Żyłam sobie w PRL – u (27)
Żyłam sobie w PRL – u (27)
1980/1981 (3)
W rytmie disco (1)
Zabawa taneczna zwana dyskoteką była na początku lat osiemdziesiątych w pełnym rozkwicie. To nie prawda, że lud tylko siedział w domach i knuł przeciwko władzy ludowej lub organizował nowy związek zawodowy. Lud się również bawił. Przy dźwiękach przebojów Boney M., Ottawana (ci od „Hand up”), ABBY, Bee Gees. Istniała już Budka Suflera, a przy przeboju „Znowu w życiu mi nie wyszło” czyli „Sen o dolinie” dziewczyna pochlipywały na ramionach chłopaków.
Rozpoczęła się złota era polskiego rocka, który też pojawiał się w dyskotekach jako tzw. taniec wolny czyli „tango przytulango” lub „pościelówa”.
W takim właśnie roku, 1981 zresztą, tradycyjnie spędziłam wakacje w Wałbrzychu. Napisałam do wujka list, że przyjeżdżam określonego dnia, wsiadłam w pociąg, ten sam co w 1976 roku. Tym razem obyło się bez przestojów i wysiadłam w rodzinnym mieście o przyzwoitej godzinie. Taksówka dojechałam pod poniemiecką kamienicę rodziny. W drzwiach ich mieszkania zastałam kartkę „Klucze u sąsiadów”.
Co się dzieje? Tak rano gdzieś wyszli? Zapukałam do sąsiednich drzwi.
– O, już jesteś? – przywitała mnie sąsiadka. – Wujek z ciocią wyjechali – oznajmiła z uśmiechem. – w domu masz list od nich.
Jak to wyjechali? Przecież ja przyjechałam! – chciałam krzyknąć, ale się opanowałam.
Weszłam do mieszkania. W kuchni na stole leżał list. Zaczynał się od sformułowania, że przyzwoitość nakazuje, by najpierw się spytać, czy można przyjechać, potem oczekiwać na odpowiedź, a dopiero potem przyjeżdżać. Ale skoro złamałam zasady, to mam radzić sobie sama i dobrze opiekować się zwierzętami.
Na parapecie siedziała kotka Kaśka. Do moich nóg łasiła się sunia Aza, takie dziewięćdziesiąt procent wilczura, a w przedpokoju w akwarium leżała świnka morska o imieniu Baśka. Żeby się rymowało z Kaśką.
Wuj zawsze prowadził mini ZOO….
W lodówce była jedna konserwa mięsna i dwa jajka. Na szczęście została mi z podróży jedna kanapka. Usmażyłam jaja, wypiłam herbatę (też była) i położyłam się spać, by odpocząć po podróży.
Obudziłam się po kilku godzinach z radosną myślą. Ludzie, ja mam przez dwa tygodnie wolną chatę!
Trzeba sobie ten dar od losu zorganizować!
Na pierwszy plan – rozrywka, wszak są wakacje.
W mojej starej dzielnicy Wałbrzycha – na Nowym Mieście, gdzie nadal mieszkała rodzina, istniał wówczas Jazz Club, taki sobie lokal z dyskoteka. Zabawa taneczna odbywała się w piątki, soboty i niedziele. Trwała do białego rana, co trudne w lipcu nie było.
Zaczęłam tam bywać.
Była świetlista kula, był stroboskop i inne świecidełka. W barze sprzedawano napoje chłodzące, a nawet bezkartkowe wino. Marki wino oczywiście, czyli tanie jabole. Prawdziwy alkohol lał się pod stolikami do niewielkich szklanek zwanych „literatkami”. Wszyscy o tym wiedzieli, nikt nie protestował.
Wtedy po raz pierwszy widziałam działania tzw. ochrony. Przy wejściu stało dwóch z sylwetką i twarzą, co to pięć lat bez wyroku. Pilnowali porządku. Jeśli ktoś przesadził, na przykład w zalotach, brali delikwenta za kark i wywalali z lokalu. Normalny człowiek miał poczucie bezpieczeństwa.
Dyskoteka grała. Lud się bawił.
Do domu wracałam skoro świt. Z reguły wyprowadzałam Azę, żeby zwierzątko się wysiusiało, po czym padałam zmęczona do wyra i spałam do samego południa.
Fajni ludzie tu przychodzili. Część nawet mnie kojarzyła. Kiedyś trafił się chłopak, który opowiedział mi prawie cały mój wałbrzyski życiorys, a ja nie miałam bladego pojęcia kim jest. Po przeprowadzeniu śledztwa wraz z koleżanką z podwórka, odnalazłyśmy człowieka. To sąsiad z sąsiedniej klatki. Kiedy wyjeżdżałam z Wałbrzycha miał dwanaście lat… jako piętnastolatka nie zwracałam uwagi na małolata. Tymczasem wyrósł na całkiem fajnego faceta.
