Kategoria: 1. Poezja

1

Koniec kolejnej wiosny

Gdy noc zapada kurtyną
Lub słońce do dłoni mi wkładasz
Gdy w radiu Twoja piosenka
I Twój smak ma poranna kawa

Kolejna wiosna Tobą się kończy
A lato o Tobie ciepłem zaczyna śpiewać
Jesienią ochronisz mnie przed złym wiatrem
Zima Twoim uśmiechem będzie ogrzewać

Zegar nie mówi dokąd wskazówka ucieka
A kalendarz świata nie podzieli na pół
Próbuję nasz wspólny czas zatrzymać
Bez Ciebie nawet uśmiech zadaje ból

Wyznaczasz rytm mojego życia
I wreszcie pewnie mogę stawiać kroki
Przy Tobie mam znowu wielką siłę
Bez Ciebie życie dożywotnim wyrokiem

I choćby nikt już nie miał litości
I rzeczywistość ktoś rozsypał w szary pył
Posklejam nasz świat z miłości
I już tylko dla Ciebie będę żył

❤️
1
👍
1
0
💡
1
1
📖
1
O co kaman (come)? | apo 0

O co kaman (come)?

O co kaman (come)?

Kiedyś napisałam recenzję książki, która była o niczym. Potem trafiłam na książkę, która była nie wiadomo o czym. Nie podam ich tytułów, żeby nie reklamować tego, co moim zdaniem poniżej poziomu wodorostów. Staram się tego typu literatury unikać, ale nigdy nie wiadomo na co się trafi. Czasami coś, co się kiepsko zaczyna, potem się rozkręca. Zatem, żeby coś o książce powiedzieć, trzeba ją przeczytać. A jeśli do tego jest cienka, to ryzyko niewielkie. Ot, dwie , trzy godziny wyjęte z życiorysu.
Wiecie już do czego zmierzam. Do tekstu, któremu owe godziny poświęciłam. „Apokalipso” – Max Cegielski, 170 stron, format bliski kieszonkowemu, reklama na tylnej okładce oczywiście zachęcająca. Niby ma być o miłości, niby o Warszawie.
Zaczyna się niewinnie. Od ślubu. Kościelnego. Akurat nie jest to takie oczywiste, bo młodzi biorą go ze względu na tradycję i rodziców. Potem mamy rodzinne spotkanie, ale nie jest to wesele. Wszystko też tradycyjne. Jednak bohaterom opowieści owa tradycja nie odpowiada. A potem ponoć ma być trójkąt, taki miłosny. Nie, nie żeby od razu we trójkę razem. Ten trójkąt ma być też tradycyjny i chyba tym razem wszystkim odpowiada. A potem to już nie wiem, o czym to jest. Jakaś agencja reklamowa, jakiś produkt, który sprzedać trzeba i trzeba wymyślić jak go sprzedać. Potem ktoś śpiewa. A wszystko dzieje się w Warszawie.
Parę miesięcy temu byłam w stolicy. Na meczu koszykówki. Całe trzy dni, bo zatrzymałam się u koleżanki na ploty. Nawet na spacerze byłam. Stolica jak stolica. Ciągle taka sama. Tymczasem w tekście Cegielskiego w Warszawie roi się od korporacji, urzędasów, ćpunów i innego badziewia, zwanego ludzkim. Brrrr…. Taki od takiego korpo dzień zaczyna od porządnego kielicha podejrzanego płynu lub ścieżki nie mniej podejrzanego towaru. Potem siada za fajerę i jedzie. O dziwo, dojeżdża do celu. Potem udaje, że pracuje, bo pracują za niego inni, podczas gdy on ponownie pije i wciąga.
Niedawno po raz drugi obejrzałam film „American psycho” nakręcony na podstawie powieści Breta Eastona Ellisa z 1991 roku. Film niezwykły, przerażający i ciekawy jednocześnie, analizujący postawę człowieka wobec rzeczywistości i jej wpływ na kształtowanie obrazu samego siebie.
Jaki ma to związek z omawianą książką? Pozornie jest podobnie. I tam i tu mamy do czynienia z wizją, ze stanem umysłu, który nas samych może przerazić. Jednak jest wielka różnica między słynnym filmem a kiepską mini powieścią. Tej drugiej zupełnie nie czuję. Ot, jakby ktoś używał kiepskiego alkoholu i takowych samych narkotyków, w przeciwieństwie do innego, tego od luksusowych środków uzależniających.
Aha, część z Was nie wie, o czym właściwie jest ta recenzja…. Ja nie wiem, o czym była książka, o której piszę.

