Kategoria: recenzje książek

Wrażenie | sw 1 0

Wrażenie

Wrażenie

Jakże trudno mi we współczesnej literaturze znaleźć utwór, który wywrze na mnie wrażenie… Tak, wywrze wrażenie. Uważam bowiem, że każda sztuka czy to obraz, czy spektakl, czy film, czy książka musi w pierwszym rzędzie pozostawić mocne wrażenie, przyprawić czytelnika lub widza o drżenie serca. Może to być nawet protest przeciwko dziełu, ale coś musi być. Jak ja nie lubię książek, przy których usypiam… takich nijakich filmów lub przedstawień teatralnych, podczas których zerkam na zegarek…
Tym razem udało mi się trafić na tekst wyjątkowy. Akcji praktycznie nie ma, a jeśli jest to taka krótka, nijaka. Dialogów brak. Trochę opisów. Dużo rozważań i myśli trójki bohaterów. Jest co prawda zagadka, ale jakoś dziwnie ukazana. Utwór zupełnie niewspółczesny. A jednak… Oderwać się od niego nie mogłam… „Święto ognia” Jakuba Mateckiego…
Co tam ja, wyjątkiem nie byłam. Książka ma znakomite recenzje i zupełnie się z nimi zgadzam. Na pewno jest to rzecz wyjątkowa. Dla mnie tym bardziej cenna, iż pracowałam z osobami po porażeniu mózgowym, a taką jest jedna z bohaterek utworu. Pełni tu funkcję wnikliwego obserwatora rzeczywistości. Widzi więcej, czuje więcej. To nic, że nie wszystko potrafi przekazać ludziom wokół siebie. Ci, co są najbliżej, rozumieją. Patrzą na oczy, na nieskładne gesty rąk i rozumieją. Nastka jest dla nich wzorem przetrwania. Łucja tęskni do siostry, kiedy w jej życiu zachodzą zmiany, nie zawsze na lepsze. A Tata ma swoją tajemnicę. Dręczy go, ale zachowuje ją dla siebie. Bo tak trzeba.
„ Święto ognia” to opowieść o trudach życia. Chwilami bywa tragiczna. Chwilami chce się płakać nad losem rodziny. Chwilami pytamy, dlaczego życie jest tak niesprawiedliwe i popycha ludzi do czynów potępianych przez innych. A może ten świat właśnie taki jest i taki być musi, by docenić to, co się akurat w tej chwili ma? Bo tak na sero, to chyba tylko czytelnik wyciera łzę. Bohaterowie tego nie robią. Może Łucja, kiedy cierpi z powodu bólu, uniemożliwiającego jej tańczenie? To są jednak inne łzy.
Z reguły jeśli widzimy osobę niepełnosprawną, budzi się w nas uczucie litości. Większość z nas chce pomagać. I bardzo dobrze. Odruch godny człowieka. Ale nad bohaterami książki Małeckiego nie chcemy się litować. My ich wspieramy, trzymamy za nich kciuki, żeby się powiodło, żeby się udało. Bo oni mają siłę, której należy im zazdrościć.
W sumie, po przeczytaniu, po przemyśleniu, utwór, który pozornie powinien być tragedią, okazuje się tekstem pogodnym, dającym nadzieję na lepsze jutro. Jakże płytkie są czasami powody naszej rozpaczy, naszych łez wobec tego, co rozpaczą być powinno, a jednak nie jest… Zadajemy sobie wówczas pytanie, czy tak może być naprawdę, czy to tylko literacka fikcja? I przy tak postawionych pytaniu już mamy problem…
Pewnie wiecie jaki… Czy życie z człowiekiem niepełnosprawnym zawsze jest pogodne? Ale to już temat na inną książkę….

