Autor: Grazyna KS

Katja i wilki | wil 0

Katja i wilki

Katja i wilki

Dotarłam do końca. To znaczy dotarłam do ostatniej posiadanej przez siebie książki Magdy Skubisz z cyklu „saga rodu Tyszowskich”, tytuł tej części „Wilcze znamię”. Wcześniej już pisałam, że gdyby nie fakt, iż dostałam ową sagę w prezencie, nigdy bym po tego typu literaturę nie sięgnęła. Nie lubię romansów. Z tego też powodu sięgnęłam po egzemplarz z uśmiechem na twarzy. Nareszcie koniec. Okazało się, że nie był on taki zły.
Katja, zielarka i aptekarka, nadal jest brudna i chuda. To drugie, wiadomo, z biedy. Zawsze głodna, zawsze żyjąca w zimnych i równie brudnych jak ona pomieszczeniach. To swoje robi. Ale dlaczego ciągle jest brudna? Raz tylko była czysta. Na balu w tomie pierwszym. Wtedy zakochał się w niej Antoni. Miłość jest jednak ślepa i drugi podstawowy bohater, brudu nie dostrzega. Pamięta głównie suknię, którą Katja miała wówczas na sobie. Ten obraz żyje w nim w tomie czwartym również. Do tego przechodzi istną ewolucję. Bohater, nie suknia. Sam łapie się na tym, iż nie rozumie swego postępowania. Nieważne. Ważne, że robi, to co robi.
Zaskoczeniem jest, iż w tym tomie „lekarska” działalność Katji jest ograniczona. Nadal panuje cholera. Autorka powieści na szczęście nie powtarza recept na jej powstrzymanie. Wiemy, że się da ją wyleczyć. Zsyła natomiast na naszą bohaterkę masę nieszczęść. Oczywiście tradycyjnie, bo życie zielarki cierpieniem stoi. Tym jednak razem akcja wykracza poza obszar majątków Tyszowskich. I to według mnie jest w tej części najważniejsze. Bo ile można łazić po tych samych domach i tym samym polu? Trzy tomy wystarczą.
Nasza Katja w wyniku swych nieszczęść, rusza sama w tzw. świat. Początkowo myśli, że to, co widzi przed sobą, to Krasiczyn, siedziba rodu Sapiehów. Niestety, to tylko Przemyśl.
„W mieście, którego nazwiska nie powiem….
Były trzy karczmy, bram cztery ułomki,
klasztorów dziewięć i gdzieniegdzie domki” – pisał w „Monachomachii” Ignacy Krasicki i ponoć miał to być właśnie Przemyśl. Tak przynajmniej wynika z przypisów w „Wilczym…”.
W każdym razie Katja tam dociera i marzy o rozpoczęciu nowego, w miarę normalnego życia. Ale oczywiście nie jest to jej dane. Co prawda cholera w mieście jeszcze jest, ale nasza znawczyni receptur kariery medycznej nie może nic zrobić. Pech goni pech. Źli ludzie tak samo.
W każdym razie tom czwarty się kończy. O dziwo, tym razem mnie sen przy nim nie zmorzył. Było trochę więcej akcji niż w poprzednich. Zmiana miejsca wydarzeń też na plusa wpłynęła. Nic jednak nie zaskoczyło. Ot, kolejna saga o dawnych czasach napisana przez współczesnego pisarza, przepraszam – współczesną pisarkę, obowiązują feminatywy, czyli słownictwo współczesne, opisy też. Mam wątpliwości, czy przekleństwa też dzisiejsze. Nie znam historii brzydkich słów. Wiadomo jedynie, iż nasza cholera, wzięła się od tamtej lub wcześniejszej cholery. Wiem również, że ukazała się piąta część sagi. Czy go przeczytam? Kupować na pewno nie zamierzam…

❤️
0
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
Piękno w różnej postaci | ko 0