❤️
0
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
Można się pomylić | myl 0

Można się pomylić

Można się pomylić

Według recenzji okładkowo – stronicowych, „Mylne tropy” Marshy Qualey to książka przeznaczona dla młodzieży. W związku z tym, że robię się coraz starsza i coraz bliżej mi do tego, no tam, zejścia, postanowiłam przeczytać. Na starość wraca się do lat, gdy piło się cienkie wino i paliło „Sporty”… Przypomniałam sobie również, że jako nauczyciel często zachodziłam do biblioteki i prosiłam o książkę z gatunku „co to teraz młodzież czyta”. W ten sposób trafiłam na rewelacyjną powieść „Gwiazd naszych wina” Johana Greena. Co będzie teraz?
Cóż, raczej kiepsko było. Powieść niezbyt długa, 138 stron, na okładce napis „Przygody i tajemnice”, a w środku… Pozornie wydaje się, że jest wszystko. Bohaterka to Barrie – nastolatka z rozbitej rodziny. Są zatem już dwie przyczyny, które skomplikują jej życie. Teraz akurat musi przebywać z mamą. Ta natomiast jest byłą więźniarką, karę odbyła, ale nadal zadaje się z koleżankami spod celi. Takimi samymi jak ona. W sumie nic złego nie robią, chociaż grzebią przy głowach, ale łatwo im nie jest. Piętno odbytej kary wisi nad nimi nieustannie. Do tego w sąsiedztwie popełnione zostają morderstwa i wiadomo, na kogo rzuca się ich cień. Nasza bohaterka w to nie wierzy i niucha, kto by tu mógł zabić. Może ten? Może tamten?
Do akcji wkracza centrum pomocy bezdomnym i zagubionym i pani nazywana „wielebną”. Ta też swoje za uszami ma. Często jej pomoc polega na niemówieniu o uczynkach swych podopiecznych. Czasami tak trzeba.
Są jeszcze stare książki, stare fotografie i nowe historie z nimi związane, które tworzy główna bohaterka. Jest też oczywiście rozwiązanie zagadki kryminalnej.
Jednym słowem wydawałoby się, że wszystko w tej niewielkiej książeczce jest. Okazuje się, że jednak nie. Treść niekoniecznie musi zawierać wszystkie ważne elementy. Musi mieć to „coś”, czym przytrzyma czytelnika przy sobie.
Według mnie opowieści Qualey tego właśnie zabrakło. Nawet rozwiązanie intrygi nie okazało się zaskakujące, chociaż niby być powinno. Treść nuży. Jakoś nie potrafiłam współczuć nastolatce, ani jej potępiać, ani zainteresować się tym, co robi. Dziewczyna szukająca swego miejsca na planecie była jakaś taka nijaka. Jej nastoletni bunt też o żaden dreszcz mnie nie przyprawił. Nie wyglądała na zrozpaczoną. Na walczącą z rzeczywistością też nie. „Szara myszka”?. Nie, nie, też sporo jej do tego brakowało.
W jednej z recenzji wyczytałam, że wszystkie postacie w tej książce są plastikowe. Zgadzam się z tą opinią. Dodam jeszcze, że jest to plastik średniego gatunku.
Cóż, nie wiem, jakie zdanie na temat tekstu mają młodzi czytelnicy. O bestselerze „Gwiazd naszych wina” gimnazjaliści rozmawiali na przerwach. Dziewczyny ukradkiem ocierały łzy. Oj daleko, daleko od tej książki leży ta, która teraz recenzuję.