❤️
1
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Fikcja staje się prawdą | si 0

Fikcja staje się prawdą

Fikcja staje się prawdą

Gdybym przeczytała tę książkę w roku, kiedy się ukazała – 1983 – pomyślałabym, że to surrealistyczna wizja świata i w sumie nie ma w nim realizmu na tamte czasy. Tymczasem przeczytałam ją w XXI wieku i wizja stała się rzeczywistością. Sztuka czyli na przykład literatura, malarstwo potrafi przewidzieć przyszłość i to nie tylko w warstwie technicznej.
„Sieć” autorstwa Paddego Chayefskyego i Sama Hedrina to utwór powstały na bazie scenariusza filmu z 1976 pod tym samym tytułem, który to otrzymał trzy Oscary. Ponoć jest gdzieś dostępny. Nie oglądałam. Książeczka jest niewielka, format kieszonkowy. Ciekawe jest to, iż wstęp do niej napisał Krzysztof Teodor Toeplitz (1933 – 2010), znany i ceniony dziennikarz polski. Wstęp cenny i ważny, wszak pisany w roku polskiego wydania opowieści.
A historia w niej opisana już od początku wzbudza zainteresowanie. Tytułowa sieć to stacje telewizyjne podporządkowane jednej korporacji. Dla najważniejszych członków zarządu korpo liczy się przede wszystkim oglądalność. Za tym idą bowiem pieniądze sponsorów czyli reklamodawców. I oto spada owa oglądalność dziennika telewizyjnego, zwłaszcza jeśli na ekranie pojawia się Howard Beal, mający już pięćdziesiąt osiem lat komentator telewizyjny. Mówiąc językiem współczesnym, Howard staje się nierentowny, a takich osób trzeba się pozbywać. Wszak liczy się ilość widzów przed ekranem… Howard dostaje wymówienie z pracy. Prosi o kilka minut dla siebie, chce na wizji pożegnać się z widzami… „Dokładnie za tydzień w czasie nadawanie tego programu wpakuję sobie kulę w łeb” – mówi. Rusza machina. Zaczyna się loteria. Zabije się na wizji czy nie? Na pewno nie od razu, bo to dopiero siódma strona książki….
Kto nie czytał, zapewne się domyśla. Oglądalność wzrasta. Howard występuje jako prorok nowych czasów. Pozostali dziennikarze dostają wiatr w żagle i rzucają pomysł za pomysłem jak jeszcze ową oglądalność podnieść. A może tak skontaktować się z grupą przestępczą, która nagrywa swe działania, napady? I puścić taki materiał w telewizji? A tak w ogóle to może zrobić z tego serial? Trwa liczenie pieniędzy i widzów. Ci ostatni wierzą w to, co widzą i słyszą w „Dzienniku Telewizyjnym” . Robią to, co narzuca im kilkunastocalowy ekran w domu. Człowiek mówiący w odbiorniku każe krzyczeć: „Krew mnie zalewa! Mam tego dość!”, więc krzyczą.
Skąd my to dziś znamy? Kto dziś narzuca nam swoją wizję, manipuluje nami, każe wierzyć w wizje, które prawdą nie są? A może jednak są?
Zakończenia nie zdradzę. Przeczytajcie, obejrzyjcie. Czy jest szokujące? Może tak, a może nie. W każdym razie pół wieku temu raczej wydawało się niemożliwe. Chociaż… może w USA nie… tam wszystko bywało inaczej, a nasz naród do takie USA tęsknił.
Surrealizm XX wieku stał się normą w XXI wieku.

❤️
0
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Szpieg z Krainy Deszczowców i inni .... | mi 1

Szpieg z Krainy Deszczowców i inni ….