Piękno w różnej postaci

Piękno w różnej postaci

Kryminał na wesoło? Oczywiście! I nie będzie to tym razem kryminał Joanny Chmielewskiej, która do dziś bawi nas swymi tekstami. Tym razem stara seria z „jamnikiem” i tytuł jak z bajki „Piękna kobieta w obłoku spalin”, wydana w 1982 roku, autor Jeremi Bożkowski.
Najpierw o autorze, wszak nazwisko nieznane, imię ciekawe. A najciekawsze jest to, iż zarówno nazwisko jak i imię to pseudonim literacki Bożeny Ciecierskiej -Więcko dziennikarki i pisarki, która kilka powieści popełniła i wydała je właśnie w jamniczej serii. To nie pierwszy przypadek, kiedy autor kryminału ukrywa się pod pseudo. Cóż, kiedyś tego typu literatura uchodziła za tą z dolnej półki. Ot takie czytadło na podróż pociągiem. Dziś są to prawdziwe perełki minionej epoki. Akcja każdej opowieści tego typu działa się współcześnie, w realiach epoki, kiedy się działa. Tak też jest w przypadku „Pięknej…”.
Zacznijmy od tytułu. Ten akurat sprawdza się nawet dzisiaj. Jest typowo marketingowy i dzisiejsi twórcy też by się go nie powstydzili. Oczywiście sugeruje on, iż bohaterem będzie kobieta i chyba zginie w … no tych obłokach spalin. A śmierć w takich warunkach jest dość często spotykana w kryminałach literackich i filmowych, ale głównie jako śmierć samobójcza. Taki delikwent zamykał się w garażu, odpalał silnik i umierał. Obecnie zjawisko to raczej nie ma racji bytu. Benzyna i ropa droga, coraz więcej „elektryków”… W każdym razie tytuł budzi zainteresowanie jako znak epoki.
Kolejnym jest bez wątpienia zakup samochodu. W omawianej powieści mamy całą procedurę owego zakupu w czasach PRL-u. Nie taka, to prosta sprawa, nie taka prosta, by stać się właścicielem „malucha” czyli Fiata 126P.
Znakiem dawnych czasów jest też wścibska sąsiadka. Ongiś tak było, iż sąsiad o sąsiedzie wszystko wiedział, zwłaszcza jeśli jeden z nich był emerytem i czas spędzał siedząc w oknie. Znam to z dzieciństwa z autopsji. Człowiek na podwórku zakazanego ruchu nie mógł zrobić, bo podwórkowy monitoring w postaci pan X działał, a radiostacja w postaci jej ust, przekazywała wiadomości rodzicom. Tym razem, znaczy się w powieści, sąsiadka narobiła zamieszania. Tyle mogę zdradzić. Mogę jeszcze zdradzić, że gadulstwo nie popłaca. Bycie przyjemnym dla gaduły też nie. I w sumie lepiej, żeby takowego nie było.
Oczywiście cała intryga w „Pięknej…” jest w miarę normalna i niezbyt skomplikowana. Łatwo ja rozszyfrować. Od początku wiadomo, kto będzie ofiarą. Ale powieść ta ma przede wszystkim bawić, bo jest lekka i przyjemna. Ukazani w niej pracownicy ówczesnej milicji z pionu kryminalnego też są przyjemni, chociaż wszyscy wokół utrudniają im prowadzenie śledztwa.
Słowem, zabawa fajna. Szkoda tylko, że nie mogę podzielić się z nikim książką. Egzemplarz był tak często czytany, że rozleciał mi się w rękach… Tradycyjnie trafi na makulaturę, by wrócić do mnie w postaci kartonu z nowymi butami.

❤️
1
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
Żyłam sobie w PRL - u (26) | sporty 0

Żyłam sobie w PRL – u (26)

Żyłam sobie w PRL – u (26)

1980/1981 (2)

Z papierosem przy secie (2)

