Kategoria: dzienniki

0

żyję najbardziej gdy tonę

Nie pamiętam, kiedy pierwszy raz schowałam się pod szklanym kloszem.

Może wtedy, gdy zrozumiałam, że ludzie częściej kochają wersje mnie, które są łatwe do uniesienia. Ciche. Wygodne. Takie, które nie drżą za mocno i nie patrzą zbyt długo. A może dużo wcześniej? Kiedy jeszcze byłam dzieckiem i nauczyłam się oddychać płytko, żeby nikt nie usłyszał, że we mnie też istnieje ocean.

Ten klosz był piękny. Przezroczysty, chłodny, niemal elegancki. Chronił mnie przed hałasem świata, przed cudzym głodem, przed spojrzeniami, które chciały mieć mnie bardziej niż rozumieć. Z zewnątrz wyglądałam dobrze. Nawet promiennie. Ludzie lubią kobiety, które potrafią cierpieć estetycznie.

Ale pod szkłem wszystko brzmi inaczej.

Muzyka też.

Są noce, kiedy kładę się na podłodze w ciemnym pokoju i pozwalam dźwiękom przepływać przeze mnie jak zimnej wodzie. Bas pulsuje pod skórą, powoli, głęboko, jak obce serce wszyte pod moje żebra. Zamykam oczy i wtedy wraca on.
Nie konkretny. Nie do końca prawdziwy.
Raczej tęsknota ubrana w męski kształt.

Czasem czuję jego dłonie na karku, chociaż nikt mnie nie dotyka. Czasem słyszę oddech między wersami piosenek. Są utwory, które potrafią otworzyć ciało jak list. Powoli. Brutalnie czule.
I wtedy wiem, że samotność nie jest pustką.
Samotność jest obecnością kogoś, kto nigdy nie przyszedł.

Pływam często nocą. W wodzie łatwiej mi być sobą, bo nic nie odbija twarzy wyraźnie. Czarne jeziora są uczciwsze niż lustra. Wchodzę powoli, aż chłód odbiera mi imię. Ramiona zanurzają się pierwsze, potem piersi, brzuch, uda – jakbym oddawała siebie żywiołowi kawałek po kawałku.

Pod wodą wszystko staje się miękkie.

Nawet tęsknota.

Leżę wtedy na plecach i patrzę w niebo. Gwiazdy wyglądają, jakby ktoś porozrzucał dziury w rzeczywistości. Myślę o tym, ile razy próbowałam być kimś mniejszym, żeby zmieścić się w cudzych dłoniach. Ile razy udawałam spokój, kiedy w środku płonęły całe miasta.

A przecież ja kocham życie.

Zachłannie.

Kocham smak czerwonego wina wypitego boso w kuchni o drugiej nad ranem. Kocham moment, kiedy wiatr przykleja mokrą sukienkę do skóry. Kocham zmęczenie po długim marszu, sól na ustach, drżenie mięśni po pływaniu daleko od brzegu. Kocham własne ciało wtedy, kiedy nie jest oglądane. Kiedy istnieje tylko dla mnie, ciężkie od oddechu, rozgrzane, prawdziwe.

Czasem siedzę naga przy otwartym oknie i czuję się jak zwierzę, które nauczyło się mówić ludzkim głosem.

To zabawne, jak bardzo można jednocześnie pragnąć ludzi i chować się przed nimi.

Są dni, kiedy klosz robi się zbyt ciasny. Powietrze pod nim gęstnieje od niewypowiedzianych słów. Wtedy wychodzę z domu i idę przed siebie bez celu. Miasto nocą wygląda jak sen kogoś zmęczonego. Neony rozlewają się po mokrym asfalcie, obcy ludzie mijają mnie jak duchy.

Czasem mam ochotę zatrzymać któregoś z nich i powiedzieć:
„Spójrz, we mnie naprawdę coś żyje.”

Ale milczę.

Bo są rzeczy, których nie da się wypowiedzieć bez utraty ich kształtu.

On też taki jest.

Nie wiem, czy istnieje naprawdę, czy jest tylko miejscem we mnie, do którego jeszcze nie umiem dojść. Może dlatego tęsknię tak mocno nie za człowiekiem, ale za uczuciem bycia rozpoznaną do końca. Bez tłumaczenia. Bez gry.