Szpieg z Krainy Deszczowców i inni…

Ponownie wróćmy do czasów dzieciństwa… mojego oczywiście. Kolejna lektura do nadrobienia – Stanisław Pagaczewski „Misja profesora Gąbki”….
Mojemu pokoleniu profesor Gąbka kojarzy się jednoznacznie. Nastąpiło jego porwanie z kraju rządzonego przez króla Kraka. Na ratunek ruszył Smok Wawelski, bo jakże by inaczej mogło być. Towarzyszy mu kucharz Bartolini Bartłomiej. Ich śladem podąża tajemniczy Don Pedro, szpieg z krainy Deszczowców. To wszystko było najpierw w książce, a potem w niezwykle popularnym serialu animowanym pod tym samym tytułem „Porwanie Baltazara Gąbki”. Tu obejrzyjcie sobie … https://www.youtube.com/watch?v=ac_tAL1fpQ8&list=PLk5Hv-PpvUspbrS_xZSz6MlfLb38HtKrQ
Oczywiście serial był w ramach „Dobranocki”. Dorównał popularnością „Bolkowi i Lolkowi”. Niektórzy nawet mówili, na podwórku oczywiście, że jest lepszy. Miał bowiem inną konstrukcję. Każdy odcinek o chłopcach był osobną opowieścią. Natomiast ten ze Smokiem trzymał w napięciu. Był fabularną całością. Wszyscy czekaliśmy na kolejny odcinek, żeby poznać dalsze losy wielkiej wyprawy. W sumie jak w serialach dla dorosłych. Do tego ten wątek kryminalny, czyli porwanie. Emocji było co niemiara.
Oczywiście biegaliśmy do biblioteki po książkę. Czytaliśmy, ale jakoś nikt nie zdradził tajemnicy, jak to się skończy. Kiedy pojawiła się druga książka z naszymi bohaterami, byłam już za stara na takie opowieści. W wieku senioralnym czas jest na wszystko.
„Misja profesora Gąbki” powiela schematy z poprzedniej opowieści. Tym razem profesor rusza na wyprawę mająca na celu badanie mypingów, takich sobie zwierzątek podobnych do piesków. W wyprawie towarzyszą mu oczywiście bohaterowie pierwszej części – Smok i Bartolini. Do tego mamy kilku innych. Ale oczywiście musi być coś kryminalnego… Oto z więzienia ucieka Debiliusz Rudobrody, taki zły facet z Krainy Deszczowców… Co wymyśli? Kogo będzie chciał przechytrzyć?
Oczywiście naszych bohaterów spotyka masa ciekawych przygód w ciekawych miejscach. Kraina Kwitnącego Krokusa, Nasturcja to nowe miejsca na mapie krainy stworzonej przez Pagaczewskiego. Uśmiechamy się, bawimy i trzymamy kciuki za naszych bohaterów.
W trakcie czytania zaległej lektury z dzieciństwa pomyślałam o współczesnych dzieciach, głównie w postaci mego wnuka, który wkrótce rozpocznie naukę w I klasie… Póki co na dobranoc czytają mu opowieści rodzice lub babcia, kiedy akurat usypia go do snu. Są to jednak inne książki niż te z mego dzieciństwa. Już nie bajki i baśnie… Te były kiedyś w przedszkolu. Teraz czytamy pierwszą część przygód „Harrego Pottera”. Wnuk słucha z zainteresowaniem, czeka na dalszy ciąg, znakomicie pamięta fabułę. Ciekawe czy przygody Smoka Wawelskiego w wydaniu Stanisława Pagaczewskiego spodobałyby się mu? Może babcia spróbuje?