Gorzej, w naszej rodzinie oczywiście, było z kartkami na papierosy.
Ponownie siedzieliśmy przy telewizorze konsumując jajecznicę z jajek przywiezionych przeze mnie ze wsi. Właśnie dostałam „łapówkę” w postaci kawałka słoniny i dziesięciu sztuk jaj kurzych ekologicznych, bo od kur grzebiących, zresztą innych wtedy nie było.
Telewizja ogłosiła, że wprowadza kartki na papierosy – po dziesięć paczek na łepka na cały miesiąc. Mało, stanowczo za mało. Nałogowiec wypala minimum paczkę dziennie. Jednak tata zatarł ręce z zadowolenie:
– W porządku! Mam czterdzieści paczek na miesiąc. Mogę nawet na rynku handlować!
Biedak, nie wiedział, jaki szok za chwilę go czeka.
Póki co jedliśmy jajecznicę popijając mlekiem. Też ekologicznym, bo tylko takie wówczas było. Kupione rano trzeba było szybko przegotować, bo wieczorem już mogło być kwaśne. Mama przewidywała skutki kartek i po zjedzeniu kolacji szybko posprzątała ze stołu. Wiadomo, szkoda talerzy.
– Ja swojej kartki nie oddaję – brat okazał się odważniejszy ode mnie. Jego głos zabrzmiał jak wyrok.
Do ojca początkowo nie dotarło:
– Jakiej kartki nie oddajesz?
– No, tej na papierosy.
– Dlaczego? – pytanie ojca zabrzmiało retorycznie.
Brat nabrał powietrza do płuc i wyrzucił z siebie:
– Bo palę!
Ojciec wstał i odpalił karabin maszynowy. Póki co ręczny:
– Smarkacz pali! To hańba! Do szkoły ku… teczkę nosić! Nie palić po kątach! Książki czytać! Lekcje odrabiać! Smarkateria pierd….! Papierosy w głowie! A gdzieś ty się tego nauczył? Pewnie w szkole co? Zawsze mówiłem, że powinien iść do technikum, a nie do zawodówki! Bo tam same chamstwo chodzi! I pijaństwo się ku…. szerzy! Już wiem dlaczego nie chciałeś oddać kartki na wódkę! Pijesz i palisz! Co za młodzież! Co z nich wyrośnie! Co z ciebie wyrośnie jak palisz! Na raka ku…. umrzesz! O zdrowie trzeba dbać! I jak w tej Polsce ma być dobrze jak takie małolaty palą i piją!
Oczywiście przerywanie monologu nie miało sensu. Ojciec chodził po pokoju o powierzchni 15 metrów kwadratowych tam i z powrotem. Mama stała w drzwiach i ciężko wzdychała. Dobrze, że zebrała talerze ze stołu, bo ojciec w pewnym momencie oparł się o stół i już chciał coś chwycić, żeby tak pierd…. o podłogę, ale niczego nie znalazł.
– Nie w szkole, tylko u ciebie w zakładzie pracy się nauczyłem! Koledzy taty mnie nauczyli – triumfował brat.
Pracowali obaj w tym samym miejscu, tylko w innych halach produkcyjnych.
– No, już ja się z nimi jutro policzę – tym razem ojciec westchnął i usiadł na wersalce.
Po paru minutach pogodził się, że jednak będzie miał tylko trzydzieści paczek papierosów. Jak miesiąc będzie miał o jeden dzień dłuższy, trzeba będzie coś wykombinować.
– No to tato ostro kombinuj, bo ja też swoich kartek ci nie dam. Palę.
To było do przewidzenia. Moje słowa zadziałały na ojca jak czerwona płachta na byka. Zrobił się czerwony. Wstał, zaczął wykonywać niekontrolowane ruchy polegające na machaniu rękami we wszystkie strony. Włączył ckm czyli ciężki karabin maszynowy:
– Co? Kto? Po co? Dlaczego? Od kiedy? Dziewczyna pali! Brak przyzwoitości! To już nie skandal, to hańba, poruta, zgorszenie! Wstyd dla całej rodziny! Rozbój w biały dzień! Całkowita granda! Totalna arogancja! Szopka! Bezczelność! Drwina z całej rodziny! Pomiatanie rodzicami! Zuchwalstwo! Zbrodnia! Brak klasy, ogłady, wychowania!
Nie wiedziałem, że ojciec ma aż tak zasobny słownik języka polskiego. Kiedy zabrakło mu powietrza, odpalił ostatni pocisk, w stronę mamy:
– Jak ty dzieci wychowałaś!
Mama nie odpuściła.
– A ty co, nie mogłeś wychowywać? W więzieniu byłeś?
Tato syknął. Włożył płaszcz i buty. Trzasnął drzwiami. Wyszedł. Może realizować kartkę na wódkę.
Do dziś nie wiem, dlaczego ojciec nie zakumał, że palimy. Fakt, nie paliliśmy przy nim, on palił zawsze, do tego najgorsze z najgorszych papierosów bezfiltrowe „Sporty”. Śmierdziało nimi w całym mieszkaniu. Smród naszych, nieco lepszych papierosów marki Carmeny lub Zefiry nie przebił smrodu „Sportów”.
W każdym razie mieliśmy po owe kartkowe dziesięć paczek, no tatko dwadzieścia, co jednak nie wystarczało od pierwszego do pierwszego.
Następnego dnia po powrocie z pracy od razu udałam się do „ciotki”. Nie, nie mojej. Takiej miastowej. Młodszej od „babki”.
Zarówno jedna jak i druga były prekursorkami współczesnego handlu polegającego na zasadzie „tanio kupić, drogo sprzedać”. „Ciotki” i „babki” zajmowały się tym w swoich mieszkaniach, a podstawowym produktem była wódka. Kupowały ją po cenach normalnych, głównie w Pewexie, a sprzedawały drożej. Ich mieszkania nosiły miano meliny lub „mety”, a lokalizacja nie była tajemnicą. Nawet dla ówczesnej milicji (czytaj policji), która z usług pań też korzystała.
Przyzwoita „ciotka” nie pozwalała bowiem na konsumpcję zakupionego towaru w pobliży „mety”. Nikt zatem porządku publicznego nie zakłócał.
U „babki” nie było określonych godzin sprzedaży. Dwadzieścia cztery godziny i siedem dni w tygodniu. Podczas stypy i podczas bezalkoholowej komunii, pierwszej oczywiście.
„Ciotka”, z której usług korzystała nasza paczka, zajmowała się również handlem innymi produktami oraz pośredniczyła w przekazywaniu wiadomości.
W latach późniejszych zwróciłam się do niej z prośbą o wiadomość na temat dostawy pralek automatycznych do sklepu. Poinformowała. Wczesnym rankiem stanęłam w kolejce jako jedna z pierwszych i pralkę dostałam. „Ciotce” odpaliłam prowizję, bo tak to teraz się nazywa.
Poszłam więc do niej, żeby ubić interes.
Przyjęła mnie oczywiście mile, wysłuchała, zgodziła się, podałyśmy sobie dłonie na znak zawartej umowy.
Otóż „ciotka” ceniła stały, chociaż nieco mniejszy dopływ gotówki, a ja zaproponowałam jej, że każdego dziesiątego każdego miesiąca będę przychodziła po przydziałowe dziesięć paczek papierosów.
Przy stałym odbiorze cena za paczkę była niższa niż ta, która obowiązywała na targowisku. Miałam więc już całe dwadzieścia paczek. Może uda się przeżyć….

