Miesięczne Archiwum: luty 2026

0

Jestem solą

/ odejdę od ciebie wierszami /

przy mnie życie
nabiera smaku
chronię przed zepsuciem
konserwuję to co dobre
wyciszam układ nerwowy
dobrze się sprawdzam
w kąpieli i przy peelingu
jestem niezbędna
do prawidłowego
funkcjonowania
organizmu
rozsądnie mnie używaj
i pamiętaj że nadmiar
jak i niedobór
ma poważne
konsekwencje dla zdrowia

szkoda że mnie nie doceniałeś
i wciąż wybierasz
przyjemność słodyczy
teraz będę solą w twoim oku

❤️
4
👍
0
⭐
1
💡
0
❗
1
📖
0
0

“a potrzeba mało albo tylko jednego”

Nie poddawaj się tym
myślomsplątanym
Nie szukaj na zewnątrz tego, co nosisz w sobie
Masz piękne serce i piękną duszę, wiesz jakie to bezcenne?
Trud życia w świecie – nie z tego świata
Jesteśmy w drodze (…)

…
🧡

❤️
3
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
1
📖
1
0

Żyłam sobie w PRL-u

1968 (2)
TWIERDZA WROCŁAW (2)
Tato jak zwykle przyszedł z pracy ok. 15.30. Na szeroki parapet położył swą roboczą torbę , zwaną „aktówką”. Wymył ręce pod kranem z tylko zimną wodą i usiadł przy stole w dużej kuchni (nie, nie był to żaden salon z aneksem kuchennym, to była normalna kuchnia) na krześle ustawionym tyłem do okna. Popatrzył na rodzinę, policzył, czy wszyscy są, obrócił się do okna. Z parapetu zdjął aktówkę i wyciągnął gazetę.
Mama postawiła przed nim talerz z pomidorową, bo wczoraj był rosół.
– Dlaczego z makaronem, a nie z ryżem? – zapytał zanurzając łyżkę w zupie.
– Bo został od wczoraj z rosołu.
Ojciec zjadł dwie łyżki, czyli zawartość dwóch łyżek i ciężko westchnął:
– Jutro jedziemy do Wrocławia, protestować przeciwko protestom studentów.
Zaległa cisza. Słychać było tylko przełykanie zupy przez rodzinę 2 + 2. Pierwsza odezwała się mama.
– Przygotuję więcej kanapek.
– I dwa termosy z herbatą.
– Może jakieś bandaże ci dać?
– Po co?
– Gdybyś został ranny….
O, przed oczami stanął mi obraz rannego żołnierza z któregoś wojennego filmu. Krew tryskała, nad żołnierzem stałą młoda sanitariuszka i pocieszała go, twierdząc, że będzie żył długo i szczęśliwie, po czym wojak umarł. Czyżby tato szedł na wojnę?
– To gdzie ta wojna jest? – zapytałam cicho znad talerza.
– Jaka wojna?
– Ta, na której tata będzie ranny.
Mama spojrzała na mnie przerażonym wzrokiem. Ojciec uśmiechnął się:
– Nie martw się, tata nie idzie na wojnę i ranny też nie będzie. Wróci cały i zdrowy.
Nie pamiętam, czy zapewnienia ojca mnie przekonały, czy też nie. Mama nie została przekonana i cały wieczór wzdychała. Tato przyniósł z piwnicy wiadro węgla, po czym powiedział, że idzie się przejść, żeby uspokoić nerwy.
I teraz wkraczamy w sferę domysłów i teorii spiskowych, bo następujące wkrótce fakty miały związek z owym wyjściem.
Prawdopodobnie było to tak:
Ojciec zaszedł do jednego z trzech sklepów monopolowych w dzielnicy. Prawdopodobnie był to ten najbliżej domu, bo szybko wrócił. Jako że w tego typu sklepie można było kupić jedyny towar, nabył dwie butelki o pojemności 0,5 litra napoju zwanego „wódką czystą”. Po powrocie do domu schował butelki w przedpokoju w skrzynce ukrywającej liczniki na gaz i prąd albo na samej górze szafki z butami. Liczniki otwierano tylko wówczas, kiedy chodził inkasent, a we wskazanym miejscu w szafce znajdowało się obuwie letnie, którego na przedwiośniu rzecz jasna, nie używano.