❤️
0
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Bez wyboru | tra 0

Bez wyboru

Bez wyboru

Pamiętam ten czas. Autorka słynnego cyklu o Harrym Potterze Joanne Murray Rowling napisała książkę dla dorosłych. Było to w 2012 roku, pięć lat po zakończeniu serii o czarodzieju. Wszyscy czekali na to, co zaprezentuje pisarka starszemu gronu czytelników. Do mnie książka dotarła niedawno. Przeczytałam i przemyślałam. Nie jest to przełomowe dzieło na miarę Harrego, ale daje do myślenia. Zwłaszcza grupie ludzi, których reprezentują bohaterowie.
Akcja powieści toczy się w prowincjonalnym angielskim miasteczku, w którym wszyscy się znają i tradycyjnie powinni wszystko o sobie wiedzieć. Akurat, że jest to angielska mieścina, dla czytelnika rewelacją nie jest. Autorka z tamtych stron, zatem umieszcza wydarzenia z terenu jej znanego. Metaforycznie można przenieść atmosferę Pagford do każdego miasteczka leżącego na tzw. prowincji każdego kraju. Każe państwo prowincję bowiem ma. I niestety, jest ona jaka jest….
Treści oczywiście nie będę opowiadać. W każdym razie wesoło nie jest. Co prawda w reklamie książki mamy zapis, iż pojawia się w niej czarny humor, ale ja jakoś go nie dostrzegłam. Nawet na smutno nic mnie nie rozśmieszyło. Wprost przeciwnie. Przy czytaniu i nieco mocniejszym zaangażowaniu w treść, można łatwo nabawić się epizodów depresyjnych. Sam fakt, iż osią fabularną jest śmierć członka miejskiej rady, sprawia, że od pierwszych stron czujemy się tak jakoś nieswojo.
Tempo wydarzeń jest powolne, nic niedzianie się zajmuje prawie pięćset stron. Potem oczywiście mamy przyspieszenie. Ale zanim do niego dojdziemy musimy przebrnąć przez obraz życia pozornie spokojnego społeczeństwa. A tu nie dzieje się dobrze. Ojciec terroryzuje rodzinę. Drugi choruje psychicznie. Trzeci zresztą też i pada na zawał. Mniejszość narodowa w postaci hinduskiej rodziny wcale nie jest postrzegana przyjaźnie. Dorośli próbują zachować swe słabości dla siebie. Gorzej z nastolatkami. Palą, piją i… Odpuśćmy sobie dokończenie tej myśli. W każdym razie rodzice wydają się nie zdawać sobie sprawy, co ich dzieci robią po wyjściu z domu. Wątek dorastającej młodzieży jest najbardziej wulgarną częścią powieści. Naprawdę tak jest, czy autorka przegina?
W każdym razie powieść nastraja pesymistycznie. Końcowa tragedia ma obudzić senne miasteczko z marazmu, zastoju i egoizmu we własnym domu. W sumie nie wiemy, czy to czyni. Książka się kończy. Nie wieje z niej żadna nuta optymizmu. Jest ogólnie smutno.
Utwór ma różne recenzje, od zachwytu po ostre, negatywne komentarze. Czy jest popularny? Trudno mi powiedzieć. Przypomniałam sobie o nim dopiero, kiedy znalazłam w miejscu pozostawiania przeczytanych książek. Na pewno nie dorównał „Harremu Potterowie i….”. Dowiedziałam się jednak, że nasza Joanna pod pseudonimem „Robert Galbraith” pisuje kryminały. Jak na któryś trafię, przeczytam i dam znać. Może nie są tak nużące jak fragmenty „Trafnego wyboru….”

❤️
0
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Siła eksponatu | po 0

Siła eksponatu

Siła eksponatu

Dziś kolejna seria wydawnicza niezłomnej Krajowej Agencji Wydawniczej, która w dawnych czasach zasypywała nas książkami formatu kieszonkowego. Akurat z tą serią nie czułam się ongiś związana. „Zdarzenia – Sensacje – Zagadki, czyli ”cykl o różnorodnej tematyce, przynoszący informacje o zagadkowych faktach historycznych, politycznych, społecznych…”, jak głosi informacja na przedostatniej stronie książeczki.
„Podstępem i gwałtem” Lecha Chmielewskiego wydano w 1976 roku w nakładzie 60 000 egzemplarzy. Mamy tu osiem tekstów o charakterze historyczno – reporterskim. Każdy to osobna opowieść o losach wybranych eksponatów muzealnych. Oczywiście losach do 1976 roku. Od tamtego czasu nowe fakty, nowe badania o charakterze historycznym mogły nowych wiadomości dostarczyć. I to trzeba właśnie wziąć pod uwagę czytając reportaże. Są mimo tego ciekawe. Reporterski styl, pozornie prosty, wprowadza nas w nastrój opowieści o charakterze sensacyjnym. Wiadomo, sensacja być musi zwłaszcza jeśli ów zabytek liczy sobie setki lat. Czasami jest to materiał kryminalny z czasów zamierzchłej monarchii, polskiej oczywiście. Ma to miejsce w opowieści o mieczu koronacyjnym królów Polski zwanym „Szczerbcem”. Autor wprowadza nas w zawiłości walki o władzę jeszcze w średniowieczu. Potem brniemy przez kolejne losy wyszczerbionego legendarnie ostrza, by wrócić na Wawel.
Odwiedzimy też Zamek Królewski w Warszawie oraz Muzeum Narodowe w Gdańsku. W tym drugim obejrzymy „Sąd ostateczny” Hansa Memlinga. Skąd wziął się w Gdańsku? Ot i historia godna Jacka Sparrowa i piratów, tym razem z Bałtyku. Sporo miejsca zajmują teksty o powrocie do Polski zabytków wywiezionych do Kanady po wybuchu wojny w 1939 roku. Dostarczyli je tam Polacy, by chronić dobra narodowe przed okupantem. Jeśli ktoś jeszcze nie wie, wróciły do kraju dopiero w 1961 roku… Nie, nie o „Bitwie pod Grunwaldem” Matejki autor nie pisze, czasami tylko wspomina. Jest historia chorągwi proroka, czy aby jest prawdziwa oraz pasjonująca opowieść o świętym Franciszku i jego ekstazie, czyli obrazie El Greca znalezionym w prowincjonalnym kościółki w Kosowie Lackim na Podlasiu… I co z tego, że El Grecko namalował blisko sto obrazów z owym sympatycznym świętym? Mamy swój i tyle.
Z serią „Zdarzenia….” w przeszłości nie miałam do czynienia. Wiem, ze stały takie malutkie książeczki na półce w bibliotece, ale jakoś po nie nie sięgałam. Pewnie szkoda, bo rzeczywiście w latach PRL – u były źródłem wiedzy, nie będącej przedmiotem analizy na lekcjach historii. Do tego miały posmak owej sensacji, historycznej zagadki. Mogły pasjonować, zainteresować czytelnika. Warto również zwrócić uwagę na kieszonkowy format książki. W sam raz na długa podróż koleją w dawnych czasach….

