Kategoria: powieść – fragmenty

Powieść jest to rozbudowany utwór epicki, wielowątkowa fabuła, rozbudowana charakterystyka postaci.

Żyłam sobie w PRL u (32) | st2 0

Żyłam sobie w PRL u (32)

Żyłam sobie w PRL – U

1981 (4)

Wsiadłam w pierwszy autobus odjeżdżający do Łomży. Niestety, to była najgorsza z tras – przez Mężenin, Rutki…. Trasa zwana widokową, bo jedzie się wolno i podziwia widoki za szybą. Co sołtys to przystanek, co plebania też, o sklepie Gminnej Spółdzielni nie wspomnę.
Tak, wiem, dziś jest znacznie lepiej nawet na tej trasie, ale tkwimy wciąż w roku 1981, na dodatek jest trzynastego grudnia. Dużo śniegu, mróz.
Najpierw spokojnie, polskim ogórkiem czyli Jelczem 043, jedziemy krajową „ósemką”, a potem skręcamy i…. Kierowca zaczyna głośno kląć:
– O, sku…. syny, kur…. ja pierd…. Mówili, że odśnieżona!
Uśpiony autobus z niewielką ilością pasażerów obudził się.
– Co się stało? – ryknęliśmy w stronę kierowcy.
– Zobaczcie sami.
Podeszliśmy do kierowcy i spojrzeliśmy na drogę. Znajdowały się na niej dwie koleiny po przejeździe ciągnika, pewnie polskiej marki „Ursus”. Być może przejechał raz, być może dwa.
Skojarzenie miałam jednoznaczne – czerwiec 1976, tory kolejowe i też Ursus.
– Rano nie kazali mi tędy jechać, bo nie było odśnieżone. Teraz miało być. Kur…. ja pierd….
– Cofaj pan do tyłu – poradził facet w dojrzałym wieku.
Chciałam mu powiedzieć, że cofnąć można się jedynie do tyłu, ale co tam. W sytuacji zagrożenia należy zachować spokój.
– Nie da rady. Jest pod górkę. Nie cofnę. Kur…. ja pierd….
– Stoisz pan w koleinach, to jedź pan dalej i trzymaj się ich.
Wolno ruszyliśmy. Przetaczaliśmy się przez sołectwa, plebanie i sklepy. Brnęliśmy wśród ośnieżonych pół do celu. Wokół panowała niezmącona niczym cisza. Każdy trzymał zaciśnięte dłonie. Niektórzy pewnie się modlili.

I wreszcie zobaczyliśmy w oddali szosę posiadającą status pierwszej kolejności odśnieżania. Widzieliśmy kilka aut, które poruszały się znacznie szybciej niż my.
Jeszcze tylko trochę, jeszcze tylko kawałek….
I trach! Czy to ręka kierowcy zadrżała, czy śnieżny tor nie był już tak prosty, w każdym razie wypadliśmy z niego. Nie, nie żadnej tragedii. Nawet w rowie się nie znaleźliśmy. Po prostu – zaspa. Teraz to już wszyscy zaklęli.
– Kur… my pierd….my
Trzeba było pojazd z zaspy wydobyć. Pod przewodnictwem kierowcy zaczęliśmy usuwać śnieg, pod koła podkładać wszystko, co miało umożliwić poruszanie się kół w określonym kierunku, a nie tylko w miejscu. Ktoś w szczerym polu dostrzegł drzewko. Poszedł i oskubał je z gałęzi. Ja poświęciłam niezapisany zeszyt. Chciałam wrzucić pod koła wszystkie studenckie notatki, bo wojna i po co się uczyć. W porę jednak przypomniałam sobie tajne nauczanie z okresu drugiej wojny i stwierdziłam, że może jednak notatki jeszcze się przydadzą.
Pod kołami pojawiły się jeszcze stare szmaty, „Trybuna Ludu”, papier po kanapkach.
– Dobra, teraz ja siadam za fajerę, a wy pchajcie – wydał dyspozycje szef czyli kierowca.
Silnik zahuczał.
Załapał.
Zaparliśmy się.
Razem.
Solidarnie.
Wszyscy.
W imię wspólnego dobra.

Żeby cholera jasna dotrzeć do domu!

Wojna przeca jest!

„Ogórek” wskoczył ponownie w koleiny.

Do dworca dojechaliśmy bez problemu. Wszyscy rozbiegli się w swoje strony. Zmęczona, z torbę wypełniona ciuchami na trzy dni, zeszytami i książkami też ruszyłam rozglądając się wokół i szukając śladów obcych. Wojsk oczywiście. Chociaż pojawienie się Marsjanina też byłoby znakiem wojny. Światów oczywiście.
Nic z tego. Wszędzie cisza.
Zbliżyłam się do kawiarni, w której zwykliśmy zamawiać „raz posiedzieć”. O, co się tam dzieje? Są ludzie, hałas, rozmowy… Tajna narada? No nie, za głośna….
Lokal wypełniony był ludźmi. Młodymi. Pili herbatę z cukrem. Ktoś pod stołem rozlewał gorzałę do szklanek po herbacie. Ktoś zanosił się śmiechem.
Przy „naszym” stoliku siedział z kumplami mój brat!
– O, cześć siostra! Już wróciłaś?
– Zajęcia odwołali, bo wojna.
– Jaka wojna, gdzie ty tu widzisz wojnę?
– W telewizji generał mówił…. sama słyszałam.
– A niech se pogada…. najważniejsze, że do woja nie idę! – ryknął brat.
Rzeczywiście, właśnie zbliżał się termin zakończenia przedłużonej służby wojskowej, co miało oznaczać, że do koszar pójdą młodzi.
– Taki pewny jesteś? W czasie wojny zawsze jest powszechna mobilizacja…. – przypomniałam sobie fakty historyczne.
Tym razem brat był lepszy.
– Przed wojną, a nie w trakcie. W trzydziestym dziewiątym głoszono ją dzień przed wybuchem wojny. Teraz nikt młodego żołnierza pod broń nie powoła. Starzy będą nadal w wojsku.
Trudno było odmówić bratu logiki. Nie miał on zielonego pojęcia o jakiejkolwiek służbie wojskowej. Strzelał jedynie na strzelnicy w wesołym miasteczku. Ja, jako absolwentka liceum, miałam więcej doświadczenia w tym zakresie. Podczas zajęć przysposobienia obronnego na prawdziwej strzelnicy waliłam w tarczę z kbks.
Nie wiem, czy to zmęczenie wypychaniem autobusu z zaspy, czy zbyt radosny nastrój w kawiarni sprawił, że jakoś nie chciało mi się dłużej siedzieć z kumplami. Poszłam do domu.
Tu zastałam inny obrazek. Wystraszeni rodzice siedzieli w pokoju przed telewizorem. Pili herbatę z cukrem.
– Jak dobrze, że jesteś. Martwiliśmy się – przywitała mnie mama.
Tato był bardziej konkretny:
– I jak w Białymstoku? Są ruscy?
– Nie ma. Nigdzie ich nie ma. W Rutkach też nie ma.
– W Rutkach? A co ty robiłaś w Rutkach?
Opowiedziałam historię toczenia się przez wsie Podlasia.
– A u nas na ulicach widziałaś coś? – dopytywała mama.
Wzruszyłam ramionami.
– Nic. Cisza. Śniegu dużo napadało. W knajpie brata widziałam.
– Ponoć dużo ludzi aresztowano…. – kontynuowała mama. – Ciekawe, kogo ze znajomych….
– Na pewno nikogo z tych, co chodzą do knajpy… Tam panuje nastój zabawy…. Cieszą się, że nie pójdą do wojska…. – mruknęłam pod nosem.
Tato miał inna teorię.
– Partyzantkę założą.
– Teraz? Zimą? – nie dowierzała mama.
Ojciec brnął dalej:
– Zimą też w lasach siedzieli. W ziemiankach.
– Ale wykopywali je jesienią.
– Albo wiosną. Do wiosny nie tak daleko.
Jasne, mamy grudzień, w marcu mrozy puszczą, można kopać.
Zamilkliśmy.
Telewizor nieustannie mówił o zakazach i nakazach obowiązujących w czasie stany wojennego. Ogłoszono godzinę policyjna, znaczy się milicyjną. Zjawisko znane z filmów wojennych. Wyłączono telefony. W sumie w kraju nie były w masowym użytku, zatem niewielu cierpiało. My tak. My mieliśmy.
Zakazano wyjazdów bez specjalnego zezwolenia. W sumie nigdzie się nie wybieraliśmy. Drogi zasypane. Komunikacja ograniczona.
Przestały ukazywać się gazety. Drukowano jedynie „Trybunę Ludu” i „Żołnierza Wolności”. Nam najbardziej żal było prasy sportowej.
Po mieście miały krążyć specjalne patrole legitymujące przechodniów…. Pierwszego dnia nie widziałam żadnego. Ani w Łomży. Ani w Białymstoku.
Wieczorem podano kolejną wiadomość – zawieszono zajęcia w szkołach i na uczelniach.
Rozpoczęłam przyśpieszone ferie.

