Miesięczne Archiwum: czerwiec 2026

Katja i wilki | wil 0

Katja i wilki

Katja i wilki

Dotarłam do końca. To znaczy dotarłam do ostatniej posiadanej przez siebie książki Magdy Skubisz z cyklu „saga rodu Tyszowskich”, tytuł tej części „Wilcze znamię”. Wcześniej już pisałam, że gdyby nie fakt, iż dostałam ową sagę w prezencie, nigdy bym po tego typu literaturę nie sięgnęła. Nie lubię romansów. Z tego też powodu sięgnęłam po egzemplarz z uśmiechem na twarzy. Nareszcie koniec. Okazało się, że nie był on taki zły.
Katja, zielarka i aptekarka, nadal jest brudna i chuda. To drugie, wiadomo, z biedy. Zawsze głodna, zawsze żyjąca w zimnych i równie brudnych jak ona pomieszczeniach. To swoje robi. Ale dlaczego ciągle jest brudna? Raz tylko była czysta. Na balu w tomie pierwszym. Wtedy zakochał się w niej Antoni. Miłość jest jednak ślepa i drugi podstawowy bohater, brudu nie dostrzega. Pamięta głównie suknię, którą Katja miała wówczas na sobie. Ten obraz żyje w nim w tomie czwartym również. Do tego przechodzi istną ewolucję. Bohater, nie suknia. Sam łapie się na tym, iż nie rozumie swego postępowania. Nieważne. Ważne, że robi, to co robi.
Zaskoczeniem jest, iż w tym tomie „lekarska” działalność Katji jest ograniczona. Nadal panuje cholera. Autorka powieści na szczęście nie powtarza recept na jej powstrzymanie. Wiemy, że się da ją wyleczyć. Zsyła natomiast na naszą bohaterkę masę nieszczęść. Oczywiście tradycyjnie, bo życie zielarki cierpieniem stoi. Tym jednak razem akcja wykracza poza obszar majątków Tyszowskich. I to według mnie jest w tej części najważniejsze. Bo ile można łazić po tych samych domach i tym samym polu? Trzy tomy wystarczą.
Nasza Katja w wyniku swych nieszczęść, rusza sama w tzw. świat. Początkowo myśli, że to, co widzi przed sobą, to Krasiczyn, siedziba rodu Sapiehów. Niestety, to tylko Przemyśl.
„W mieście, którego nazwiska nie powiem….
Były trzy karczmy, bram cztery ułomki,
klasztorów dziewięć i gdzieniegdzie domki” – pisał w „Monachomachii” Ignacy Krasicki i ponoć miał to być właśnie Przemyśl. Tak przynajmniej wynika z przypisów w „Wilczym…”.
W każdym razie Katja tam dociera i marzy o rozpoczęciu nowego, w miarę normalnego życia. Ale oczywiście nie jest to jej dane. Co prawda cholera w mieście jeszcze jest, ale nasza znawczyni receptur kariery medycznej nie może nic zrobić. Pech goni pech. Źli ludzie tak samo.
W każdym razie tom czwarty się kończy. O dziwo, tym razem mnie sen przy nim nie zmorzył. Było trochę więcej akcji niż w poprzednich. Zmiana miejsca wydarzeń też na plusa wpłynęła. Nic jednak nie zaskoczyło. Ot, kolejna saga o dawnych czasach napisana przez współczesnego pisarza, przepraszam – współczesną pisarkę, obowiązują feminatywy, czyli słownictwo współczesne, opisy też. Mam wątpliwości, czy przekleństwa też dzisiejsze. Nie znam historii brzydkich słów. Wiadomo jedynie, iż nasza cholera, wzięła się od tamtej lub wcześniejszej cholery. Wiem również, że ukazała się piąta część sagi. Czy go przeczytam? Kupować na pewno nie zamierzam…

❤️
0
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
5

***

Gdy miłości w życiu brak… wszystko traci smak.

