Autor: Grazyna KS

Baśń współczesnej ekologii | lato 0

Baśń współczesnej ekologii

Baśń współczesnej ekologii

Maria Rodziewiczówna napisała wiele powieści i opowiadań. Część przeczytałam dawno temu, kiedy jeszcze pisarka była „w modzie”. Nie zachwyciły mnie, ale również nie uznawałam je za kiczowate. Ot takie lepsze czytadła, ot takie sobie romanse, dobre na czytanie przed snem lub jazdę pociągiem. Potem o niej zapomniałam. Przypomniałam sobie, kiedy przypadkowo w ręce wpadła mi niewielka książka „Lato leśnych ludzi”… Od tamtej pory przeczytałam ją trzy razy. Za każdym razem byłam zachwycona.
Jest to opowieść rozgrywająca się w krainie baśni… Tak, w bajecznej krainie przyrody, w której człowiek żyje w zgodzie z naturą i samym sobą. Jest częścią przyrody. Troszczy się o nią, a ona daje mu wszystko, co do życia potrzebne. Czy pamiętacie, jak bardzo wierzyliście, że Robinson Cruzoe przeżył na bezludnej wyspie dzięki umiejętnościom i wykorzystaniu otoczenia, w którym przebywał? Tu też mamy takowych ludzi, z jedną wszakże różnicą. Bohaterowie powieści udają się w głuszę z własnej, nieprzymuszonej woli. Tu znajdują spokój, ukojenie, a przede wszystkim jedzenie. Oczywiście muszą pracować. Siać. Zbierać. Łowić. Ale dzięki własnej pracy otrzymują niezwykłe dary od przyrody. Bo tak na serio, to przyroda wszystko daje, pod warunkiem, że się o nią dba.
Bez wątpienia „Lato…” jest utworem ekologicznym. Pokazuje jak wykorzystać naturę nie niszcząc jej, nie ingerując w jej strukturę. Dziś wydaje się to być zjawiskiem niemożliwym i stąd też moje porównanie do baśni. Czy ktoś zdecydowałby się na zamieszkanie w mateczniku puszczy przez całe lato, siał, łowił ryby, zbierał owoce i wybierał miód z barci w drzewie? Przede wszystkim nie pozwoliłyby mu na to obecne przepisy. Człowiek w puszczy to zagrożenie. Ongiś było inaczej, ale to się już nie wróci.
Elementy baśniowe to nie tylko współgranie człowieka z przyrodą. To również niezwykłe, tajemnicze opowieści o czasach minionych. Rodziewiczówna ustami swych bohaterów snuje opowieść o powstaniu styczniowym. Brzmi ona jak legenda, w której jest bohaterstwo i pamięć. Poszukiwanie śladów walk powstańczych i śmierci walczących utrzymane jest właśnie w konwencji legendarnej, baśniowej, wzruszającej historii o czasach minionych.
Oczywiście mogłabym, jak inni recenzenci, pisać o nawiązaniu do „Nad Niemnem” Orzeszkowej czy pism Jean-Jacques Rousseau, zwłaszcza tych o wychowaniu młodego pokolenia. Ale po co… Dla mnie „Lato…” to bezpośrednie nawiązanie do biblijnego Edenu. Ale, powiecie, pierwsi ludzie nie pracowali, wszystko mieli podane na tacy, a ci ciężko pracują. A może właśnie nie pracują, może po prostu sięgają po produkty podane na tacy, przez pszczoły, wodę i naszą matkę – ziemię?
Najważniejsze, iż są obecnie ludzie, którzy po powieść sięgają. Moim zdaniem nie traci ona swej aktualności, tak jak ciągle żywe i popularne są baśnie i legendy. A te zawsze uczyły nas mądrych rzeczy.