❤️
0
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Żyłam sobie w PRL - u (31) | st 0

Żyłam sobie w PRL – u (31)

1981 (3)

Wojna! (1)

Trzynastego grudnia, w niedzielę, wstałam po cichu o szóstej rano. Wrzuciłam coś do żołądka i poszłam na dworzec autobusowy. Wyjeżdżałam na zjazd. Nie, nie partii. Zjazd studentów zaocznych, bo byłam studentką drugiego roku studiów zaocznych w Białymstoku. Takowi spotykali się średnio raz w miesiącu i nazywano takie spotkania zjazdami.
Ze studiami dla nauczycieli w czasie socjalizmu było fajnie. Wszędzie, a zwłaszcza w małych wiejskich szkółkach, brakowało nauczycieli. Przyjmowano do nich do pracy ludzi bezpośrednio po maturze. Wystarczyło popracować dwa lata i zdobyć tzw. kwalifikacje pedagogiczne (jakieś kursy były), aby starać się o skierowanie na studia zaoczne na kierunek związany z nauczanym przedmiotem. Skierowania wydawało kuratorium w każdym województwie. Pierwszeństwo mieli nauczyciele z najdłuższym stażem. Stąd też na studiach spotykali się ludzie od 21 roku życia po „czterdziestkę”.
Nikt za ową naukę nie płacił. Ojczyzna wzięła na swoje barki kształcenie nauczycieli. Jadąc na „zjazdy” oraz egzaminy braliśmy „delegację”. Zwracano nam za przejazd i otrzymywaliśmy tzw. diety czyli forsę na zaspokojenie potrzeb żołądka.
Zapewniano nam bezpłatne noclegi. Warunki były co prawda spartańskie, ale jak wiadomo z historii spartanie dzięki nim byli ludźmi odpornymi na wszelkie trudy i przeciwności losu.
Właściwie to takim młodym jak ja, skierowania wydawano z oporami. Wiedziałam o tym. Porozmawiałam z rodzicami, powiedziałam o chęci dalszej nauki. Byli zachwyceni. Przynajmniej jedno dziecko chciało się uczyć. Brat zakończył edukację na zawodówce i ani myślał o dalszej nauce.
Rodzice porozmawiali z kimś i pewnego dnia mama, wróciwszy z pracy, powiedziała:
– Kupuj dobry koniak. Dostaniesz skierowanie na studia.
Koniak kupiłam. Do dziś nie wiem dla kogo. Wiosną 1980 otrzymałam papierek i mogłam rozpocząć studia.

Tak więc owego sądnego dnia pojechałam poszerzać swą wiedzę, by lepiej uczyć dzieci. W sumie nauka nie sprawiał mi kłopotu, ale tym razem miała problem z jednym ćwiczeniem. Trzeba skonsultować z innymi.
W naszym domu noclegowym zastałam parę osób.
– Cześć! Dobrze, że jesteście, mam problem z tym ćwiczeniem o liczbach….
– Odpuść sobie, jaki problem. Wojna jest – smutno odpowiedziała Maryśka.
– Jaka wojna?
Przed oczami stanął mi serial „Czterej pancerni i pies”. Zaczęłam wsłuchiwać się w ciszę za oknem. Nie słyszałam strzałów ani z karabinów ani z dział bojowych.
– Gdzie ta wojna? – kontynuowałam.
– W całej Polsce – oznajmiła Baśka.
Za oknem nadal panowała cisza.
Usiadłam na łóżku. Rzeczywiście coś było nie tak. Moje koleżanki były bardzo przestraszone. Na stole panował porządek. Z reguły tuż po przyjeździe wyciągałyśmy jedzenie, robiłyśmy herbatę i rozmawiałyśmy na temat zadań domowych.
– Trochę więcej wiadomości proszę.
Zaczęła Kryśka:
– Rano w radio słyszałam, że o północy wybuchła wojna. Jaruzelski tak powiedział. Nie wiem kto z kim walczy, ale słowo wojna padało wielokrotnie.
– Ruscy na nas napadli? – dopytywałam się.
Od pewnego czasu straszono nas wkroczeniem wojsk zaprzyjaźnionej Armii Czerwonej do Polski. Białystok blisko granicy, więc zaraz będziemy tu mieć czołgi z gwiazdką.
Zaraz, zaraz, jeśli wojna wybuchło o północy to już czołgi i wozy opancerzone powinny tu być. Byłam ostatnia, która wkroczyła do noclegowni.
– Nie ma ruskich na ulicy – uspokoiłam koleżanki. – Ale jeśli słyszałaś, że wojna to po co przyjeżdżałaś?
– Sama nie wiem…
Pozostałe koleżanki, tak jak i ja, o niczym nie wiedziały. Wsiadły w autobus i przyjechały uczyć się.
Zeszłyśmy do recepcji naszego lokum. Siedziała tam nie mniej od nas wystraszona pani, która też wiedział, że jest wojna. I tyle. Zadzwonić nigdzie nie mogła, bo telefon nie działał.
Jak się później okazało, nie działały w całej Polsce.
Co chwilę wyglądałyśmy przez ono wypatrując wojska. Nasłuchiwaliśmy, czy nikt nie strzela.
– Nie, takie siedzenie nie ma sensu. Zobaczcie, już nikt nie przyjeżdża. Jesteśmy tu same. Trzeba jechać na uczelnię. Tam się wszystkiego dowiemy – zaproponowała Maryśka.
Na uczelnię dotarłyśmy bez problemu miejskim autobusem. Na ulicach panował spokój. Taki zwyczajny, niedzielny.
Na uczelnianych korytarzach było sporo osób z różnych kierunków. Większość przyjechała, tak jak ja, zupełnie nieświadoma zagrożenia wojennego. Wstali po cichu rano, wsiedli w autobus i przyjechali. Była też grupa miejscowych, czyli z Białegostoku. Ci przyszli z ciekawości, dowiedzieć się, co stanie się na „uniwerku”.

