Nadszedł czas na rozrywkę. To takie coś, co pozwala odetchnąć od spraw codziennych, trudnych i zawiłych. W przypadku literatury jest to tzw. czytadło. Czytadła bywają różne. Najczęściej są to romanse nazywane książkami dla pokojówek. Są też utwory do czytania w środkach komunikacji, zwłaszcza w pociągach. Ich głównym zadaniem jest również tak zwane zwyczajowo – zabicie czasu. Taki pociąg sobie jedzie, już nie stuka, już nie wyje. Jak naród w nim spokojny i nie opowiada przez telefon o spadku po babci, to jest fajnie. Jak gada, czytadłe (czytadłowi?) to nie przeszkadza. W końcu i tak czytelnik o nim zapomni.
Taką pozycją w świecie literatury jest, według mnie oczywiście, „Pokój Trappa” Briana Callisona. Jest to druga pozycja z całego cyklu opowieści o niejakim Edwardzie Trappie. Pierwsza nosi tytuł „Wojna Trappa” i ta druga często się do pierwszej odwołuje. Czy to w czytaniu przeszkadza? Zupełnie nie. Raczej robi za reklamę. Chcesz wiedzieć, co było? Przeczytaj. Chcesz wiedzieć, co będzie jak już przeczytasz część drugą? Sięgnij po trzecią. Typowe działanie marketingowe. W każdym razie ów „Pokój…” jest klasyką literatury rozrywkowej.
Bohaterem jest kapitan, zapewne żeglugi wielkiej, z natury i przyzwyczajenia awanturnik, przemytnik i pirat równocześnie. Przemyca wszystko, co się da i na czym można zarobić, w tym ludzi. Robi to, co chce i jak chce. Jest całkowicie niezależny. Czasami źle się to dla niego kończy, bo takie działania wzbudzają zainteresowanie innej grupy współczesnych przestępców. Terroryści, gangsterzy i oczywiście politycy uważają, że uda im się Trappa przechytrzyć. Zwłaszcza jest taki jeden, który uważa się za mądrzejszego i sprytniejszego.
Trappowi towarzyszy niejaki Gorbals Wullie, postać ze świata humoru. Ale uwaga, czarnego humoru. Facet nigdy się nie śmieje. W sumie my się też nie śmiejemy. Załamujemy jedynie ręce, bo jak to w przypadku czarnego humoru jest, nie wiadomo czy płakać, czy się śmiać.
Mamy zatem rozrywkę na zupełnie przyzwoitym poziomie. Intryga czyli fabuła utworu jest w sumie przewidywalna, chociaż drobne niespodzianki są. Czasami się gubimy kto kogo i dlaczego, ale książeczka niewielka, możemy zawsze przerzucić kilka stron do tyłu i przypomnieć sobie treść.
Wyczytałam, że opowieści o kapitanie Trappie przyniosły autorowi rozpoznawalność i popularność. Może i tak. Nie zaprzeczam. Nie sposób znać autorów wszystkich książek. Opowieść ma dużo pozytywnych ocen. Praktycznie nikt nie przypisuje jej wartości ponadczasowych, psychologicznych czy ambicji bycia wielkim dziełem. Ma charakter rozrywkowy i taki niech pozostanie. Nie doszukujmy się w zabawie wielkich idei.
Nie pamiętam, kiedy pierwszy raz schowałam się pod szklanym kloszem.
Może wtedy, gdy zrozumiałam, że ludzie częściej kochają wersje mnie, które są łatwe do uniesienia. Ciche. Wygodne. Takie, które nie drżą za mocno i nie patrzą zbyt długo. A może dużo wcześniej? Kiedy jeszcze byłam dzieckiem i nauczyłam się oddychać płytko, żeby nikt nie usłyszał, że we mnie też istnieje ocean.
Ten klosz był piękny. Przezroczysty, chłodny, niemal elegancki. Chronił mnie przed hałasem świata, przed cudzym głodem, przed spojrzeniami, które chciały mieć mnie bardziej niż rozumieć. Z zewnątrz wyglądałam dobrze. Nawet promiennie. Ludzie lubią kobiety, które potrafią cierpieć estetycznie.
Ale pod szkłem wszystko brzmi inaczej.
Muzyka też.
Są noce, kiedy kładę się na podłodze w ciemnym pokoju i pozwalam dźwiękom przepływać przeze mnie jak zimnej wodzie. Bas pulsuje pod skórą, powoli, głęboko, jak obce serce wszyte pod moje żebra. Zamykam oczy i wtedy wraca on.
Nie konkretny. Nie do końca prawdziwy.
Raczej tęsknota ubrana w męski kształt.
Czasem czuję jego dłonie na karku, chociaż nikt mnie nie dotyka. Czasem słyszę oddech między wersami piosenek. Są utwory, które potrafią otworzyć ciało jak list. Powoli. Brutalnie czule.