❤️
2
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
1
📖
0
3

Jutro już tylko śmierć

To miał być zwyczajny sierpień
Ciepły i pełen burz
Miłość przyszła cicho, bez uprzedzenia
Nikt nie usłyszał żadnych jej słów

Jest w niej blask dawnych baśni
A czasem ciężki serca rytm
Świat bez Ciebie gaśnie
By rozbłysnąć, gdy już jesteś w nim

Trudno jest znów zasnąć
Gdy tylko Tobą oddycham
Czy to będzie dobry sen
Czy koszmaru nagła panika

I już nie wiem czy jeszcze żyję
Czy tylko coś we mnie pękło na pół
Czy nadal zniosę to, co ukryłem
Obok siebie miłość i ból

Nie widać końca tęsknoty
I łatwiej byłoby ten smutek znieść
Móc oddać życie za Twoją miłość
Choćby jutro miała przyjść tylko śmierć

❤️
1
👍
1
⭐
0
💡
1
❗
1
📖
1
Piękno w różnej postaci | ko 0

Piękno w różnej postaci

Piękno w różnej postaci

Kryminał na wesoło? Oczywiście! I nie będzie to tym razem kryminał Joanny Chmielewskiej, która do dziś bawi nas swymi tekstami. Tym razem stara seria z „jamnikiem” i tytuł jak z bajki „Piękna kobieta w obłoku spalin”, wydana w 1982 roku, autor Jeremi Bożkowski.
Najpierw o autorze, wszak nazwisko nieznane, imię ciekawe. A najciekawsze jest to, iż zarówno nazwisko jak i imię to pseudonim literacki Bożeny Ciecierskiej -Więcko dziennikarki i pisarki, która kilka powieści popełniła i wydała je właśnie w jamniczej serii. To nie pierwszy przypadek, kiedy autor kryminału ukrywa się pod pseudo. Cóż, kiedyś tego typu literatura uchodziła za tą z dolnej półki. Ot takie czytadło na podróż pociągiem. Dziś są to prawdziwe perełki minionej epoki. Akcja każdej opowieści tego typu działa się współcześnie, w realiach epoki, kiedy się działa. Tak też jest w przypadku „Pięknej…”.
Zacznijmy od tytułu. Ten akurat sprawdza się nawet dzisiaj. Jest typowo marketingowy i dzisiejsi twórcy też by się go nie powstydzili. Oczywiście sugeruje on, iż bohaterem będzie kobieta i chyba zginie w … no tych obłokach spalin. A śmierć w takich warunkach jest dość często spotykana w kryminałach literackich i filmowych, ale głównie jako śmierć samobójcza. Taki delikwent zamykał się w garażu, odpalał silnik i umierał. Obecnie zjawisko to raczej nie ma racji bytu. Benzyna i ropa droga, coraz więcej „elektryków”… W każdym razie tytuł budzi zainteresowanie jako znak epoki.
Kolejnym jest bez wątpienia zakup samochodu. W omawianej powieści mamy całą procedurę owego zakupu w czasach PRL-u. Nie taka, to prosta sprawa, nie taka prosta, by stać się właścicielem „malucha” czyli Fiata 126P.
Znakiem dawnych czasów jest też wścibska sąsiadka. Ongiś tak było, iż sąsiad o sąsiedzie wszystko wiedział, zwłaszcza jeśli jeden z nich był emerytem i czas spędzał siedząc w oknie. Znam to z dzieciństwa z autopsji. Człowiek na podwórku zakazanego ruchu nie mógł zrobić, bo podwórkowy monitoring w postaci pan X działał, a radiostacja w postaci jej ust, przekazywała wiadomości rodzicom. Tym razem, znaczy się w powieści, sąsiadka narobiła zamieszania. Tyle mogę zdradzić. Mogę jeszcze zdradzić, że gadulstwo nie popłaca. Bycie przyjemnym dla gaduły też nie. I w sumie lepiej, żeby takowego nie było.
Oczywiście cała intryga w „Pięknej…” jest w miarę normalna i niezbyt skomplikowana. Łatwo ja rozszyfrować. Od początku wiadomo, kto będzie ofiarą. Ale powieść ta ma przede wszystkim bawić, bo jest lekka i przyjemna. Ukazani w niej pracownicy ówczesnej milicji z pionu kryminalnego też są przyjemni, chociaż wszyscy wokół utrudniają im prowadzenie śledztwa.
Słowem, zabawa fajna. Szkoda tylko, że nie mogę podzielić się z nikim książką. Egzemplarz był tak często czytany, że rozleciał mi się w rękach… Tradycyjnie trafi na makulaturę, by wrócić do mnie w postaci kartonu z nowymi butami.

