Kategoria: 1. Poezja

0

żyję najbardziej gdy tonę

Nie pamiętam, kiedy pierwszy raz schowałam się pod szklanym kloszem.

Może wtedy, gdy zrozumiałam, że ludzie częściej kochają wersje mnie, które są łatwe do uniesienia. Ciche. Wygodne. Takie, które nie drżą za mocno i nie patrzą zbyt długo. A może dużo wcześniej? Kiedy jeszcze byłam dzieckiem i nauczyłam się oddychać płytko, żeby nikt nie usłyszał, że we mnie też istnieje ocean.

Ten klosz był piękny. Przezroczysty, chłodny, niemal elegancki. Chronił mnie przed hałasem świata, przed cudzym głodem, przed spojrzeniami, które chciały mieć mnie bardziej niż rozumieć. Z zewnątrz wyglądałam dobrze. Nawet promiennie. Ludzie lubią kobiety, które potrafią cierpieć estetycznie.

Ale pod szkłem wszystko brzmi inaczej.

Muzyka też.

Są noce, kiedy kładę się na podłodze w ciemnym pokoju i pozwalam dźwiękom przepływać przeze mnie jak zimnej wodzie. Bas pulsuje pod skórą, powoli, głęboko, jak obce serce wszyte pod moje żebra. Zamykam oczy i wtedy wraca on.
Nie konkretny. Nie do końca prawdziwy.
Raczej tęsknota ubrana w męski kształt.

Czasem czuję jego dłonie na karku, chociaż nikt mnie nie dotyka. Czasem słyszę oddech między wersami piosenek. Są utwory, które potrafią otworzyć ciało jak list. Powoli. Brutalnie czule.
I wtedy wiem, że samotność nie jest pustką.
Samotność jest obecnością kogoś, kto nigdy nie przyszedł.

Pływam często nocą. W wodzie łatwiej mi być sobą, bo nic nie odbija twarzy wyraźnie. Czarne jeziora są uczciwsze niż lustra. Wchodzę powoli, aż chłód odbiera mi imię. Ramiona zanurzają się pierwsze, potem piersi, brzuch, uda – jakbym oddawała siebie żywiołowi kawałek po kawałku.

Pod wodą wszystko staje się miękkie.

Nawet tęsknota.

Leżę wtedy na plecach i patrzę w niebo. Gwiazdy wyglądają, jakby ktoś porozrzucał dziury w rzeczywistości. Myślę o tym, ile razy próbowałam być kimś mniejszym, żeby zmieścić się w cudzych dłoniach. Ile razy udawałam spokój, kiedy w środku płonęły całe miasta.

A przecież ja kocham życie.

Zachłannie.

Kocham smak czerwonego wina wypitego boso w kuchni o drugiej nad ranem. Kocham moment, kiedy wiatr przykleja mokrą sukienkę do skóry. Kocham zmęczenie po długim marszu, sól na ustach, drżenie mięśni po pływaniu daleko od brzegu. Kocham własne ciało wtedy, kiedy nie jest oglądane. Kiedy istnieje tylko dla mnie, ciężkie od oddechu, rozgrzane, prawdziwe.

Czasem siedzę naga przy otwartym oknie i czuję się jak zwierzę, które nauczyło się mówić ludzkim głosem.

To zabawne, jak bardzo można jednocześnie pragnąć ludzi i chować się przed nimi.

Są dni, kiedy klosz robi się zbyt ciasny. Powietrze pod nim gęstnieje od niewypowiedzianych słów. Wtedy wychodzę z domu i idę przed siebie bez celu. Miasto nocą wygląda jak sen kogoś zmęczonego. Neony rozlewają się po mokrym asfalcie, obcy ludzie mijają mnie jak duchy.

Czasem mam ochotę zatrzymać któregoś z nich i powiedzieć:
„Spójrz, we mnie naprawdę coś żyje.”

Ale milczę.

Bo są rzeczy, których nie da się wypowiedzieć bez utraty ich kształtu.

On też taki jest.

Nie wiem, czy istnieje naprawdę, czy jest tylko miejscem we mnie, do którego jeszcze nie umiem dojść. Może dlatego tęsknię tak mocno nie za człowiekiem, ale za uczuciem bycia rozpoznaną do końca. Bez tłumaczenia. Bez gry.

Bez klosza.

Wyobrażam sobie czasem, że stoi gdzieś na końcu świata i też mnie szuka. Że kiedyś wejdę do zimnej wody, zanurzę się cała, a kiedy wynurzę głowę on tam będzie. Nie po to, żeby mnie uratować. Nigdy tego nie chciałam.