❤️
0
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
1
📖
0
Nieboszczyk na wesoło | upio 0

Nieboszczyk na wesoło

Nieboszczyk na wesoło

I ponownie legenda…. Tym razem człowiecza. Któż bowiem nie zna kultowej postaci polskiego kryminału czyli Joanny Chmielewskiej, właściwie Ireny Barbary Kuhn z domu Becker? Pierwszą jej powieścią jest „Klin” wydany w 1964 roku. A potem powieści, opowieści, poradników, tekstów dla młodego czytelnika pojawiło się tak dużo, że nie sposób ich zliczyć. Chmielewską czytano wszędzie i zawsze, a co ciekawe – w bibliotece zawsze było coś jej autorstwa, bo napisała tego, oj napisała. Też należę do grona osób, które wchłaniały je książki jedna za drugą. Z tego też powodu nie pamiętam, czy czytałam „Upiorny legat”, napisany w 1977 roku. Kiedy w moje ręce wpadł rozsypujący się egzemplarz z 1989 roku, postanowiłam przeczytać. Może po raz drugi, może po raz pierwszy.
Wiedziałam czego się spodziewać. Będzie wesoło, chociaż pojawi się nieboszczyk. Wszystko będzie zagmatwane, chociaż na końcu okaże się proste.
Po przeczytaniu uczucia mam mieszane. Wszystko rzeczywiście było jak miało być. Na początku trup i zupełnie nie wiadomo dlaczego ktoś go ukatrupił. Potem żmudne śledztwo skupione wokół narratorki, która też nie kuma w czym rzecz i dlaczego jest inwigilowana przez wszystko i wszystkich dookoła. Pojawia się też wątek filatelistyczny. W tym miejscu naszła mnie chwila zadumy. Ach te znaczki…. Kiedyś było to hobby prawie każdego dziecka. Też miałam album ze znaczkami, pincetę do ich wyciągania z foliowych ścieżek, też wymieniałam się z kolegami… Dorośli też się tak bawili i ponoć był to niezły biznes. Znaczki miały swoją wartość. Były sklepy filatelistyczne, spotkania kolekcjonerów. Jak jest dzisiaj – nie wiem. Znaczki bowiem przechodzą w stan muzealny. Tak sobie myślę, że moje prawnuki będą je właśnie tam oglądać, a pani przewodniczka powie: „Ongiś nalepiano je na koperty, żeby był dowód, iż przesyłka została opłacona…”.
Intryga, jak to bywa u Chmielewskiej, gmatwa się. Czasami rzeczywiście śmieszy. Ale… Właśnie coś mi tu nie gra. W tej książce nie gra. Czy czegoś brakuje, czy jest za mało. Nie wiem. Może to ja się postarzałam i patrzę na tego typu literaturę inaczej niż ongiś było. W każdym razie ani mnie nie śmieszy, ani nie bawi. Owszem, brnę do końca, który wcale mnie nie zaskakuje. Czytam opinie o utworze. Są różne. Kiedyś były zachwyty, teraz różnie to bywa. Czyżby teksty Chmielewskiej się zestarzały?
Dopiero z tych opinii dowiaduję się, iż na motywach tej powieści zakręcono film pt. „Skradziona kolekcja”. Teraz jestem prawie w szoku. Film ma się do literatury jak piernik do wiatraka, jedno i drugie pochodzi z planety Ziemia. Film oczywiście znam, ale jakoś nie powiązałam tematyki, ponoć wspólnej, obu wytworów ludzkiej działalności.
Cóż, pewnie jeszcze nie raz trafię na utwory polskiej pisarki. Zapewne je przeczytam. Kojarzą się przecież z czasami, kiedy człowiek był piękny i młody. Teraz tylko krytyczny pozostał.