❤️
1
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Arcydzieło metaforyki | nie 0

Arcydzieło metaforyki

Arcydzieło metraforyki
Jak zabrać się za recenzję arcydzieła? Może od wspomnień? Pierwszych wrażeń? Niejasności i wątpliwości, by dojść do jednego słowa, tego właściwego, tego prawdziwego oznaczającego podziw, szacunek i uwielbienie? Ale jakie to słowo? Czy w ogóle istnieje?
„Nie – Boską komedię” Zygmunta Krasińskiego „przerabiałam” w szkole średniej. Oczywiście zgodnie z kanonami, standardami i wszelkimi narzutami przez nauczyciela i tzw. opracowania. Wmawiano mi, że w obliczu wielkości Adasia i Julka (tych od romantyzmu) Zygmunt niewiele ma do zaoferowania, wszak z paskudnej arystokracji był. Nie bardzo się z tym zgadzałam, bo dramat romantyczny, zwany wówczas niescenicznym, budził we mnie niepokój. Podczas studiów też jakoś Krasiński przeszedł bokiem. Ale niepokój stawał się coraz większy. W wieku mocno dojrzałym doszło do tego, że mój egzemplarz książki rozkleił się. Przeczytałam kilka razy i o dziwo, nie poznałam utworu na pamięć…
W wieku senioralnym wróciłam do tekstu, by sprawdzić, czy nadal robi na mnie mocne wrażenie. Nadal.
„Nie – Boska…” to utwór tajemniczy, skomplikowany i przedziwny, nie dający się jednoznacznie zakwalifikować do jakiegokolwiek gatunku tematycznego. Mówią, że mamy tu do czynienia z dramatem rodzinnym i społecznym. Czyżby? Kimże jest Orcio? Kim jego matka? Kim dziewica? A kim tak na serio hrabia Henryk? Każda z tych postaci buduje swój świat, świat nierealny, metafizyczny, który możemy interpretować na setki sposobów. To nie tylko ów słynny romantyczny poetycki duch, co zabiera wzrok. To nie tylko okrutna rewolucja, co otumania ludzi. To wnętrze każdego z nas, które skrywamy przed światem. Bo nikt nie jest taki, jaki jest. Każdy ma w sobie tajemnicę. Dobro i zło. Piękno i brzydotę. Dlatego też nie zasługujemy na potępienie. Ale możemy zasługujemy na karę, która nie musi być potępieniem?
Dramat Krasińskiego to pytania o wnętrze człowieka. O jego duszę, serce i zmysły. O ratowanie tego, co pozostało. O zmiany w nas i we wszechświecie. Czy walka w okopach Świętej Trójcy ma sens? Kolejne pytanie.
Wizja świata zaprezentowana przed blisko dwustu lat jest naszym czasom coraz bliższa. Są tacy, co twierdzą, iż tradycja warta jest śmierci. Nazywają to honorem. Ludzi dobijających się do zamku hrabiego Henryka potępiają. Zapominają jednak, że to właśnie oni ich stworzyli. Współczesna młodzież nie urodziła się z przekleństwami na ustach. Gdzieś je słyszeli. Ktoś dał im „komórki”, laptopy i w czasie tzw. pandemii zamknął w domach mówiąc, że każdy człowiek niesie zarazę i śmierć. Są odbiciem nieboskich rzemieślników, przechrztów i chłopów atakujących warownię arystokracji.
Pytacie o zakończenie, o słynne słowa Pankracego „Galilaee, vicisti”… Interpretacja? Szkolna czy dowolna? Cóż, Pankracy skonał, ale za nim byli inni…. Ci nie krzyczeli. Ci po prostu szli…. Po trupach swego przywódcy i hrabiego Henryka. Śmierć jest zawsze taką samą śmiercią.

❤️
1
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Drogą 66.... | gr 0

Drogą 66….

Drogą 66….