Tylko po to, żeby spojrzeć na mnie tak, jak patrzy noc na ocean.

Bez strachu przed głębią.

Do tego czasu uczę się siebie.

Powoli.

Jak uczy się ciemności po zamknięciu oczu.
Jak uczy się muzyki, która boli dokładnie tam, gdzie trzeba.

Jak uczy się życia, nie mimo ran, ale przez nie.
I może właśnie dlatego jeszcze nie pękłam.
Bo pod tym szklanym kloszem, wśród ciszy, tęsknoty i własnych demonów, wciąż oddycham jak ktoś, kto naprawdę chce żyć.

❤️
5
👍
0
0
💡
1
2
📖
2
3

split levels

kosmos
– mapa wszelaka

tęsknota pełnią
rozmawiamy

obrazy
nad podniebieniem

❤️
7
👍
0
0
💡
0
1
📖
1
1

karuzela drzewa

wybiegając przed jutro
z powrotem w miasteczku
wesołych dni

chcę do ciebie napisać
kiedy jeszcze śpisz

na końcach rozgałęzia się duch
we włosach mamy
papierówki

❤️
3
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
1

akcent

eden kulą
z płaskorzeźb istnienia
tryska słońce

apokryficznym kwiatostanem
spaja z zenitem
dystansu

❤️
3
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
1

dzień ósmy

ziemia
– iluzoryczny kamień

duszność obcych słów

kłębi się krzyk
błękitnego drzewa

❤️
3
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
Żeby napisać.... | ma 0

Żeby napisać….

Żeby napisać

Kolejna opowieść o charakterze biograficznym…. Już wzdycham. Nie wiem jeszcze czy z zachwytu, czy zwątpienia. Wysyp biografii trwa. Już kiedyś pisałam o tym zjawisku, zatem pominę obecnie.
Tym razem mamy do czynienia z książką Małgorzaty Czyńskiej „Berezowska. Nagość dla wszystkich”. Na pewno są tacy, co nie wiedzą, kim była bohaterka. Dla nich tekst jest źródłem wiedzy. Maja Berezowska to malarka, graficzka, karykaturzystka i scenografka. Słowem – talent plastyczny. Żyła w XX wieku, była znana jeszcze przed II wojną światową. Głównie rysowała. I były to rysunki niezwykle śmiałe. Są tacy, co twierdzą, iż pornograficzne. Ja powiem inaczej – różne to były prace od śmiałych karykatur takiego na przykład Hitlera, po obrazek ukazujący toaletę pani w średniowieczu. Nie da się jednak ukryć, że Maja erotyzm uwielbiała. Oczywiście w sztuce. Jeśli chodzi o jej życie prywatne i seksualny jego wątek, to niewiele, jeśli nawet nic, z książki się nie dowiecie. O ludziach mówiących o erotyźmie mówili zwykle „erotomani – gawędziarze”. Jak powiedzieć o kimś to rysuje pana z trzema paniami w sytuacji intymnej i nie wiemy czy to z autopsji, czy z modeli, czy w ogóle wyobraźni? „Erotoman – ilustrator”? W każdym razie nasza bohaterka tworzyła owe obrazy i ludzie chętnie je oglądali.
Biografia napisana przez Małgorzatę Czyńską obszerna nie jest. Autorka, oprócz próby ukazania sylwetki artystki, przedstawia życie artystycznej bohemy dwudziestolecia międzywojennego. Cóż, ciekawe było. Jeśli opowieść przeczyta ktoś starszy, taki senior na przykład, może przestanie psioczyć na współczesną młodzież? Bo działo się przed wojną, oj działo.
Momentem poważnym jest ukazanie Mai w obozie w Ravensbrück. Według mnie akurat ta część opowieści ukazuje graficzkę w sposób bardzo ludzki. Maja nie jest bohaterką. Cierpi. Boi się. Chce przeżyć. Czy wtedy myśli o swych frywolnych pracach plastycznych? Raczej nie. Może właśnie dla tych treści warto książkę przeczytać?
Niestety, całość treści nie należy do najlepszego, według mnie gatunku. Wielu czytelników zarzuca autorce brak większej ilości zdjęć samej Berezowskiej. Czyżby się nie fotografowała? Takowe powinny w biografii być. Tutaj jest aż za skromnie. Brakuje również większej ilości prac plastyczki. Czyżby prawa autorskie i skromne środki wydawcy na zakup owych ilustracji? Trudno dociec. W każdym razie, tradycyjnie według mnie, biografia jest zbyt skromna w wiadomości o życiu Mai. Mówiono o niej, że była skandalistką. Jeśli tak, to dlaczego o owych skandalach nic nie wiemy. Jeśli nie była, to może przydałyby się opinie dlaczego taki wizerunek utrwalił się w świecie sztuki.
Słowem, kolejna biografia napisana, żeby napisać.