❤️
1
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
2

Miłość, która utonęła we łzach

Milczę uparcie, że Cię kocham
Wszystkie słowa gasną na ustach
Serce złamane po każdym rozstaniu
Droga już tylko trudna i pusta

Kocham Cię wbrew wszystkiemu
Wbrew bezsennym nocom bez końca
Wbrew temu, że jutro znów Cię nie zobaczę
Jak deszczowe dni nie widzą słońca

Oddałem Ci nawet siebie
Każdy oddech i bicie serca
Oddam ostatnią minutę życia
I wszystkie poranki na wakacyjnych zdjęciach

Wiem, że się w życiu spóźniłem
Nie mogłaś przecież już dłużej czekać
Te dni, w których Ciebie nie było
Zrobiły ze mnie innego człowieka

Jeśli kiedyś o mnie pomyślisz
Lub znajdziesz mnie w swoich snach
Tam też ofiaruję Ci miłość
Która na zawsze utonęła we łzach

❤️
4
👍
2
1
💡
1
1
📖
2
Żyłam sobie w PRL - u (28) | tyton 1 0

Żyłam sobie w PRL – u (28)

1980/1981 (3)

W rytmie disco (2)

Rodzina wróciła według planu po dwóch tygodniach. Oczywiście wujek musiał ponownie powiedzieć, że najpierw się pyta, potem się czeka na odpowiedź, a dopiero potem się przyjeżdża. Zapamiętałam to do końca życia.
Następnego dnia rano obudziły mnie krzyki z kuchni. Co jest, do jasnej cholery? Ledwie wrócili z urlopu, a już awantura?
Wuj kłócił się z ciotką.
Gdy wkroczyłam do kuchni, uznałam, że ciotka miała rację. W upalny letni dzień wuj rozpalał ogień pod węglową kuchnią.
– Do cna ci ten alkohol mózg wypalił! Rozpalać pod kuchnią w taki dzień!
– Musi się suszyć. Musi!
Na sznurku rozwieszonym wysoko nad kuchnią wisiały duże brunatne liście. Widywałam je na wsi, w której pracowałam. Domy były nimi obwieszone.
Machorka.
Tytoń znaczy się.
Jako pamiątkę z urlopu na Mazurach wuj przywiózł najcenniejszą rzecz – produkt do palenia.
Kibicowałam suszeniu. Dokładałam do kuchni.
Najpierw suszyliśmy duże liście. Potem wuj pokroił je. Suszyliśmy na starej patelni. Po trzech dniach wyschły i przypominały tytoń.
I oto zrobiliśmy pierwszego papierosa, zwanego skrętem. Tytoń zawijało się w kawałek papieru, głównie gazety. W rodzinie to ja dokonałam epokowego odkrycia – najlepszą gazetą na skręty byłą radziecka „Prawda”, trudna do zdobycia w polskich kioskach. Na szczęście w Wałbrzychu było coś co nazywało się Międzynarodowy Klub Książki i Prasy. Tu można było dostać gazety z bratnich krajów bloku wschodniego.
„Prawdę” odkryłam wcześniej, bo skręty robiło się też już dużo wcześniej. O ile papierosy były na kartki, to tytoń można było kupić w kioskach Ruchu. Lekcje robienia skrętów popieraliśmy z filmów o tematyce drugiej wojny. Tam żołnierze też robili skręty.

Podpaliliśmy „papierosa”.

Wydobył się z niego śmierdzący dym.

Trudno wyczuć, czy śmierdziała „Prawda” czy machora z Mazur.

Nieważne. „Sporty” też cuchną.

Zaciągnęliśmy się.

Oczy wyszły mi z orbit.

Zabrakło powietrza.

Zaczęłam się dusić.

Wuj walił mnie po plecach.

Potem ja jego.

Ciotka wrzeszczała.

Mieszkanie pokryła chmura substancji radioaktywnej.

Tak się nam przynajmniej wydawało.

