Miesięczne Archiwum: maj 2026

Żyłam sobie w PRL- u (25) | wodka 0

Żyłam sobie w PRL- u (25)

Żyłam sobie w PRL – u (25)

1980-1981 (1)

Z papierosem przy secie (1)

Rok szkolny 1980/1981 przebiegł pod znakiem wielu wydarzeń. Nadal panował wszechobecny chaos. Nadal były kłopoty z zakupami. Czasami ktoś strajkował. Czasami jakiś ważny abdykował, a na jego miejsce wskakiwał następny ważny.
W naszej rodzinie też się działo. Politycznie najciekawsze wydarzenie miało miejsce w pewien zimowy wieczór.
Mój ojciec siedział właśnie nad talerzem zupy. W pokoju tym razem to było, bo w nowym bloku kuchnie były za małe na konsumowanie posiłków. Tak więc ojciec konsumował. Mama siedziała na wersalce rozkładanej, ale w dzień złożonej i robiła za sofę. Znaczy się wersalka robiła, bo mama patrzyła w telewizor, w którym coś leciało.
Ze swego pokoju wyszedł brat. Usiadł obok matki.
– Jutro strajkujemy – zakomunikował.
Łyżka w zupie ojca stanęła.
– Dlaczego?
– Bo majster każe nam zapierd…. – kontynuował brat.
– I dlaczego jeszcze? – pytał tato z łyżką pełną zupy w dłoni.
– No, dlatego, nie będziemy zapierd…. wolność jest no nie? Wywieziemy go na taczce i tyle będzie z niego.
Łyżka wylądowała w zupie.
– Czyli dlatego, że nie chce się wam robić, robicie strajk?
Brat wzruszył ramionami:
– No, chyba tak, nie chce nam się zapierd….
Ojciec podniósł głowę znad talerza.
– Słuchaj synu, bo jak ja cię zapied….ę to wagony będziesz kur… rozładowywał, żeby na chleb zarabiać! Ja ci ku… dam strajk! Do roboty jutro!
Po czym ojciec spokojnie pochylił się nad talerzem i dokończył konsumpcję zupy. Z tego co pamiętam, to brat nie strajkował. Być może w innych domach odbyły się podobne rozmowy, w wyniku których strajk z powodu majstra każącego pracować, a nie opierd… się w miejscu pracy, nie odbył się.
To była jedna z rodzinnych potyczek przełomu 80 na 81. Prawdziwa wojna wybuchła później.
Rok 1981 był rokiem wprowadzania kolejnych kartek, co zwało się fachowo reglamentacja towarów.
Ze wszystkim Polak sobie poradził i mimo niewielkiej ilości owego towaru na kartki, w lodówkach było mięso, w szafkach cukier. Na targowiskach, zwanych w części kraju rynkami, zawsze można było dostać kartkowy towar, oczywiście za wyższą cenę. Dziś nazywa się to handlem, wtedy było karaną spekulacją. Kolejki oczywiście do sklepów były. Stało się. Czasami nie wiadomo po co. Każdy towar był towarem do wymiany barterowej. Ja komuś pastę do zębów, ktoś mi pończochy.
My, czyli młodzi ludzie snujący się po mieście, miewaliśmy różne pomysły. Zbiórkę mieliśmy w takiej sobie kawiarni, przy najdalej oddalonym od pozostałych stoliku. Przychodził najpierw jeden i zamawiał herbatę, z cukrem oczywiście. Potem drugi. Też herbata z cukrem. Trzeci krzyczał:
– Czarną z cukrem! – jakby wówczas znane były inne kolory herbat…
A czwarty na pytanie kelnerki:
– Co podać? – z sadystycznym uśmiechem odpowiadał:
– Raz posiedzieć!
I tak przy dwóch herbatach z cukrem mijał wieczór. Wszak nie żarcie ważne, ale towarzystwo.
Kiedyś zauważyliśmy, że stając w okolicach sklepów i polskich narodowych kiosków „Ruchu” wzbudzaliśmy zainteresowanie wśród przechodniów. Wysunęliśmy teorię i postanowiliśmy ją sprawdzić w kilku newralgicznych punktach miasta. Uznaliśmy to za dobrą zabawę w niewielkim i nudnym jak… mieście.
Nasza paczka licząca od pięciu do dziesięciu osób ustawiła się w regularną kolejkę przed sklepem z „drogerią”. Nie rozmawialiśmy ze sobą udając zupełnie obcych sobie ludzi. Po paru minutach za nami ustawiała się podobna, a nawet liczniejsza kolejka. Ludzie pytali:
– A co mają rzucić?
– Chyba papier toaletowy.
– A ja słyszałam, że wodę po goleniu.
– Nie, mydło do golenia.
– Rzuciliby jakieś perfumy, mam urodziny teściowej.
– E tam, perfumy, pasta do zębów mi się kończy.
– To myj pani mydłem.
– Nie mogę. Po mydle w gębie to chce mi się rzygać.
I takie to mniej więcej były Polaków rozmowy w zainicjowanej przez nas kolejce. Kiedy była już odpowiednio liczna, wychodziliśmy z niej słysząc za sobą:
– Ale ta dzisiejsza młodzież niecierpliwa. Nawet w kolejce nie postoi.
Jak długo stały utworzone przez nas kolejki, nigdy nie sprawdzaliśmy. Szybko jednak zrezygnowaliśmy z robienia sztucznych kolejek. Jakoś przestało nas to bawić.
W domu tymczasem atmosfera gęstniała. Dawno nie było żadnej draki, a czas spokoju oznaczał rodzinny stan uśpienia.
Zaczęła się od wódki, to znaczy od kartek na wódkę. Każdy pełnoletni obywatel miał prawo do pół litra czystej na miesiąc. Ale abstynenci mieli prawo do wymiany owej wódy na kawę naturalną, brazylijską. Zabijcie, nie pamiętam, na jaką ilość. W porze wyjątkowo wspólnej kolacji, jedząc szynkę z nielegalnego uboju (o tym później) prowadziliśmy rodzinna dyskusję na temat przydziału kartkowego.
Ojciec oczywiście postawił się w roli opozycji do kartek, tłumacząc młodemu pokoleniu, że w czasie wojny był większy przydział.
– I bardzo dobrze, że teraz jest mniejszy. Niech robotnicy walczą o tę solidarność, a nie piją. W czasie wojny okupant chciał rozpić Polaków, żeby powymierali na choroby poalkoholowe – oznajmiłam tonem nauczycielki z trzyletnim stażem.
Nie, nie, tym razem nikt z rodziny nie skomentował.
– Ja wódki nie potrzebuję. Będę kupowała kawę – rzekła mama.
Tato nie musiał mówić, co kupi. Brat miał dylemat:
– Ja jeszcze nie wiem…. i wóda się przyda i kawa….
– Ale wódka cenniejsza. Da się wymienić na większą ilość towaru – zauważyłam znając już trochę tzw. czarny rynek, czyli spekulację na targowisku.
– Małolaty pić nie powinny! – ostro syknął ojciec.
– Jakie małolaty…. – puknęła się w czoło mama – Pracują, uczą się (to było o mnie, ale co tam, niech brat skorzysta), dokładają do życia (czyli oddają część poborów mamie), a ty im „setki” żałujesz.
Tato nie ustępował:
– Jakiej „setki”? Całego pół litra!
Mama machnęła ręką:
– Bądź choć raz ojcem.
Zaległa twórcza cisza.
– Dobra, niech każdy robi ze swoją kartką co chce – skapitulował ojciec.
Tato poparł wniosek machając ręką:
– Jest jeszcze „Pewex”, „ciotka” i Cyganie.
Co to był „Pewex”, wie chyba każdy z młodego pokolenia – sklepy z luksusowymi towarami za obce waluty, przede wszystkim dolary. Obok dolarów istniały tzw. bony towarowe PeKaO. Oczywiście w Polsce nikt dolarów nie miał. Oficjalnie oczywiście. W rzeczywistości każdy je miał. A jeśli nie miał, to w każdej chwili mógł mieć. Wymianą złotówek na dewizy zajmowali się w Łomży ludzie pochodzenia romskiego, czyli Cyganie. Stali nie przy samym sklepie z luksusami, ale z reguły na placu przy kościele znajdującym się w pobliżu. Przy tym samym, przy którym kiedyś zaplanowaliśmy „sylwka”.
W sumie więc sprawa alkoholu rodziny nie podzieliła. Wszyscy pracowali, zatem jak chcieli się napić, pod kościół, szybka wymiana forsy, do Pewexu i impreza gotowa.
Dobrze, już mówię…. wiem, że chcecie wiedzieć… Wódka w Pewexie była droższa. Ale co tam, jak nie było mięsa, cukru, pończoch czy majtek na dupę to się tego nie kupowało i na procenty było.

