Kategoria: fragmenty powieści

Żyłam sobie w PRL-u (11) | Slupsk 2 1

Żyłam sobie w PRL-u (11)

1974 (4)

Wakacje (2)

Starzy zjechali nagle, z wielki krzykiem, właśnie kiedy niejaki Tomek próbował się do mnie dobierać na kanapie w dużym pokoju.
Absztyfikant uciekł. Kuzyn przybiegł.
Tym razem cała kamienica słyszała tylko i wyłącznie głos ciotki. Wyznaczono nam również karę. Tradycyjną w tamtych czasach – zakaz kontaktu ze znajomymi czyli szlaban na wyjścia na podwórko. Dodatkowo musieliśmy obiecać, że następnego dnia, a był to dzień świąteczny, pójdziemy na mszę i do spowiedzi, bo nie wiadomo, co się działo podczas wieczornych libacji.

Rano wyszliśmy zatem do kościoła. Nastrój na ulicach panował odświętny. Ładnie ubrani ludzie powoli spacerowali po ulicach, sklepy pozamykane…
Tylko w okolicach kościoła za pusto…. Wchodzimy do środka. Pusto. Nawet świece nie palą się przy głównym ołtarzu.
– Ty, co jest grane? – pytam kuzyna. Może u nich inne zwyczaje?
Kuzyn wzrusza ramionami. Sprawdzamy godzinę rozpoczęcia mszy z godziną na zegarkach.
– Za pięć minut powinna się rozpocząć…. – sugeruję nieśmiało.
– Może przełożyli…. wysuwa hipotezę kuzyn – Idziemy do innego.
No to idziemy.
W drugim to samo.
Jest jeszcze kilka kościołów w tym mieście, trzeba próbować.
Zaliczyliśmy jeszcze dwa. Akurat minęła godzina, w którym w pierwszym powinna była kończyć się msza.
– Wracamy do domu. Coś tu nie gra.
Oczywiście ciotka nam nie uwierzyła w brak mszy. Uznała, ze znowu coś kombinujemy i zagoniła do roboty. Święto świętem, ale przywiezione ze wsi owoce i warzywa trzeba przerobić na zimowe przetwory.
Coś tam przerabialiśmy. Co jakiś czas ktoś wołał nas z podwórka. Kuzyn wstawał i krzyczał przez okno, że nie wyjdziemy, bo mamy szlaban. Oczywiście, że cała kamienica słyszała.
Kiedy wszystkie słoiki zostały wypełnione, usiedliśmy wspólnie przed telewizorem. Rozpoczął się „Dziennik Telewizyjny”.
„ Witamy państwa serdecznie w ten szczególny świąteczny dzień. Dziś Narodowe Święto Odrodzenia Polski. 22 lipca 1944 roku, po prawie 5 latach II wojny światowej ogłoszony został Manifest Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego.”
Trudno zgadnąć kogo najbardziej przytkało z siedzących przy telewizorze osób. Pierwszy gest wykonał kuzyn wstając z kanapy i pokazując palcem wskazującym na telewizor. Ja nabrałam powietrza do płuc i na pełnym oddechu powiedziałam:
– No właśnie!
Kuzyn dodał:
– I dlatego nie było mszy!
Ciocia i wuj zrozumieli, że popełnili błąd wysyłając nas do kościoła na mszę właśnie 22 lipca. Nie każde święto w PRL-u było świętem kościelnym.

Kiedy szok w rodzinie minął, ciocia nieśmiało zapytała, czy nie zechcielibyśmy spotkać się z kolegami na podwórku. Jasne, że chcieliśmy.
Czekali na nas w krzakach za śmietnikiem. Mieli jeszcze po łyku wina i po papierosie dla nas. Wiadomo, święto było. I zupełnie nieważne jakie. W każdym razie hucznie obchodziliśmy 30-lecie PRL-u.
foto – gdzieś tam w Słupsku w 1974

❤️
0
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
Żyłam sobie w PRL-u (10) | Slupsk 1 3

Żyłam sobie w PRL-u (10)

1974 (3)

Wakacje (1)

