Żyłam sobie w PRL – u (26)

Żyłam sobie w PRL – u (26)

1980/1981 (2)

Z papierosem przy secie (2)

Gorzej, w naszej rodzinie oczywiście, było z kartkami na papierosy.
Ponownie siedzieliśmy przy telewizorze konsumując jajecznicę z jajek przywiezionych przeze mnie ze wsi. Właśnie dostałam „łapówkę” w postaci kawałka słoniny i dziesięciu sztuk jaj kurzych ekologicznych, bo od kur grzebiących, zresztą innych wtedy nie było.
Telewizja ogłosiła, że wprowadza kartki na papierosy – po dziesięć paczek na łepka na cały miesiąc. Mało, stanowczo za mało. Nałogowiec wypala minimum paczkę dziennie. Jednak tata zatarł ręce z zadowolenie:
– W porządku! Mam czterdzieści paczek na miesiąc. Mogę nawet na rynku handlować!
Biedak, nie wiedział, jaki szok za chwilę go czeka.
Póki co jedliśmy jajecznicę popijając mlekiem. Też ekologicznym, bo tylko takie wówczas było. Kupione rano trzeba było szybko przegotować, bo wieczorem już mogło być kwaśne. Mama przewidywała skutki kartek i po zjedzeniu kolacji szybko posprzątała ze stołu. Wiadomo, szkoda talerzy.
– Ja swojej kartki nie oddaję – brat okazał się odważniejszy ode mnie. Jego głos zabrzmiał jak wyrok.
Do ojca początkowo nie dotarło:
– Jakiej kartki nie oddajesz?
– No, tej na papierosy.
– Dlaczego? – pytanie ojca zabrzmiało retorycznie.
Brat nabrał powietrza do płuc i wyrzucił z siebie:
– Bo palę!
Ojciec wstał i odpalił karabin maszynowy. Póki co ręczny:
– Smarkacz pali! To hańba! Do szkoły ku… teczkę nosić! Nie palić po kątach! Książki czytać! Lekcje odrabiać! Smarkateria pierd….! Papierosy w głowie! A gdzieś ty się tego nauczył? Pewnie w szkole co? Zawsze mówiłem, że powinien iść do technikum, a nie do zawodówki! Bo tam same chamstwo chodzi! I pijaństwo się ku…. szerzy! Już wiem dlaczego nie chciałeś oddać kartki na wódkę! Pijesz i palisz! Co za młodzież! Co z nich wyrośnie! Co z ciebie wyrośnie jak palisz! Na raka ku…. umrzesz! O zdrowie trzeba dbać! I jak w tej Polsce ma być dobrze jak takie małolaty palą i piją!
Oczywiście przerywanie monologu nie miało sensu. Ojciec chodził po pokoju o powierzchni 15 metrów kwadratowych tam i z powrotem. Mama stała w drzwiach i ciężko wzdychała. Dobrze, że zebrała talerze ze stołu, bo ojciec w pewnym momencie oparł się o stół i już chciał coś chwycić, żeby tak pierd…. o podłogę, ale niczego nie znalazł.
– Nie w szkole, tylko u ciebie w zakładzie pracy się nauczyłem! Koledzy taty mnie nauczyli – triumfował brat.
Pracowali obaj w tym samym miejscu, tylko w innych halach produkcyjnych.
– No, już ja się z nimi jutro policzę – tym razem ojciec westchnął i usiadł na wersalce.
Po paru minutach pogodził się, że jednak będzie miał tylko trzydzieści paczek papierosów. Jak miesiąc będzie miał o jeden dzień dłuższy, trzeba będzie coś wykombinować.
– No to tato ostro kombinuj, bo ja też swoich kartek ci nie dam. Palę.
To było do przewidzenia. Moje słowa zadziałały na ojca jak czerwona płachta na byka. Zrobił się czerwony. Wstał, zaczął wykonywać niekontrolowane ruchy polegające na machaniu rękami we wszystkie strony. Włączył ckm czyli ciężki karabin maszynowy:
– Co? Kto? Po co? Dlaczego? Od kiedy? Dziewczyna pali! Brak przyzwoitości! To już nie skandal, to hańba, poruta, zgorszenie! Wstyd dla całej rodziny! Rozbój w biały dzień! Całkowita granda! Totalna arogancja! Szopka! Bezczelność! Drwina z całej rodziny! Pomiatanie rodzicami! Zuchwalstwo! Zbrodnia! Brak klasy, ogłady, wychowania!