Bez klosza.

Wyobrażam sobie czasem, że stoi gdzieś na końcu świata i też mnie szuka. Że kiedyś wejdę do zimnej wody, zanurzę się cała, a kiedy wynurzę głowę on tam będzie. Nie po to, żeby mnie uratować. Nigdy tego nie chciałam.

Tylko po to, żeby spojrzeć na mnie tak, jak patrzy noc na ocean.

Bez strachu przed głębią.

Do tego czasu uczę się siebie.

Powoli.

Jak uczy się ciemności po zamknięciu oczu.
Jak uczy się muzyki, która boli dokładnie tam, gdzie trzeba.

Jak uczy się życia, nie mimo ran, ale przez nie.
I może właśnie dlatego jeszcze nie pękłam.
Bo pod tym szklanym kloszem, wśród ciszy, tęsknoty i własnych demonów, wciąż oddycham jak ktoś, kto naprawdę chce żyć.

❤️
5
👍
0
0
💡
1
2
📖
2
9

Na obrzeżach dziczy

Co jakiś czas, spacerując po puszczy albo jej obrzeżami, spotykam dzikie zwierzęta. Różnorakie. I te, które określane są mianem łagodnych, bezpiecznych, choć bezpośredni kontakt i dotyk mógłby się stać niebezpieczny, jak i te, do których zbliżać się jest niewskazane — te, które sieją wokół strach. Nigdy nie stanowiły niebezpieczeństwa dla odwiedzających ich dom czy też mieszkańców okolic. Może gdzieś, kiedyś, może w baśniach, legendach, może na skrajach większej, prawdziwej dziczy, do której wdarł się nieproszony człowiek. Może…

Tak więc spaceruję bezpiecznie po lesie, nie bojąc się dzikiego, który spogląda na mnie zaciekawionymi oczami, nie psując jednak jego spokoju, nie wchodząc dalej, do jego sypialni z której wygląda, uciekam przed każdym cieniem człowieka, przed zdziczałym psem oraz wypuszczonym z obejścia.

Nie, nie mam większych powodów, by bać się psów. Dają mi posłuch nawet wtedy, gdy je spotykam po raz pierwszy. Niemniej świadomość zagrożenia powoduje, iż zapalają się wszystkie lampki ostrzegawcze. „Nie bój się, lecz nie przekraczaj granicy ich strachu” — myślę i idę dalej, nie naruszając ich przestrzeni.

Szanuję zwierzęta, podobnie jak siebie. Dzięki temu współistniejemy. Znają mój zapach, decyzje, myśli. W zamian poznałam ich piękne oczy, spojrzenia, widziałam zaledwie z kilku metrów.

17.11.2025 r.
Dziennik osobisty pisany prozą poetycką.

❤️
2
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
0

Dziennik niecodzienny

Kiepski miesiąc na zwierzenia i na nostalgię, a jednak wciąż istnieje. Pomimo zimnej historii nie skasowano go z kalendarza, podobnie jak nie usunięto trzynastych piątków. No cóż, takie jest życie.

Ktoś coraz głębiej grzebie w mojej duszy. Czuję, jakby wkładał mi całą dłoń i szperał, próbując odnaleźć choćby ślad. Błękitnej koperty marzeń i snów nie znajdzie.

Zastanawiam się, skąd te pytania i jaka twarz kryje się pod błyskotliwą maską. Może czarującą, ale jednak maską.

Kiedyś byłam w wesołym miasteczku. Dziesiątki ludzi robiło sobie zdjęcia. Wszyscy byli kowbojami w tym samym kapeluszu. Tylko oczy iskrzyły. Właśnie – tylko oczy. Dlatego są takie ważne. Po oczach można przeczytać całą książkę życia.

Ostatnio przeglądałam stare zdjęcia ze szkolnego archiwum. Byłam zaskoczona, że prawie nikogo nie mogłam rozpoznać. Tylko dyrektora i matematyka. Po nich wiedziałam, kiedy zdjęcie zostało zrobione, w końcu uczyli nas tylko rok. Czy to nie śmieszne? Ich rozpoznałam, a tych, którzy mnie uczyli całymi latami, nie byłam w stanie.