foto – internet

❤️
2
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
0

Zegar tyka

Minuta po minucie, zegar tyka, odmierza czas
który znika, odchodzi w zapomnienie

Minuta po minucie, zegar tyka, odmierza czas
na ciężkiej tafli zegara
wyciągniętego z morza
na którym Neptun postawił stopę
Kraken odcisnął ślad

Minuta po minucie zegar tyka, odmierza czas
dochodzi dwunasta

18.05.2026 r.

❤️
3
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
5

Ostatni hotel przed granicą

Spakowane niespełnione obietnice
Marzenia odległe jak najdalszy ląd
Za sobą zostawiam burzę i ogień
Które palą mój własny dom

Obcych rozmów potoki słów
Otaczają dni i noce nieznane
Niepokoju muzyka fałszywych nut
Gdy budzę się znów sam nad ranem

Im dalej przenoszę mój świat
Tym bliżej Ciebie chciałbym być
I każda podróż tylko mówi mi
Bez Ciebie nie umiem już żyć

Oddycham tylko Tobą
Każdy krok w Tobie siłą
Kiedy w myślach trzymasz mnie za rękę
A w drugiej mam do Ciebie miłość

I choć coraz dłuższe drogi
I świat jeszcze bardziej się zmienia
Moje serce bije już tylko dla Ciebie
Od pierwszego Twojego spojrzenia