Nie wiedziałem, że ojciec ma aż tak zasobny słownik języka polskiego. Kiedy zabrakło mu powietrza, odpalił ostatni pocisk, w stronę mamy:
– Jak ty dzieci wychowałaś!
Mama nie odpuściła.
– A ty co, nie mogłeś wychowywać? W więzieniu byłeś?
Tato syknął. Włożył płaszcz i buty. Trzasnął drzwiami. Wyszedł. Może realizować kartkę na wódkę.
Do dziś nie wiem, dlaczego ojciec nie zakumał, że palimy. Fakt, nie paliliśmy przy nim, on palił zawsze, do tego najgorsze z najgorszych papierosów bezfiltrowe „Sporty”. Śmierdziało nimi w całym mieszkaniu. Smród naszych, nieco lepszych papierosów marki Carmeny lub Zefiry nie przebił smrodu „Sportów”.
W każdym razie mieliśmy po owe kartkowe dziesięć paczek, no tatko dwadzieścia, co jednak nie wystarczało od pierwszego do pierwszego.
Następnego dnia po powrocie z pracy od razu udałam się do „ciotki”. Nie, nie mojej. Takiej miastowej. Młodszej od „babki”.
Zarówno jedna jak i druga były prekursorkami współczesnego handlu polegającego na zasadzie „tanio kupić, drogo sprzedać”. „Ciotki” i „babki” zajmowały się tym w swoich mieszkaniach, a podstawowym produktem była wódka. Kupowały ją po cenach normalnych, głównie w Pewexie, a sprzedawały drożej. Ich mieszkania nosiły miano meliny lub „mety”, a lokalizacja nie była tajemnicą. Nawet dla ówczesnej milicji (czytaj policji), która z usług pań też korzystała.
Przyzwoita „ciotka” nie pozwalała bowiem na konsumpcję zakupionego towaru w pobliży „mety”. Nikt zatem porządku publicznego nie zakłócał.
U „babki” nie było określonych godzin sprzedaży. Dwadzieścia cztery godziny i siedem dni w tygodniu. Podczas stypy i podczas bezalkoholowej komunii, pierwszej oczywiście.
„Ciotka”, z której usług korzystała nasza paczka, zajmowała się również handlem innymi produktami oraz pośredniczyła w przekazywaniu wiadomości.
W latach późniejszych zwróciłam się do niej z prośbą o wiadomość na temat dostawy pralek automatycznych do sklepu. Poinformowała. Wczesnym rankiem stanęłam w kolejce jako jedna z pierwszych i pralkę dostałam. „Ciotce” odpaliłam prowizję, bo tak to teraz się nazywa.
Poszłam więc do niej, żeby ubić interes.
Przyjęła mnie oczywiście mile, wysłuchała, zgodziła się, podałyśmy sobie dłonie na znak zawartej umowy.
Otóż „ciotka” ceniła stały, chociaż nieco mniejszy dopływ gotówki, a ja zaproponowałam jej, że każdego dziesiątego każdego miesiąca będę przychodziła po przydziałowe dziesięć paczek papierosów.
Przy stałym odbiorze cena za paczkę była niższa niż ta, która obowiązywała na targowisku. Miałam więc już całe dwadzieścia paczek. Może uda się przeżyć….

całość tu https://www.czarownice.kosz.pl/opis-8-Zylam_sobie_w_PRL_u___Spis_tresci.php

❤️
1
👍
1
0
💡
0
0
📖
0

Autorem powieść - fragmenty "Żyłam sobie w PRL - u (26)" – jest Grazyna KS. Wszelkie prawa autorskie do powieść - fragmenty należą do autora. Kopiowanie, rozpowszechnianie, publikowanie lub jakiekolwiek wykorzystanie utworu w całości lub w części, bez uprzedniej pisemnej zgody autora, jest zabronione. Niniejszy utwór został opublikowany na portalu poezja-proza.pl w celu promocji twórczości autora oraz dla bezpłatnej lektury czytelników. Zachęcamy do zapoznania się z innymi publikacjami portalu, takimi jak wiersze, haiku, opowiadania, dzienniki, listy, recenzje, oraz myśli autorów.
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 Komentarze
0
Chętnie poznam Twoje przemyślenia, skomentuj.x