Przeszłam więc do analizy fotografii, zadając sobie pytania: kogo pamiętam, jak wyglądał, kto przypomina mi kogoś ze zdjęcia. Niewiele pomogło. Nikt nikogo nie przypominał, ale w domyśle wyłoniłam pierwsze wnioski. Dwie nauczycielki rozpoznałam po dziesięciu minutach intensywnego wpatrywania się, choć i tak najpierw je pomyliłam ze sobą, ale te białe buty… buty przypomniały mi coś, co sprawiło, że ostatecznie rozpoznałam ich twarze.

Kilku nauczycieli również udało mi się wyselekcjonować, co nie oznacza poznać, ale przecież nie mogli być kimś innym. Na koniec, śmiałam się sama z siebie, ponieważ latami zastanawiałam się, dlaczego nikogo nie widuję, a prawda okazała się taka, że nikogo nie rozpoznawałam. Nawet gdybym otarła się o nich, nie byłabym tego świadoma.

Ostatecznie, z licznej grupy nauczycieli, w domyśle ustaliłam tożsamość zaledwie kilku osób. Reszta pozostała zapewne odwieczną i nieposzukiwaną zagadką. Nie jestem wstanie nawet ocenić, czego mogli nas uczyć, choć zawsze zdawało mi się, że pamiętam wszystko i wszystkich z tamtych lat. Przynajmniej to, co było dla mnie ważne.

Tak więc, skoro nie rozpoznaję dawnych kolegów, koleżanek, nauczycieli, znajomych i obcych, to czym się przejmować? Nawet gdybyśmy wpadli na siebie, uśmiechnęli się, radośnie skomentowali słońce, i tak nie wiedzielibyśmy, że jesteśmy sobą. Bo niby dlaczego miałoby być inaczej, skoro po dwudziestu latach od wyjazdu i nieoglądaniu ulic wszystko wygląda inaczej – jakby świat zmienił się za dotknięciem wehikułu czasu. Tylko wspomnienia pozostały takie same, choć dalekie od zdjęć i spotykanych ludzi. Tylko emocje, ciepła energia…

Wracając do teraźniejszości, siedząc tutaj, przed komputerem, zadaję sobie być może nieistotne pytanie: Czy tamten świat naprawdę istniał?

Dlaczego przeszłość miałaby istnieć, skoro nie ma jej w niczym rozpoznawalnym. Nie ma też innych zdjęć, pamiątek, piosenek, nawet tej jednej… Może jednak to nie była przeszłość, lecz sen?

Jest 24 września 2025 roku, a to są moje rozważania, zapiski, kartka z jesiennego „dziennika niecodziennego”.

❤️
1
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
1

Moje przyjaciółki – fragment dziennika

Mam dwie przyjaciółki, które pojawiły się w moim życiu od niepamiętnych czasów. Dzięki nim codzienność pęka w szwach od emocji, nabiera barw, a czasem wywraca świat do góry nogami w najmniej przewidywalny sposób. Zadziwia mnie, jak to się stało, że tak odmienne rzeczywistości przecięły się właśnie we mnie — niby zwykłym obserwatorze. Jakimś cudem sklejają się ich kontrastowe osobowości właśnie we mnie.

Pierwsza z przyjaciółek przejmuje się wszystkim, do granic subtelnego absurdu. Gdy rozsypie odrobinę kawy, czuje estetyczny ból, jakby zawalił się porządek wszechrzeczy. A jeśli barista popsuje latte art, to ma przed sobą wielogodzinny mikrokryzys egzystencjalny. W deszczu i w kałużach na betonie widzi grozę filmu noir, o którym potrafi opowiadać z detalami, jakby reżyserowała go we własnej głowie. Gdy trafia na odbicie światła w szybie albo neon na mokrym chodniku, potrafi zawiesić się na dobre pięć minut, jakby świat przestał istnieć. Dźwięk przejeżdżającego pociągu to dla niej niemal idealny soundtrack, a w grudniowym zapachu mandarynek czuje całe swoje utracone dzieciństwo. Za to każdy symetryczny wzór na liściu daje jej natychmiastową ulgę — jak mała, prywatna harmonia w chaosie.