❤️
4
👍
1
0
💡
1
2
📖
2
Czas na rozrywkę | pok 0

Czas na rozrywkę

Czas na rozrywkę

Nadszedł czas na rozrywkę. To takie coś, co pozwala odetchnąć od spraw codziennych, trudnych i zawiłych. W przypadku literatury jest to tzw. czytadło. Czytadła bywają różne. Najczęściej są to romanse nazywane książkami dla pokojówek. Są też utwory do czytania w środkach komunikacji, zwłaszcza w pociągach. Ich głównym zadaniem jest również tak zwane zwyczajowo – zabicie czasu. Taki pociąg sobie jedzie, już nie stuka, już nie wyje. Jak naród w nim spokojny i nie opowiada przez telefon o spadku po babci, to jest fajnie. Jak gada, czytadłe (czytadłowi?) to nie przeszkadza. W końcu i tak czytelnik o nim zapomni.
Taką pozycją w świecie literatury jest, według mnie oczywiście, „Pokój Trappa” Briana Callisona. Jest to druga pozycja z całego cyklu opowieści o niejakim Edwardzie Trappie. Pierwsza nosi tytuł „Wojna Trappa” i ta druga często się do pierwszej odwołuje. Czy to w czytaniu przeszkadza? Zupełnie nie. Raczej robi za reklamę. Chcesz wiedzieć, co było? Przeczytaj. Chcesz wiedzieć, co będzie jak już przeczytasz część drugą? Sięgnij po trzecią. Typowe działanie marketingowe. W każdym razie ów „Pokój…” jest klasyką literatury rozrywkowej.
Bohaterem jest kapitan, zapewne żeglugi wielkiej, z natury i przyzwyczajenia awanturnik, przemytnik i pirat równocześnie. Przemyca wszystko, co się da i na czym można zarobić, w tym ludzi. Robi to, co chce i jak chce. Jest całkowicie niezależny. Czasami źle się to dla niego kończy, bo takie działania wzbudzają zainteresowanie innej grupy współczesnych przestępców. Terroryści, gangsterzy i oczywiście politycy uważają, że uda im się Trappa przechytrzyć. Zwłaszcza jest taki jeden, który uważa się za mądrzejszego i sprytniejszego.
Trappowi towarzyszy niejaki Gorbals Wullie, postać ze świata humoru. Ale uwaga, czarnego humoru. Facet nigdy się nie śmieje. W sumie my się też nie śmiejemy. Załamujemy jedynie ręce, bo jak to w przypadku czarnego humoru jest, nie wiadomo czy płakać, czy się śmiać.
Mamy zatem rozrywkę na zupełnie przyzwoitym poziomie. Intryga czyli fabuła utworu jest w sumie przewidywalna, chociaż drobne niespodzianki są. Czasami się gubimy kto kogo i dlaczego, ale książeczka niewielka, możemy zawsze przerzucić kilka stron do tyłu i przypomnieć sobie treść.
Wyczytałam, że opowieści o kapitanie Trappie przyniosły autorowi rozpoznawalność i popularność. Może i tak. Nie zaprzeczam. Nie sposób znać autorów wszystkich książek. Opowieść ma dużo pozytywnych ocen. Praktycznie nikt nie przypisuje jej wartości ponadczasowych, psychologicznych czy ambicji bycia wielkim dziełem. Ma charakter rozrywkowy i taki niech pozostanie. Nie doszukujmy się w zabawie wielkich idei.

❤️
3
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
0

żyję najbardziej gdy tonę

Nie pamiętam, kiedy pierwszy raz schowałam się pod szklanym kloszem.

Może wtedy, gdy zrozumiałam, że ludzie częściej kochają wersje mnie, które są łatwe do uniesienia. Ciche. Wygodne. Takie, które nie drżą za mocno i nie patrzą zbyt długo. A może dużo wcześniej? Kiedy jeszcze byłam dzieckiem i nauczyłam się oddychać płytko, żeby nikt nie usłyszał, że we mnie też istnieje ocean.

Ten klosz był piękny. Przezroczysty, chłodny, niemal elegancki. Chronił mnie przed hałasem świata, przed cudzym głodem, przed spojrzeniami, które chciały mieć mnie bardziej niż rozumieć. Z zewnątrz wyglądałam dobrze. Nawet promiennie. Ludzie lubią kobiety, które potrafią cierpieć estetycznie.

Ale pod szkłem wszystko brzmi inaczej.

Muzyka też.

Są noce, kiedy kładę się na podłodze w ciemnym pokoju i pozwalam dźwiękom przepływać przeze mnie jak zimnej wodzie. Bas pulsuje pod skórą, powoli, głęboko, jak obce serce wszyte pod moje żebra. Zamykam oczy i wtedy wraca on.
Nie konkretny. Nie do końca prawdziwy.
Raczej tęsknota ubrana w męski kształt.

Czasem czuję jego dłonie na karku, chociaż nikt mnie nie dotyka. Czasem słyszę oddech między wersami piosenek. Są utwory, które potrafią otworzyć ciało jak list. Powoli. Brutalnie czule.
I wtedy wiem, że samotność nie jest pustką.
Samotność jest obecnością kogoś, kto nigdy nie przyszedł.