I tak wybierzmowana, ze świadectwem ukończenia szkoły podstawowej, rozpoczęłam wakacje. Jedną z ich atrakcji był wyjazd do rodziny, która mieszkała w dużym mieście, dwadzieścia kilometrów od Bałtyku.
(ze względu na wszechobecne RODO – nazwy nie podaję)
Ciocia zapraszała całą rodzinę, ale rodzice nie mogli. Brat nie chciał. Ja się uparłam.
– Choruję na anginy! Często się przeziębiam! A tam morze blisko! I jod jest! I będę często jeździła na plażę! – wysuwałam argumenty nie do przebicia.
W porządku, pojadę. Tyle tylko jak tu mnie wysłać do miasta oddalonego o ponad 500 kilometrów? Najbardziej zatroskany o mój los był tato. Ratunek pojawił się w postaci innej cioci, takiej z Kłodzka. Obiecała, ze osobiście zawiezie mnie na miejsce. Po dwóch tygodniach również osobiście mnie przywiezie. Żaden to dla niej problem, bo jest emerytką z PKP i ma darmowe przejazdy.
Nikt nie miał żadnych zastrzeżeń.
Ciocia przyjechała i ruszyłyśmy pociągiem najpierw do Wrocławia. Tam miałyśmy przesiadkę. Na dworcu Wrocław Główny ciocia kazała mi wygodnie usiąść na ławce.
– Teraz słuchaj uważnie – spojrzała mi prosto w oczy – Nie jadę z tobą. Nie mam najmniejszej ochoty tłuc się nawet za darmo taki kawał drogi. Wsadzę cię do pociągu i pojedziesz sama. Pociąg dalej niż do tego miasta nie jedzie więc nie będzie problemu z wysiadaniem.
Włosy stanęły mi dęba.
– Jak to sama?
– Normalnie. Ja w twoim wieku też jeździłam sama pociągami, chociaż wojna była. Nie nawiązuj przypadkowych znajomości. Pilnuj bagażu. A ja będziesz szła do sracza, zabieraj torebkę z forsą ze sobą. Aha, ojcu nigdy nie mów, że jechałaś sama.
– A mamie?
– Mama wie. Z powrotem to tamta ciotka wsadzi cię do pociągu, wysiądziesz we Wrocławiu. Ja będę czekała na peronie i we dwie wrócimy do Wałbrzycha.
W głowie mi szumiało. Nie wierzyłam, że obdarzono mnie takim zaufaniem! Znaczy się dorosła już jestem skoro mama i ciocia pozwalają mi samej jechać prawie nad morze!
Do celu dojechałam w całości.
Na peronie czekała druga ciocia wraz z moim, o rok starszym, kuzynem. Przez pierwszy dzień przyglądaliśmy się sobie podejrzanie. Dotychczas widzieliśmy się raz czy dwa będąc w wieku żłobkowo-przedszkolnym.
Teraz mieliśmy niepowtarzalną szansę zacieśnienia więzi rodzinnej.
Wieczorem kuzyn zapoznał mnie ze swoją paczką. Większość – faceci, dwie dziewczyny, ja byłam trzecią. Najmłodszą, ale już po podstawówce, czyli prawie szkoła średnia. Niektórzy klęli, niektórzy palili, wszyscy narzekali na starych, bo to oni, a nie jakaś cenzura i socjalizm ograniczali nam wolność. Jeden grał na gitarze. Inny na harmonijce ustnej. Był piłkarz. Był też i kibic. Starsza dziewczyna znała się na modzie. Młodsza – na dzieciach, bo była najstarsza w domu i zajmowała się licznym rodzeństwem z podstawówki.
Słowem – normalne pokolenie nastolatków.
Przez dwa tygodnie nad morze pojechałam tylko raz. Nie miałam czasu. No bo skąd go wziąć, jak trzeba było iść do kina, posiedzieć na podwórku, stać na czatach, kiedy inni palili lub iść na mecz. I przede wszystkim – porozmawiać. Na żywo. Nie przez telefon czy internet. Podyskutować na temat, jak radzić sobie ze starymi. Dlaczego przegraliśmy mecz z RFN na mistrzostwach świata w piłce nożnej. Co to są środki antykoncepcyjne i jak je stosować. Słowem – morze tematów.
Chciało się rano wstać i chciało się żyć.
Zwłaszcza, że przebojem tamtego lata była piosenka „Radość o poranku”! A każdy dzień witaliśmy przebojem.
Kto wstawał pierwszy i u kogo w domu nie było nikogo, otwierał okno, wystawiał w nim głośnik gramofonu marki „Bambino” i włączał przebój. To był znak dla reszty, że czas wstać skoro świt, czyli gdzieś tak około dziesiątej. Mój kuzyn był w posiadaniu „Waterloo” ABBY i kiedy tylko mogliśmy, rano z naszego okna rozlegał się ten utwór. Z okna Marka „leciała” zwykle Anna Jantar i „Tyle słońca w całym mieście”, ktoś włączał Eltona Johna… Lokatorzy starej poniemieckiej kamienicy mieli koncert. W sumie nie wiedzieli czego słuchać. Interweniowali więc w charakterystyczny dla wszystkich dorosłych sposób.
– Wyłącz ku… tego samograja! – rozlegało się na przykład z pierwszego pietra po lewej stronie.
Bardzo nieprecyzyjne sformułowanie. Nie wiadomo do kogo skierowane, ponieważ owych samograjów, czyli gramofonów było kilka.
– Jak nie wyłączysz to ci cholero jasna nogi z dupy powyrywam! – dał się lokator z prawej strony pierwszego piętra.
Były też ostrzeżenia i szantaże.
– No poczekaj, jak tylko rodzice wrócą z roboty, to ci dadzą piosenki na cały regulator!
– Zaraz milicję zawołam!
I najmniej skuteczna uwaga:
– Do szkoły pójdę i sprawowanie ci obniżą!
Wakacje przecież były.