W jednej z sal włączony był telewizor. Na kineskopowym czarno-białym ekranie nieustannie pojawiał się generał w ciemnych okularach i mówił o zagrożonym bycie ojczyzny, konieczności interwencji w obliczu klęski i odpowiedzialności. W wyniku tych trosk o północy wprowadzono stan wojenny.
Co to stan wojenny? Patrzyliśmy na siebie bojąc się zapytać. O stanie wyjątkowym słyszeliśmy, że coś takiego może być na zachodzie Europy i w USA, ale pojęcie stanu wojennego było nam zupełnie obce. Było co prawda kilku studentów historii, próbowali nam opisać, wyjaśnić, wskazać. Ale jakoś oporne byłyśmy i niekumate.
Najważniejsze, że to nie wojna, że Armia Czerwona nie wkroczy (chociaż…. kto to wie…. mówili niektórzy), a wojsko spacerujące po ulicach będzie polskie.
Mimo to nastrój grozy był nadal. Co robić? Będą te zajęcia czy nie? Płakać czy się cieszyć?
Telewizor w przerwach podczas nieustannego powtarzanie przemówienia generała, przekazywał wiadomości co wolno, a czego nie wolno. Zakazów było więcej. Taki zakaz podróżowania na przykład. Mamy koczować na uczelni? Ja chcę do domu! O, Baśka też chce! A co będzie jeśli nas złapią? I zainternują?

Co to za słowo? Nauczyliśmy się nowego – internowanie, bliskoznaczne do wyrazu „aresztowanie”. Pamiętałam je z filmu „Orzeł” – ww wrześniu 1939 polski okręt podwodny „Orzeł” został internowany w Estonii. Znaczy się zatrzymany. Ale zwiał! Może trzeba zwiewać?
Telewizor mówi, że internowano wiele osób. Może jeszcze jest czas?
Ile osób było wówczas na terenie uczelni, tyle opinii i propozycji.
Czy ktoś mógłby za nas podjąć decyzję, bo Baśka już płacze? Ma najdalej do domu. Co będzie jak zainternują pociągi?
Doczekaliśmy się wreszcie przedstawiciela władz uczelni. Człowiek był nie mniej wystraszony niż my.
– Proszę państwa, odwołujemy zajęcia na tym zjeździe. Proszę spokojnie wracać do domów, do rodzin. Póki co w naszym mieście panuje spokój. Nie zaobserwowano ruchów obcych wojsk. Miejmy nadzieję, że w państwa miejscowościach też jest jeszcze spokój.
No tak, zasugerował, że czekamy na owe wojska. Dobra, zbieramy się stąd. Nie ma nauki. Jest wojna, czy jakiś tam stan wojenny i trzeba do domu, do rodzin.

Pożegnaliśmy się wszyscy czule, jakbyśmy mieli już nigdy się nie zobaczyć i ruszyliśmy w stronę dworców PKP i PKS.

❤️
1
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Żyłam sobie w PRL - u (30) | LWP 0

Żyłam sobie w PRL – u (30)

Żyłam sobie w PRL – u (30)

1981 (2)

Armia (2)

Kilka dni po pozostawieniu starych w wojsku powołano do życia Terenowe Grupy Operacyjne. Wojskowe. Miały chronić, pomagać i wspierać ludność cywilną w obliczu zbliżającej się zimy, która miała być ostra i nieprzyjemna dla otoczenia.
W miastach i miasteczkach zamieszkali żołnierze. Niektórzy twierdzą, ze zjechali z ciężkim sprzętem wojskowym. Dość szybko owe grupy otrzymały ksywę „Czerwone brygady”. Czy miało to związek z włoską organizacją terrorystyczną czy z ustrojem ówczesnej Polski – nie wiem.
Wkrótce miałam się z nimi spotkać….

Chyba było to w listopadzie…. Sypnęło śniegiem. Ostro sypnęło. Rano, razem z innymi, wsiadłam w autobus, by dotrzeć do pracy. Autobus dojechał do ostrego zakrętu na drodze prowadzącej do małej wiejskiej szkółki i stanął.
– Dalej nie jadę. Zaspa. – zakomunikował kierowca.
Nie pierwszy to raz na owym zakręcie robiła się wielka śnieżna zaspa. Tak po prostu zawiewało. Taki po prostu był klimat owej drogi. Przez cztery lata pracy zdarzało się nam wysiadać w tym miejscu i zasuwać dalej pieszo, ot tak ok. czterech kilometrów.
Po cichu liczyliśmy, że ktoś tę zaspę usunie. Niestety, popołudniowy autobus nie przyjechał. Do szosy ponownie szliśmy pieszo. Następnego dnia – replay. Ani śladu pługu śnieżnego i piaskarki.
Dwie wsie odcięte od cywilizacji.
No dobra, bez przesady, prąd był.
Woda w studniach nie zamarzła.
W piecach palono resztkami węgla i drewnem z pobliskich lasów.
Dym był ekologiczny.

Ale dojazdu do wsi nie było.

Analizując rolę przydawki w zdaniu pojedynczym rozwiniętym, stwierdziłam, że czas zmierzyć się z propagandą i ustalić, ile jest prawdy w tym, co telewizja mówi.
Oczywiście w szkole lekcje były skrócone, żeby kadra mogła wrócić do domu jeszcze przed zmrokiem. Ale zanim trafiłam w domowe pielesze, odwiedziłam siedzibę „czerwonych brygad”.
– Dzień dobry. Chcę rozmawiać z głównodowodzącym. – powiedziałam z uśmiechem wchodząc do pokoju pełnego mężczyzn wartych grzechu.
– A w jakiej sprawie? – zapytał jeden z nich z belkami na ramieniu.
Na stopniach wojskowych się nie znałam. Akurat ta lekcja z przysposobienia obronnego uciekła mi z pamięci. Wiedziałam jedynie, że „belki” są słabe. Najważniejsze są „gwiazdki”. Uśmiechnęłam się więc uroczo:
– Ważnej.
Z drugiego pokoju wyszedł „gwiazdkowy”.
– Słucham.
– Czy wojsku polskiemu zależy, żeby młodzi obywatele w każdym mieście, w każdej wsi mieli pełny dostęp do oświaty?
– Oczywiście.
– Czy wszystkim nam zależy, aby na te wsie docierała wykwalifikowana kadra pedagogiczna, żeby kształcić młode pokolenie w duchu miłości do ludowej ojczyzny?
Spojrzałam człowiekowi w oczy, czy czasem nie przeginam.
– Tak jest.
– To trzeba owe zadania ułatwić. Jesteście tu, by pomagać narodowi przetrwać ciężkie chwile.
– Tak jest – „gwiazdkowy” nie kumał o co chodzi, ale odpowiadał regulaminowo.
– To jest okazja, żeby się wykazać.
– O co chodzi?
Nareszcie normalne pytanie.
– O drogę do szkoły. Macie mapę powiatu? To ja na mapie pokażę.
Mapa została rozłożona na stole.
– Tu jest droga, którą codziennie nauczyciele pokonują, by dotrzeć do szkoły. A tu jest ta szkoła. A w tym miejscu, jak zresztą widać, jest zakręt, prawie dziewięćdziesiąt stopni. Obecnie całkowicie zasypany przez śnieg. Autobus dojeżdża tylko dotąd. A potem nauczyciele idą blisko cztery kilometry do szkoły. Przychodzą zmęczeni. Do tego martwią się, jak wrócą do domów. To sprawia, że nie pracują wydajnie. A co będzie jak się rozchorują? Kto będzie uczył wiejskie dzieci miłości do ojczyzny?
„Gwiazdkowy” spojrzał na mnie i zakłopotany zapytał:
– A co my mamy zrobić w takiej sytuacji?
Brawo! Kolejne mądre pytanie!
– Odśnieżyć drogę!
– Ale to raczej prośba do służb innych, do tych, co dbają o drogi…
Ponownie się uśmiechnęłam:
– Takie służby to już tam były. Dojechały do zaspy i wróciły. Lekki pług i piaskarka tam nie pomogą. Nie przebiją się przez tę cholerną zaspę!
Mój, całkiem kontrolowany wybuch, wywarł wrażenie.
– Tu potrzebny ciężki pług. Bo przez tę zaspę to już trzeba się ostro przebić i śnieg wywalić na pobocze. Nie prosto, ale na boki. I to solidnie. Wojsko chyba taki pług ma? Macie przecież pomagać ludności w przetrwaniu ciężkiej zimy….
Zaległa cisza. Faceci warci grzechu spojrzeli na siebie i na „gwiazdkowego”. Ten westchnął i ponownie spojrzał na mapę.
– Proszę pokazać jeszcze raz, gdzie potrzebny ten pług.
Pokazałam. Zapisał coś w swoim notatniku.
– Mam nadzieję, że jutro spokojnie dojadę do pracy…. – szepnęłam nieco zalotnie.
– Zobaczymy co da się zrobić, nie obiecujemy, ale zobaczymy…

