zaskakująca rozwiązanie. Nie jest też sagą o losach człowieka i jego otoczenia. Jest tekstem psychologicznym, pozwalającym analizować zachowanie postaci, ich motywację i działania. A jako takowy zakończenie ma w każdej chwili. Zakończenie, które może być również początkiem. Stąd też moja opinia o otwartym zakończeniu. Tu wszystko może się zdarzyć. Czy musimy koniecznie o tym wiedzieć? Wszystko w rękach, głowach i psychice czytelnika. Ktoś uśmierci bohatera (bohaterów?), bo jak długo można żyć tak jak żyje (żyją?). Ktoś wybierze jedną z bohaterek. Ktoś każe facetowi uciec do takiej Ameryki.
Opowieść o trójkącie małżeńskim, bo o tym jest ta książka, zawsze stwarza różne możliwości finału. Z reguły każde jest złe, bo zawsze kogoś ktoś krzywdzi. Ale skoro mamy tu do czynienia z życiem trójki ludzi wbrew ogólnie przyjętym zasadom, jak interpretować tytuł?
Właśnie to zaintrygowało mnie najbardziej. Początkowo owszem, życie młodej pary wydaje się rzeczywiście życiem w rajskim ogrodzie. Jest miłość, są czułe słówka, wzajemnie przywiązanie, patrzenie w oczy. Otoczenie też sprzyja młodym. Słowem wszystko, co na początku każdej miłości, każdego małżeństwa jest obecne. Kiedy pojawia się ta trzecia, to wszystko nadal istnieje. Moglibyśmy się spodziewać awantur, ostrej wymiany słów, wyrzutów na przykład sumienia. A tu praktycznie nic się nie zmienia. Czyżby to był właśnie rajski ogród?
Książka Hemingway’a jest o miłości, o związku kobiety i mężczyzny, potem kobiet i faceta. Jest spokojna, chwilami może wydawać się nudna, ale takie cechy mają właśnie powieści psychologiczne. Niedawno po raz trzeci obejrzałam film „Piknik pod Wiszącą Skałą” Petera Weir’a. Widz nawet po kilkakrotnym obejrzeniu nie będzie wiedział, o co autorowi w filmie chodziło, jeśli będzie traktował film jako tzw. normalną opowieść. Ten film też psychologiczny, otwarty na każda interpretację i każe zakończenie. „Rajski ogród” też taki jest. Nie potrzebuje owego zakończenia, którego mu Hemingway nie dał.
A może właśnie takie miało być? W sumie jednak…. To nie ten Hemingway, którego lubię….
Żyłam sobie w PRL – u (23)
1980 (5)
Bez piwa w plecaku (2)
Drugie wydarzenie miało charakter ideologiczny.
Była sobota. Pytam więc swoich uczniów, których dobrze znam, czy mają w planach niedzielną wizytę w kościele. Reakcje różne, od euforii po ciężkie westchnienia typu „a muszę?”.
– Jeśli ktoś chce, to pójdzie z jednym z nas. Reszta zostanie z drugą osobą.
Nazajutrz okazało się, że pójdą wszyscy. Okazało się również, że każdy miał w plecaku wizytową bluzkę lub koszulę. Każdy, z wyjątkiem mnie i i Roberta. Ustawiliśmy się zatem w szereg, jak podczas marszu po szosie. Ja na przodzie, za mną najsłabsi, najsilniejsi na końcu. Pochód zamykał Robert.
Doszliśmy do kościoła. Byliśmy na mszy. Wyszliśmy. Wieczorem okazało się, że dokonaliśmy bohaterskiego czynu.
W niewielkiej miejscowości z kościołem i schroniskiem młodzieżowym bywało wiele obozów wędrownych. Żaden jednak przepisowym szeregiem nie poszedł do kościoła.
– A jak mieliśmy iść? We wsi nie ma chodników. Szliśmy jak po szosie – wzruszył ramionami Robert rozmawiający z jednym z mieszkańców.
– Ale nie o to chodzi – próbował nam wytłumaczyć mężczyzna – Wy tak oficjalnie zaprowadziliście dzieci do kościoła! Nie boicie się?
Czego? – chciałam zapytać. Ale tylko wzruszyłam ramionami.
Ani ja, ani Robert nigdy nie zetknęliśmy się z zakazem wstępu do kościoła, który ponoć obowiązywał od owego 1944 roku.
W każdym razie nie spotkały nas żadne konsekwencje, nikt nas nie zamordował.
Dziwne to były czasy….
I tak sobie pochodziliśmy po tej ziemi rzeszowskiej, i nikomu się nic nie stało, i nikt z głodu nie umarł, mimo iż był to sławetny rok 1980.
W końcu zapakowaliśmy dzieciaki w nocny pociąg relacji Rzeszów – Warszawa Wschodnia i ruszyliśmy w drogę powrotną. Była to noc z 24/25 sierpnia.
I co, myślicie, że coś się w pociągu stało? Nic moi drodzy, nic. Pół nocy na korytarzu czuwałam ja patrząc w drzwi przedziałów zajętych przez nasze dzieci, pół nocy, a właściwie część i cały świt na niewielkim „siedzeniu” przesiedział Robert. Tłoku nie było, wszak pociąg nie jechał nad morze, ani znad morza. Taka sobie prowincjonalna trasa.