Pewnego dnia ciocia z wujkiem wyjechali do rodziny na wieś. Mieli być tam kilka dni. Zostawili nam pełną lodówkę i forsę na świeży chleb, mleko i oczywiście na przyjemności, żeby tak do kina na jakiś ambitny film iść na przykład.
I się zaczęło życie na maksa!
Starych nie ma, chata wolna! Oj będzie bal!

I był. Przez dwa wieczory.
Bo ktoś skontaktował się z ciotką. Nie wiadomo jak. Wtedy ani internetu, ani telefonów komórkowych nie było. Ktoś musiał mieć jakieś namiary na stacjonarny, do którego rodzina miała dostęp. Kuzyn walił się w piersi i przysięgał, że ci na wsi takiego telefonu nie posiadali.
Kto zadzwonił zatem do sołtysa – nie wiadomo. W każdym razie monitoring w postaci sąsiada zadziałał.
foto – Gdzieś tam w Słupsku… w 1974… całość powieści tu
https://www.czarownice.kosz.pl/opis-8-Zylam_sobie_w_PRL_u___Spis_tresci.php

❤️
1
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
0

Żyłam sobie w PRL-u (9)

1974 (2)

Bierzmowanie (2)

Do domu wracaliśmy około dwudziestej drugiej. Było już ciemno. Wszystkich witała mama:
– Gdzie ty do cholery tak po nocach łazisz? Już na milicję chciałam iść!
– Jak to gdzie? W kościele byłam (em) – odpowiadał każdy z nas.
– Do tej pory?
– Jasne, przed bierzmowaniem trzeba się wielu rzeczy nauczyć. No, mogę przecież do tego bierzmowania nie przystępować – to był szantaż.
Oczywiście w czasach zakazu klerykalizacji takiej możliwości nikt nie brał pod uwagę.
– To proboszcz was tak długo męczy?
– No, a kto…. A jak nas wypuszcza to już robi się ciemno i trzeba wracać okrężną drogą, przez ulicę.
Fakt, była taka trasa. Nikt normalny nią do kościoła nie chodził, bo była dwa razy dłuższa. Wszyscy walili ścieżką przez ogródki.
Wyjaśnienia były precyzyjne. Wszak ustalone przy winie i papierosach, jak na dorosłych przystało.
Niestety, nasza sielanka trwała tylko trzy dni…
Jedna z mam, a była to moja, zdenerwowała się na proboszcza. Uznała, że dzieci nie mogą po nocach wracać do domu. Zwłaszcza, że rano muszą iść do szkoły. Poszła do niego i wygarnęła co jej na wątrobie leżało.
Co powiedział proboszcz? Domyślamy się. Co tam dużo gadać…. Wiemy na pewno.

Nie, kary chłosty nie było. Było gorzej. Mama poinformowała inne mamy.

Najpierw w każdym domu przeprowadzano dochodzenie, kto był inspiratorem działań i twórcą kłamstw mających zdyskredytować księdza proboszcza. Żaden z rodziców nie chciał wierzyć, iż to jego ukochane maleństwo wpadło na taki szatański plan.
– Wszyscy wpadliśmy na taki plan – brzmiało w starych poniemieckich budynkach.
Nikt nikogo nie sypnął. Może gdybyśmy byli bardziej świadomi politycznie, zwalilibyśmy wszystko na partię. Niestety, nie wpadło nam do głowy, żeby zwalić całą winę na ustrój, który jak dziś się mówi, nałogowo tępił księży.
– Co robiliście do tej dziesiątej? – brzmiało kolejne pytanie.
– Łaziliśmy.
– Gdzie?
– Tu i tam….
– I co jeszcze?
– No nic….
O papierosach, winie i cyckach nie sypnęliśmy.
Starzy ustanowili też zakaz wychodzenia na podwórko i spotykania się do czasu bierzmowania. Rano do szkoły, ze szkoły powrót zgodnie z planem, wyjście na naukę do kościoła i powrót punktualnie o dwudziestej.
Najspokojniej w całej sprawie zachował się ksiądz proboszcz. Zapytał tylko, czy wieczorni spacerowicze mają wyznaczoną karę. Przytaknęliśmy opuszczając głowy.
Smutno się zrobiło. Jednak jeszcze nie byliśmy dorośli. Zostały nam trzy lata do osiągnięcia magicznej „osiemnastki”.