❤️
2
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
Prowincja w przyjemnym wydaniu | kol 0

Prowincja w przyjemnym wydaniu

Prowincja w przyjemnym wydaniu

Kiedy patrzę na książki w wydaniu papierowym, leżące w dyskontach obok marchewki lub na całe stosy w empiku, myślę o ich autorach. Każdy z nich włożył masę pracy w napisanie utworu, marząc przy tym o sławie, uznaniu przez czytelników i trochę myśląc o zysku ze sprzedaży. Zastanawiam się wówczas, który z utworów będzie miał wartość ponadczasową i będą go czytać ludzie za pięćdziesiąt, sto lat… Nie będzie to oznaczało, iż utwór jest najlepszy ze wszystkich wydanych w czasach minionych. Może był wówczas najpopularniejszy? A może po prostu miał trochę szczęścia, bo i ono w życiu książki też jest potrzebne.
Takie refleksje naszły mnie, kiedy w moje ręce trafiła książka z 1961 roku „Kolorowe miasteczko” Janusza Skoszkiewicza. Autor zupełnie mi nieznany, ale w wikipedii jest. Opowieść starannie wydana przez znane wydawnictwo „Czytelnik”, nawet w obwolucie …. co zatem jest w środku?
Zabawna historyjka o prowincjonalnym pełnym kompleksów miasteczku, które chce być sławne. No bo wszyscy obchodzą jakieś jubileusze, organizują festyny, zabawy, jarmarki, a tu nic. Cisza. Spokój. Znaczy się nuda. Pierwszy zauważa to miejscowy fryzjer. Potem młody dziennikarz. Aż wreszcie sprawa trafia do przewodniczącego Rady Narodowej. I wtedy w miasteczku zaczyna się ruch. Wszyscy chcą jubileuszu. Oczywiście można w tym momencie zrobić z tego powieść psychologiczną i zastanowić się nas postawą mieszkańców. Czarny humor tez mógłby być. Parodia jak najbardziej. Tymczasem otrzymujemy pełną humoru w wydaniu wesołym historyjkę o ludzkich pragnieniach, działaniu w imię wyższej idei, zawiązywaniu więzi między tymi, którzy się nie znali, realizowaniu pragnień z lat minionych.
Oto stary dziwak, nazywany profesorem, od lat zbiera eksponaty miejscowej sztuki ludowej. Szpera w starych opowieściach, zna legendy. Teraz ma okazję pokazania swoich zbiorów i nareszcie nikt się nie będzie z niego nabijał.
Oto młody dziennikarz, otrzymujący za swe teksty do powiatowej gazety jedynie tzw. „wierszówki” stawia ultimatum „Albo stały etat korespondenta, albo nici z mego pisania”. Etat dostaje.
Oto Zdenek, robiący za miejscowego chuligana, obcina włosy i zostaje instruktorem w wiejskiej świetlicy. Może uda mu się wspomóc tamtejszą pracowniczkę w zbiórce forsy na upragniony telewizor?
Oczywiście jest jeszcze element kryminalny. Kto podpalił magazyn z tekstyliami? A z kim to po nocach spaceruje żonaty nauczyciel, posiadający opinię niezwykle surowego?
W sumie więc mamy humorystyczny obrazek z Polski przełomu lat 50/60. To, że jest wesoły, nie oznacza, że ktoś się z kogoś wyśmiewa. Po prostu…. Jest wesoło.
Książka Skoszkiewicza należy do grupy literatury zapomnianej. Ale… przeleżała przez wiele lat u kogoś na półce, zanim trafiła do plenerowej biblioteczki w moim mieście. Wkrótce tam wróci. Na pewno ktoś po nią ponownie sięgnie. Czy stanie się sławna? Raczej nie…. A szkoda, bo typ humoru, który reprezentuje, zanika….

❤️
3
👍
2
1
💡
1
1
📖
1
11

***

Chwila za chwilą
dni płyną, mijają lata
czekamy, marzymy,
kochamy, przemijamy…

❤️
3
👍
1
0
💡
0
1
📖
0
11112131415161790