My dochodziliśmy do siebie.

Ciotka nadal wrzeszczała.
– Zaraz sąsiedzi straż pożarną wezwą! Taki dym! Taki smród! Z takim paleniem na dwór! Mieszkanie zaczadzili!
Rzeczywiście, nie dało się palić. Gdzie popełniliśmy błąd?
Wuj zabrał Azę na spacer. Ja dochodziłam do siebie leżąc na tapczanie popijając wodę. Ciotka robiła przeciągi w mieszkaniu, bo było totalnie zakopcone.
Po godzinie wuj wrócił. Z kieszeni wydobył małe listki.
– Już wszystko wiem. Masz może cytrynę? – zapytał ciotkę.
Ta wzruszyła ramionami i puknęła się w czoło.
– W dzisiejszych czasach cytrynę….
Produkcja domowego tytoniu na skręty ruszyła ponownie. Tym razem machorka suszyła się nadal z listkami wiśniowymi. Marzeniem było dodanie do tego suchej skórki od cytryny. Byli tacy, co takowy owoc posiadali.
W sumie po tygodniu produkt nadawał się do spożycia czyli palenia.
Wracając pociągiem do domu, w korytarzu takowego stałą solidna grupa palaczy z tytoniem w woreczkach różnego typu. Niektórzy mieli stylizowane na średniowieczne sakiewki, inni bawełniane torebki, ktoś torebkę papierową. Robiliśmy skręty wymieniając uwagi na temat ich składu.
Polski przemysł prywatny (a był, był) szybko zareagował na potrzeby rynku i wyprodukował specjalne „maszynki” do robienia papierosów. Potem pojawiły się gilzy, co oznaczało powrót do czasów wojennych. Człowiek siedział wieczorem przed telewizorem i robił sobie papierosy. Tytoń luzem był dostępny w znanych nam kioskach Ruchu.
Ale skrętów mazurskiej machorki z wiśniami, nic już potem nie przebiło.
foto internet – suszenie tytoniu

❤️
1
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
Żyłam sobie w PRL - u (27) | Kamienica nr 64 ul Pilsudskiego Jozefa marsz Walbrzych 9149996 0

Żyłam sobie w PRL – u (27)

Żyłam sobie w PRL – u (27)

1980/1981 (3)

W rytmie disco (1)

Zabawa taneczna zwana dyskoteką była na początku lat osiemdziesiątych w pełnym rozkwicie. To nie prawda, że lud tylko siedział w domach i knuł przeciwko władzy ludowej lub organizował nowy związek zawodowy. Lud się również bawił. Przy dźwiękach przebojów Boney M., Ottawana (ci od „Hand up”), ABBY, Bee Gees. Istniała już Budka Suflera, a przy przeboju „Znowu w życiu mi nie wyszło” czyli „Sen o dolinie” dziewczyna pochlipywały na ramionach chłopaków.
Rozpoczęła się złota era polskiego rocka, który też pojawiał się w dyskotekach jako tzw. taniec wolny czyli „tango przytulango” lub „pościelówa”.