❤️
1
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
2

Żyłam sobie w PRL-u (8)

1974 (1)

Bierzmowanie (1)

Szczególny to był rok w moim życiu… Ale po kolei. Zacznijmy od religii.
Jeśli wierzyć co niektórym, w czasach PRL-u religia była zakazana, a do kościoła nie wolno było chodzić. W wyniku takich zakazów na lekcje religii chodził praktycznie każdy uczeń takiej podstawówki jak moja, a tłumy wypełniały kościelne budynki w czasie każdej niedzielnej mszy. Wszak dziwne to były czasy….
Na religię chodziliśmy oczywiście do salki katechetycznej przy kościele. Owych nie było tak dużo jak obecnie i wyjście na katechezę było sporą wyprawą. Ale za to jaką! Zbieraliśmy się grupą, szliśmy razem, wracaliśmy też wspólnie i nikt nam nie podskoczył. W kupie siła, kupy nikt nie ruszy. Nasza trasa wiodła wśród ogródków, przechodziliśmy przez dwie, niektórzy przez trzy ruchliwe ulice. Nikt nas nie zaczepiał ( a niech by spróbował!). Nikt z nas nie wpadł pod samochód. Krokiem prawie marszowym do salki szliśmy dwadzieścia minut. I tak dobrnęliśmy do ósmej klasy i wiosny, podczas której mieliśmy zostać wybierzmowani. Dwa tygodnie przed wydarzeniem, ksiądz proboszcz zarządził dodatkowe zajęcia w kościele – każdego dnia po wieczornej mszy mieliśmy uczyć się, jak zachować się w czasie uroczystości. Księdzu bardzo zależało, żeby wypadło wszystko jak najlepiej, bo biskup z Wrocławia przyjeżdżał do parafii tylko raz na rok. Żeby bierzmować i oczywiście wizytować parafię.
Msza była o osiemnastej, zatem nasze zajęcia rozpoczynały się około osiemnastej czterdzieści.
Czy mogło być coś lepszego niż wieczorne wyjście z domu i wyprawa z ferajną po wielkie przygody, znaczy się doświadczenia życiowe?

Przecież jesteśmy już w ósmej klasie, najstarsi w szkole, teraz tylko bierzmowanie i szkoła średnia.

Człowiek był prawie dorosły.

Zbieraliśmy się tradycyjnie przy ogródkach. Kupą szliśmy do kościoła. Czekaliśmy na koniec mszy, potem wkraczaliśmy do świątyni. I uczyliśmy się na pamięć kilku pieśni, nowych modlitw, zasad podchodzenia do ołtarza i zachowania powagi.
W poczuciu progu dorosłości, który mieliśmy wraz z bierzmowaniem przekroczyć, utwierdzał nas proboszcz, wygłaszając za każdym razem mini kazanie o tym, jak po dotknięciu policzka przez dłoń biskupa (symboliczne lanie w mordę) staniemy się dojrzałą młodzieżą.

Słowem – precz z dzieciństwem!

Wzięliśmy sobie to do serca.

Z kościoła wychodziliśmy po planowanych czterdziestu pięciu minutach. Jasno jeszcze na świecie. Wiadomo, wiosna. Ale na naszej trasie było kilka obcykanych miejsc, w których można było się schronić przed ówczesnym monitoringiem, czyli zbyt ciekawskimi ludźmi.
Wśród krzaków czarnej porzeczki niektórzy z nas po raz pierwszy zapalili papierosa. Z reguły były to „Sporty”, najtańsza nikotyna bez filtra. Uczyli ich palić oczywiście ci, którzy już wcześniej wracając z religii zachodzi pod krzak i palili.
Byli tacy, co po raz pierwszy złapali dziewczynę na jej rosnące na przodzie walory. Dziewczyna piszczała, ale była zadowolona, że już ma coś, za co można ją złapać. Dziś nazywa się to molestowanie.
Oczywiście po pierwszych kościelnych zajęciach ktoś skombinował „jabola” i wypiliśmy pod ową dorosłość, która nas czekała.
Podstawowym wyposażeniem były cukierki „miętówki”. Po papierochach i wińsku wystarczyły dwa, by swojski zapach zniknął nam z ust.
Zresztą, co ja tam będę ściemniać…. jeden papieros był na trzy osoby, a butelka wina – na dziewięć, dziesięć, a może nawet dwanaście. Trudno było się tym upić. Bardziej szumiało nam od faktu uczynienia rzeczy przeznaczonej tylko dla dorosłych.
Kiedy się napaliliśmy i napiliśmy ruszaliśmy „w miasto”. Jak pięknie było iść w miejsca zakazane, jak cudownie wyglądał staw przy starym dębie i szybie „Chwalibóg”, puste śródmieście i zachód słońca nad starym cmentarzem…. cdn.

❤️
2
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
0

Żyłam sobie w PRL-u (7)

1970 (2)

Pomroczność ciemna (2)