Zobaczyłam.

Następnego dnia zaspa była rozkopana. Do tego odśnieżna droga przez dwie wsie. W niektórych miejscach nawet asfalt było widać, tak ostro pług pracował. Ba, nawet nasz piaszczysty trakt do szkoły został odśnieżony. Wszystko wysypane piaskiem. Świeżym piaskiem, co oznaczało, że drogę posypano tuż przed przyjazdem autobusu.
Ludzie opowiadali, że poprzedniego dnia po zmroku na zakręcie trwało ostre rozkopywanie zaspy. Oprócz dwóch pługów, pracowali łopatami żołnierze. Pewnie ci, z przedłużonej służby wojskowej….
Od tamtej pory do owego dnia, droga do naszej szkoły była zadbana nie gorzej niż inne, znacznie ważniejsze zwane szosami pierwszej kolejności odśnieżania.
Aha, mój brat nigdy do woja nie doszedł. W rok później zgłosił się do odbycia zasadniczej służby wojskowej w straży pożarnej. Pełnił ośmiogodzinne dyżury przy telefonie przyjmując zgłoszenia o pożarach, podpaleniach i innych sprawach zgłaszanych przez telefon. W domu szeptem mówiono, że to tato dostępnymi kanałami załatwił mu pracę lekką i przyjemną. całość na https://www.czarownice.kosz.pl/opis-8-Zylam_sobie_w_PRL_u___Spis_tresci.php

❤️
2
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Żyłam sobie w PRL - u (29) | zaproszenie 1 0

Żyłam sobie w PRL – u (29)

Żyłam sobie w PRL – u (29)

Armia (1)

We wrześniu 1981 roku mój brat otrzymał bilet do wojska. Normalna sprawa. Taki jesienny pobór. Dwuletnia zasadnicza służba wojskowa była obowiązkowa dla każdego faceta. Większość chciała się z niej „zwolnić” starając się o kategorię C, D lub E zwaną „do schronu przed kobietami i dziećmi”. Czy ta ostatnia była – nie wiem.
Pobyt w wojsku jedni nazywali wyrokiem, drudzy dziurą w życiorysie, a inni – męską szkołą życia. W każdym razie człowiek znikał na dwa lata ze swego naturalnego środowiska, trafiał do koszar, które stawały się dla niego drugim domem.

Mój brat miał kategorię A, zatem służba mundurowa i koszary były mu pisane. Tradycyjną imprezą w przypadku otrzymania owego biletu było pożegnanie. W domu poborowego zbierali się przyjaciele. Pili. Płakali. Śpiewali piosenki patriotyczne typu „Przyjedź mamo na przysięgę”, „Do woja marsz, do woja”, oraz partyzanckie „Dziś do ciebie przyjść nie mogę”, „Idą leśni, kompas mają z gwiazd”. Obowiązywał repertuar z ówczesnych festiwali piosenki żołnierskiej w Kołobrzegu.

Rodzice oczywiście wyrazili zgodę na wielkie pijaństwo, pod warunkiem, że o północy gości już w domu nie będzie. Sami udali się na swoją imprezę.

Tak więc impreza się odbyła. Goście o oznaczonej godzinie mieszkanie opuścili. W zlewozmywaku zgromadziliśmy brudne naczynia. Pod taboretami stanęły puste butelki, towar cenny, bo można go było sprzedać. Rodzice wrócili. Wszyscy zasnęliśmy w swoich pokojach.
Pech chciał, że rano ok. dziewiątej zgoniła mnie z łóżka potrzeba fizjologiczna. Kiedy opuszczałam łazienkę, rozległ się dzwonek u drzwi. Wyjrzałam przez dziurkę, czyli tzw. „judasza”. Po drugiej stronie stałą kobieta wieku średniego.
Zaspana, skacowana w koszuli nocnej, otworzyłam.
– Taaakkkk…. – zamruczałam pod nosem.
– Czy tu mieszka ten a ten? – zapytała zupełnie normalnie.
– Taaakkkk …..
– To proszę go poprosić – poprosiła łagodnie.
Zapukałam do pokoju brata.
– Ktooooś … doooo …. ciebie…. wstawaj…
Zaspany, skacowany brat wyszedł w samych slipach.
– Ktoooo…. tam….
Pani spojrzała obojętnie.
– Pan ten a ten?
– Nooooo….
– Ma pan bilet do wojska?
– Nooooo…. naaa jutroooo….
– Jestem z WKU (taki organ zwany Wojskową Komendą Uzupełnień), proszę oddać mi ten bilet. Nie idzie pan do wojska.
Z pokoju rodziców wyszła mama. Zaspana, chyba też skacowana.
– Co się dzieje? – zapytała w miarę normalnie przecierając oczy.
– Pani przyszła po bilet. Mówi, że nie idę do wojska – oznajmił brat.
– I bardzo dobrze. Oddaj i wracajcie do łóżka. Niedziela jest. Spać trzeba. – odezwał się z pokoju skacowany tato.
Brat poszedł do pokoju. Z portfela wyciągną kawałek papieru.
– A to nie jest jakiś numer kumpli? – upewniał się.
– Nie, proszę jutro przyjść do WKU, to dowie się pan więcej. Dziś zbieramy bilety od ludzi, którzy jutro mieli stawić się w jednostkach.
Pani powiedziała jeszcze „do widzenia” i poszła sobie. Rodzice ponownie zamknęli się w pokoju. Brat usiadł na taborecie w kuchni. Spojrzał na stertę brudnych naczyń. Potem na rząd pustych butelek pod kolejnymi taboretami.
– Cholera, tyle gorzały poszło na marne….
Dziwne czasy….

Sprawa wkrótce się wyjaśniła. Oto osiemnastego października Rada Ministrów przedłużyła o 2 miesiące służbę wojskową żołnierzy wojsk lądowych, którzy kończyli drugi rok służby. Mówiąc normalnie – stary rocznik do domu nie wrócił i został w koszarach, w związku z czym zabrakło miejsca na nowy rocznik.
Stary rocznik wył i płakał. Nowy pił z radości. Przynajmniej do osiemnastego grudnia miał spokój. Liczył również na to, że przed świętami nikt nie będzie miał czasu na zajmowanie się młodymi żołnierzami. Odpowiednie służby zajmą się sprzątaniem koszar po starych żołnierzach. Zagrożenie zasadniczą służbą wojskową nadejdzie w styczniu. A do tego czasu wiele się jeszcze może wydarzyć.