Czy ja kiedyś powiedziałam, że z literaturą amerykańską mi nie po drodze? Pewnie tak. Czy to odwołuję? No może nie do końca, ale… Ale ziarno wątpliwości zostało zasiane i zaczyna we mnie rosnąć. Wszystko to za sprawą starej książki z roku 1938 „Grona gniewu” Johna Steinbecka.
Po przeczytaniu jej weszłam do kuchni. Lodówka stała. Otworzyłam ją, było w niej sporo żarcia, takie zapasy dla jednej osoby. Przypomniałam sobie, że jadałam śniadanie, obiad, zaraz będzie kolacja. Pracy nie muszę szukać, bo ZUS regularnie coś tam przysyła. Rodzina uważa mnie co prawda za ubogą krewną, ale co tam, jak coś dają to biorę.
Tymczasem bohaterowie „Gron…” w poszukiwaniu pracy i jedzenia musieli opuścić swój dom i udać się rozklekotaną ciężarówką słynną route 66 w świat, konkretnie do Kalifornii, bo tam miało być dobrze. Dobrze nie jest, od początku dobrze nie jest. Najpierw pod kołami rozpędzonych aut na ikonicznej amerykańskiej trasie ginie pies. Zły znak. A potem jest jeszcze gorzej. Jedyne co naszym bohaterom towarzyszy zawsze to głód i bieda. I tak przez 560 stron powieści. Potem w wydaniu mojej książki jest tylko notka wydawcy – wydanie szóste, 40 000 egzemplarzy, papier klasy V….
To nie ważne, że akcja rozgrywa się w USA, w latach trzydziestych w czasie wielkiego kryzysu. Równie dobrze mogłaby rozgrywać się tu i teraz, bo bieda może dopaść każdego. Wielcy właściciele ziemscy, potężne banki czyli wielkie korporację wyciskające z ludzi resztki ich godności teraz też są. Może nie obok ciebie, ale rozejrzyj się wokół. Może zobaczysz ludzi, którzy przyjeżdżają w poszukiwaniu pracy? To też taki „oklak”, jak obraźliwie nazywano biedotę w Kalifornii? A może po prostu nie widzisz, że na świecie są ludzie głodni i bez dachu nad głową? Bo są.
Powieść Steinbecka bez wątpienia ma wartość uniwersalną. Mówi o ludzkim upodleniu, upadaniu i braku szans na podniesienie się. Ktoś próbuje znaleźć w niej pozytywne wartości. Tak, rzeczywiście jest jedna – jeszcze człowiek nie je człowieka. Ale kto wie… Bohaterów zostawiamy w tragicznym momencie. Dalszego ciągu nie ma…
Do pesymistycznej i rodzącej depresję wymowy utworu przyczynia się też jego kompozycja. Każdy rozdział może stać się osobnym opowiadaniem. Treść akcji poprzedzana jest refleksjami narratora, które są wprowadzeniem, do tego, co zaraz będzie. Refleksje są gorzkie. Czytając nie czekamy zatem na to, co dobrego może ludzi spotkać. Czekamy na kolejny cios od losu, cios niezawiniony przez nich. I to w tym wszystkim jest najtragiczniejsze. Nie ma odpowiedzi na pytanie „Dlaczego?”
„Grona gniewu” zostały sfilmowane w 1940 roku. Oglądałam go dawno temu. Zrobił wrażenie. Myślę, by obejrzeć go po raz kolejny…. Ale jeszcze nie teraz, jeszcze nie dziś… Zbyt wiele bólu jest we mnie po przeczytaniu książki….

❤️
2
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Wrażenie | sw 1 0

Wrażenie

Wrażenie

Jakże trudno mi we współczesnej literaturze znaleźć utwór, który wywrze na mnie wrażenie… Tak, wywrze wrażenie. Uważam bowiem, że każda sztuka czy to obraz, czy spektakl, czy film, czy książka musi w pierwszym rzędzie pozostawić mocne wrażenie, przyprawić czytelnika lub widza o drżenie serca. Może to być nawet protest przeciwko dziełu, ale coś musi być. Jak ja nie lubię książek, przy których usypiam… takich nijakich filmów lub przedstawień teatralnych, podczas których zerkam na zegarek…
Tym razem udało mi się trafić na tekst wyjątkowy. Akcji praktycznie nie ma, a jeśli jest to taka krótka, nijaka. Dialogów brak. Trochę opisów. Dużo rozważań i myśli trójki bohaterów. Jest co prawda zagadka, ale jakoś dziwnie ukazana. Utwór zupełnie niewspółczesny. A jednak… Oderwać się od niego nie mogłam… „Święto ognia” Jakuba Mateckiego…
Co tam ja, wyjątkiem nie byłam. Książka ma znakomite recenzje i zupełnie się z nimi zgadzam. Na pewno jest to rzecz wyjątkowa. Dla mnie tym bardziej cenna, iż pracowałam z osobami po porażeniu mózgowym, a taką jest jedna z bohaterek utworu. Pełni tu funkcję wnikliwego obserwatora rzeczywistości. Widzi więcej, czuje więcej. To nic, że nie wszystko potrafi przekazać ludziom wokół siebie. Ci, co są najbliżej, rozumieją. Patrzą na oczy, na nieskładne gesty rąk i rozumieją. Nastka jest dla nich wzorem przetrwania. Łucja tęskni do siostry, kiedy w jej życiu zachodzą zmiany, nie zawsze na lepsze. A Tata ma swoją tajemnicę. Dręczy go, ale zachowuje ją dla siebie. Bo tak trzeba.
„ Święto ognia” to opowieść o trudach życia. Chwilami bywa tragiczna. Chwilami chce się płakać nad losem rodziny. Chwilami pytamy, dlaczego życie jest tak niesprawiedliwe i popycha ludzi do czynów potępianych przez innych. A może ten świat właśnie taki jest i taki być musi, by docenić to, co się akurat w tej chwili ma? Bo tak na sero, to chyba tylko czytelnik wyciera łzę. Bohaterowie tego nie robią. Może Łucja, kiedy cierpi z powodu bólu, uniemożliwiającego jej tańczenie? To są jednak inne łzy.
Z reguły jeśli widzimy osobę niepełnosprawną, budzi się w nas uczucie litości. Większość z nas chce pomagać. I bardzo dobrze. Odruch godny człowieka. Ale nad bohaterami książki Małeckiego nie chcemy się litować. My ich wspieramy, trzymamy za nich kciuki, żeby się powiodło, żeby się udało. Bo oni mają siłę, której należy im zazdrościć.
W sumie, po przeczytaniu, po przemyśleniu, utwór, który pozornie powinien być tragedią, okazuje się tekstem pogodnym, dającym nadzieję na lepsze jutro. Jakże płytkie są czasami powody naszej rozpaczy, naszych łez wobec tego, co rozpaczą być powinno, a jednak nie jest… Zadajemy sobie wówczas pytanie, czy tak może być naprawdę, czy to tylko literacka fikcja? I przy tak postawionych pytaniu już mamy problem…
Pewnie wiecie jaki… Czy życie z człowiekiem niepełnosprawnym zawsze jest pogodne? Ale to już temat na inną książkę….