Druga przyjaciółka jest zupełnym przeciwieństwem tej pierwszej. Świat traktuje jak niekończącą się przygodę i laboratorium przypadków. W każdej “katastrofie” widzi żart, w każdej pomyłce — nową historię, którą można opowiadać przy winie do późnej nocy. Śmieje się głośno i nieprzyzwoicie szczerze, jakby nie istniały w niej żadne filtry ani autocenzura. W jej towarzystwie zwykły spacer zmienia się w improwizowaną wyprawę albo w mały performance. Ale jest to również uosobienie czystego pragmatyzmu. Usuwa zdjęcia, żeby zwolnić chmurę. Kwiaty cięte to dla niej absurd – to inwestycja w powolne umieranie – powtarza. W muzyce szuka nie melodii, tylko prawdy w demach z SoundCloud. Nienawidzi korpo-gadki, a samorozwój uważa za dobrze sprzedany produkt. Nie owija w bawełnę, a perfekcja ją męczy. Tylko, że ta odważna singielka, mistrzyni ciętej riposty, gdy nikt nie patrzy, zapisuje w notatkach telefonu wersy, które bolą ją najbardziej.

I stoję między nimi — jak widz na granicy dwóch różnych filmów, które wyświetlają się jednocześnie na jednym ekranie. Raz wciąga mnie dramat z czarno-białą estetyką, raz komedia improwizowana na żywo. A ja? Uczę się, że w życiu najlepiej smakuje właśnie ten dziwny miks — trochę patosu, trochę śmiechu, i cała prawda ukryta gdzieś pomiędzy nimi.
Jutro obie wpadną do mnie na kawę. Co się ze mną stanie, skoro obie będą jednocześnie?

❤️
1
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
2

31 lipca, środek nocy

Obudziłam się około drugiej, jakby coś mnie wyrwało ze snu. Nie hałas, nie lęk, raczej jakaś cicha myśl, która nie dawała spokoju. Przewracałam się z boku na bok, ale sen nie chciał wrócić. Zostałam sama z myślami, które przychodziły jedna po drugiej – pytania bez odpowiedzi, cienie bez źródła światła. Co dalej? Co ja właściwie robię? Jak długo można dryfować? O kim teraz opowiadam własną historię? W którą stronę mam iść, skoro żadna nie wydaje się pewna?

 

W końcu wstałam. I wyszłam. Świat spał. Ulice wyglądały jak opustoszałe korytarze we śnie, przez które przemykają tylko duchy. Poszłam nad rzekę, bez celu. Powietrze było chłodne, ale łagodne. Noc tuliła ramionami ciszy. W parku usiadłam na ławce, a potem się położyłam. Niebo było czyste, jakby noc specjalnie się odsunęła, by coś mi pokazać. Jakby zarządziło “słuchaj, czego nie mam ci do powiedzenia, tego, co milczy w tobie najgłośniej”.

 

Oczy zaszkliły się podziwem i wdzięcznością za tę aksamitną mapę stworzoną nie dla nich, lecz dla duszy. Bezchmurne, roziskrzone – jakby gwiazdy wiedziały, że dziś trzeba świecić mocniej. Zobaczyłam Lutnię, z jasnym Wegą jak iskierką w sercu lata. Nad nią Łabędzia, rozpostartego jak cień opowieści o miłości i przemianie. Deneb migotał z cichą dumą, a jego skrzydła przecinały Drogę Mleczną, jakby chciał unieść ją w inny świat. Na zachodzie jeszcze wisiała Herkules, a ja myślałam o sile, która nie zawsze musi oznaczać cios – czasem wystarczy wytrwać. Nad głową zawisła Wolarz, a Arktur patrzył na mnie jak stare oko czasu.

 

Przypomniałam sobie grecką legendę o Orfeuszu, który swą muzyką wzruszył same gwiazdy, ale nie zdołał oszukać losu. Czasem mam wrażenie, że noc też słucha moich myśli, ale milczy – nie z obojętności, lecz z mądrości.

 

Pomyślałam o Kasjopei – królowej, która przez własną pychę została uwięziona na niebie. Legenda mówi, że Zeus skazał ją na wieczne krążenie wokół bieguna, czasem do góry nogami, by nie zapomniała swojej winy. Ale patrząc na nią dziś, pomyślałam “może wcale nie chodzi o karę?”. Może to przypomnienie, że czasem trzeba wszystko zobaczyć z innej perspektywy, nawet własny błąd. Może właśnie wtedy, kiedy jesteśmy „do góry nogami”, możemy zrozumieć coś, czego nie widzieliśmy z ziemi.