❤️
1
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Żyłam sobie w PRL - u (28) | tyton 1 0

Żyłam sobie w PRL – u (28)

1980/1981 (3)

W rytmie disco (2)

Rodzina wróciła według planu po dwóch tygodniach. Oczywiście wujek musiał ponownie powiedzieć, że najpierw się pyta, potem się czeka na odpowiedź, a dopiero potem się przyjeżdża. Zapamiętałam to do końca życia.
Następnego dnia rano obudziły mnie krzyki z kuchni. Co jest, do jasnej cholery? Ledwie wrócili z urlopu, a już awantura?
Wuj kłócił się z ciotką.
Gdy wkroczyłam do kuchni, uznałam, że ciotka miała rację. W upalny letni dzień wuj rozpalał ogień pod węglową kuchnią.
– Do cna ci ten alkohol mózg wypalił! Rozpalać pod kuchnią w taki dzień!
– Musi się suszyć. Musi!
Na sznurku rozwieszonym wysoko nad kuchnią wisiały duże brunatne liście. Widywałam je na wsi, w której pracowałam. Domy były nimi obwieszone.
Machorka.
Tytoń znaczy się.
Jako pamiątkę z urlopu na Mazurach wuj przywiózł najcenniejszą rzecz – produkt do palenia.
Kibicowałam suszeniu. Dokładałam do kuchni.
Najpierw suszyliśmy duże liście. Potem wuj pokroił je. Suszyliśmy na starej patelni. Po trzech dniach wyschły i przypominały tytoń.
I oto zrobiliśmy pierwszego papierosa, zwanego skrętem. Tytoń zawijało się w kawałek papieru, głównie gazety. W rodzinie to ja dokonałam epokowego odkrycia – najlepszą gazetą na skręty byłą radziecka „Prawda”, trudna do zdobycia w polskich kioskach. Na szczęście w Wałbrzychu było coś co nazywało się Międzynarodowy Klub Książki i Prasy. Tu można było dostać gazety z bratnich krajów bloku wschodniego.
„Prawdę” odkryłam wcześniej, bo skręty robiło się też już dużo wcześniej. O ile papierosy były na kartki, to tytoń można było kupić w kioskach Ruchu. Lekcje robienia skrętów popieraliśmy z filmów o tematyce drugiej wojny. Tam żołnierze też robili skręty.

Podpaliliśmy „papierosa”.

Wydobył się z niego śmierdzący dym.

Trudno wyczuć, czy śmierdziała „Prawda” czy machora z Mazur.

Nieważne. „Sporty” też cuchną.

Zaciągnęliśmy się.

Oczy wyszły mi z orbit.

Zabrakło powietrza.

Zaczęłam się dusić.

Wuj walił mnie po plecach.

Potem ja jego.

Ciotka wrzeszczała.

Mieszkanie pokryła chmura substancji radioaktywnej.

Tak się nam przynajmniej wydawało.

My dochodziliśmy do siebie.

Ciotka nadal wrzeszczała.
– Zaraz sąsiedzi straż pożarną wezwą! Taki dym! Taki smród! Z takim paleniem na dwór! Mieszkanie zaczadzili!
Rzeczywiście, nie dało się palić. Gdzie popełniliśmy błąd?
Wuj zabrał Azę na spacer. Ja dochodziłam do siebie leżąc na tapczanie popijając wodę. Ciotka robiła przeciągi w mieszkaniu, bo było totalnie zakopcone.
Po godzinie wuj wrócił. Z kieszeni wydobył małe listki.
– Już wszystko wiem. Masz może cytrynę? – zapytał ciotkę.
Ta wzruszyła ramionami i puknęła się w czoło.
– W dzisiejszych czasach cytrynę….
Produkcja domowego tytoniu na skręty ruszyła ponownie. Tym razem machorka suszyła się nadal z listkami wiśniowymi. Marzeniem było dodanie do tego suchej skórki od cytryny. Byli tacy, co takowy owoc posiadali.
W sumie po tygodniu produkt nadawał się do spożycia czyli palenia.
Wracając pociągiem do domu, w korytarzu takowego stałą solidna grupa palaczy z tytoniem w woreczkach różnego typu. Niektórzy mieli stylizowane na średniowieczne sakiewki, inni bawełniane torebki, ktoś torebkę papierową. Robiliśmy skręty wymieniając uwagi na temat ich składu.
Polski przemysł prywatny (a był, był) szybko zareagował na potrzeby rynku i wyprodukował specjalne „maszynki” do robienia papierosów. Potem pojawiły się gilzy, co oznaczało powrót do czasów wojennych. Człowiek siedział wieczorem przed telewizorem i robił sobie papierosy. Tytoń luzem był dostępny w znanych nam kioskach Ruchu.
Ale skrętów mazurskiej machorki z wiśniami, nic już potem nie przebiło.
foto internet – suszenie tytoniu

❤️
1
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Żyłam sobie w PRL - u (27) | Kamienica nr 64 ul Pilsudskiego Jozefa marsz Walbrzych 9149996 0

Żyłam sobie w PRL – u (27)

Żyłam sobie w PRL – u (27)

1980/1981 (3)

W rytmie disco (1)

Zabawa taneczna zwana dyskoteką była na początku lat osiemdziesiątych w pełnym rozkwicie. To nie prawda, że lud tylko siedział w domach i knuł przeciwko władzy ludowej lub organizował nowy związek zawodowy. Lud się również bawił. Przy dźwiękach przebojów Boney M., Ottawana (ci od „Hand up”), ABBY, Bee Gees. Istniała już Budka Suflera, a przy przeboju „Znowu w życiu mi nie wyszło” czyli „Sen o dolinie” dziewczyna pochlipywały na ramionach chłopaków.
Rozpoczęła się złota era polskiego rocka, który też pojawiał się w dyskotekach jako tzw. taniec wolny czyli „tango przytulango” lub „pościelówa”.