❤️
1
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Fikcja staje się prawdą | si 0

Fikcja staje się prawdą

Fikcja staje się prawdą

Gdybym przeczytała tę książkę w roku, kiedy się ukazała – 1983 – pomyślałabym, że to surrealistyczna wizja świata i w sumie nie ma w nim realizmu na tamte czasy. Tymczasem przeczytałam ją w XXI wieku i wizja stała się rzeczywistością. Sztuka czyli na przykład literatura, malarstwo potrafi przewidzieć przyszłość i to nie tylko w warstwie technicznej.
„Sieć” autorstwa Paddego Chayefskyego i Sama Hedrina to utwór powstały na bazie scenariusza filmu z 1976 pod tym samym tytułem, który to otrzymał trzy Oscary. Ponoć jest gdzieś dostępny. Nie oglądałam. Książeczka jest niewielka, format kieszonkowy. Ciekawe jest to, iż wstęp do niej napisał Krzysztof Teodor Toeplitz (1933 – 2010), znany i ceniony dziennikarz polski. Wstęp cenny i ważny, wszak pisany w roku polskiego wydania opowieści.
A historia w niej opisana już od początku wzbudza zainteresowanie. Tytułowa sieć to stacje telewizyjne podporządkowane jednej korporacji. Dla najważniejszych członków zarządu korpo liczy się przede wszystkim oglądalność. Za tym idą bowiem pieniądze sponsorów czyli reklamodawców. I oto spada owa oglądalność dziennika telewizyjnego, zwłaszcza jeśli na ekranie pojawia się Howard Beal, mający już pięćdziesiąt osiem lat komentator telewizyjny. Mówiąc językiem współczesnym, Howard staje się nierentowny, a takich osób trzeba się pozbywać. Wszak liczy się ilość widzów przed ekranem… Howard dostaje wymówienie z pracy. Prosi o kilka minut dla siebie, chce na wizji pożegnać się z widzami… „Dokładnie za tydzień w czasie nadawanie tego programu wpakuję sobie kulę w łeb” – mówi. Rusza machina. Zaczyna się loteria. Zabije się na wizji czy nie? Na pewno nie od razu, bo to dopiero siódma strona książki….
Kto nie czytał, zapewne się domyśla. Oglądalność wzrasta. Howard występuje jako prorok nowych czasów. Pozostali dziennikarze dostają wiatr w żagle i rzucają pomysł za pomysłem jak jeszcze ową oglądalność podnieść. A może tak skontaktować się z grupą przestępczą, która nagrywa swe działania, napady? I puścić taki materiał w telewizji? A tak w ogóle to może zrobić z tego serial? Trwa liczenie pieniędzy i widzów. Ci ostatni wierzą w to, co widzą i słyszą w „Dzienniku Telewizyjnym” . Robią to, co narzuca im kilkunastocalowy ekran w domu. Człowiek mówiący w odbiorniku każe krzyczeć: „Krew mnie zalewa! Mam tego dość!”, więc krzyczą.
Skąd my to dziś znamy? Kto dziś narzuca nam swoją wizję, manipuluje nami, każe wierzyć w wizje, które prawdą nie są? A może jednak są?
Zakończenia nie zdradzę. Przeczytajcie, obejrzyjcie. Czy jest szokujące? Może tak, a może nie. W każdym razie pół wieku temu raczej wydawało się niemożliwe. Chociaż… może w USA nie… tam wszystko bywało inaczej, a nasz naród do takie USA tęsknił.
Surrealizm XX wieku stał się normą w XXI wieku.