❤️
1
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
7

***

Na
Miłość
nie jest
za późno
na dobro,
na czułość,
na uśmiech,
na przyjaźń,
na przytulenie,
na bycie blisko,
na zrozumienie,
na bycie…
Dopóki żyjemy…
nie jest za późno…

❤️
5
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
1
📖
0
Żyłam sobie w PRL - u (26) | sporty 0

Żyłam sobie w PRL – u (26)

Żyłam sobie w PRL – u (26)

1980/1981 (2)

Z papierosem przy secie (2)

Gorzej, w naszej rodzinie oczywiście, było z kartkami na papierosy.
Ponownie siedzieliśmy przy telewizorze konsumując jajecznicę z jajek przywiezionych przeze mnie ze wsi. Właśnie dostałam „łapówkę” w postaci kawałka słoniny i dziesięciu sztuk jaj kurzych ekologicznych, bo od kur grzebiących, zresztą innych wtedy nie było.
Telewizja ogłosiła, że wprowadza kartki na papierosy – po dziesięć paczek na łepka na cały miesiąc. Mało, stanowczo za mało. Nałogowiec wypala minimum paczkę dziennie. Jednak tata zatarł ręce z zadowolenie:
– W porządku! Mam czterdzieści paczek na miesiąc. Mogę nawet na rynku handlować!
Biedak, nie wiedział, jaki szok za chwilę go czeka.
Póki co jedliśmy jajecznicę popijając mlekiem. Też ekologicznym, bo tylko takie wówczas było. Kupione rano trzeba było szybko przegotować, bo wieczorem już mogło być kwaśne. Mama przewidywała skutki kartek i po zjedzeniu kolacji szybko posprzątała ze stołu. Wiadomo, szkoda talerzy.
– Ja swojej kartki nie oddaję – brat okazał się odważniejszy ode mnie. Jego głos zabrzmiał jak wyrok.
Do ojca początkowo nie dotarło:
– Jakiej kartki nie oddajesz?
– No, tej na papierosy.
– Dlaczego? – pytanie ojca zabrzmiało retorycznie.
Brat nabrał powietrza do płuc i wyrzucił z siebie:
– Bo palę!
Ojciec wstał i odpalił karabin maszynowy. Póki co ręczny:
– Smarkacz pali! To hańba! Do szkoły ku… teczkę nosić! Nie palić po kątach! Książki czytać! Lekcje odrabiać! Smarkateria pierd….! Papierosy w głowie! A gdzieś ty się tego nauczył? Pewnie w szkole co? Zawsze mówiłem, że powinien iść do technikum, a nie do zawodówki! Bo tam same chamstwo chodzi! I pijaństwo się ku…. szerzy! Już wiem dlaczego nie chciałeś oddać kartki na wódkę! Pijesz i palisz! Co za młodzież! Co z nich wyrośnie! Co z ciebie wyrośnie jak palisz! Na raka ku…. umrzesz! O zdrowie trzeba dbać! I jak w tej Polsce ma być dobrze jak takie małolaty palą i piją!
Oczywiście przerywanie monologu nie miało sensu. Ojciec chodził po pokoju o powierzchni 15 metrów kwadratowych tam i z powrotem. Mama stała w drzwiach i ciężko wzdychała. Dobrze, że zebrała talerze ze stołu, bo ojciec w pewnym momencie oparł się o stół i już chciał coś chwycić, żeby tak pierd…. o podłogę, ale niczego nie znalazł.
– Nie w szkole, tylko u ciebie w zakładzie pracy się nauczyłem! Koledzy taty mnie nauczyli – triumfował brat.
Pracowali obaj w tym samym miejscu, tylko w innych halach produkcyjnych.
– No, już ja się z nimi jutro policzę – tym razem ojciec westchnął i usiadł na wersalce.
Po paru minutach pogodził się, że jednak będzie miał tylko trzydzieści paczek papierosów. Jak miesiąc będzie miał o jeden dzień dłuższy, trzeba będzie coś wykombinować.
– No to tato ostro kombinuj, bo ja też swoich kartek ci nie dam. Palę.