W takim właśnie roku, 1981 zresztą, tradycyjnie spędziłam wakacje w Wałbrzychu. Napisałam do wujka list, że przyjeżdżam określonego dnia, wsiadłam w pociąg, ten sam co w 1976 roku. Tym razem obyło się bez przestojów i wysiadłam w rodzinnym mieście o przyzwoitej godzinie. Taksówka dojechałam pod poniemiecką kamienicę rodziny. W drzwiach ich mieszkania zastałam kartkę „Klucze u sąsiadów”.
Co się dzieje? Tak rano gdzieś wyszli? Zapukałam do sąsiednich drzwi.
– O, już jesteś? – przywitała mnie sąsiadka. – Wujek z ciocią wyjechali – oznajmiła z uśmiechem. – w domu masz list od nich.
Jak to wyjechali? Przecież ja przyjechałam! – chciałam krzyknąć, ale się opanowałam.
Weszłam do mieszkania. W kuchni na stole leżał list. Zaczynał się od sformułowania, że przyzwoitość nakazuje, by najpierw się spytać, czy można przyjechać, potem oczekiwać na odpowiedź, a dopiero potem przyjeżdżać. Ale skoro złamałam zasady, to mam radzić sobie sama i dobrze opiekować się zwierzętami.
Na parapecie siedziała kotka Kaśka. Do moich nóg łasiła się sunia Aza, takie dziewięćdziesiąt procent wilczura, a w przedpokoju w akwarium leżała świnka morska o imieniu Baśka. Żeby się rymowało z Kaśką.
Wuj zawsze prowadził mini ZOO….
W lodówce była jedna konserwa mięsna i dwa jajka. Na szczęście została mi z podróży jedna kanapka. Usmażyłam jaja, wypiłam herbatę (też była) i położyłam się spać, by odpocząć po podróży.
Obudziłam się po kilku godzinach z radosną myślą. Ludzie, ja mam przez dwa tygodnie wolną chatę!
Trzeba sobie ten dar od losu zorganizować!
Na pierwszy plan – rozrywka, wszak są wakacje.
W mojej starej dzielnicy Wałbrzycha – na Nowym Mieście, gdzie nadal mieszkała rodzina, istniał wówczas Jazz Club, taki sobie lokal z dyskoteka. Zabawa taneczna odbywała się w piątki, soboty i niedziele. Trwała do białego rana, co trudne w lipcu nie było.
Zaczęłam tam bywać.
Była świetlista kula, był stroboskop i inne świecidełka. W barze sprzedawano napoje chłodzące, a nawet bezkartkowe wino. Marki wino oczywiście, czyli tanie jabole. Prawdziwy alkohol lał się pod stolikami do niewielkich szklanek zwanych „literatkami”. Wszyscy o tym wiedzieli, nikt nie protestował.
Wtedy po raz pierwszy widziałam działania tzw. ochrony. Przy wejściu stało dwóch z sylwetką i twarzą, co to pięć lat bez wyroku. Pilnowali porządku. Jeśli ktoś przesadził, na przykład w zalotach, brali delikwenta za kark i wywalali z lokalu. Normalny człowiek miał poczucie bezpieczeństwa.
Dyskoteka grała. Lud się bawił.
Do domu wracałam skoro świt. Z reguły wyprowadzałam Azę, żeby zwierzątko się wysiusiało, po czym padałam zmęczona do wyra i spałam do samego południa.

Fajni ludzie tu przychodzili. Część nawet mnie kojarzyła. Kiedyś trafił się chłopak, który opowiedział mi prawie cały mój wałbrzyski życiorys, a ja nie miałam bladego pojęcia kim jest. Po przeprowadzeniu śledztwa wraz z koleżanką z podwórka, odnalazłyśmy człowieka. To sąsiad z sąsiedniej klatki. Kiedy wyjeżdżałam z Wałbrzycha miał dwanaście lat… jako piętnastolatka nie zwracałam uwagi na małolata. Tymczasem wyrósł na całkiem fajnego faceta.

W innym przypadku przez własną głupotę naraziłam się na…. no, może dziś po wielu latach…. na przeżycie przygody…. wtedy czułam się zagrożona.
Przypadek był wysokim brunetem z ciemnymi oczami. Niemłody, ale jeszcze przed trzydziestką. Ubrany w koszulę i normalne spodnie. Zupełnie niedyskotekowy styl. Zaprosił mnie do „pościelówy”, potem do baru. Nie rozlewał gorzały pod stołem. Kupił całą butelkę wina, którą sączyliśmy przez cały wieczór i prawie całą noc. Mówił poprawną polszczyzną. Oczywiście postanowił mnie odprowadzić do domu.
Byłam pod jego urokiem do tego stopnia, że w pewnym momencie palnęłam:
– A tak sobie sama mieszkam, rodzinka wyjechała.
– Niemożliwe? Naprawdę? Czuję się zaproszony.
W jego oczach pojawił się błysk. Szybko jednak zmienił się w czerwone alarmowe światło. No, nieźle…. co robić… W sumie ma to swoją dobrą stronę…. nie zaciągnie mnie w żadne krzaki w drodze powrotnej. Będzie czekał na wejście do domu… Dobra, gramy dalej.
Dyskoteka się skończyła. Zaczęło wschodzić słońce. Mój partner kupił kolejną butelkę taniego wina.
– Żeby nam się lepiej rozmawiało…. – uśmiechnął się czarująco. – A długo tak będziesz sama mieszkała? – zapytał znienacka.
Co choroba, wprowadzić się chce?
– W sumie nie wiem, wuj nie powiedział dokładnie, kiedy wraca. Może jutro, może za tydzień… pojechali z ciotką na Mazury.
I tak rozmawiając o wszystkim i niczym dotarliśmy do kamienicy.
– Wiesz, poczekaj tutaj chwilę, ja sprawdzę, czy przez przypadek nie wrócili. Jeśli nie, to dam ci znak przez okno i wejdziesz – powiedziałam z nutą zalotności w głosie.
– Które to mieszkanie? – zapytał równie zalotnie.
– To po lewej na parterze.
Szybko weszłam do mieszkania. Zamknęłam je na dolny zamek, na zasuwę u góry i dodatkowo na łańcuch. Teraz sobie właź!
Wyjrzałam przez okno. Stał pod nim z butelką wina.
– I jak?
– Nie ma ich.
– To idę.
– Raczej nie. Straciłam ochotę na wino.
Pod oknem stała ławka. Wszedł na nią.
– Wejdę oknem – rzekł pewnym głosem.
– Poczekaj chwilę…. Aza, chodź do okienka….
Azie nie wolno było opierać się o parapet i wyglądać przez okno. A bardzo to lubiła i wykorzystywała każdą okazję, by pooglądać świat w ten sposób. Teraz była szczęśliwa, bo otrzymała pozwolenie. Wystawiła swój wielki psi łeb i zaczęła radośnie machać ogonem. Z triumfującym uśmiechem stanęłam za nią.
– Właź, na własne ryzyko.
– Taka jesteś cwana….
– A ty naiwny. Jak można było uwierzyć, że wpuszczę cię do obcego mieszkania….
Człowiek zszedł z ławki. Rzuciła na pobliski trawnik wino i odszedł. Najbardziej spokojny pies, jakiego kiedykolwiek znałam, spełnił swe zadanie obrony przed nieprzyjacielem.
Kiedy w godzinę później wyprowadzałam Azę na poranne siusianie, wina na trawniku już nie było. Ktoś skorzystał.
foto Wałbrzych, ul. Piłsudskiego 64, w której mieścił się Jazz Club foto https://polska-org.pl/9149996,foto.html?idEntity=529003

❤️
1
👍
2
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Żyłam sobie w PRL - u (26) | sporty 0

Żyłam sobie w PRL – u (26)

Żyłam sobie w PRL – u (26)

1980/1981 (2)

Z papierosem przy secie (2)