❤️
2
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Szpieg z Krainy Deszczowców i inni .... | mi 0

Szpieg z Krainy Deszczowców i inni ….

Szpieg z Krainy Deszczowców i inni…

Ponownie wróćmy do czasów dzieciństwa… mojego oczywiście. Kolejna lektura do nadrobienia – Stanisław Pagaczewski „Misja profesora Gąbki”….
Mojemu pokoleniu profesor Gąbka kojarzy się jednoznacznie. Nastąpiło jego porwanie z kraju rządzonego przez króla Kraka. Na ratunek ruszył Smok Wawelski, bo jakże by inaczej mogło być. Towarzyszy mu kucharz Bartolini Bartłomiej. Ich śladem podąża tajemniczy Don Pedro, szpieg z krainy Deszczowców. To wszystko było najpierw w książce, a potem w niezwykle popularnym serialu animowanym pod tym samym tytułem „Porwanie Baltazara Gąbki”. Tu obejrzyjcie sobie … https://www.youtube.com/watch?v=ac_tAL1fpQ8&list=PLk5Hv-PpvUspbrS_xZSz6MlfLb38HtKrQ
Oczywiście serial był w ramach „Dobranocki”. Dorównał popularnością „Bolkowi i Lolkowi”. Niektórzy nawet mówili, na podwórku oczywiście, że jest lepszy. Miał bowiem inną konstrukcję. Każdy odcinek o chłopcach był osobną opowieścią. Natomiast ten ze Smokiem trzymał w napięciu. Był fabularną całością. Wszyscy czekaliśmy na kolejny odcinek, żeby poznać dalsze losy wielkiej wyprawy. W sumie jak w serialach dla dorosłych. Do tego ten wątek kryminalny, czyli porwanie. Emocji było co niemiara.
Oczywiście biegaliśmy do biblioteki po książkę. Czytaliśmy, ale jakoś nikt nie zdradził tajemnicy, jak to się skończy. Kiedy pojawiła się druga książka z naszymi bohaterami, byłam już za stara na takie opowieści. W wieku senioralnym czas jest na wszystko.
„Misja profesora Gąbki” powiela schematy z poprzedniej opowieści. Tym razem profesor rusza na wyprawę mająca na celu badanie mypingów, takich sobie zwierzątek podobnych do piesków. W wyprawie towarzyszą mu oczywiście bohaterowie pierwszej części – Smok i Bartolini. Do tego mamy kilku innych. Ale oczywiście musi być coś kryminalnego… Oto z więzienia ucieka Debiliusz Rudobrody, taki zły facet z Krainy Deszczowców… Co wymyśli? Kogo będzie chciał przechytrzyć?
Oczywiście naszych bohaterów spotyka masa ciekawych przygód w ciekawych miejscach. Kraina Kwitnącego Krokusa, Nasturcja to nowe miejsca na mapie krainy stworzonej przez Pagaczewskiego. Uśmiechamy się, bawimy i trzymamy kciuki za naszych bohaterów.
W trakcie czytania zaległej lektury z dzieciństwa pomyślałam o współczesnych dzieciach, głównie w postaci mego wnuka, który wkrótce rozpocznie naukę w I klasie… Póki co na dobranoc czytają mu opowieści rodzice lub babcia, kiedy akurat usypia go do snu. Są to jednak inne książki niż te z mego dzieciństwa. Już nie bajki i baśnie… Te były kiedyś w przedszkolu. Teraz czytamy pierwszą część przygód „Harrego Pottera”. Wnuk słucha z zainteresowaniem, czeka na dalszy ciąg, znakomicie pamięta fabułę. Ciekawe czy przygody Smoka Wawelskiego w wydaniu Stanisława Pagaczewskiego spodobałyby się mu? Może babcia spróbuje?