W takim właśnie roku, 1981 zresztą, tradycyjnie spędziłam wakacje w Wałbrzychu. Napisałam do wujka list, że przyjeżdżam określonego dnia, wsiadłam w pociąg, ten sam co w 1976 roku. Tym razem obyło się bez przestojów i wysiadłam w rodzinnym mieście o przyzwoitej godzinie. Taksówka dojechałam pod poniemiecką kamienicę rodziny. W drzwiach ich mieszkania zastałam kartkę „Klucze u sąsiadów”.
Co się dzieje? Tak rano gdzieś wyszli? Zapukałam do sąsiednich drzwi.
– O, już jesteś? – przywitała mnie sąsiadka. – Wujek z ciocią wyjechali – oznajmiła z uśmiechem. – w domu masz list od nich.
Jak to wyjechali? Przecież ja przyjechałam! – chciałam krzyknąć, ale się opanowałam.
Weszłam do mieszkania. W kuchni na stole leżał list. Zaczynał się od sformułowania, że przyzwoitość nakazuje, by najpierw się spytać, czy można przyjechać, potem oczekiwać na odpowiedź, a dopiero potem przyjeżdżać. Ale skoro złamałam zasady, to mam radzić sobie sama i dobrze opiekować się zwierzętami.
Na parapecie siedziała kotka Kaśka. Do moich nóg łasiła się sunia Aza, takie dziewięćdziesiąt procent wilczura, a w przedpokoju w akwarium leżała świnka morska o imieniu Baśka. Żeby się rymowało z Kaśką.
Wuj zawsze prowadził mini ZOO….
W lodówce była jedna konserwa mięsna i dwa jajka. Na szczęście została mi z podróży jedna kanapka. Usmażyłam jaja, wypiłam herbatę (też była) i położyłam się spać, by odpocząć po podróży.
Obudziłam się po kilku godzinach z radosną myślą. Ludzie, ja mam przez dwa tygodnie wolną chatę!
Trzeba sobie ten dar od losu zorganizować!
Na pierwszy plan – rozrywka, wszak są wakacje.
W mojej starej dzielnicy Wałbrzycha – na Nowym Mieście, gdzie nadal mieszkała rodzina, istniał wówczas Jazz Club, taki sobie lokal z dyskoteka. Zabawa taneczna odbywała się w piątki, soboty i niedziele. Trwała do białego rana, co trudne w lipcu nie było.
Zaczęłam tam bywać.
Była świetlista kula, był stroboskop i inne świecidełka. W barze sprzedawano napoje chłodzące, a nawet bezkartkowe wino. Marki wino oczywiście, czyli tanie jabole. Prawdziwy alkohol lał się pod stolikami do niewielkich szklanek zwanych „literatkami”. Wszyscy o tym wiedzieli, nikt nie protestował.
Wtedy po raz pierwszy widziałam działania tzw. ochrony. Przy wejściu stało dwóch z sylwetką i twarzą, co to pięć lat bez wyroku. Pilnowali porządku. Jeśli ktoś przesadził, na przykład w zalotach, brali delikwenta za kark i wywalali z lokalu. Normalny człowiek miał poczucie bezpieczeństwa.
Dyskoteka grała. Lud się bawił.
Do domu wracałam skoro świt. Z reguły wyprowadzałam Azę, żeby zwierzątko się wysiusiało, po czym padałam zmęczona do wyra i spałam do samego południa.

Fajni ludzie tu przychodzili. Część nawet mnie kojarzyła. Kiedyś trafił się chłopak, który opowiedział mi prawie cały mój wałbrzyski życiorys, a ja nie miałam bladego pojęcia kim jest. Po przeprowadzeniu śledztwa wraz z koleżanką z podwórka, odnalazłyśmy człowieka. To sąsiad z sąsiedniej klatki. Kiedy wyjeżdżałam z Wałbrzycha miał dwanaście lat… jako piętnastolatka nie zwracałam uwagi na małolata. Tymczasem wyrósł na całkiem fajnego faceta.