Gorzej, w naszej rodzinie oczywiście, było z kartkami na papierosy.
Ponownie siedzieliśmy przy telewizorze konsumując jajecznicę z jajek przywiezionych przeze mnie ze wsi. Właśnie dostałam „łapówkę” w postaci kawałka słoniny i dziesięciu sztuk jaj kurzych ekologicznych, bo od kur grzebiących, zresztą innych wtedy nie było.
Telewizja ogłosiła, że wprowadza kartki na papierosy – po dziesięć paczek na łepka na cały miesiąc. Mało, stanowczo za mało. Nałogowiec wypala minimum paczkę dziennie. Jednak tata zatarł ręce z zadowolenie:
– W porządku! Mam czterdzieści paczek na miesiąc. Mogę nawet na rynku handlować!
Biedak, nie wiedział, jaki szok za chwilę go czeka.
Póki co jedliśmy jajecznicę popijając mlekiem. Też ekologicznym, bo tylko takie wówczas było. Kupione rano trzeba było szybko przegotować, bo wieczorem już mogło być kwaśne. Mama przewidywała skutki kartek i po zjedzeniu kolacji szybko posprzątała ze stołu. Wiadomo, szkoda talerzy.
– Ja swojej kartki nie oddaję – brat okazał się odważniejszy ode mnie. Jego głos zabrzmiał jak wyrok.
Do ojca początkowo nie dotarło:
– Jakiej kartki nie oddajesz?
– No, tej na papierosy.
– Dlaczego? – pytanie ojca zabrzmiało retorycznie.
Brat nabrał powietrza do płuc i wyrzucił z siebie:
– Bo palę!
Ojciec wstał i odpalił karabin maszynowy. Póki co ręczny:
– Smarkacz pali! To hańba! Do szkoły ku… teczkę nosić! Nie palić po kątach! Książki czytać! Lekcje odrabiać! Smarkateria pierd….! Papierosy w głowie! A gdzieś ty się tego nauczył? Pewnie w szkole co? Zawsze mówiłem, że powinien iść do technikum, a nie do zawodówki! Bo tam same chamstwo chodzi! I pijaństwo się ku…. szerzy! Już wiem dlaczego nie chciałeś oddać kartki na wódkę! Pijesz i palisz! Co za młodzież! Co z nich wyrośnie! Co z ciebie wyrośnie jak palisz! Na raka ku…. umrzesz! O zdrowie trzeba dbać! I jak w tej Polsce ma być dobrze jak takie małolaty palą i piją!
Oczywiście przerywanie monologu nie miało sensu. Ojciec chodził po pokoju o powierzchni 15 metrów kwadratowych tam i z powrotem. Mama stała w drzwiach i ciężko wzdychała. Dobrze, że zebrała talerze ze stołu, bo ojciec w pewnym momencie oparł się o stół i już chciał coś chwycić, żeby tak pierd…. o podłogę, ale niczego nie znalazł.
– Nie w szkole, tylko u ciebie w zakładzie pracy się nauczyłem! Koledzy taty mnie nauczyli – triumfował brat.
Pracowali obaj w tym samym miejscu, tylko w innych halach produkcyjnych.
– No, już ja się z nimi jutro policzę – tym razem ojciec westchnął i usiadł na wersalce.
Po paru minutach pogodził się, że jednak będzie miał tylko trzydzieści paczek papierosów. Jak miesiąc będzie miał o jeden dzień dłuższy, trzeba będzie coś wykombinować.
– No to tato ostro kombinuj, bo ja też swoich kartek ci nie dam. Palę.
To było do przewidzenia. Moje słowa zadziałały na ojca jak czerwona płachta na byka. Zrobił się czerwony. Wstał, zaczął wykonywać niekontrolowane ruchy polegające na machaniu rękami we wszystkie strony. Włączył ckm czyli ciężki karabin maszynowy:
– Co? Kto? Po co? Dlaczego? Od kiedy? Dziewczyna pali! Brak przyzwoitości! To już nie skandal, to hańba, poruta, zgorszenie! Wstyd dla całej rodziny! Rozbój w biały dzień! Całkowita granda! Totalna arogancja! Szopka! Bezczelność! Drwina z całej rodziny! Pomiatanie rodzicami! Zuchwalstwo! Zbrodnia! Brak klasy, ogłady, wychowania!
Nie wiedziałem, że ojciec ma aż tak zasobny słownik języka polskiego. Kiedy zabrakło mu powietrza, odpalił ostatni pocisk, w stronę mamy:
– Jak ty dzieci wychowałaś!
Mama nie odpuściła.
– A ty co, nie mogłeś wychowywać? W więzieniu byłeś?
Tato syknął. Włożył płaszcz i buty. Trzasnął drzwiami. Wyszedł. Może realizować kartkę na wódkę.
Do dziś nie wiem, dlaczego ojciec nie zakumał, że palimy. Fakt, nie paliliśmy przy nim, on palił zawsze, do tego najgorsze z najgorszych papierosów bezfiltrowe „Sporty”. Śmierdziało nimi w całym mieszkaniu. Smród naszych, nieco lepszych papierosów marki Carmeny lub Zefiry nie przebił smrodu „Sportów”.
W każdym razie mieliśmy po owe kartkowe dziesięć paczek, no tatko dwadzieścia, co jednak nie wystarczało od pierwszego do pierwszego.
Następnego dnia po powrocie z pracy od razu udałam się do „ciotki”. Nie, nie mojej. Takiej miastowej. Młodszej od „babki”.
Zarówno jedna jak i druga były prekursorkami współczesnego handlu polegającego na zasadzie „tanio kupić, drogo sprzedać”. „Ciotki” i „babki” zajmowały się tym w swoich mieszkaniach, a podstawowym produktem była wódka. Kupowały ją po cenach normalnych, głównie w Pewexie, a sprzedawały drożej. Ich mieszkania nosiły miano meliny lub „mety”, a lokalizacja nie była tajemnicą. Nawet dla ówczesnej milicji (czytaj policji), która z usług pań też korzystała.
Przyzwoita „ciotka” nie pozwalała bowiem na konsumpcję zakupionego towaru w pobliży „mety”. Nikt zatem porządku publicznego nie zakłócał.
U „babki” nie było określonych godzin sprzedaży. Dwadzieścia cztery godziny i siedem dni w tygodniu. Podczas stypy i podczas bezalkoholowej komunii, pierwszej oczywiście.
„Ciotka”, z której usług korzystała nasza paczka, zajmowała się również handlem innymi produktami oraz pośredniczyła w przekazywaniu wiadomości.
W latach późniejszych zwróciłam się do niej z prośbą o wiadomość na temat dostawy pralek automatycznych do sklepu. Poinformowała. Wczesnym rankiem stanęłam w kolejce jako jedna z pierwszych i pralkę dostałam. „Ciotce” odpaliłam prowizję, bo tak to teraz się nazywa.
Poszłam więc do niej, żeby ubić interes.
Przyjęła mnie oczywiście mile, wysłuchała, zgodziła się, podałyśmy sobie dłonie na znak zawartej umowy.
Otóż „ciotka” ceniła stały, chociaż nieco mniejszy dopływ gotówki, a ja zaproponowałam jej, że każdego dziesiątego każdego miesiąca będę przychodziła po przydziałowe dziesięć paczek papierosów.
Przy stałym odbiorze cena za paczkę była niższa niż ta, która obowiązywała na targowisku. Miałam więc już całe dwadzieścia paczek. Może uda się przeżyć….

całość tu https://www.czarownice.kosz.pl/opis-8-Zylam_sobie_w_PRL_u___Spis_tresci.php

❤️
1
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Żyłam sobie w PRL- u (25) | wodka 0

Żyłam sobie w PRL- u (25)

Żyłam sobie w PRL – u (25)

1980-1981 (1)

Z papierosem przy secie (1)