całość tu https://www.czarownice.kosz.pl/opis-8-Zylam_sobie_w_PRL_u___Spis_tresci.php

❤️
1
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
Żyłam sobie w PRL- u (25) | wodka 0

Żyłam sobie w PRL- u (25)

Żyłam sobie w PRL – u (25)

1980-1981 (1)

Z papierosem przy secie (1)

Rok szkolny 1980/1981 przebiegł pod znakiem wielu wydarzeń. Nadal panował wszechobecny chaos. Nadal były kłopoty z zakupami. Czasami ktoś strajkował. Czasami jakiś ważny abdykował, a na jego miejsce wskakiwał następny ważny.
W naszej rodzinie też się działo. Politycznie najciekawsze wydarzenie miało miejsce w pewien zimowy wieczór.
Mój ojciec siedział właśnie nad talerzem zupy. W pokoju tym razem to było, bo w nowym bloku kuchnie były za małe na konsumowanie posiłków. Tak więc ojciec konsumował. Mama siedziała na wersalce rozkładanej, ale w dzień złożonej i robiła za sofę. Znaczy się wersalka robiła, bo mama patrzyła w telewizor, w którym coś leciało.
Ze swego pokoju wyszedł brat. Usiadł obok matki.
– Jutro strajkujemy – zakomunikował.
Łyżka w zupie ojca stanęła.
– Dlaczego?
– Bo majster każe nam zapierd…. – kontynuował brat.
– I dlaczego jeszcze? – pytał tato z łyżką pełną zupy w dłoni.
– No, dlatego, nie będziemy zapierd…. wolność jest no nie? Wywieziemy go na taczce i tyle będzie z niego.
Łyżka wylądowała w zupie.
– Czyli dlatego, że nie chce się wam robić, robicie strajk?
Brat wzruszył ramionami:
– No, chyba tak, nie chce nam się zapierd….
Ojciec podniósł głowę znad talerza.
– Słuchaj synu, bo jak ja cię zapied….ę to wagony będziesz kur… rozładowywał, żeby na chleb zarabiać! Ja ci ku… dam strajk! Do roboty jutro!
Po czym ojciec spokojnie pochylił się nad talerzem i dokończył konsumpcję zupy. Z tego co pamiętam, to brat nie strajkował. Być może w innych domach odbyły się podobne rozmowy, w wyniku których strajk z powodu majstra każącego pracować, a nie opierd… się w miejscu pracy, nie odbył się.
To była jedna z rodzinnych potyczek przełomu 80 na 81. Prawdziwa wojna wybuchła później.
Rok 1981 był rokiem wprowadzania kolejnych kartek, co zwało się fachowo reglamentacja towarów.
Ze wszystkim Polak sobie poradził i mimo niewielkiej ilości owego towaru na kartki, w lodówkach było mięso, w szafkach cukier. Na targowiskach, zwanych w części kraju rynkami, zawsze można było dostać kartkowy towar, oczywiście za wyższą cenę. Dziś nazywa się to handlem, wtedy było karaną spekulacją. Kolejki oczywiście do sklepów były. Stało się. Czasami nie wiadomo po co. Każdy towar był towarem do wymiany barterowej. Ja komuś pastę do zębów, ktoś mi pończochy.
My, czyli młodzi ludzie snujący się po mieście, miewaliśmy różne pomysły. Zbiórkę mieliśmy w takiej sobie kawiarni, przy najdalej oddalonym od pozostałych stoliku. Przychodził najpierw jeden i zamawiał herbatę, z cukrem oczywiście. Potem drugi. Też herbata z cukrem. Trzeci krzyczał:
– Czarną z cukrem! – jakby wówczas znane były inne kolory herbat…
A czwarty na pytanie kelnerki:
– Co podać? – z sadystycznym uśmiechem odpowiadał:
– Raz posiedzieć!
I tak przy dwóch herbatach z cukrem mijał wieczór. Wszak nie żarcie ważne, ale towarzystwo.
Kiedyś zauważyliśmy, że stając w okolicach sklepów i polskich narodowych kiosków „Ruchu” wzbudzaliśmy zainteresowanie wśród przechodniów. Wysunęliśmy teorię i postanowiliśmy ją sprawdzić w kilku newralgicznych punktach miasta. Uznaliśmy to za dobrą zabawę w niewielkim i nudnym jak… mieście.