W innym przypadku przez własną głupotę naraziłam się na…. no, może dziś po wielu latach…. na przeżycie przygody…. wtedy czułam się zagrożona.
Przypadek był wysokim brunetem z ciemnymi oczami. Niemłody, ale jeszcze przed trzydziestką. Ubrany w koszulę i normalne spodnie. Zupełnie niedyskotekowy styl. Zaprosił mnie do „pościelówy”, potem do baru. Nie rozlewał gorzały pod stołem. Kupił całą butelkę wina, którą sączyliśmy przez cały wieczór i prawie całą noc. Mówił poprawną polszczyzną. Oczywiście postanowił mnie odprowadzić do domu.
Byłam pod jego urokiem do tego stopnia, że w pewnym momencie palnęłam:
– A tak sobie sama mieszkam, rodzinka wyjechała.
– Niemożliwe? Naprawdę? Czuję się zaproszony.
W jego oczach pojawił się błysk. Szybko jednak zmienił się w czerwone alarmowe światło. No, nieźle…. co robić… W sumie ma to swoją dobrą stronę…. nie zaciągnie mnie w żadne krzaki w drodze powrotnej. Będzie czekał na wejście do domu… Dobra, gramy dalej.
Dyskoteka się skończyła. Zaczęło wschodzić słońce. Mój partner kupił kolejną butelkę taniego wina.
– Żeby nam się lepiej rozmawiało…. – uśmiechnął się czarująco. – A długo tak będziesz sama mieszkała? – zapytał znienacka.
Co choroba, wprowadzić się chce?
– W sumie nie wiem, wuj nie powiedział dokładnie, kiedy wraca. Może jutro, może za tydzień… pojechali z ciotką na Mazury.
I tak rozmawiając o wszystkim i niczym dotarliśmy do kamienicy.
– Wiesz, poczekaj tutaj chwilę, ja sprawdzę, czy przez przypadek nie wrócili. Jeśli nie, to dam ci znak przez okno i wejdziesz – powiedziałam z nutą zalotności w głosie.
– Które to mieszkanie? – zapytał równie zalotnie.
– To po lewej na parterze.
Szybko weszłam do mieszkania. Zamknęłam je na dolny zamek, na zasuwę u góry i dodatkowo na łańcuch. Teraz sobie właź!
Wyjrzałam przez okno. Stał pod nim z butelką wina.
– I jak?
– Nie ma ich.
– To idę.
– Raczej nie. Straciłam ochotę na wino.
Pod oknem stała ławka. Wszedł na nią.
– Wejdę oknem – rzekł pewnym głosem.
– Poczekaj chwilę…. Aza, chodź do okienka….
Azie nie wolno było opierać się o parapet i wyglądać przez okno. A bardzo to lubiła i wykorzystywała każdą okazję, by pooglądać świat w ten sposób. Teraz była szczęśliwa, bo otrzymała pozwolenie. Wystawiła swój wielki psi łeb i zaczęła radośnie machać ogonem. Z triumfującym uśmiechem stanęłam za nią.
– Właź, na własne ryzyko.
– Taka jesteś cwana….
– A ty naiwny. Jak można było uwierzyć, że wpuszczę cię do obcego mieszkania….
Człowiek zszedł z ławki. Rzuciła na pobliski trawnik wino i odszedł. Najbardziej spokojny pies, jakiego kiedykolwiek znałam, spełnił swe zadanie obrony przed nieprzyjacielem.
Kiedy w godzinę później wyprowadzałam Azę na poranne siusianie, wina na trawniku już nie było. Ktoś skorzystał.
foto Wałbrzych, ul. Piłsudskiego 64, w której mieścił się Jazz Club foto https://polska-org.pl/9149996,foto.html?idEntity=529003

❤️
1
👍
2
0
💡
0
0
📖
0
1

W każdą podróż

W każdą podróż zabieram Cię ze sobą
Do obcych miast, w deszczowe perony
Jesteś jak przystań podczas sztormów bezpieczna
Gdy błądzę wśród twarzy nieznajomych

Do walizki spakowana tęsknota
Położona na białej koszuli
Mimowolnie się do niej uśmiecham
I chciałbym się do Ciebie przytulić

Zabieram Twoje imię każdego poranka
Do kieszeni, jak list niewysłany
Choć między nami nie ma drogi na wprost
To jestem w Tobie wprost zakochany

Dobrze, że sny można zapamiętać
Które dają radość po samotnych nocach
Gdy mogę w nich szeptem powiedzieć
Jak bardzo Cię przecież kocham

I czekał będę na Ciebie już zawsze
Bez żalu i pustych obietnic
Ta miłość jest dla mnie jak oddech
Bo nawet kocham za Tobą tęsknić

❤️
3
👍
1
0
💡
1
1
📖
1
0

budzik

po nocy słonecznej
burzy
zrywam się ze snu
poza czasem
w radiu deszcz

klucz twojej dłoni
odmawia posłuszeństwa

❤️
3
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
189101112131490