I wtedy wiem, że samotność nie jest pustką.
Samotność jest obecnością kogoś, kto nigdy nie przyszedł.
Pływam często nocą. W wodzie łatwiej mi być sobą, bo nic nie odbija twarzy wyraźnie. Czarne jeziora są uczciwsze niż lustra. Wchodzę powoli, aż chłód odbiera mi imię. Ramiona zanurzają się pierwsze, potem piersi, brzuch, uda – jakbym oddawała siebie żywiołowi kawałek po kawałku.
Pod wodą wszystko staje się miękkie.
Nawet tęsknota.
Leżę wtedy na plecach i patrzę w niebo. Gwiazdy wyglądają, jakby ktoś porozrzucał dziury w rzeczywistości. Myślę o tym, ile razy próbowałam być kimś mniejszym, żeby zmieścić się w cudzych dłoniach. Ile razy udawałam spokój, kiedy w środku płonęły całe miasta.
A przecież ja kocham życie.
Zachłannie.
Kocham smak czerwonego wina wypitego boso w kuchni o drugiej nad ranem. Kocham moment, kiedy wiatr przykleja mokrą sukienkę do skóry. Kocham zmęczenie po długim marszu, sól na ustach, drżenie mięśni po pływaniu daleko od brzegu. Kocham własne ciało wtedy, kiedy nie jest oglądane. Kiedy istnieje tylko dla mnie, ciężkie od oddechu, rozgrzane, prawdziwe.
Czasem siedzę naga przy otwartym oknie i czuję się jak zwierzę, które nauczyło się mówić ludzkim głosem.
To zabawne, jak bardzo można jednocześnie pragnąć ludzi i chować się przed nimi.
Są dni, kiedy klosz robi się zbyt ciasny. Powietrze pod nim gęstnieje od niewypowiedzianych słów. Wtedy wychodzę z domu i idę przed siebie bez celu. Miasto nocą wygląda jak sen kogoś zmęczonego. Neony rozlewają się po mokrym asfalcie, obcy ludzie mijają mnie jak duchy.
Czasem mam ochotę zatrzymać któregoś z nich i powiedzieć:
„Spójrz, we mnie naprawdę coś żyje.”
Ale milczę.
Bo są rzeczy, których nie da się wypowiedzieć bez utraty ich kształtu.
On też taki jest.
Nie wiem, czy istnieje naprawdę, czy jest tylko miejscem we mnie, do którego jeszcze nie umiem dojść. Może dlatego tęsknię tak mocno nie za człowiekiem, ale za uczuciem bycia rozpoznaną do końca. Bez tłumaczenia. Bez gry.
Bez klosza.
Wyobrażam sobie czasem, że stoi gdzieś na końcu świata i też mnie szuka. Że kiedyś wejdę do zimnej wody, zanurzę się cała, a kiedy wynurzę głowę on tam będzie. Nie po to, żeby mnie uratować. Nigdy tego nie chciałam.
Tylko po to, żeby spojrzeć na mnie tak, jak patrzy noc na ocean.
Bez strachu przed głębią.
Do tego czasu uczę się siebie.
Powoli.
Jak uczy się ciemności po zamknięciu oczu.
Jak uczy się muzyki, która boli dokładnie tam, gdzie trzeba.
Jak uczy się życia, nie mimo ran, ale przez nie.
I może właśnie dlatego jeszcze nie pękłam.
Bo pod tym szklanym kloszem, wśród ciszy, tęsknoty i własnych demonów, wciąż oddycham jak ktoś, kto naprawdę chce żyć.
more at clindamedx.com more at clindamedx.com
SemaGLP product overview SemaGLP product overview
😊
Przeczytałam też od końca do początku - pięknie się uzupełnia 👋
Dziękuję🧡 Pozdrowienia 👋
Dzisiaj sobota i świeci piękne słońce, więc dajmy jej szansę. Pozdrowienia 👋
tadalafil exposure over time tadalafil exposure over time
read about online tadalafil access read about online tadalafil access
Piękna myśl/wiersz :) Pozdrawiam serdecznie.
Myślałam podobnie, jak m.M, że to byłoby nadużycie wpisywanie swoich przemyśleń w kategorię wierszy. Pozdrawiam :)
tadalafil ED information tadalafil ED information
Swoich przemyśleń, nie traktowałam nigdy jako wierszy, bo uznałam, że to spore nadużycie, chociaż forma zapisu może na to wskazywać.…
Piękny tekst. Piękna muzyka Szeptuchy. Miałam okazję zobaczyć i usłyszeć zespół na żywo. Są cudowni.
Miło Ciebie widzieć i czytać... Pozdrawiam :)