 

Czułam się dziś trochę jak Kasjopeja – zawieszona, zakręcona, oderwana od znanych kierunków. Ale jeśli ona świeci dalej, mimo swojej historii, to może ja też mogę. Może zagubienie to nie porażka, tylko moment, kiedy niebo robi miejsce, byśmy spojrzeli w górę. Nie po to, by znaleźć drogę, ale by sobie przypomnieć, że jesteśmy jej częścią.

 

Leżałam tam długo, wpatrzona w konstelacje, jakbym szukała w nich odpowiedzi. Może niebo nie mówi nam, dokąd iść, ale przypomina, że wszystko jest częścią większego porządku. Nawet nasze pytania…

 

❤️
1
👍
0
0
💡
0
0
📖
1
0

ścieżki które wybierają ciebie

Wysiadłam kawałek za ostatnią większą miejscowością. Samochód odjechał, zniknął za zakrętem, a ja zostałam – wreszcie nieruchoma, wreszcie obecna. Przede mną była tylko nieznana droga i powietrze, które pachniało jak lato w swojej najbardziej intymnej odsłonie. Wilgotna trawa, soczysta zieleń liści, zapach nagrzanej ziemi i lekko słona mgła, która, choć oceanu jeszcze nie było widać, już unosiła się wokół, jak zapowiedź spotkania.

 

Ruszyłam powoli, tak jakby moje ciało dopiero uczyło się tego ruchu – kroku po kroku, z wdzięcznością, bez pośpiechu. Słońce nieśmiało dotykało ramion, czułam je jak ciepłe palce przesuwające się po skórze. Strumienie szemrały gdzieś obok, jakby czekały tu na mnie i opowiadały coś szeptem.

 

Ścieżka wiła się jak opowieść – raz pod górę, raz w dół, pełna zakrętów, które nie zdradzały, co za chwilę. Jakby sama ziemia chciała mnie poznać najpierw, zanim da mi się odsłonić.

 

Na stromych zboczach pasły się owce i krowy. A ja zobaczyłam w niewielkiej odległości parę uroczych koni. Podeszły blisko, tak blisko, że niemal czułam ich oddech na dłoniach. W ich oczach nie było strachu, tylko spokojna ciekawość. Ich cicha obecność była tak pełna mocy. Jak dwóch przewodników w wewnętrznym znaczeniu. Pokazali mi coś, czego nie umiałam jeszcze nazwać – może zaufanie, może prostotę bycia. Udało mi się zrobić kilka zdjęć, nagrać ich obecność.

 

To był początek mojej wyprawy. I już wtedy czułam, że wszystko, co przede mną będzie prawdziwe. Niełatwe, nieprzewidywalne, czasem bolesne. Ale moje. Dzieliłam się tym wszystkim z przyjacielem, wysyłałam krótkie filmy, relacjonowałam. Ale zachwyt… wiedziałam, że zachwytu nie da się zapisać, nie się opisać, opowiedzieć. On zostaje w środku jako ciepło, jako błysk, jako coś, co przypomni się później, gdy będzie trudno.

 

Samochody mijały mnie rzadko, powoli, jakby tu też zwalniały, chłonąc przestrzeń. Każdy kierowca podnosił rękę w geście pozdrowienia. Czasem uśmiech, czasem tylko skinienie, drobne znaki obecności, które rozgrzewały bardziej niż słońce. Gdy schodziłam z wąskiej drogi, ustępując miejsca, czułam, że i ja jestem jej częścią. A potem znów byłam sama. Szłam dalej – bez pośpiechu, za to z celem. I tak dotarłam do jeziora.

 

Kocham to miejsce. Nocą lśni jakby ktoś rozsypał w nim gwiazdy – ciche, drżące światło zanurzone w wodzie. Teraz było spokojne. Czyste jak myśl, która pojawia się zanim zdążysz ją nazwać. Przez chwilę miałam wrażenie, że patrzę na swoje wnętrze – głębokie ale przejrzyste, kruche, prawdziwe.