To było do przewidzenia. Moje słowa zadziałały na ojca jak czerwona płachta na byka. Zrobił się czerwony. Wstał, zaczął wykonywać niekontrolowane ruchy polegające na machaniu rękami we wszystkie strony. Włączył ckm czyli ciężki karabin maszynowy:
– Co? Kto? Po co? Dlaczego? Od kiedy? Dziewczyna pali! Brak przyzwoitości! To już nie skandal, to hańba, poruta, zgorszenie! Wstyd dla całej rodziny! Rozbój w biały dzień! Całkowita granda! Totalna arogancja! Szopka! Bezczelność! Drwina z całej rodziny! Pomiatanie rodzicami! Zuchwalstwo! Zbrodnia! Brak klasy, ogłady, wychowania!
Nie wiedziałem, że ojciec ma aż tak zasobny słownik języka polskiego. Kiedy zabrakło mu powietrza, odpalił ostatni pocisk, w stronę mamy:
– Jak ty dzieci wychowałaś!
Mama nie odpuściła.
– A ty co, nie mogłeś wychowywać? W więzieniu byłeś?
Tato syknął. Włożył płaszcz i buty. Trzasnął drzwiami. Wyszedł. Może realizować kartkę na wódkę.
Do dziś nie wiem, dlaczego ojciec nie zakumał, że palimy. Fakt, nie paliliśmy przy nim, on palił zawsze, do tego najgorsze z najgorszych papierosów bezfiltrowe „Sporty”. Śmierdziało nimi w całym mieszkaniu. Smród naszych, nieco lepszych papierosów marki Carmeny lub Zefiry nie przebił smrodu „Sportów”.
W każdym razie mieliśmy po owe kartkowe dziesięć paczek, no tatko dwadzieścia, co jednak nie wystarczało od pierwszego do pierwszego.
Następnego dnia po powrocie z pracy od razu udałam się do „ciotki”. Nie, nie mojej. Takiej miastowej. Młodszej od „babki”.
Zarówno jedna jak i druga były prekursorkami współczesnego handlu polegającego na zasadzie „tanio kupić, drogo sprzedać”. „Ciotki” i „babki” zajmowały się tym w swoich mieszkaniach, a podstawowym produktem była wódka. Kupowały ją po cenach normalnych, głównie w Pewexie, a sprzedawały drożej. Ich mieszkania nosiły miano meliny lub „mety”, a lokalizacja nie była tajemnicą. Nawet dla ówczesnej milicji (czytaj policji), która z usług pań też korzystała.
Przyzwoita „ciotka” nie pozwalała bowiem na konsumpcję zakupionego towaru w pobliży „mety”. Nikt zatem porządku publicznego nie zakłócał.
U „babki” nie było określonych godzin sprzedaży. Dwadzieścia cztery godziny i siedem dni w tygodniu. Podczas stypy i podczas bezalkoholowej komunii, pierwszej oczywiście.
„Ciotka”, z której usług korzystała nasza paczka, zajmowała się również handlem innymi produktami oraz pośredniczyła w przekazywaniu wiadomości.
W latach późniejszych zwróciłam się do niej z prośbą o wiadomość na temat dostawy pralek automatycznych do sklepu. Poinformowała. Wczesnym rankiem stanęłam w kolejce jako jedna z pierwszych i pralkę dostałam. „Ciotce” odpaliłam prowizję, bo tak to teraz się nazywa.
Poszłam więc do niej, żeby ubić interes.
Przyjęła mnie oczywiście mile, wysłuchała, zgodziła się, podałyśmy sobie dłonie na znak zawartej umowy.
Otóż „ciotka” ceniła stały, chociaż nieco mniejszy dopływ gotówki, a ja zaproponowałam jej, że każdego dziesiątego każdego miesiąca będę przychodziła po przydziałowe dziesięć paczek papierosów.
Przy stałym odbiorze cena za paczkę była niższa niż ta, która obowiązywała na targowisku. Miałam więc już całe dwadzieścia paczek. Może uda się przeżyć….

całość tu https://www.czarownice.kosz.pl/opis-8-Zylam_sobie_w_PRL_u___Spis_tresci.php

❤️
1
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
– 1 – 2 – 3 – 4 – 5