❤️
1
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
1
📖
0
Była sobie kobra | ko 0

Była sobie kobra

Była sobie kobra

Nie, od razu mówię, że nie chodzi o kobrę królewską, która ukąsiła Chucka Norrisa i po pięciu dniach męczarni – zmarła. Słowo „kobra” nam, Polakom oczywiście kojarzy się z nazwiskiem wielkiego aktora, ale również z legendarnym cyklem telewizyjnym. „Datę 6 lutego 1956 (poniedziałek) i tytuł „Zatrute litery” według powieści Agathy Christie w reżyserii Adama Hanuszkiewicza przyjęto jako symboliczne narodziny cyklu. Był to spektakl nadawany na żywo i nie zachowały się żadne zdjęcia archiwalne” – podaje Wikipedia. Polacy oglądali spektakle nadawane później we czwartki do roku 1993. Był to prawdziwy fenomen polskiej telewizji. W czasie emisji pustoszały ulice. Całe rodziny siadały przez telewizorami i zgadywały, kto zabił. Bo trup w „kobrach” był obowiązkowy. A najlepiej kilka. Oczywiście początkowo wszystko co telewizyjne „szło” na żywo. Bez efektów specjalnych, bez poprawek, jak w prawdziwym teatrze.
O takiej właśnie „kobrze” opowiada Kazimierz Koźniewski w swej powieści „Dwie kobry”. Oczywiście jest to kryminał, wydany w roku 1978 w nakładzie 100.000 (słownie – sto tysięcy egzemplarzy) przez Krajową Agencję Wydawniczą, specjalizującą się w wydawaniu kryminałów w wersji kieszonkowej.
Omawiany „kryminał” w pewnym sensie łamie schemat tradycyjnej opowieści tego typu w stylu PRL-u. Oczywiście jest trup, jest zbrodnia, jest narzędzie zbrodni i facet, który szuka przestępcy. Tyle tylko, że wszystko dzieje się na oczach telewizyjnych widzów. Od samego więc początku rodzi się pytanie – przedstawienie to czy rzeczywistość?
Oczywiście nie odpowiem na to pytanie, bo wtedy czytanie owego „kryminału” nie miałoby sensu. W każdym razie pomysł doceniam. Jak z realizacją? I tu już mam parę uwag.
Zastanawiam się, czy w roku wydania książki pokazywano jeszcze spektakle „na żywo”. W zakamarkach pamięci odkryłam słowo „telerecording” czyli zapis na taśmie przed epoką magnetowidów. Nawet panią Loskę lub panią Wojtczak pamiętam jak mówiły, że przedstawienie zostanie odtworzone z owego tele. Na ten temat niech się wypowiedzą historycy.
Jeśli, w treści tekstu oczywiście, ktoś chciał ludzi nabrać, to wydaje mi się, że trochę się przeliczył. Kto by tam się dał nabrać? Ale… zaraz… to mówię ja, człowiek z XXI wieku! Kiedyś ludzie w stosunku do telewizora, nadającego na żywo, odnosili się prawie jak mój piesek, który w chwili zniknięcia Szarika z ekranu, szukał go za telewizorem.
Sama intryga kryminalna według mnie jest zbyt rozwlekła, a opisy osób śledzących ją przed ekranem, zbyt naiwne. Niestety.
Tak więc, chociaż pomysł dobry, realizacja taka sobie. Czytało się lepsze zbrodnicze opowieści rodem z PRL – u.