 

Skręciłam w lewo – chciałam iść w stronę oceanu, ale pomyliłam drogę. Dotarłam do końca. I właśnie tam, gdzie niczego się nie spodziewałam, dostałam coś. Widok idealny. Tabliczka z nazwą jeziora i światło, które układało się jak prezent. Jakby sama droga powiedziała: „dobrze, że się zgubiłaś”.

 

Zawróciłam. Tym razem poszłam zgodnie z mapą – całą trasą wokół jeziora. Mijałam znajome miejsce, gdzie kiedyś spałam w aucie. Tamta noc wróciła – ciepło zamkniętego wnętrza, niebo pełne gwiazd widziane przez odsłonięty dach, rytmiczny dźwięk wody uderzającej o stabilną przystań.

 

Wtedy też byłam sama. Ale nie samotna. Wolność nie zawsze ma kształt decyzji – czasem po prostu nie masz zasięgu, nikt nic od ciebie nie chce, a ty oddychasz pełniej. To wystarcza. Za to jestem wdzięczna.

 

Kiedy tak szłam coś przykuło moją uwagę – zaproszenie wąskiego przejścia. A może to była intuicja w rytmie drobnego poruszenie powietrza? Zeszłam z drogi w dół. Kamienne schodki, chłód drzew, ścieżka coraz bardziej stroma, jakby prowadziła mnie w głąb czegoś starszego od czasu. Na dole pomost. Mały, cichy, zapomniany. Cztery stopnie do wody. Dzikość tak doskonała, że aż święta. Miejsce utkane z ciszy, z zieleni, z obecności, której nie da się uchwycić. Oddychało wśród zarośli, tuż przy drodze – niezauważone, a przecież pełne życia. Poczułam, że wrócę tu jeszcze dziś. Ale wtedy byłam wciąż skupiona – ocean mnie wzywał.

 

Wyszłam z powrotem na asfalt, mapa w telefonie – złudzenie pewności. Szłam za nią, w stronę wielkiej wody. Ale kiedy dotarłam na miejsce, zrozumiałam, że to nie był ocean z moich snów. Raczej przesmyk, wewnętrzne jezioro, coś pomiędzy. Tym razem to mapa się pomyliła – nie serce.

 

Zawróciłam. Droga zaczęła piąć się w górę, coraz wyżej, jakby prowadziła mnie do czegoś większego niż cel. Widziałam już, że to nie będzie plaża. To będą klify. Koniec świata. I nie pomyliłam się. Między zielenią i kamieniem, między niebem a trawą – pojawił się pierwszy błysk oceanu. Jeszcze odległy, nieśmiało schowany w chmurach.

 

Jakiś czas szłam, szukając wejścia. Przejścia między murkami, ścieżki przez zarośla. Polna droga raz po raz dawała szansę – wystarczyło przeskoczyć mentolowe ogrodzenie, z czułością dla granicy. I tak zrobiłam.

 

Ruszyłam przez pola. Trawy moczyły rosą buty, wiatr rozplątywał myśli. Krowy pasły się tuż nad urwiskiem, spokojne jakby wiedziały, że wszystko jest na swoim miejscu. To był obrazek z marzenia. Z marzenia o wolności, która nie potrzebuje wiele, tylko przestrzeni, ciszy i odwagi, by zejść ze szlaku.

 

Chłód mokrych butów już mi nie przeszkadzał – stał się wręcz kojący, jakby ziemia chciała mnie ostudzić po tylu krokach. Znalazłam swoje miejsce, skalny występ niedaleko krawędzi klifu.

 

Usiadłam. Patrzyłam. Oceanu nie dotknęłam, a jednak czułam go wszędzie – na słonych ustach, w skórze, pod powiekami. Przenikał mnie jak myśl, która nie potrzebuje słów. Klify wokół mnie – ogromne, ciche, niewzruszone – budziły pokorę. Ich obecność była jak milczenie kogoś, kto wie wszystko, ale niczego nie narzuca. Patrzyłam z podziwem, jak wchodzą w niebo i trwają, mimo wiatru, mimo silnych uderzeń oceanu, mimo czasu.

 

Czułam się mała – nie słaba, ale ludzka. Słońce malowało na mojej skórze mapy tej wędrówki – cienie, piegi, ciepło. Czułam, że należę nie do miejsca, ale do tego stanu – zachwytu, ciszy i szacunku.