Tato po powrocie nie był tak łagodny. Z jego ust wysypała się lawina słów uznawanych za wulgarne w każdych czasach. Niektóre słyszałam po raz pierwszy.
Przyczyną tego były podwyżki cen żywności. Wiadomość za pośrednictwem radia (nie zagłuszanego) i telewizji dotarła do narodu 12 grudnia. W górę, średnio o 25%, poszła cena mąki, mięsa, cukru i innych tzw. artykułów do żarcia.
Okazało się, że rządzący decyzję o owej drastycznej podwyżce podjęli znacznie wcześniej i zaczęli ostre przygotowania do jej wprowadzenia. Stąd też rozgłośnie radiowe (te zagłuszane) dostały przecieki i wcześniej informowały ludzi o koncentracji jednostek bojowych MON i MSW.
Następnego dnia była niedziela. Lud miał się przespać z podwyżkami i przyjąć je do wiadomości. A w poniedziałek dnia tato jak zwykle przyszedł z pracy ok. 15.30. Na szeroki parapet położył swą roboczą torbę , zwaną „aktówką”. Wymył ręce pod kranem z tylko zimną wodą i usiadł przy stole w dużej kuchni (nie, nie był to żaden salon z aneksem kuchennym, to była kuchnia) na krześle ustawionym tyłem do okna. Popatrzył na rodzinę, policzył, czy wszyscy są, obrócił się do okna. Z parapetu zdjął aktówkę i wyciągnął gazetę.
Mama postawiła przed nim talerz z zupą jarzynową.
– Co taka rzadka? – zapytał mieszając łyżką w talerzu.
– Podwyżka przecież. Oszczędzać trzeba.
Siedzieliśmy przy stole jedząc rozwodnioną zupę i przegryzając ją chlebem. Tato czytał nowe ceny produktów zamieszczone w gazecie. Kiedy skończył, mama nieśmiało zaczęła:
– Wiesz co, a na mieście to mówią….
Wiadomo, że informacje z miasta przynosił zawsze ojciec, który tym razem przestał jeść.
– Co mówią?
– ….że w Gdańsku coś się dzieje…. jakiś strajk…. nie chcą tej podwyżki….
Słowo „strajk” nie było obce w domu. Mamie zdarzało się strajkować po takich akcjach ojca jak ta związane z marcem 1968. Wtedy ojcu nie podawała obiadu i nie szykowała kanapek do pracy. Ale jak wyglądał strajk w Gdańsku?
I tak moi drodzy rozpoczął się w moim domu tragiczny grudzień 1970 roku…. Każdego dnia ojciec z pracy i z miasta, mama z miasta, czyli sklepów przynosili wiadomości. Niektóre były sprzeczne ze sobą, inne, zwłaszcza te o strzelaninie wydawały się zupełnie informacjami z planety Mars.
Tymczasem w Wałbrzychu nic się nie działo. Oprócz rozmów i przekazywania informacji na wiadomy temat, życie toczyło się normalnie. Zupy wróciły do stanu normalności, a mama rozpoczęła przygotowania do świąt.
Dwudziestego grudnia nastąpił długo oczekiwany przełom w sprawie podwyżek. Nastąpiła zmiana na tronie pierwszego sekretarza. Towarzysza Wiesława zastąpił towarzysz Edward.
I ludziom się to spodobało! Zwłaszcza członkom mojej rodziny pochodzącej z Francji. Bo przed II wojną właśnie Francja pełniła rolę takiej Anglii przed brexitem. Wyjeżdżano tam za chlebem, do pracy.
Członkowie mojej rodziny też tam się znaleźli. Niektórzy załapali ducha światopoglądu Marksa i Engelsa i po wojnie wrócili wraz z dziećmi do kraju, w którym ten światopogląd miał być wprowadzony w życie.
Wzorcem dla nich był Maurice Thorez, francuski polityk komunistyczny. Toteż w momencie, kiedy na tron w partii zasiadł człowiek z francuskim życiorysem, francuscy Polacy mocno go poparli. Co ja mówię, francuscy…. większość, i to ta zdecydowana, go poparła. Człowiek od razu poprosił naród o pomoc, a słynne „Towarzysze pomożecie?!” zabrzmiało w całym kraju odzewem „Pomożemy!”
Na naszej kamienicy pojawił się nawet napis „Niech żyje Gierek!”. Co niektórzy twierdzą, że nie było to na przełomie 70/71 roku, ale znacznie później.
Co i kiedy by nie było, święta Bożego Narodzenia minęły normalnie, a nowy 1971 rok przywitaliśmy radośnie i z nadzieją.
O wydarzeniach na Wybrzeżu dokładnie dowiedziałam się latem 1973 roku. Rodzinnie odwiedziliśmy znajomych w Gdańsku. Słuchaliśmy, oglądaliśmy….
Aha, co z podwyżkami cen? Chyba je anulowano…. na pewno je anulowano. Bo potem okazało się, że chyba niesłusznie anulowano…. całość opowieści tu https://www.czarownice.kosz.pl/opis-8-Zylam_sobie_w_PRL_u___Spis_tresci.php

❤️
1
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
2

Żyłam sobie w PRL-u (6)

1970 (1)

Pomroczność ciemna (1)

I jak tu zacząć? Tragiczne wydarzenia na Wybrzeżu w grudniu 1970 roku wstrząsnęły Polską. Dziś mamy wiedzę na temat tego, co się wówczas działo. Wówczas tę wiedzę też mieliśmy, ale zdecydowanie mniejszą.
– Czy pamiętasz, co się działo w Wałbrzychu w grudniu siedemdziesiątego? – pytam przez telefon koleżankę z podwórka.
– No, w Gdańsku była tragedia…
– Nie pytam o Gdańsk!
– No, w Gdyni ludzie zginęli….
– Nie pytam o Gdynię! Pytam o nasz Wałbrzych!
– No, nie wiem, dzieckiem byłam…
– Jakim dzieckiem? Miałaś już dwanaście lat. Jeśli się coś działo, to powinnaś pamiętać!
– A ty pamiętasz?
No, nie pamiętam.

