Żyłam sobie w PRL – u (22)
1980 (4)
Bez piwa w plecaku (1)
Zanim zabiorę was w wędrówkę po przyjaznej ziemi rzeszowskiej, parę słów o ówczesnej sytuacji gospodarczej. Według młodego pokolenia i powielanych tu i ówdzie propagandowych treści, od 22 lipca 1944 roku, znaczy się od ogłoszenia manifestu PKWN, w sklepach Polski Ludowej na półkach stał tylko ocet. Informuję, iż spożywając jedynie ocet, żaden naród nie przetrzyma. A Polacy przetrzymali i doczekali roku pańskiego 1980. Znaczy się, nie tylko ocet spożywali. Nie da się jednak zaprzeczyć, że zaopatrzenie w sklepach mocno kulało. Tak, kulało, ale nie było tragiczne. Wszak przeżyliśmy.
Wyjeżdżając z dzieciakami na obóz wędrowny zdawaliśmy sobie sprawę, że jest słabo, ale co tam. Wszyscy byliśmy młodzi i żadni przygód. Już od lipca 1976 roku obowiązywały kartki na cukier. Każde z dzieci miało wziąć ze sobą kilo cukru i dwie konserwy mięsne. My z Robertem wzięliśmy po dwa kilo. Żeby dzieciaki nie myślały, że słodzimy herbatę na ich koszt.
Obóz jak widać, przeżyliśmy. Obiady jedliśmy w barach, restauracjach, czasami knajpach. Śniadania i kolacje uczniowie przygotowywali sami z produktów zakupionych w sklepach. Oczywiście, że nie jadaliśmy szynki ani polędwicy. W tamtych czasach takie rarytasy pojawiały się w normalnych domach dwa razy do roku: na Boże Narodzenie i na Wielkanoc. Ale tragedii musiało nie być, skoro posiłki powstawały. Chyba że było gdzie świniobicie…. ale o tym kiedy indziej… Kiedy zatrzymywaliśmy się we wsiach, kupowaliśmy świeże mleko, jajka, ser biały zwany twarogiem, czasami swojską kiełbasę, a nawet masło robione w masielnicy!
Uwaga, na produkty spożywcze nie musieliśmy mieć żadnych rachunków! Musieliśmy się tylko utrzymać w dziennej stawce, oczywiście uwzględniając całe dwa tygodnie. Do ręki dostaliśmy książeczkę oszczędnościową PKO, plik kartek do wypełnienia co jadaliśmy przez cały dzień i jedną „książkę” rachunkową do wpisywania rachunków za zwiedzanie, kino, noclegi.
Naszą dokumentację uzupełniały karty uczestników i zaświadczenia, że opiekunowie to my, z numerami dowodów osobistych oczywiście.
W obliczy dzisiejszej biurokracji – w tamtych czasach jej nie było praktycznie wcale.
Ale żeby nie zanudzać i nie obalać mitów, które mocno zakorzeniły się w społeczeństwie, odpuśćmy sobie gospodarkę. Najważniejsze, że wszyscy żyjemy, że dzieci z podłomżyńskiej wsi kawałek Polski zobaczyły.
Z trasy obozu na uwagę zasługują dwa wydarzenia.
Pierwsze – pedagogiczne czyli jak zrobić w jajo zbuntowane nastolatki.
Wieczorem usiedliśmy nad mapę i pokręciliśmy z niepokojem głową.
– Jutro upał – zameldował Robert, który wysłuchiwał prognoz pogody w telewizji.
– Cholera, zobacz na te poziomice… – wskazałam mapę – ostro pod górę….
– Prawie Bieszczady…. – tu jest szosa, którą pójdziemy….
– Cholera, żadnego autobusu w tamtą stronę, żeby przynajmniej wysłać kogoś z bagażami. ( tak się robiło, kiedy odległości od miejsc zakwaterowania były ponad dwudziestokilometrowe – o rety, w dzisiejszych czasach wysłać nastolatków samych autobusem do nieznanej miejscowości! Kryminał! No ale to za komuny było i dziwne czasy były)
Westchnęliśmy ciężko. Robert, według starej komunistycznej zasady prosto z ZSRR – „bez pół litra nie rozbieriosz”, otworzył piwo ( nikt wówczas nie zabraniał picia piwa podczas pracy na obozie z dziećmi).