 

Po tym odpoczynku pełniejszym o siebie ruszyłam z powrotem do miejsca, które mnie wcześniej oczarowało. Pomost. Woda. Dzikie zaproszenie.

 

Związałam włosy w niedbałego koka, palcami, bez lustra, bez myślenia. Rozebrałam się spokojnie, świadomie, jakby każdy ruch był częścią rytuału. W ostatnim momencie niepewnie zsunęłam bluzkę – wolno, niemal z namaszczeniem. Jakby razem z nią zsunął się ciężar świata.

 

Zeszłam po czterech śliskich stopniach. Woda przyjęła mnie bez oporu. Cicho, chłodno – jak miejsce, które nie potrzebuje słów, żeby powiedzieć: „tu możesz być sobą”. Mogłam się w niej schować. Byłam wodą. Przez chwilę nie było ciała, nie było myśli – tylko ruch, oddech, unoszenie. Ten przenikliwy chłód, który rozpuszczał teraz moje zmęczenie.

 

Pływałam blisko brzegu. Czułam spojrzenie pomostu, moje rzeczy ułożone byle jak, ale z troską. A jednak coś mnie ciągnęło dalej – plaża po drugiej stronie. Nieduża, dzika, niemal niewidoczna zza krzaków.

 

Wahałam się. Woda była nieznana, dno ciemne, przesmyk łączący jezioro z oceanem wąski, ale niepokojący. Drżenie – mieszanka strachu i ekscytacji. Serce biło szybciej.

 

I popłynęłam.

 

Każdy ruch był decyzją. Każdy metr oddalał mnie od bezpiecznego brzegu. Aż w końcu stanęłam – stopy w nieprzyjemnym mule zapadły się na kilkanaście centymetrów. Z każdym szybkim krokiem czułam ostre kamienie i muszle. Bolało. Ale to był dobry ból. Taki, który przypomina, że jesteś żywa.

 

Wyszłam na brzeg. Niewielki, ukryty. Zostawiłam tam ślad stóp, który zaraz zniknie. Ale ja? Ja tam byłam. Byłam jedną z nielicznych. Tą, która się odważyła. I przez chwilę byłam z siebie taka dumna.

 

Stałam tam przez chwilę – naga, mokra, rozgrzana od środka. Woda spływała po mojej skórze jak dotyk, którego się nie spodziewasz, ale którego nie chcesz kończyć. Rozejrzałam się. Byłam zupełnie sama, a jednak wszystko wokół zdawało się patrzeć – drzewa, pomost, nawet światło na powierzchni wody. To było spojrzenie świata, który nie potrzebuje słów, żeby powiedzieć: „jesteś dokładnie tam, gdzie trzeba”.

 

Oddychałam głęboko w lekkiej ekscytacji tą chwilą i czułam się… piękna. Nie dlatego, że wyglądałam jakoś szczególnie. Piękna z obecności. Z odwagi. Z tego, że nie uciekłam od siebie.

 

I znów bolesna ścieżka muszel i kamieni i zanurzyłam się jeszcze raz – wolno, z czułością. Kiedy płynęłam z powrotem, moje ciało było lżejsze, jakby wypłukało z siebie zbędny strach. Wróciłam intuicyjnie, jakbym była prowadzona przez coś, co nie mieści się w logice, tylko w ciele. Skóra pełna wdzięczności za kojący chłód wody, włosy ciężkie od słonej wilgoci. Przestrzeń za mną falowała – spokojna, choć już czułam, że zostawiła mi coś w prezencie…

 

Płynęłam z lekko niepokojącym bólem w stopie. Dopłynęłam do pomostu, serce biło równo, oddech pachniał oceanem. I wtedy zobaczyłam krew. Wolność zawsze ma swoją cenę – pomyślałam od razu. Rozcięta stopa – nic wielkiego, 2 szczypiące centymetry wystarczyły, by poczuć się prawdziwie. Bo to nie była rana z przypadku – to była rana z obecności. Z bycia tu i teraz. Po wolności, po odwadze i mojej wrażliwości. Moje ciało zarejestrowało to, czego nie zdążył zapisać umysł. To, że odważyłam się być naga wobec żywiołu – bez kalkulacji, bez asekuracji. Tylko ja i woda.