Wybieram kolejny numer telefonu. Kolega jest starszy o całe sześć lat. W grudniu 1970 miał ich osiemnaście.
– Czy pamiętasz, co działo się u nas w grudniu 1970?
– W Trójmieście była tragedia i….
– Nie chodzi mi o Trójmiasto, chodzi mi o nasze miasto, 600 km od Trójmiasta!
– Aha, muszę pomyśleć. Oddzwonię.
Czekam do wieczora. Ja dzwonię.
– No i co?
– Wiesz, głupio mi, ale chyba mam sklerozę. Nic nie pamiętam. Tylko milicja na sygnale przejechała kilka razy obok zakładu pracy… ale może to do wypadku…
– Takich rzeczy się nie zapomina! Może nic się nie działo i o niczym nie wiesz? W internecie są wiadomości, że coś się działo, tylko nikt nie napisał co.
– Może i nic się nie działo…. A zresztą kto to wierzy internetowi….. A tak w ogóle to co u ciebie słychać? Wszyscy zdrowi? Piesek jeszcze żyje? Dbasz o poziom cukru i mierzysz regularnie ciśnienie?
No tak…. Zdrowi. Żyje. Dbam. Mierzę.
Pomroczność ciemna nas dopadła, że nie pamiętamy tamtego grudnia? Jak więc to było z tym końcem tamtego roku w moim życiu, w tych dziwnych czasach…

Tato jak zwykle przyszedł z pracy ok. 15.30. Na szeroki parapet położył swą roboczą torbę , zwaną „aktówką”. Wymył ręce pod kranem z tylko zimną wodą i usiadł przy stole w dużej kuchni (nie, nie był to żaden salon z aneksem kuchennym, to była kuchnia) na krześle ustawionym tyłem do okna. Popatrzył na rodzinę, policzył, czy wszyscy są, obrócił się do okna. Z parapetu zdjął aktówkę i wyciągnął gazetę.
Mama postawiła przed nim talerz z kapuśniakiem.
– O, dawno nie było – powiedział mieszając łyżką w zupie.
– No właśnie.
Wszyscy z radością zaczęliśmy jeść dawno niewidziany w talerzu kapuśniak z ziemniakami gotowanymi razem.
– I co mówią na mieście? – zapytała mama.
– Coś się szykuje. W pracy też tak mówili.
– Co?
– Gdybyśmy mieli porządne radio, wiedzielibyśmy!
Mama wzruszyła ramionami:
– Buty na zimę trzeba było dzieciom kupić, a nie jakieś radio. Chcesz się czegoś dowiedzieć, to idź do Starszyka. On słucha wszystkich tych radi… radiów… no tych, co zagłuszają… chyba są zagłuszani…
Mama pogubiła się w zawiłościach poprawnej polszczyzny.
– Rozgłośni radiowych… – rzuciłam znad talerza.
– No właśnie… rozgłośni…. Patrz, jaką mądrą masz córkę. Pewnie nauczycielką polskiego będzie – podsumowała mama.
Wówczas brzmiało to jak wyróżnienie, dlatego od razu pokazałam młodszemu bratu język. Niech smarkacz wie, kto jest mądrzejszy. Ten oczywiście też mi pokazał, ale zrobił to tak nieudolnie, że zawartość jego ust, w postaci kapuśniaka, wylała się na stół. Oczywiście oberwał za nieprzyzwoite zachowanie się przy stole.
Wieczorem ojciec poszedł do sąsiada, by dowiedzieć się co mówią w rozgłośniach. Zanim jednak wrócił w domu rozległ się lament mamy siedzącej przed telewizorem:
– O Boże, co to teraz będzie… Święta blisko, a tu takie coś….
I tak było kilka razy.

❤️
3
👍
0
0
💡
0
1
📖
0
0

Żyłam sobie w PRL-u (5)

1968 (5)

Meksykańska pałeczka (2)