Nasza paczka licząca od pięciu do dziesięciu osób ustawiła się w regularną kolejkę przed sklepem z „drogerią”. Nie rozmawialiśmy ze sobą udając zupełnie obcych sobie ludzi. Po paru minutach za nami ustawiała się podobna, a nawet liczniejsza kolejka. Ludzie pytali:
– A co mają rzucić?
– Chyba papier toaletowy.
– A ja słyszałam, że wodę po goleniu.
– Nie, mydło do golenia.
– Rzuciliby jakieś perfumy, mam urodziny teściowej.
– E tam, perfumy, pasta do zębów mi się kończy.
– To myj pani mydłem.
– Nie mogę. Po mydle w gębie to chce mi się rzygać.
I takie to mniej więcej były Polaków rozmowy w zainicjowanej przez nas kolejce. Kiedy była już odpowiednio liczna, wychodziliśmy z niej słysząc za sobą:
– Ale ta dzisiejsza młodzież niecierpliwa. Nawet w kolejce nie postoi.
Jak długo stały utworzone przez nas kolejki, nigdy nie sprawdzaliśmy. Szybko jednak zrezygnowaliśmy z robienia sztucznych kolejek. Jakoś przestało nas to bawić.
W domu tymczasem atmosfera gęstniała. Dawno nie było żadnej draki, a czas spokoju oznaczał rodzinny stan uśpienia.
Zaczęła się od wódki, to znaczy od kartek na wódkę. Każdy pełnoletni obywatel miał prawo do pół litra czystej na miesiąc. Ale abstynenci mieli prawo do wymiany owej wódy na kawę naturalną, brazylijską. Zabijcie, nie pamiętam, na jaką ilość. W porze wyjątkowo wspólnej kolacji, jedząc szynkę z nielegalnego uboju (o tym później) prowadziliśmy rodzinna dyskusję na temat przydziału kartkowego.
Ojciec oczywiście postawił się w roli opozycji do kartek, tłumacząc młodemu pokoleniu, że w czasie wojny był większy przydział.
– I bardzo dobrze, że teraz jest mniejszy. Niech robotnicy walczą o tę solidarność, a nie piją. W czasie wojny okupant chciał rozpić Polaków, żeby powymierali na choroby poalkoholowe – oznajmiłam tonem nauczycielki z trzyletnim stażem.
Nie, nie, tym razem nikt z rodziny nie skomentował.
– Ja wódki nie potrzebuję. Będę kupowała kawę – rzekła mama.
Tato nie musiał mówić, co kupi. Brat miał dylemat:
– Ja jeszcze nie wiem…. i wóda się przyda i kawa….
– Ale wódka cenniejsza. Da się wymienić na większą ilość towaru – zauważyłam znając już trochę tzw. czarny rynek, czyli spekulację na targowisku.
– Małolaty pić nie powinny! – ostro syknął ojciec.
– Jakie małolaty…. – puknęła się w czoło mama – Pracują, uczą się (to było o mnie, ale co tam, niech brat skorzysta), dokładają do życia (czyli oddają część poborów mamie), a ty im „setki” żałujesz.
Tato nie ustępował:
– Jakiej „setki”? Całego pół litra!
Mama machnęła ręką:
– Bądź choć raz ojcem.
Zaległa twórcza cisza.
– Dobra, niech każdy robi ze swoją kartką co chce – skapitulował ojciec.
Tato poparł wniosek machając ręką:
– Jest jeszcze „Pewex”, „ciotka” i Cyganie.
Co to był „Pewex”, wie chyba każdy z młodego pokolenia – sklepy z luksusowymi towarami za obce waluty, przede wszystkim dolary. Obok dolarów istniały tzw. bony towarowe PeKaO. Oczywiście w Polsce nikt dolarów nie miał. Oficjalnie oczywiście. W rzeczywistości każdy je miał. A jeśli nie miał, to w każdej chwili mógł mieć. Wymianą złotówek na dewizy zajmowali się w Łomży ludzie pochodzenia romskiego, czyli Cyganie. Stali nie przy samym sklepie z luksusami, ale z reguły na placu przy kościele znajdującym się w pobliżu. Przy tym samym, przy którym kiedyś zaplanowaliśmy „sylwka”.
W sumie więc sprawa alkoholu rodziny nie podzieliła. Wszyscy pracowali, zatem jak chcieli się napić, pod kościół, szybka wymiana forsy, do Pewexu i impreza gotowa.
Dobrze, już mówię…. wiem, że chcecie wiedzieć… Wódka w Pewexie była droższa. Ale co tam, jak nie było mięsa, cukru, pończoch czy majtek na dupę to się tego nie kupowało i na procenty było.