Pływam często nocą. W wodzie łatwiej mi być sobą, bo nic nie odbija twarzy wyraźnie. Czarne jeziora są uczciwsze niż lustra. Wchodzę powoli, aż chłód odbiera mi imię. Ramiona zanurzają się pierwsze, potem piersi, brzuch, uda – jakbym oddawała siebie żywiołowi kawałek po kawałku.

Pod wodą wszystko staje się miękkie.

Nawet tęsknota.

Leżę wtedy na plecach i patrzę w niebo. Gwiazdy wyglądają, jakby ktoś porozrzucał dziury w rzeczywistości. Myślę o tym, ile razy próbowałam być kimś mniejszym, żeby zmieścić się w cudzych dłoniach. Ile razy udawałam spokój, kiedy w środku płonęły całe miasta.

A przecież ja kocham życie.

Zachłannie.

Kocham smak czerwonego wina wypitego boso w kuchni o drugiej nad ranem. Kocham moment, kiedy wiatr przykleja mokrą sukienkę do skóry. Kocham zmęczenie po długim marszu, sól na ustach, drżenie mięśni po pływaniu daleko od brzegu. Kocham własne ciało wtedy, kiedy nie jest oglądane. Kiedy istnieje tylko dla mnie, ciężkie od oddechu, rozgrzane, prawdziwe.

Czasem siedzę naga przy otwartym oknie i czuję się jak zwierzę, które nauczyło się mówić ludzkim głosem.

To zabawne, jak bardzo można jednocześnie pragnąć ludzi i chować się przed nimi.

Są dni, kiedy klosz robi się zbyt ciasny. Powietrze pod nim gęstnieje od niewypowiedzianych słów. Wtedy wychodzę z domu i idę przed siebie bez celu. Miasto nocą wygląda jak sen kogoś zmęczonego. Neony rozlewają się po mokrym asfalcie, obcy ludzie mijają mnie jak duchy.

Czasem mam ochotę zatrzymać któregoś z nich i powiedzieć:
„Spójrz, we mnie naprawdę coś żyje.”

Ale milczę.

Bo są rzeczy, których nie da się wypowiedzieć bez utraty ich kształtu.

On też taki jest.

Nie wiem, czy istnieje naprawdę, czy jest tylko miejscem we mnie, do którego jeszcze nie umiem dojść. Może dlatego tęsknię tak mocno nie za człowiekiem, ale za uczuciem bycia rozpoznaną do końca. Bez tłumaczenia. Bez gry.

Bez klosza.

Wyobrażam sobie czasem, że stoi gdzieś na końcu świata i też mnie szuka. Że kiedyś wejdę do zimnej wody, zanurzę się cała, a kiedy wynurzę głowę on tam będzie. Nie po to, żeby mnie uratować. Nigdy tego nie chciałam.

Tylko po to, żeby spojrzeć na mnie tak, jak patrzy noc na ocean.

Bez strachu przed głębią.

Do tego czasu uczę się siebie.

Powoli.

Jak uczy się ciemności po zamknięciu oczu.
Jak uczy się muzyki, która boli dokładnie tam, gdzie trzeba.

Jak uczy się życia, nie mimo ran, ale przez nie.
I może właśnie dlatego jeszcze nie pękłam.
Bo pod tym szklanym kloszem, wśród ciszy, tęsknoty i własnych demonów, wciąż oddycham jak ktoś, kto naprawdę chce żyć.

❤️
5
👍
0
0
💡
1
2
📖
2
3

split levels

kosmos
– mapa wszelaka

tęsknota pełnią
rozmawiamy

obrazy
nad podniebieniem

❤️
7
👍
0
0
💡
0
1
📖
1
1

karuzela drzewa

wybiegając przed jutro
z powrotem w miasteczku
wesołych dni

chcę do ciebie napisać
kiedy jeszcze śpisz

na końcach rozgałęzia się duch
we włosach mamy
papierówki

❤️
3
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
1

akcent

eden kulą
z płaskorzeźb istnienia
tryska słońce

apokryficznym kwiatostanem
spaja z zenitem
dystansu

❤️
3
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
12348