cd.
Podczas dalszej części obiadu, w postaci porcji wołowego z kością, na którym ugotował się rosół, rodzice toczyli dalszą dyskusję na temat nieszczęsnej pałeczki i domniemanej sprawczyni narodowej katastrofy. Gdy rodzinnie doszliśmy do tradycyjnego deseru, czyli budyniu, starzy wcale nie byli już pewni, czy aby pałeczka została upuszczona celowo.
– Mówią, że Wolna Europa nic na ten temat nie mówi – wyjaśnił ojciec.
– A Głos Ameryki?
– Głos Ameryki nic nie powie, bo w Ameryce rządzi Żydzi.
– Kto tak powiedział?
– W pracy tak mówią.
W moim domu obowiązywały dwa źródła prawdopodobnych informacji. Mniej prawdopodobne pochodziły z miasta, bardziej – z pracy. Jako że mama nie pracowała, często posiadała jedynie te pierwsze pochodzące z kolejki sklepowej. Ojciec miał dwie możliwości, zatem mógł wyrobić sobie w miarę obiektywne zdanie. Ciągle marzył o kolejnej:
– Może by tak kupić porządne radio, żeby łapało Wolną i Głos… człowiek by sam posłuchał, a nie tylko słuchał tego, czego inni słuchają…
Filozoficzny wywód mego ojca, mama przyjęła z uznaniem, ale od razu postawiła kontrę.
– Nic z tego. Zima idzie. Buty nowe trzeba kupić.
– Komu? Mam te z ubiegłego roku.
– Ale dzieci rosną i wyrosły z ubiegłorocznych.
No tak, znowu porządnego radia nie będzie.
Do tego, że w domu nie słuchamy Wolnej Europy i Głosu Ameryki trudno było w ówczesnych czasach się przyznać. Ponoć słuchał każdy. I większość krytykowała podawane tam wiadomości. Była tak, jak w późniejszych czasach z piosenkami disco polo. Nikt nie lubi, nikt nie słucha, ale każdy największe hity zna na pamięć.
Nasza rodzina nie przyznawała się, że nie słucha zakazanych rozgłośni z powodu braku odpowiedniego sprzętu. Bo jak to, mieliśmy jeden z pierwszych telewizorów w kamienicy, a normalnego radia nie? To co stało na stoliku odbierało jedynie jeden polski program i dwa czeskie….
Wielokrotnie słyszałam jak rodzice tłumaczyli brak znajomości faktów prezentowanych przez owe rozgłośnie faktem, iż nasze mieszkanie jest na głównej linii, po której płynie sygnał zakłócający nadawanie wiadomości z Europy. Powoduje to, że nasze radio jest najbardziej zakłócane. Wszyscy nam współczuli.
Tak więc dyskusja z pałeczki przeniosła się na buty, ponieważ bliższe one były niż wydarzenia w dalekim amerykańskim kraju.
Temat wrócił po kilku dniach w postaci zupełnego zaprzeczenia poprzednim tezom.
Ojciec jak zwykle przyszedł z pracy ok. 15.30…. i tak dalej, i tym podobnie. Tym razem przemówił przy żurku z naturalnego zakwasu, który można było wówczas bez problemu kupić w pobliskiej piekarni.
– Nikt w to nie wierzy, że upuściła specjalnie.
– Skąd wiesz?
– Tak mówią.
– Kto?
– No, w pracy. Mówią ci, co byli w marcu we Wrocławiu. Nie widzieli jej tam.
Po podaniu drugiego w postaci kotletów mielonych z przewagą bułki tartej mama wygodnie usiadła przy stole:
– A ja to w ogóle nie wierzę, że ona ma jakiś związek z polityką. Plotki o specjalnym upuszczeniu pałeczki rozgłosili prawdziwi wrogowie.
– Czyli kto?
– Nie wiem dokładnie kto, ale to byli sportowi rywale. Chcieli dziewczynę wyrzucić z Polski, zniszczyć, żeby nie uprawiała sportu, nie zdobywała więcej medali. A o Wrocławiu to już nie mówmy… Było, minęło.
Mama mówiła dosadnie i z wielką pewnością w głosie. Dziś już nie pamiętam, kto był największym rywalem Polki… Rosjanka? Niemka z NRD? A może Amerykanka?
W każdym razie rodzina stanęła po stronie sportsmenki. Cały kraj zresztą też. Plotka okazała się wredną robotą anty syjonistów i anty semitystów.
Oczywiście zauważyliście, że podczas rozmowy rodziców przewinęła się nazwa jednego z największych miast w Polsce – Wrocław. Wiecie już dlaczego miasto od marca 1968 było zakazane, potępiane i negowane na każdy możliwy sposób przez moją rodzinę, przepraszam, głównie mamę.
I żeby rok zakończyć, jeszcze jeden fakt. Oto jeden z członków rodziny, młody student politechniki we Wrocławiu wdał się w marcową awanturę i został relegowany, czyli usunięty z uczelni. Zamiast w dużym mieście, musiał przenieść się ze studiowaniem do miasta średniej wielkości czyli Wałbrzycha. Tu właśnie otwarto filię wrocławskiej uczelni i można było kształcić się na inżyniera.
W sumie jako małolat nie kumałam, dlaczego filia ma być gorsza, wszak przyjeżdżali tu prowadzić zajęcia właśnie ludzie z polibudy wrocławskiej. Do tego koszt studiowania był znacznie tańszy, bo kuzyn mieszkał we własnym domu, a nie w akademiku, które zawsze miały nieciekawą opinię. W każdym razie rodzina nie była zachwycona, a niektórzy przez wiele lat wypominali młodemu, że niepotrzebnie walczył o „Dziady”.
On sam milczał i został magistrem inżynierem jakiejś specjalności politechnicznej i z „Dziadami” nie ma nic wspólnego.

więcej na
https://www.czarownice.kosz.pl/opis-8-Zylam_sobie_w_PRL_u___Spis_tresci.php