W Warszawie szybko uformowaliśmy dwuszereg i w miarę szybko chodnikiem ulicy Targowej przemieściliśmy się na dworzec Warszawa Wileńska. Oczywiście mieliśmy oczy dookoła głowy, bo Warszawa, bo tłum, bo duży ruch, a uczniów też dużo. Potem wsiedliśmy do pociągu chyba do Białegostoku, który dowiózł nas do Śniadowa.
To była kiedyś bardzo ważna stacja kolejowa. Tu krzyżowały się tory z Białegostoku, Ostrołęki i Łomży. Takie centrum przesiadkowe na miarę Polski B.
W dalszą trasę ruszyliśmy autobusem marki „ogórek” czyli Jelcz 043 z jakiegoś lokalnego PKS. Trasa do Łomży wiodła przez miejscowości objęte rejonem mojej szkoły. Kierowca, facet uprzejmy i usłużny, zatrzymywała się niekoniecznie na przystankach, czasami stawał przy drodze prowadzącej do wsi ukrytej trzy kilometry za lasem, w której zamieszkiwał nasz uczeń. Młody człowiek wysiadał, machał na pożegnanie reszcie i ruszał do domu.
Dziś za coś takiego nauczycielom grozi kryminał. Wówczas obyło się bez kajdanek i aresztu śledczego.
Do Łomży dojechaliśmy tylko we dwójkę. Pomachaliśmy sobie rękami i udaliśmy się do naszych domostw.
Na trzecie piętro wtoczyłam się resztką sił. Zadzwoniłam. W sumie miałam szczęście. Rodzice pracowali na drugą zmianę i zastałam ich w domu.
Od razu coś mi się rzuciło w oczy. Coś było nie tak.
– Gdzie dzieci? – zapytała drżącym głosem mama.
– Dzień dobry. Wróciłam – odrzekłam sarkastycznie.
Mama nie odpuszczała:
– Gdzie dzieci?
– Jak to gdzie, każde w swoim domu. Wysiadały po drodze, jak jechaliśmy ze Śniadowa autobusem. Zmęczona jestem, cała noc w pociągu… – próbowałam zainteresować rodzinę swoją osobą powracającą z Rzeszowszczyzny.
Do dziwnej wymiany zdań dołączył tato:
– Nikomu się nic nie stało?
Wzruszyłam ramionami. A co się niby miało stać? Ja i Robert jesteśmy odpowiedzialnymi ludźmi, mimo że jeszcze młodzi i na dodatek zakochani.
– Jeść mi się chce. A tak w ogóle to o co chodzi?
Zanim dostałam herbatę i kanapkę ( i wcale nie z octem) wysłuchałam opowieści o strajkach na Wybrzeżu. Nie, nie było żadnej euforii w moim domu. Był strach. Czego bali się moi rodzice, nie wiem. Ja nie bałam się niczego, bo do wkroczenia do domu w samo południe 25 sierpnia nie miałam pojęcia o niczym.
Przez dwa tygodnie wędrowałam po oddalonej o blisko 500 km części jeszcze ludowej Ojczyzny. Troszczyłam się o małolaty. Zwiedzałam pałac w Łańcucie. W wolnych chwilach kochałam się z Robertem.
Jaki strajk? Gdzie Wybrzeże, gdzie Przeworsk, Szklary, Dynów?
– I nic nie wiedzieliście? I jak szliście przez Warszawę to też nic nie widzieliście? Mówią, że w Warszawie strajkują tramwaje… – dopytywał się ojciec.
– Nic nie wiedzieliśmy.
I bardzo dobrze się stało, że nie wiedzieliśmy, bo wsadzilibyśmy dzieciaki do pociągu i szybko wrócilibyśmy do domu. Małolaty nie zobaczyłyby siedziby Potockich – pomyślałam.
– A w Warszawie to widzieliśmy jedynie ulicę Targową, bo przemieszczaliśmy się ze Wschodniego na Wileński. Pilnowaliśmy dzieci, a nie przyglądaliśmy się tramwajom.
Mama przyznała mi rację.
Dalej wszystko potoczyło się szybko. Rodzice nadal chodzili do pracy, bo jakoś ich zakłady w sierpniu nie strajkowały. Relację z podpisania porozumień sierpniowych oglądaliśmy w normalnej telewizji (porządnego radia nadal nie mieliśmy). Potem rozpoczął się rok szkolny. Uczniowie wspominali obóz wędrowny. A ich pani definitywnie rozstała się z Robertem.
Umarł socjalizm. Umarła nasza miłość.
Wszak dziwne to były czasy….
Odczuwanie w innym wymiarze - duchowym...
Myślę, że tak. Jest to bardzo możliwe, a jeśli nie wspominać, to nadal odczuwać.
Piękny! Szkoda, że ukryta... Pozdrawiam :)
Król Jarosław to ciężkie połączenie, stąd te problemy.
Lubię Twoją poezję... Pozdrawiam :)
Nie tylko Księżyc nocą zachwyca... :)
Jeden z moich ulubionych 🤍
Dziękuję Pozdrawiam.
Dziękuje. Pozdrawiam.
dapoxetine sildenafil combination dapoxetine sildenafil combination
Pamiętam co mi powiedziałeś nie raz i już mnie nie kręcisz ;/
To smutne ale już mnie nic nie kręci.
Nine, das Genuk. De Sproch ist zu ende.
Nie, nie to miałam na myśli.