❤️
0
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Bez wyboru | tra 0

Bez wyboru

Bez wyboru

Pamiętam ten czas. Autorka słynnego cyklu o Harrym Potterze Joanne Murray Rowling napisała książkę dla dorosłych. Było to w 2012 roku, pięć lat po zakończeniu serii o czarodzieju. Wszyscy czekali na to, co zaprezentuje pisarka starszemu gronu czytelników. Do mnie książka dotarła niedawno. Przeczytałam i przemyślałam. Nie jest to przełomowe dzieło na miarę Harrego, ale daje do myślenia. Zwłaszcza grupie ludzi, których reprezentują bohaterowie.
Akcja powieści toczy się w prowincjonalnym angielskim miasteczku, w którym wszyscy się znają i tradycyjnie powinni wszystko o sobie wiedzieć. Akurat, że jest to angielska mieścina, dla czytelnika rewelacją nie jest. Autorka z tamtych stron, zatem umieszcza wydarzenia z terenu jej znanego. Metaforycznie można przenieść atmosferę Pagford do każdego miasteczka leżącego na tzw. prowincji każdego kraju. Każe państwo prowincję bowiem ma. I niestety, jest ona jaka jest….
Treści oczywiście nie będę opowiadać. W każdym razie wesoło nie jest. Co prawda w reklamie książki mamy zapis, iż pojawia się w niej czarny humor, ale ja jakoś go nie dostrzegłam. Nawet na smutno nic mnie nie rozśmieszyło. Wprost przeciwnie. Przy czytaniu i nieco mocniejszym zaangażowaniu w treść, można łatwo nabawić się epizodów depresyjnych. Sam fakt, iż osią fabularną jest śmierć członka miejskiej rady, sprawia, że od pierwszych stron czujemy się tak jakoś nieswojo.
Tempo wydarzeń jest powolne, nic niedzianie się zajmuje prawie pięćset stron. Potem oczywiście mamy przyspieszenie. Ale zanim do niego dojdziemy musimy przebrnąć przez obraz życia pozornie spokojnego społeczeństwa. A tu nie dzieje się dobrze. Ojciec terroryzuje rodzinę. Drugi choruje psychicznie. Trzeci zresztą też i pada na zawał. Mniejszość narodowa w postaci hinduskiej rodziny wcale nie jest postrzegana przyjaźnie. Dorośli próbują zachować swe słabości dla siebie. Gorzej z nastolatkami. Palą, piją i… Odpuśćmy sobie dokończenie tej myśli. W każdym razie rodzice wydają się nie zdawać sobie sprawy, co ich dzieci robią po wyjściu z domu. Wątek dorastającej młodzieży jest najbardziej wulgarną częścią powieści. Naprawdę tak jest, czy autorka przegina?
W każdym razie powieść nastraja pesymistycznie. Końcowa tragedia ma obudzić senne miasteczko z marazmu, zastoju i egoizmu we własnym domu. W sumie nie wiemy, czy to czyni. Książka się kończy. Nie wieje z niej żadna nuta optymizmu. Jest ogólnie smutno.
Utwór ma różne recenzje, od zachwytu po ostre, negatywne komentarze. Czy jest popularny? Trudno mi powiedzieć. Przypomniałam sobie o nim dopiero, kiedy znalazłam w miejscu pozostawiania przeczytanych książek. Na pewno nie dorównał „Harremu Potterowie i….”. Dowiedziałam się jednak, że nasza Joanna pod pseudonimem „Robert Galbraith” pisuje kryminały. Jak na któryś trafię, przeczytam i dam znać. Może nie są tak nużące jak fragmenty „Trafnego wyboru….”