 

Blizny nie będzie i może nawet szkoda. Blizny są śladami historii, której nikt nie musi rozumieć poza mną. Są osobistymi mapami, znakami, że coś się wydarzyło. Że coś mnie dotknęło na tyle mocno, by zostać. Są piękniejsze niż tatuaże. Bo tatuaż wybierasz. Blizna wybiera ciebie. Może nie każda rana powinna się goić na zawsze, niektóre dobrze byłoby nosić jak medal – bez wstydu, z dumą.

 

Pomyślałam wtedy, że kocham ocean. Przypomina mi, że życie boli czasem najpiękniej, gdy naprawdę je czujesz.

 

Pozwoliłam ranie krwawić – jakby musiała wypowiedzieć się do końca. Nie wtrącałam się. Nie chciałam wygładzać tego, co dzikie i surowe. Może czasem ciało potrzebuje krwawić, żeby coś w środku przestało?

 

Słońce i wiatr suszyły moją skórę i zostawiały ciepłe ślady, których nie da się zetrzeć. Byłam napięta jak tkanina, krucha i mocna jednocześnie. Kiedy się ubierałam, czułam, że coś się domknęło. Nie tyle zakładałam ubranie, co wracałam z innego świata – odmieniona, ale wciąż sobą.

 

Jeszcze chwilę zostałam między wodą a brzegiem – myślami wracałam do miejsca, gdzie zostawiłam ciszę, ślad stopy i kawałek siebie, który już nie wróci.

 

A potem ruszyłam. Nie odwracając się. Nie szukając niczego w tyle głowy. Zmęczona, ale silna. Nie ta sama. Cała w słońcu, wysuszona światłem, nasycona czymś, czego nie sposób zapisać aparatem.

 

Głód przypomniał o sobie później – fizyczny, ale nie natarczywy. Woda, bagietka i kabanosy – posiłek bogini. Ale może właśnie w tym było wszystko? Prostota, brak potrzeby więcej. Czasem człowiekowi trzeba tylko ciepła, ruchu i kawałka chleba, żeby czuć się nieskończonym.

 

Zrobiłam 18,27 kilometra – 25.249 kroków. Każdy z nich miał znaczenie, nawet jeśli nie prowadził do niczego konkretnego. Wolność nie przychodzi gładka. Przychodzi z bólem w stopie, z głodem pod żebrami, z lękiem, że może jednak ktoś cię obserwuje. Ale to właśnie ten ból… To on sprawia, że nie zapominasz. To on mówi: „byłaś tam naprawdę”. Ten ból to nie wróg. To nauczyciel. Pokazuje granice, żebyś mogła je przekroczyć z szacunkiem. Uczy cierpliwości, kiedy się boisz, wytrwałości, kiedy jesteś zmęczona, i obecności – tej najprostszej, kiedy wszystko w tobie mówi: „uciekaj”, a ty zostajesz.

 

Może to nie jest rozsądne. Może kobieta nie powinna iść sama. Nie powinna zanurzać się naga w zimnej wodzie. Nie powinna zostawiać plecaka na brzegu, ufać ludziom i przestrzeni. Ale może właśnie o to chodzi? Że tam, gdzie nie powinnam, tam odnajduję siebie. Nie tę, którą widzą inni. Nie wersję przyzwoitą, dostosowaną, praktyczną. Tylko siebie – w dzikości, w spękanej skórze, w soli na wargach.

 

Tam jestem dla nikogo.

Tam jestem.

Po prostu.

❤️
1
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
3

,,,

Człowiek z racji bycia samotnym bytem unika konfrontacji w momentach słabości a i nie podejmuje walki kiedy jej wygrać nie może. Z natury ludzkiej pyszałkowatości podejmuje tylko te działanie, które przynoszą mu chwałę. Pamięta swoje porażki i nigdy do nich nie wraca. Buduje tylko tam gdzie jest to realne i zawsze unika pogardy i śmiechu.

❤️
0
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
refleksja | images zielone pioro 0

refleksja

człowiek zawsze pozostaje sam, nawet kiedy rozmawia z ludźmi

człowiek może liczyć na siebie dlatego tak dużo potrzebuje

człowiek kłamie bo prawda jest niebezpieczna jak brak dachu

człowiek choruje i umiera a przyczyna nigdy nie jest znana

człowiek kocha siebie bo musi

❤️
0
👍
0
1
💡
0
0
📖
0
12