❤️
0
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Ach, ten Złocisty.... | zl 0

Ach, ten Złocisty….

Ach, ten Złocisty…

Chyba nie ma osoby z mego pokolenia i tego tuż za mną, która by nie wiedziała, kim był lub nie był „Złocisty”. Wiedzą również kto go zamierzył i zdemaskował. Wiadomo, pierwszy milicjant PRL – u porucznik Sławomir Borewicz, bohater kultowego serialu „07 zgłoś się”. Odcinki tego serialu powstawały na bazie często pomawianych przeze mnie „kryminałów” z serii „Labirynt”, „Jamnik” czy „Ewa wzywa 07”. Tym razem mamy adaptację książki „labiryntowej” Anny Kłodzińskiej „Złocisty przegrywa”.
Oczywiście treści zdradzać nie będę, wielu ją zna, a kto nie zna i będzie chciał poznać, niech poszuka. Tak, wiem. Tytuł zdradza zakończenie. Ale to nic strasznego. Wiadomo przecież, że „kryminał” musi się skończyć rozwiązaniem intrygi. „Złocisty” w oryginale czyli w opowieści Kłodzińskiej różni się w wielu elementach owej intrygi. Jasne, że nie ma porucznika Borewicza, bo ten jest tylko w serialu. Są inne postacie, niektóre wyglądem przypominają serialowe lub odwrotnie – serialowe przypominają te książkowe. Jako ciekawostkę można uznać, iż jedna z bohaterek nosi nazwisko „Dolecka”. Pani o tymże nazwisku pojawia się w odcinku pt. „Hieny” na podstawie opowiadania „Stabilne życie Roberta K.” autorstwa Andrzeja Gerłowskiego. Jak widać realizatorzy serialu biegli sobie po ówczesnych tekstach o charakterze „przestępczym”.
W każdym razie powieść Kłodzińskiej to dokument obyczajowości dawnych czasów zwanych PRL – em. Ludzie namiętnie kupują towary w opakowaniu z „zagranicznym” napisem wierząc, że wyprodukowano ją na „zgniłym Zachodzie”. Skupują złoto od podejrzanych typów nie licząc się z tym, że może coś w środku sztabki, zwanej tu „klockiem”, jest nie tak. Lodówki wędrują z jednej ciężarówki do drugiej. Ta druga jedzie do wybranych klientów i zostaje sprzedana po oczywiście zawyżonej cenie. Ktoś chce zwiać z majątkiem w szkatułce za granicę. Ktoś uprawia truskawki. A wszyscy spotykają się na podejrzanym bazarze. Oczywiście czasami współczesny czytelnik uśmiechnie się pod nosem komentując: „Co za czasy!”. Były takie, oj były. Oczywiście morderstwa też były, ale od czego była dzielna milicja. Przestępca zawsze poniósł zasłużoną karę, przynajmniej w powieści.
Kryminały zawsze były i są nadal chętnie czytane. Te z lat minionych różnią się bardzo od współczesnych. Cóż, każda epoka ma swoje wzorce, ideały i sposoby na życie. Warto jednak pochylić się czasami nad starymi. Są one bowiem dokumentem epoki, w której powstawały. Inna, bardziej ambitna literatura owszem opisywała rzeczywistość, stąd jej nazwa – obyczajowa. Ale dopiero „kryminał” oddawał jej klimat. Czasami się zastanawiam… gdyby w czasach Bolesława Prusa „kryminał” był tak popularny jak sto lat później, nasz mistrz prozy obyczajowej napisały „Lalkę” właśnie jako powieść sensacyjną? A może ja spróbuję? Wyobraźmy sobie, że Wysocki nie ratuje Wokulskiego, ten ginie pod kołami pociągu na trasie kolei wiedeńskiej. Rozpoczyna się śledztwo…

❤️
0
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
1 – 2 – 3 – 4 – 18 –