❤️
0
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Żyłam sobie w PRL u (32) | st2 0

Żyłam sobie w PRL u (32)

Żyłam sobie w PRL – U

1981 (4)

Wsiadłam w pierwszy autobus odjeżdżający do Łomży. Niestety, to była najgorsza z tras – przez Mężenin, Rutki…. Trasa zwana widokową, bo jedzie się wolno i podziwia widoki za szybą. Co sołtys to przystanek, co plebania też, o sklepie Gminnej Spółdzielni nie wspomnę.
Tak, wiem, dziś jest znacznie lepiej nawet na tej trasie, ale tkwimy wciąż w roku 1981, na dodatek jest trzynastego grudnia. Dużo śniegu, mróz.
Najpierw spokojnie, polskim ogórkiem czyli Jelczem 043, jedziemy krajową „ósemką”, a potem skręcamy i…. Kierowca zaczyna głośno kląć:
– O, sku…. syny, kur…. ja pierd…. Mówili, że odśnieżona!
Uśpiony autobus z niewielką ilością pasażerów obudził się.
– Co się stało? – ryknęliśmy w stronę kierowcy.
– Zobaczcie sami.
Podeszliśmy do kierowcy i spojrzeliśmy na drogę. Znajdowały się na niej dwie koleiny po przejeździe ciągnika, pewnie polskiej marki „Ursus”. Być może przejechał raz, być może dwa.
Skojarzenie miałam jednoznaczne – czerwiec 1976, tory kolejowe i też Ursus.
– Rano nie kazali mi tędy jechać, bo nie było odśnieżone. Teraz miało być. Kur…. ja pierd….
– Cofaj pan do tyłu – poradził facet w dojrzałym wieku.
Chciałam mu powiedzieć, że cofnąć można się jedynie do tyłu, ale co tam. W sytuacji zagrożenia należy zachować spokój.
– Nie da rady. Jest pod górkę. Nie cofnę. Kur…. ja pierd….
– Stoisz pan w koleinach, to jedź pan dalej i trzymaj się ich.
Wolno ruszyliśmy. Przetaczaliśmy się przez sołectwa, plebanie i sklepy. Brnęliśmy wśród ośnieżonych pół do celu. Wokół panowała niezmącona niczym cisza. Każdy trzymał zaciśnięte dłonie. Niektórzy pewnie się modlili.

I wreszcie zobaczyliśmy w oddali szosę posiadającą status pierwszej kolejności odśnieżania. Widzieliśmy kilka aut, które poruszały się znacznie szybciej niż my.
Jeszcze tylko trochę, jeszcze tylko kawałek….
I trach! Czy to ręka kierowcy zadrżała, czy śnieżny tor nie był już tak prosty, w każdym razie wypadliśmy z niego. Nie, nie żadnej tragedii. Nawet w rowie się nie znaleźliśmy. Po prostu – zaspa. Teraz to już wszyscy zaklęli.
– Kur… my pierd….my
Trzeba było pojazd z zaspy wydobyć. Pod przewodnictwem kierowcy zaczęliśmy usuwać śnieg, pod koła podkładać wszystko, co miało umożliwić poruszanie się kół w określonym kierunku, a nie tylko w miejscu. Ktoś w szczerym polu dostrzegł drzewko. Poszedł i oskubał je z gałęzi. Ja poświęciłam niezapisany zeszyt. Chciałam wrzucić pod koła wszystkie studenckie notatki, bo wojna i po co się uczyć. W porę jednak przypomniałam sobie tajne nauczanie z okresu drugiej wojny i stwierdziłam, że może jednak notatki jeszcze się przydadzą.
Pod kołami pojawiły się jeszcze stare szmaty, „Trybuna Ludu”, papier po kanapkach.
– Dobra, teraz ja siadam za fajerę, a wy pchajcie – wydał dyspozycje szef czyli kierowca.
Silnik zahuczał.
Załapał.
Zaparliśmy się.
Razem.
Solidarnie.
Wszyscy.
W imię wspólnego dobra.

Żeby cholera jasna dotrzeć do domu!

Wojna przeca jest!

„Ogórek” wskoczył ponownie w koleiny.