foto – internet

❤️
2
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
Czas na rozrywkę | pok 0

Czas na rozrywkę

Czas na rozrywkę

Nadszedł czas na rozrywkę. To takie coś, co pozwala odetchnąć od spraw codziennych, trudnych i zawiłych. W przypadku literatury jest to tzw. czytadło. Czytadła bywają różne. Najczęściej są to romanse nazywane książkami dla pokojówek. Są też utwory do czytania w środkach komunikacji, zwłaszcza w pociągach. Ich głównym zadaniem jest również tak zwane zwyczajowo – zabicie czasu. Taki pociąg sobie jedzie, już nie stuka, już nie wyje. Jak naród w nim spokojny i nie opowiada przez telefon o spadku po babci, to jest fajnie. Jak gada, czytadłe (czytadłowi?) to nie przeszkadza. W końcu i tak czytelnik o nim zapomni.
Taką pozycją w świecie literatury jest, według mnie oczywiście, „Pokój Trappa” Briana Callisona. Jest to druga pozycja z całego cyklu opowieści o niejakim Edwardzie Trappie. Pierwsza nosi tytuł „Wojna Trappa” i ta druga często się do pierwszej odwołuje. Czy to w czytaniu przeszkadza? Zupełnie nie. Raczej robi za reklamę. Chcesz wiedzieć, co było? Przeczytaj. Chcesz wiedzieć, co będzie jak już przeczytasz część drugą? Sięgnij po trzecią. Typowe działanie marketingowe. W każdym razie ów „Pokój…” jest klasyką literatury rozrywkowej.
Bohaterem jest kapitan, zapewne żeglugi wielkiej, z natury i przyzwyczajenia awanturnik, przemytnik i pirat równocześnie. Przemyca wszystko, co się da i na czym można zarobić, w tym ludzi. Robi to, co chce i jak chce. Jest całkowicie niezależny. Czasami źle się to dla niego kończy, bo takie działania wzbudzają zainteresowanie innej grupy współczesnych przestępców. Terroryści, gangsterzy i oczywiście politycy uważają, że uda im się Trappa przechytrzyć. Zwłaszcza jest taki jeden, który uważa się za mądrzejszego i sprytniejszego.
Trappowi towarzyszy niejaki Gorbals Wullie, postać ze świata humoru. Ale uwaga, czarnego humoru. Facet nigdy się nie śmieje. W sumie my się też nie śmiejemy. Załamujemy jedynie ręce, bo jak to w przypadku czarnego humoru jest, nie wiadomo czy płakać, czy się śmiać.
Mamy zatem rozrywkę na zupełnie przyzwoitym poziomie. Intryga czyli fabuła utworu jest w sumie przewidywalna, chociaż drobne niespodzianki są. Czasami się gubimy kto kogo i dlaczego, ale książeczka niewielka, możemy zawsze przerzucić kilka stron do tyłu i przypomnieć sobie treść.
Wyczytałam, że opowieści o kapitanie Trappie przyniosły autorowi rozpoznawalność i popularność. Może i tak. Nie zaprzeczam. Nie sposób znać autorów wszystkich książek. Opowieść ma dużo pozytywnych ocen. Praktycznie nikt nie przypisuje jej wartości ponadczasowych, psychologicznych czy ambicji bycia wielkim dziełem. Ma charakter rozrywkowy i taki niech pozostanie. Nie doszukujmy się w zabawie wielkich idei.

❤️
3
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
Żeby napisać.... | ma 0

Żeby napisać….

