Dzienne archiwum: 6 maja, 2026

0

***

Miłość,
czy nie miłość…

tęsknota została
to chyba była…

❤️
5
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
2

Za rękę lubię trzymać tylko Ciebie

Za siedmioma górami tęsknoty
Na stromym brzegu najdalszego z mórz
Z sercem utkanym myślami o Tobie
Z miłością uplecioną z niespokojnych burz

Mogę przecież pozostać tu nadal sam
A Ty możesz mnie tylko lubić
Ale nie przerwę jedynej mojej drogi
By na Ciebie kiedyś zasłużyć

Wtedy nie wiem kompletnie
Czy gnać do Ciebie na ślepo
Czy kochać Cię wierszem jak dzisiaj
Nawet gdy już będziesz tak strasznie daleko

Mógłbym przecież próbować dla Ciebie
Wszystkie miejsca zdobyć na Ziemi
Może chociaż tak mogę być z Tobą blisko
A może jednak los sam się odmieni

Gdziekolwiek się teraz uśmiechasz
Oddycham każdą wspólną chwilą
Choć nie mogę Cię trzymać nawet za rękę
Oddałbym wszystko za Twoją miłość

❤️
2
👍
0
0
💡
0
0
📖
2
0

Chaos

Zostawiono wam miasta
jak stoły po zbyt długiej uczcie
okruszki błędów
plamy po gniewie

Ulice leżą jak stare blizny
na ciele ziemi
Powietrze ciężkie
od słów, które spadły
jak kamienie do studni

W gardłach
zaczyna rosnąć głos
najpierw mały
jak iskra w popiele
aż w końcu
wybucha wysoko

krzyk
uwalniający bunt.

❤️
4
👍
0
0
💡
0
0
📖
2
Żyłam sobie w PRL - u (19) | rok yrodzaju 1 1 0

Żyłam sobie w PRL – u (19)

Żyłam sobie w PRL – u (19)

1980 (1)

Rok urodzaju

„O roku ów! kto ciebie widział w naszym kraju!
Ciebie lud zowie dotąd rokiem ….. najważniejszych wydarzeń w powojennej Polsce” – zakończenie moje, reszta Mickiewicza.
No, bo taki był rok. Zwany czasami rokiem Wałęsy, rokiem Solidarności, rokiem skoku przez płot…. Jak zwał, tak zwał. Nie da się ukryć. Był ważny.
W moim życiu zaszły kolejne zmiany. Zdałam maturę, nie dostałam się na studia i rozpoczęłam pracę w małej szkole, daleko od szosy. Konkretnie cztery kilometry do najbliższego asfaltu. Po roku trafiłam do innej we wsi, do której asfalt już doprowadzono i cztery razy dziennie docierał tam autobus. Niosłam zatem kaganek oświaty i w sumie źle nie było. Pogorszyło się tuż przed „sylwestrem”…..

W ostatnią niedzielę starego 1979 roku, po mszy dla tzw. młodzieży, stanęliśmy przed kościołem z opuszczonymi głowami. Tragedia. Po prostu normalna rozpacz.

Nasza paczka nie miała gdzie witać Nowego Roku.