Do dworca dojechaliśmy bez problemu. Wszyscy rozbiegli się w swoje strony. Zmęczona, z torbę wypełniona ciuchami na trzy dni, zeszytami i książkami też ruszyłam rozglądając się wokół i szukając śladów obcych. Wojsk oczywiście. Chociaż pojawienie się Marsjanina też byłoby znakiem wojny. Światów oczywiście.
Nic z tego. Wszędzie cisza.
Zbliżyłam się do kawiarni, w której zwykliśmy zamawiać „raz posiedzieć”. O, co się tam dzieje? Są ludzie, hałas, rozmowy… Tajna narada? No nie, za głośna….
Lokal wypełniony był ludźmi. Młodymi. Pili herbatę z cukrem. Ktoś pod stołem rozlewał gorzałę do szklanek po herbacie. Ktoś zanosił się śmiechem.
Przy „naszym” stoliku siedział z kumplami mój brat!
– O, cześć siostra! Już wróciłaś?
– Zajęcia odwołali, bo wojna.
– Jaka wojna, gdzie ty tu widzisz wojnę?
– W telewizji generał mówił…. sama słyszałam.
– A niech se pogada…. najważniejsze, że do woja nie idę! – ryknął brat.
Rzeczywiście, właśnie zbliżał się termin zakończenia przedłużonej służby wojskowej, co miało oznaczać, że do koszar pójdą młodzi.
– Taki pewny jesteś? W czasie wojny zawsze jest powszechna mobilizacja…. – przypomniałam sobie fakty historyczne.
Tym razem brat był lepszy.
– Przed wojną, a nie w trakcie. W trzydziestym dziewiątym głoszono ją dzień przed wybuchem wojny. Teraz nikt młodego żołnierza pod broń nie powoła. Starzy będą nadal w wojsku.
Trudno było odmówić bratu logiki. Nie miał on zielonego pojęcia o jakiejkolwiek służbie wojskowej. Strzelał jedynie na strzelnicy w wesołym miasteczku. Ja, jako absolwentka liceum, miałam więcej doświadczenia w tym zakresie. Podczas zajęć przysposobienia obronnego na prawdziwej strzelnicy waliłam w tarczę z kbks.
Nie wiem, czy to zmęczenie wypychaniem autobusu z zaspy, czy zbyt radosny nastrój w kawiarni sprawił, że jakoś nie chciało mi się dłużej siedzieć z kumplami. Poszłam do domu.
Tu zastałam inny obrazek. Wystraszeni rodzice siedzieli w pokoju przed telewizorem. Pili herbatę z cukrem.
– Jak dobrze, że jesteś. Martwiliśmy się – przywitała mnie mama.
Tato był bardziej konkretny:
– I jak w Białymstoku? Są ruscy?
– Nie ma. Nigdzie ich nie ma. W Rutkach też nie ma.
– W Rutkach? A co ty robiłaś w Rutkach?
Opowiedziałam historię toczenia się przez wsie Podlasia.
– A u nas na ulicach widziałaś coś? – dopytywała mama.
Wzruszyłam ramionami.
– Nic. Cisza. Śniegu dużo napadało. W knajpie brata widziałam.
– Ponoć dużo ludzi aresztowano…. – kontynuowała mama. – Ciekawe, kogo ze znajomych….
– Na pewno nikogo z tych, co chodzą do knajpy… Tam panuje nastój zabawy…. Cieszą się, że nie pójdą do wojska…. – mruknęłam pod nosem.
Tato miał inna teorię.
– Partyzantkę założą.
– Teraz? Zimą? – nie dowierzała mama.
Ojciec brnął dalej:
– Zimą też w lasach siedzieli. W ziemiankach.
– Ale wykopywali je jesienią.
– Albo wiosną. Do wiosny nie tak daleko.
Jasne, mamy grudzień, w marcu mrozy puszczą, można kopać.
Zamilkliśmy.
Telewizor nieustannie mówił o zakazach i nakazach obowiązujących w czasie stany wojennego. Ogłoszono godzinę policyjna, znaczy się milicyjną. Zjawisko znane z filmów wojennych. Wyłączono telefony. W sumie w kraju nie były w masowym użytku, zatem niewielu cierpiało. My tak. My mieliśmy.
Zakazano wyjazdów bez specjalnego zezwolenia. W sumie nigdzie się nie wybieraliśmy. Drogi zasypane. Komunikacja ograniczona.
Przestały ukazywać się gazety. Drukowano jedynie „Trybunę Ludu” i „Żołnierza Wolności”. Nam najbardziej żal było prasy sportowej.
Po mieście miały krążyć specjalne patrole legitymujące przechodniów…. Pierwszego dnia nie widziałam żadnego. Ani w Łomży. Ani w Białymstoku.
Wieczorem podano kolejną wiadomość – zawieszono zajęcia w szkołach i na uczelniach.
Rozpoczęłam przyśpieszone ferie.

❤️
0
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
1 – 2 – 3 – 4 – 22 –