W innym przypadku przez własną głupotę naraziłam się na…. no, może dziś po wielu latach…. na przeżycie przygody…. wtedy czułam się zagrożona.
Przypadek był wysokim brunetem z ciemnymi oczami. Niemłody, ale jeszcze przed trzydziestką. Ubrany w koszulę i normalne spodnie. Zupełnie niedyskotekowy styl. Zaprosił mnie do „pościelówy”, potem do baru. Nie rozlewał gorzały pod stołem. Kupił całą butelkę wina, którą sączyliśmy przez cały wieczór i prawie całą noc. Mówił poprawną polszczyzną. Oczywiście postanowił mnie odprowadzić do domu.
Byłam pod jego urokiem do tego stopnia, że w pewnym momencie palnęłam:
– A tak sobie sama mieszkam, rodzinka wyjechała.
– Niemożliwe? Naprawdę? Czuję się zaproszony.
W jego oczach pojawił się błysk. Szybko jednak zmienił się w czerwone alarmowe światło. No, nieźle…. co robić… W sumie ma to swoją dobrą stronę…. nie zaciągnie mnie w żadne krzaki w drodze powrotnej. Będzie czekał na wejście do domu… Dobra, gramy dalej.
Dyskoteka się skończyła. Zaczęło wschodzić słońce. Mój partner kupił kolejną butelkę taniego wina.
– Żeby nam się lepiej rozmawiało…. – uśmiechnął się czarująco. – A długo tak będziesz sama mieszkała? – zapytał znienacka.
Co choroba, wprowadzić się chce?
– W sumie nie wiem, wuj nie powiedział dokładnie, kiedy wraca. Może jutro, może za tydzień… pojechali z ciotką na Mazury.
I tak rozmawiając o wszystkim i niczym dotarliśmy do kamienicy.
– Wiesz, poczekaj tutaj chwilę, ja sprawdzę, czy przez przypadek nie wrócili. Jeśli nie, to dam ci znak przez okno i wejdziesz – powiedziałam z nutą zalotności w głosie.
– Które to mieszkanie? – zapytał równie zalotnie.
– To po lewej na parterze.
Szybko weszłam do mieszkania. Zamknęłam je na dolny zamek, na zasuwę u góry i dodatkowo na łańcuch. Teraz sobie właź!
Wyjrzałam przez okno. Stał pod nim z butelką wina.
– I jak?
– Nie ma ich.
– To idę.
– Raczej nie. Straciłam ochotę na wino.
Pod oknem stała ławka. Wszedł na nią.
– Wejdę oknem – rzekł pewnym głosem.
– Poczekaj chwilę…. Aza, chodź do okienka….
Azie nie wolno było opierać się o parapet i wyglądać przez okno. A bardzo to lubiła i wykorzystywała każdą okazję, by pooglądać świat w ten sposób. Teraz była szczęśliwa, bo otrzymała pozwolenie. Wystawiła swój wielki psi łeb i zaczęła radośnie machać ogonem. Z triumfującym uśmiechem stanęłam za nią.
– Właź, na własne ryzyko.
– Taka jesteś cwana….
– A ty naiwny. Jak można było uwierzyć, że wpuszczę cię do obcego mieszkania….
Człowiek zszedł z ławki. Rzuciła na pobliski trawnik wino i odszedł. Najbardziej spokojny pies, jakiego kiedykolwiek znałam, spełnił swe zadanie obrony przed nieprzyjacielem.
Kiedy w godzinę później wyprowadzałam Azę na poranne siusianie, wina na trawniku już nie było. Ktoś skorzystał.
foto Wałbrzych, ul. Piłsudskiego 64, w której mieścił się Jazz Club foto https://polska-org.pl/9149996,foto.html?idEntity=529003
more at clindamedx.com more at clindamedx.com
SemaGLP product overview SemaGLP product overview
😊
Przeczytałam też od końca do początku - pięknie się uzupełnia 👋
Dziękuję🧡 Pozdrowienia 👋
Dzisiaj sobota i świeci piękne słońce, więc dajmy jej szansę. Pozdrowienia 👋
tadalafil exposure over time tadalafil exposure over time
read about online tadalafil access read about online tadalafil access
Piękna myśl/wiersz :) Pozdrawiam serdecznie.
Myślałam podobnie, jak m.M, że to byłoby nadużycie wpisywanie swoich przemyśleń w kategorię wierszy. Pozdrawiam :)
tadalafil ED information tadalafil ED information
Swoich przemyśleń, nie traktowałam nigdy jako wierszy, bo uznałam, że to spore nadużycie, chociaż forma zapisu może na to wskazywać.…
Piękny tekst. Piękna muzyka Szeptuchy. Miałam okazję zobaczyć i usłyszeć zespół na żywo. Są cudowni.
Miło Ciebie widzieć i czytać... Pozdrawiam :)