Rok szkolny 1980/1981 przebiegł pod znakiem wielu wydarzeń. Nadal panował wszechobecny chaos. Nadal były kłopoty z zakupami. Czasami ktoś strajkował. Czasami jakiś ważny abdykował, a na jego miejsce wskakiwał następny ważny.
W naszej rodzinie też się działo. Politycznie najciekawsze wydarzenie miało miejsce w pewien zimowy wieczór.
Mój ojciec siedział właśnie nad talerzem zupy. W pokoju tym razem to było, bo w nowym bloku kuchnie były za małe na konsumowanie posiłków. Tak więc ojciec konsumował. Mama siedziała na wersalce rozkładanej, ale w dzień złożonej i robiła za sofę. Znaczy się wersalka robiła, bo mama patrzyła w telewizor, w którym coś leciało.
Ze swego pokoju wyszedł brat. Usiadł obok matki.
– Jutro strajkujemy – zakomunikował.
Łyżka w zupie ojca stanęła.
– Dlaczego?
– Bo majster każe nam zapierd…. – kontynuował brat.
– I dlaczego jeszcze? – pytał tato z łyżką pełną zupy w dłoni.
– No, dlatego, nie będziemy zapierd…. wolność jest no nie? Wywieziemy go na taczce i tyle będzie z niego.
Łyżka wylądowała w zupie.
– Czyli dlatego, że nie chce się wam robić, robicie strajk?
Brat wzruszył ramionami:
– No, chyba tak, nie chce nam się zapierd….
Ojciec podniósł głowę znad talerza.
– Słuchaj synu, bo jak ja cię zapied….ę to wagony będziesz kur… rozładowywał, żeby na chleb zarabiać! Ja ci ku… dam strajk! Do roboty jutro!
Po czym ojciec spokojnie pochylił się nad talerzem i dokończył konsumpcję zupy. Z tego co pamiętam, to brat nie strajkował. Być może w innych domach odbyły się podobne rozmowy, w wyniku których strajk z powodu majstra każącego pracować, a nie opierd… się w miejscu pracy, nie odbył się.
To była jedna z rodzinnych potyczek przełomu 80 na 81. Prawdziwa wojna wybuchła później.
Rok 1981 był rokiem wprowadzania kolejnych kartek, co zwało się fachowo reglamentacja towarów.
Ze wszystkim Polak sobie poradził i mimo niewielkiej ilości owego towaru na kartki, w lodówkach było mięso, w szafkach cukier. Na targowiskach, zwanych w części kraju rynkami, zawsze można było dostać kartkowy towar, oczywiście za wyższą cenę. Dziś nazywa się to handlem, wtedy było karaną spekulacją. Kolejki oczywiście do sklepów były. Stało się. Czasami nie wiadomo po co. Każdy towar był towarem do wymiany barterowej. Ja komuś pastę do zębów, ktoś mi pończochy.
My, czyli młodzi ludzie snujący się po mieście, miewaliśmy różne pomysły. Zbiórkę mieliśmy w takiej sobie kawiarni, przy najdalej oddalonym od pozostałych stoliku. Przychodził najpierw jeden i zamawiał herbatę, z cukrem oczywiście. Potem drugi. Też herbata z cukrem. Trzeci krzyczał:
– Czarną z cukrem! – jakby wówczas znane były inne kolory herbat…
A czwarty na pytanie kelnerki:
– Co podać? – z sadystycznym uśmiechem odpowiadał:
– Raz posiedzieć!
I tak przy dwóch herbatach z cukrem mijał wieczór. Wszak nie żarcie ważne, ale towarzystwo.
Kiedyś zauważyliśmy, że stając w okolicach sklepów i polskich narodowych kiosków „Ruchu” wzbudzaliśmy zainteresowanie wśród przechodniów. Wysunęliśmy teorię i postanowiliśmy ją sprawdzić w kilku newralgicznych punktach miasta. Uznaliśmy to za dobrą zabawę w niewielkim i nudnym jak… mieście.
Nasza paczka licząca od pięciu do dziesięciu osób ustawiła się w regularną kolejkę przed sklepem z „drogerią”. Nie rozmawialiśmy ze sobą udając zupełnie obcych sobie ludzi. Po paru minutach za nami ustawiała się podobna, a nawet liczniejsza kolejka. Ludzie pytali:
– A co mają rzucić?
– Chyba papier toaletowy.
– A ja słyszałam, że wodę po goleniu.
– Nie, mydło do golenia.
– Rzuciliby jakieś perfumy, mam urodziny teściowej.
– E tam, perfumy, pasta do zębów mi się kończy.
– To myj pani mydłem.
– Nie mogę. Po mydle w gębie to chce mi się rzygać.
I takie to mniej więcej były Polaków rozmowy w zainicjowanej przez nas kolejce. Kiedy była już odpowiednio liczna, wychodziliśmy z niej słysząc za sobą:
– Ale ta dzisiejsza młodzież niecierpliwa. Nawet w kolejce nie postoi.
Jak długo stały utworzone przez nas kolejki, nigdy nie sprawdzaliśmy. Szybko jednak zrezygnowaliśmy z robienia sztucznych kolejek. Jakoś przestało nas to bawić.
W domu tymczasem atmosfera gęstniała. Dawno nie było żadnej draki, a czas spokoju oznaczał rodzinny stan uśpienia.
Zaczęła się od wódki, to znaczy od kartek na wódkę. Każdy pełnoletni obywatel miał prawo do pół litra czystej na miesiąc. Ale abstynenci mieli prawo do wymiany owej wódy na kawę naturalną, brazylijską. Zabijcie, nie pamiętam, na jaką ilość. W porze wyjątkowo wspólnej kolacji, jedząc szynkę z nielegalnego uboju (o tym później) prowadziliśmy rodzinna dyskusję na temat przydziału kartkowego.
Ojciec oczywiście postawił się w roli opozycji do kartek, tłumacząc młodemu pokoleniu, że w czasie wojny był większy przydział.
– I bardzo dobrze, że teraz jest mniejszy. Niech robotnicy walczą o tę solidarność, a nie piją. W czasie wojny okupant chciał rozpić Polaków, żeby powymierali na choroby poalkoholowe – oznajmiłam tonem nauczycielki z trzyletnim stażem.
Nie, nie, tym razem nikt z rodziny nie skomentował.
– Ja wódki nie potrzebuję. Będę kupowała kawę – rzekła mama.
Tato nie musiał mówić, co kupi. Brat miał dylemat:
– Ja jeszcze nie wiem…. i wóda się przyda i kawa….
– Ale wódka cenniejsza. Da się wymienić na większą ilość towaru – zauważyłam znając już trochę tzw. czarny rynek, czyli spekulację na targowisku.
– Małolaty pić nie powinny! – ostro syknął ojciec.
– Jakie małolaty…. – puknęła się w czoło mama – Pracują, uczą się (to było o mnie, ale co tam, niech brat skorzysta), dokładają do życia (czyli oddają część poborów mamie), a ty im „setki” żałujesz.
Tato nie ustępował:
– Jakiej „setki”? Całego pół litra!
Mama machnęła ręką:
– Bądź choć raz ojcem.
Zaległa twórcza cisza.
– Dobra, niech każdy robi ze swoją kartką co chce – skapitulował ojciec.
Tato poparł wniosek machając ręką:
– Jest jeszcze „Pewex”, „ciotka” i Cyganie.
Co to był „Pewex”, wie chyba każdy z młodego pokolenia – sklepy z luksusowymi towarami za obce waluty, przede wszystkim dolary. Obok dolarów istniały tzw. bony towarowe PeKaO. Oczywiście w Polsce nikt dolarów nie miał. Oficjalnie oczywiście. W rzeczywistości każdy je miał. A jeśli nie miał, to w każdej chwili mógł mieć. Wymianą złotówek na dewizy zajmowali się w Łomży ludzie pochodzenia romskiego, czyli Cyganie. Stali nie przy samym sklepie z luksusami, ale z reguły na placu przy kościele znajdującym się w pobliżu. Przy tym samym, przy którym kiedyś zaplanowaliśmy „sylwka”.
W sumie więc sprawa alkoholu rodziny nie podzieliła. Wszyscy pracowali, zatem jak chcieli się napić, pod kościół, szybka wymiana forsy, do Pewexu i impreza gotowa.
Dobrze, już mówię…. wiem, że chcecie wiedzieć… Wódka w Pewexie była droższa. Ale co tam, jak nie było mięsa, cukru, pończoch czy majtek na dupę to się tego nie kupowało i na procenty było.

foto – internet

❤️
2
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
1 – 2 – 3 – 4 –