Żeby napisać

Kolejna opowieść o charakterze biograficznym…. Już wzdycham. Nie wiem jeszcze czy z zachwytu, czy zwątpienia. Wysyp biografii trwa. Już kiedyś pisałam o tym zjawisku, zatem pominę obecnie.
Tym razem mamy do czynienia z książką Małgorzaty Czyńskiej „Berezowska. Nagość dla wszystkich”. Na pewno są tacy, co nie wiedzą, kim była bohaterka. Dla nich tekst jest źródłem wiedzy. Maja Berezowska to malarka, graficzka, karykaturzystka i scenografka. Słowem – talent plastyczny. Żyła w XX wieku, była znana jeszcze przed II wojną światową. Głównie rysowała. I były to rysunki niezwykle śmiałe. Są tacy, co twierdzą, iż pornograficzne. Ja powiem inaczej – różne to były prace od śmiałych karykatur takiego na przykład Hitlera, po obrazek ukazujący toaletę pani w średniowieczu. Nie da się jednak ukryć, że Maja erotyzm uwielbiała. Oczywiście w sztuce. Jeśli chodzi o jej życie prywatne i seksualny jego wątek, to niewiele, jeśli nawet nic, z książki się nie dowiecie. O ludziach mówiących o erotyźmie mówili zwykle „erotomani – gawędziarze”. Jak powiedzieć o kimś to rysuje pana z trzema paniami w sytuacji intymnej i nie wiemy czy to z autopsji, czy z modeli, czy w ogóle wyobraźni? „Erotoman – ilustrator”? W każdym razie nasza bohaterka tworzyła owe obrazy i ludzie chętnie je oglądali.
Biografia napisana przez Małgorzatę Czyńską obszerna nie jest. Autorka, oprócz próby ukazania sylwetki artystki, przedstawia życie artystycznej bohemy dwudziestolecia międzywojennego. Cóż, ciekawe było. Jeśli opowieść przeczyta ktoś starszy, taki senior na przykład, może przestanie psioczyć na współczesną młodzież? Bo działo się przed wojną, oj działo.
Momentem poważnym jest ukazanie Mai w obozie w Ravensbrück. Według mnie akurat ta część opowieści ukazuje graficzkę w sposób bardzo ludzki. Maja nie jest bohaterką. Cierpi. Boi się. Chce przeżyć. Czy wtedy myśli o swych frywolnych pracach plastycznych? Raczej nie. Może właśnie dla tych treści warto książkę przeczytać?
Niestety, całość treści nie należy do najlepszego, według mnie gatunku. Wielu czytelników zarzuca autorce brak większej ilości zdjęć samej Berezowskiej. Czyżby się nie fotografowała? Takowe powinny w biografii być. Tutaj jest aż za skromnie. Brakuje również większej ilości prac plastyczki. Czyżby prawa autorskie i skromne środki wydawcy na zakup owych ilustracji? Trudno dociec. W każdym razie, tradycyjnie według mnie, biografia jest zbyt skromna w wiadomości o życiu Mai. Mówiono o niej, że była skandalistką. Jeśli tak, to dlaczego o owych skandalach nic nie wiemy. Jeśli nie była, to może przydałyby się opinie dlaczego taki wizerunek utrwalił się w świecie sztuki.
Słowem, kolejna biografia napisana, żeby napisać.

❤️
2
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
Prowincja w przyjemnym wydaniu | kol 0

Prowincja w przyjemnym wydaniu

Prowincja w przyjemnym wydaniu

Kiedy patrzę na książki w wydaniu papierowym, leżące w dyskontach obok marchewki lub na całe stosy w empiku, myślę o ich autorach. Każdy z nich włożył masę pracy w napisanie utworu, marząc przy tym o sławie, uznaniu przez czytelników i trochę myśląc o zysku ze sprzedaży. Zastanawiam się wówczas, który z utworów będzie miał wartość ponadczasową i będą go czytać ludzie za pięćdziesiąt, sto lat… Nie będzie to oznaczało, iż utwór jest najlepszy ze wszystkich wydanych w czasach minionych. Może był wówczas najpopularniejszy? A może po prostu miał trochę szczęścia, bo i ono w życiu książki też jest potrzebne.
Takie refleksje naszły mnie, kiedy w moje ręce trafiła książka z 1961 roku „Kolorowe miasteczko” Janusza Skoszkiewicza. Autor zupełnie mi nieznany, ale w wikipedii jest. Opowieść starannie wydana przez znane wydawnictwo „Czytelnik”, nawet w obwolucie …. co zatem jest w środku?
Zabawna historyjka o prowincjonalnym pełnym kompleksów miasteczku, które chce być sławne. No bo wszyscy obchodzą jakieś jubileusze, organizują festyny, zabawy, jarmarki, a tu nic. Cisza. Spokój. Znaczy się nuda. Pierwszy zauważa to miejscowy fryzjer. Potem młody dziennikarz. Aż wreszcie sprawa trafia do przewodniczącego Rady Narodowej. I wtedy w miasteczku zaczyna się ruch. Wszyscy chcą jubileuszu. Oczywiście można w tym momencie zrobić z tego powieść psychologiczną i zastanowić się nas postawą mieszkańców. Czarny humor tez mógłby być. Parodia jak najbardziej. Tymczasem otrzymujemy pełną humoru w wydaniu wesołym historyjkę o ludzkich pragnieniach, działaniu w imię wyższej idei, zawiązywaniu więzi między tymi, którzy się nie znali, realizowaniu pragnień z lat minionych.
Oto stary dziwak, nazywany profesorem, od lat zbiera eksponaty miejscowej sztuki ludowej. Szpera w starych opowieściach, zna legendy. Teraz ma okazję pokazania swoich zbiorów i nareszcie nikt się nie będzie z niego nabijał.
Oto młody dziennikarz, otrzymujący za swe teksty do powiatowej gazety jedynie tzw. „wierszówki” stawia ultimatum „Albo stały etat korespondenta, albo nici z mego pisania”. Etat dostaje.
Oto Zdenek, robiący za miejscowego chuligana, obcina włosy i zostaje instruktorem w wiejskiej świetlicy. Może uda mu się wspomóc tamtejszą pracowniczkę w zbiórce forsy na upragniony telewizor?
Oczywiście jest jeszcze element kryminalny. Kto podpalił magazyn z tekstyliami? A z kim to po nocach spaceruje żonaty nauczyciel, posiadający opinię niezwykle surowego?
W sumie więc mamy humorystyczny obrazek z Polski przełomu lat 50/60. To, że jest wesoły, nie oznacza, że ktoś się z kogoś wyśmiewa. Po prostu…. Jest wesoło.
Książka Skoszkiewicza należy do grupy literatury zapomnianej. Ale… przeleżała przez wiele lat u kogoś na półce, zanim trafiła do plenerowej biblioteczki w moim mieście. Wkrótce tam wróci. Na pewno ktoś po nią ponownie sięgnie. Czy stanie się sławna? Raczej nie…. A szkoda, bo typ humoru, który reprezentuje, zanika….