Dom każdego z nas zajęty był w „sylwka” przez starych, znaczy się rodziców i za chiny ludowe nie dało się urządzić balangi.
Mimo spotkania przed świątynią, co niektórzy siarczyście klęli.
– Ku…. pod most mamy iść!?
– W sumie pomysł niegłupi. Rozpalimy ognisko….
– Nie pier…. Zwiną nas.
– No i git. Przywitamy nowy rok w ciupie. Będzie ciekawie.
– Może wpadniemy do kościoła… Dla bezdomnych powinien być otwarty.
– Jeszcze nie piłeś, a już ku…. jesteś pijany.
Posypały się inne pomysły, za każdym razem głupsze. Kiedy sytuacja stał się na tyle krytyczna i groziła pomysłem na zbiorowe samobójstwo z powodu braku chaty na balangę, podszedł do nas. On. Jego status był dziwny. Niby należał do naszej paczki, ale od czasu zerwania ze mną sam nie wiedział, jak się ma wobec nas zachować.
Moja wielka miłość – Robert.
– Słuchajcie, ja mam wolną chatę…. – powiedział prawie szeptem.
Wywołało to entuzjazm grupy. Z wyjątkiem mojego. Nie wiem, jaką miałam minę, bo nie widziałam sama siebie. Musiała być nieciekawa, bo kumpel podszedł do mnie i też szepnął:
– No poświeć się dla grupy…
W sumie nie miałam wyjścia i poświęciłam się.
„Sylwek” u Roberta przebiegł w miarę spokojnie. Najważniejsze, że nie było żadnych par i nikt się po kątach nie obściskiwał. Zdarzyło się kilka niekontrolowanych sytuacji, ale to temat na powieść obyczajową, a nie historyczną.
Nowy 1980 rok przywitaliśmy zatem w gronie przyjaciół. Nic nie zapowiadało przewrotu sierpniowego. Nie pojawiła się żadna kometa. Żaden meteoryt nie walnął w trawnik obok bloku. Żaden zmarły nie powstał z mogił znajdujących się na cmentarzu w pobliżu mieszkania Roberta.

I tak spokojnie nadeszła wiosna. Pewnego dnia dyrektorka szkoły poprosiła mnie do gabinetu. Oświadczyła, że naczelne harcerstwo chce, by nasza szkoła zorganizowała obóz wędrowny dla uczniów. Ot, taka atrakcja dla dzieci ze wsi, żeby trochę świata zobaczyły. Pani dyrektor poprosiła, bym sprawę przemyślała, bo jestem młoda, energiczna i taki obóz mogę poprowadzić po drogach i bezdrożach jeszcze wówczas ludowej Ojczyzny.
Kochani, czy wiecie co to takiego był „obóz wędrowny?” Pewnie nie, oj dużo straciliście, dużo…
Polegał oczywiście na wędrowaniu. Wcześniej wybierano jedną z wielu tras umieszczonych w specjalnym przewodniku. Wybór trasy równoznaczny był równocześnie z zaklepaniem noclegów w tzw. schroniskach młodzieżowych, do których zmierzaliśmy. Dostawało się również mapy terenu, przez które przebiegała trasa. Forsę na obóz wykładał organizator, w wypadku mojej szkoły – Związek Harcerstwa Polskiego. Było to – uwaga! – prawie 90% całości kosztów! Uczestnicy dokładali niewiele. Sama uczestniczyłam w takich obozach. Wiedziałam, że to wielka frajda, a dzieciakom ze wsi, co to nawet na wakacje nie jadą do babci na wieś, bo babcia mieszka razem z nimi na wsi, odrobina luksusu się należy.
Problemem okazał się drugi opiekun, który był niezbędny do przeprowadzenia przez kawałek Polski dwudziestki dzieci.
Z mojej szkoły nikt nie miał na to ochoty.
Zaczęłam szukać wśród znajomych. Nic z tego. W końcu poszłam do kumpla, tego, który kazał mi się poświecić dla grupy w noc sylwestrową.
– Poświęć się teraz dla mnie! Masz wakacje, rusz tyłek. Jedziemy.
– W sumie…. – zrobił dziwną minę – ….. czemu nie…
Zabraliśmy się za wybór trasy, załatwianie formalności i zachęcanie młodych do wyjazdu.
W połowie maja kolega zadzwonił do mnie i poprosił o szybkie przybycie. Coś mnie w jego głosie zaniepokoiło. Pobiegłam. W przedpokoju ciężko wzdychając oznajmił:
– Ne mogę jechać z tobą na ten obóz.
Myślałam, że zemdleję. Przecież wszystko jest już gotowe!
– Nie mdlej. Mam zastępstwo.
Otworzył drzwi od swego pokoju. Chciałam zemdleć po raz drugi. Przy oknie stał Robert.

❤️
2
👍
1
0
💡
0
0
📖
0