❤️
1
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
0

Żyłam sobie w PRL-u (4)

1968 (4)

Meksykańska pałeczka

W październiku 1968 roku było przyjemne wydarzenie historyczne w mojej rodzinie. Posiadając telewizor marki Neptun, 14 cali, ponownie moja rodzina zasiadła przy stole oglądając bezpośrednią transmisję z XIX Letnich Igrzysk Olimpijskich, tym razem z Meksyku.
Przede wszystkim rodzice oglądali transmisje nocą, bo różnica czasu – siedem godzin do tyłu, albo do przodu, choroba, nie kojarzę…. – powodowała, iż najważniejsze wydarzenia były nocą. Mnie pozwalano na oglądanie wiedząc, że i tak zasnę.
Leżałam więc na tapczanie w pokoju i patrzyłam na ekran telewizora znajdującego się w pokoju rodziców. Taki był układ mieszkania. Ale nie to mnie dziwi. Jak ja mogłam oglądać taki mecz siatkówki (brązowy medal Polek!) z odległości ok. ośmiu metrów na tak małym telewizorze? Cóż, młody człowiek był i chyba dlatego…. A może w ogóle nie oglądaliśmy siatkówki?
W każdym razie emocje były. Medale też. Nazwiska i dyscypliny sportu też znałam. Ale wydarzyło się też coś innego.
Oto Polki, biegnące w sztafecie 4×100 metrów zgubiły tzw. pałeczkę i nie awansowały do finału. O celowe zgubienie owej pałeczki posądzono naszą wielką gwiazdę Irenę Kirszenstein, jeszcze wówczas bez Szewińskiej.
Otóż nasza znakomita biegaczka była pochodzenia żydowskiego. Byli tacy, co próbowali zmierzać ją z błotem i uczynić z niej wroga klasowego, dać bilet w jedną stronę i odesłać na Syjon w Jerozolimie.
W moim domu wyglądało to tak:
Ojciec jak zwykle przyszedł z pracy ok. 15.30. Na szeroki parapet położył swą roboczą torbę , zwaną „aktówką”. Wymył ręce pod kranem z tylko zimną wodą i usiadł przy stole w dużej kuchni (nie, nie był to żaden salon z aneksem kuchennym, to była kuchnia) na krześle ustawionym tyłem do okna. Popatrzył na rodzinę, policzył, czy wszyscy są, obrócił się do okna. Z parapetu zdjął aktówkę i wyciągną gazetę.
Mama nalewała do głębokich talerzy, w których już był makaron domowej roboty, rosół z garnka stojącego na węglowej kuchni (nie mylić z pomieszczeniem). Stawiała przed każdym członkiem rodziny.
Ojciec spojrzał w talerz:
– Znowu rosół? A nie można było tak pomidorowej?
– Pomidorowa będzie jutro. Z tego rosołu – oznajmiła mama.
Ojciec westchnął. Rozłożył gazetę. Zasłonił nią talerz i samego siebie. Zaczął czytać. W ciszy i skupieniu wsuwaliśmy rosół gotowany na wołowinie, która wówczas była ogólnodostępna i tania. Uchodziła za mięso kategorii drugiej, a nawet trzeciej. Na pierwszym byłą zdecydowanie wieprzowina, potem u większości kurczaki.
Krowy nie miały wówczas wielkiego szacunku. Zwłaszcza części, z których gotowało się rosół.
Jedliśmy zatem ten rosół z kiepskiego mięsa, z makaronem domowym, który też wówczas do rarytasów nie należał. Rarytasem był makaron kupiony w sklepie o kształcie grubych rurek. Niestety, domowy był zdecydowanie tańszy i większość kobiet sama mieszała mąkę, robiła ciasto i kroiła je w cienkie paski.
– Mówią, że zrobiła to specjalnie – wyrwało się ojcu znad talerza po odłożeniu gazety.
– Co zrobiła specjalnie? – zapytała wyrwana z zadumy nad zawartością talerza mama.
– No, tę pałeczkę specjalnie zgubiła.
– Aha…. W gazecie piszą, ze specjalnie?
– Nie, ludzie tak mówią.
– Gdzie? Na podwórku nikt nic nie mówił.
– Na mieście.
– Aha….
– Kto zgubił? – próbowałam dołączyć się do rozmowy.
Szybko zostałam za to skarcona.
– Przy jedzeniu się nie gada – syknął ojciec.
Oczywiście dzieci nie gadają. Dorośli mogą.
Ojciec oddał pusty talerz:
– Mówią, że była w zmowie z tymi, no jak im tam, syjonistami.
– W Meksyku? – nie dowierzając zapytała mama.
– Mówią, że oni wszędzie mają swoich agentów, a skaptowali ją w marcu w Polsce.
– Gdzie skaptowali?
– Podczas manifestacji pod politechniką we Wrocławiu.
– A widzisz, gdybyś tam dotarł, na pewno by jej nie skaptowali.

❤️
1
👍
2
0
💡
0
0
📖
0
12