– Trzeba ich wziąć sposobem – odpowiedział zgodnie z zasadami psychologii „czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal” albo tej drugiej „ im mniej wiesz, tym lepiej”.
I tak, sącząc piwo marki „Leżajsk”, opracowaliśmy plan.
Następnego dnia po śniadaniu nastąpiła tradycyjna odprawa.
– Kochani, mamy dziś do przejścia 15 kilometrów – zaczęłam.
W rzeczywistości – 20.
– W pewnym momencie jest trochę pod górkę – kontynuował Robert.
W rzeczywistości cały czas było pod górkę, ale droga według mapy wiodła przez las i można było góry nie zauważyć. Podczas odprawy uwzględniliśmy jedynie ostre podejście szosą.
Oczywiście nie obyło się bez pytań.
– A autobusu nie ma?
– Nie ma, jeśli nie wierzysz, idź na przystanek i sprawdź.
Myślicie, ze małolat nie sprawdził? Nie byłby normalnym małolatem. Oczywiście, że pobiegł. Wrócił i oznajmił, że ani pan, ani pani nie kłamią.
– Musimy więc rozłożyć siły, żeby starczyło nam na dojście do celu. Naszym celem jest… i tu nastąpiła pogadanka przyrodniczo-geograficzna, której nikt nie lubił, ale która być musiała.
Sami natomiast stwierdziliśmy, że w naszych plecakach jest za dużo…. piwa. Oj, ciążyły butelki „leżajska” czy „żywca”…. już nie pamiętam. W każdym razie zwolenników octu na półkach informuję, że było również piwo.
Postanowiliśmy piwo oddać w sklepie. W nowym miejscu zakwaterowania kupimy nowe piwo. Sklepowa była w szoku. Nie zdarzyło się jej, by ktoś piwo oddawał. Ale przyjęła i forsę zwróciła.
Rozpoczęliśmy marsz.
Lekko nie było.
W końcu dotarliśmy do celu. Zakwaterowaliśmy się w schronisku młodzieżowym. Dzieciaki zaapelowały o odpoczynek, zanim pójdziemy na obiad, który tak najlepiej zjeść w porze kolacji, bo wszyscy padają na nos. Protest uwzględniliśmy. Wszyscy padli na łóżka i zasnęli. My też.
W pewnym momencie poczułam, że ktoś dotknął mego ramienia. Otworzyłam oczy. Stał nade mną mały Rysiu, który po cichu zapytał:
– Psze pani, a mają w tym schronisku piłkę? Bo pograć chcieliśmy…
Szturchnęłam chrapiącego obok mnie Roberta:
– Słyszysz, oni chcą jeszcze grać w piłkę…
Poczuliśmy się oboje bardzo starzy.
cdn.
całość na https://www.czarownice.kosz.pl/news-9171-1980.php
foto – obóz wędrowny zwiedza zamek w Łańcucie – foto moje
more at clindamedx.com more at clindamedx.com
SemaGLP product overview SemaGLP product overview
😊
Przeczytałam też od końca do początku - pięknie się uzupełnia 👋
Dziękuję🧡 Pozdrowienia 👋
Dzisiaj sobota i świeci piękne słońce, więc dajmy jej szansę. Pozdrowienia 👋
tadalafil exposure over time tadalafil exposure over time
read about online tadalafil access read about online tadalafil access
Piękna myśl/wiersz :) Pozdrawiam serdecznie.
Myślałam podobnie, jak m.M, że to byłoby nadużycie wpisywanie swoich przemyśleń w kategorię wierszy. Pozdrawiam :)
tadalafil ED information tadalafil ED information
Swoich przemyśleń, nie traktowałam nigdy jako wierszy, bo uznałam, że to spore nadużycie, chociaż forma zapisu może na to wskazywać.…
Piękny tekst. Piękna muzyka Szeptuchy. Miałam okazję zobaczyć i usłyszeć zespół na żywo. Są cudowni.
Miło Ciebie widzieć i czytać... Pozdrawiam :)