❤️
3
👍
2
1
💡
1
1
📖
1
Old school | fe 0

Old school

Old school

Ktoś napisał, że ta powieść to „old skul jak chole…”. Pewnie miała rację. Napisany w 1976 roku przez Czesława Chruszczewskiego „Fenomen Kosmosu” nowością nie jest. Książka została zapomniana, tak samo jak jej autor. A był to pisarz czasów science – fiction, czyli przełomu lat 60/70, drugi po Stanisławie Lemie twórca polskiej powieści fantastyki zwanej wówczas naukową. Czasy się jednak zmieniły i dziś książki Chruszczewskiego możemy znaleźć przede wszystkim w miejscu, gdzie ludzie zostawiają niepotrzebne już im egzemplarze słowa drukowanego. Czy starsi czytelnicy pamiętają autora omawianej powieści? Ja nie. Nigdy nie przepadałam za tego typu prozą. Mój kuzyn natomiast zna je doskonale. Do dziś czytuje głównie dzieła w stylu „Diuny”.
Wróćmy jednak do Kosmosu… Oto mamy czasy pełne spokoju, odkryć naukowych, znakomitej techniki i dobra wszelkiego. Człowiek wykorzystuje wreszcie cały swój mózg, myśli i wymyśla cuda i dziwy. Pozornie wszyscy są zadowoleni. Z wyjątkiem kobiet. Te nadal pełnią tzw. tradycyjną rolę pani domu, uśmiechają się do swych mężów – naukowców, którzy nieustannie myślą, a wreszcie baby mają wszystkiego dosyć. „Mężczyźni przestali być mężczyznami” – mówią coraz głośniej. „Wasze sukcesy naukowe są nudne” – dodają. Dochodzi do tego, że przejmują statek, który zabrał je na wycieczką kosmiczną, zaplanowaną przez facetów w celu uspokojenia kobiet. Lądują na Marsie, gdzie Nadzorca Maszyn Kserkses dzielnie walczył z maszynami i narażał swoje życie, by je pokonać. Działał. Robił. Wykonywał. To zaimponowało kobietom i zaczęły domagać się działania od swych mężczyzn.
Tak to się wszystko zaczyna. Myślałam, że pójdzie wszystko w kierunku wojny płci i będzie na wesoło. Nic z tego. Potem było tylko poważnie.
Panowie owszem pań posłuchali i postanowili zorganizować wyprawę w nieznane, czyli w odległe części Kosmosu, w celu poszukiwania istot nawet od siebie Rozumniejszych, tak, pisanych wielką literą.
Rozpoczęły się więc działania przygotowujące wyprawę. Potem gwiazdoloty wyleciały i poleciały, a czytelnik śledzi ich losy.
Zgadzam się, że tekst w dzisiejszych czasach brzmi naiwnie. Ale mimo tego będę go broniła. Mamy w powieści wiele elementów, nazwijmy je naukowymi, do których się dziś uśmiechamy. Pamiętajmy, fantazja ludzka nie zna granic. W powieściach Verne’a też są nowinki techniczne, które w końcu człowiek skonstruował. Natomiast w utworach „oldskulowych” na pierwszym planie jest człowiek. Człowiek myśli i wymyśla. Człowiek rusza w przestrzeń kosmiczną, by szukać innych myślących. Maszyny owszem są, ale w służbie człowieka. Jeśli się buntują, człowiek potrafi je poskromić. Człowiek jest najwyższym dobrem.
Myślę, że czasami warto pokłonić się przed starą literaturą s-f. Daje ona bowiem nadzieję, że jednak coś w nas ludziach szczególnego jest i nie damy się zawładnąć maszynom.

❤️
2
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
123416