Rano tato zapakował w torbę podwójną porcję kanapek, dwa termosy, a wychodząc zabrał skitrane półlitrówki.
Po drodze do pracy tradycyjnie spotkał się z kolegami mieszkającymi na trasie. Wszyscy mieli wypełnione po brzegi swoje „aktówki”. Wszystkim dopisywał humor, co w przypadku marca 68 i planowanego wyjazdu na protest przeciwko protestowi było podejrzane. Na szczęście nie spotkali żadnego patrolu milicji, chociaż przechodzili obok komisariatu.
Bez problemu dotarli na plac przed zakładem, gdzie oczekiwały na nich autobusy Jelcze, marki „ogórek”. Przy każdym zbierała się grupa pracowników. Widać było, że dobierają się według znanego im klucza. Kumple z kumplami.
Pomiędzy autokarami krążył aktyw, którym przydzielał transparenty i tzw. szturmówki, czyli czerwone flagi symbolizujące klasę robotniczą.
– My chcemy tą o literatach! – krzyknął przywódca grupy mego ojca, zawodowo kierownik biura.
– Weźcie tę o syjonistach na Syjon.
– Nie weźmiemy. Ręka by mi uschła, gdybym machał takim napisem – dorzucił młodszy rachmistrz. – Dawaj o literatach!
– A po tej z literatami to wam ręka nie uschnie? – zaśmiał się aktywista.
– Nie, bo i tak nie czytam! Ha ha! – odezwał się biurowy goniec.
Kiedy już wszystkie rekwizyty rozdano, pracowniki wiodącego zakładu pracy wsiedli do „ogórków” i ruszyli w kierunku Wrocławia.
Szosa składała się wówczas z dwóch pasm ruchu, jeden pas w jedną stronę, drugi w drugą. Kolumna, uzupełniana przez autokary z innych zakładów, posuwała się majestatycznie w stronę wielkiego miasta.
W autokarze z moim tatą panował nastrój radości. Ktoś nawet próbował zainicjować narodową pieśń „Szła dzieweczka do laseczka”, ale szybko został skarcony słowami
– Jeszcze nie teraz idioto!
Cokolwiek to nie znaczyło, idiota zamilkł.
Po pewnym czasie przywódca czyli kierownik podszedł do kierowcy:
– Panie, w las trzeba skręcić.
– Po co?
– Siusiu ludziom się chce. Skręcaj pan w boczną drogę i stań tak, aby pana z szosy nie widzieli.
W dzisiejszych czasach kierowca pewnie by od razu pomyślał o porwaniu czy innym akcie terroryzmu. Wtedy, kiedy stacji benzynowych zwanych CPN ( skrót od Centrala Przemysłu Naftowego) było jak na lekarstwo, na siusiu zatrzymywano się w lesie. Rosły więc sobie takie ekologiczne lasy na naturalnym ekologicznym nawozie i wszystko grało.
Autokar wjechał w gęsty las mieszany, zatrzymał się. Nikt jednak nie wychodził.
– Panie… – zwrócił się szef do faceta za fajerą – Nic pan nie widzisz, nic pan nie słyszysz. Nie jedziemy do Wrocławia. Zostajemy tutaj. Balangę robimy, rozumiesz pan? Męska impreza! Żadnych żon. Żadnych dzieci! Tak okazja prędko nie nie trafi! I ciesz się pan, że nie musisz jechać na ten protest przeciwko protestowi.
– Ale licznik…. kiedy ja nabiję 150 kilometrów? – zaniepokoił się kierowca.
– Władek! Wyciągaj sprzęt! Panie, co pan myślisz, że nie pomyśleliśmy o tym? – zaśmiał się kierownik zwany szefem.
Młody chłopak wyciągnął torbę z narzędziami. Zajrzał tu i ówdzie, pokręcił tym i tamtym, po czym zakomunikował radośnie:
– Załatwione! Pchnąłem licznik do przodu o 150 kilometrów. Właśnie wracamy z Wrocławia.
Kierowca miał jednak obawy:
– Ale skąd będziemy wiedzieć, kiedy wracać?
Przywódca miał przygotowaną odpowiedź:
– Proste, jak zobaczymy wracającą kolumnę. Takiej ilości „ogórków” na szosie nie sposób przegapić. Kiedy będą jechać, to my z lasku wyskoczymy i dołączymy! Wszystko mamy zaplanowane. No to co, panowie? Zaczynamy?
– Zaczynamy! – rozległo się chóralnie.
I się zaczęła narodowa męska biesiada. Każdy był wyposażony nie gorzej niż mój ojciec. Pojawiły się kanapki, ogórki własnej roboty, ba, ktoś miał nawet ciastka typu herbatniki. Byli tacy, co postarali się o kieliszki. Rozlewano, polewano, przekąszano.
Śpiewano. Oczywiście na początek o dzieweczce. Ale potem włączyła się nuta partyzancka, wszak większość z obecnych o partyzantkę drugowojenną się otarła. Ktoś zainicjował „O mój rozmarynie rozwijaj się”, inny dodał „Przybyli ułani pod okienko”. Starszy rachmistrz spod Warszawy ryknął „Warszawskie dzieci pójdziemy w bój”. Mój ojciec próbował popisać się swoją pieśnią, której znał tylko refren „Dziś tylko trupy znaczą nasze drogi, my ludzie leśni, mała garstka nas”.
Im puściej było w butelkach, tym repertuar stawał się coraz bardziej wyszukany. „My ze spalonych wsi, my z głodujących miast” czyli „Marsz Gwardii Ludowej” uznano za pieśń nieustannie aktualną. O dziwo, odśpiewano nawet „Międzynarodówkę”, przy słowach której niektórzy nawet chcieli wstać z autobusowych siedzeń.
„Wyklęty powstań ludu ziemi!
Powstańcie których dręczy głód”…
w tym momencie jeszcze trzeźwi przyznali, że z tym głodem to przesada. Żony odpowiednio zadbały o zawartość „aktówek” przed wyjazdem na polityczny protest.
Powoli nastrój się uspakajał. Niektórzy zaczęli przysypiać. Ktoś nie wytrzymał dawki i wyskoczył w krzaki, by zwrócić matce naturze jej plony. Inny poszedł siusiu, by nie było, że autokar zatrzymał się w lesie z innego powodu.
Bardziej trzeźwi rozpoczęli dyskusję na temat szans ukochanej drużyny piłkarskiej w rundzie wiosennej rozgrywek.
– A co z transparentem?
– Zdzichu ma już dwa. Jeden z napisem „Orły do boju”, a drugi „ Nie damy się”.
– Nie, nie o piłkarskie chodzi. O ten transparent z napisem „Literaci do pióra”.
– Leży na samym końcu.
– No właśnie, niedobrze, że leży….
Bardziej trzeźwi uznali, że transparent nie może wrócić do zakłady pracy nietknięty. Przecież miał być rozłożony na manifestacji, czyli muszą się na nim znaleźć ślady użytkowania.
– Hej chłopy, do roboty! – wrzasnął szef – szmatę trzeba rozłożyć.
Kilku niemanifestujących wyniosło białe płótno z czarnym napisem. Próbowali je trzymać rozłożone trzymając w rękach. Niestety, nie udało się. Ręce odmawiały posłuszeństwa.
Położyli transparent na zmarzniętej i porytej jeszcze śniegiem ziemi. Ktoś przeszedł po nim, ktoś rozgniótł gotowane na twardo jajko. Paru rzuciło na literatów brudny śnieg.
W wyniku aktywnych działań chwiejącego się na nogach aktywu transparent wyglądał rzeczywiście jak po starciu z wrogiem klasowym.
Wszyscy byli zadowoleni z dobrze wykonanego zadania.
Tymczasem czas, jak to czas, leciał do przodu. Oraz częściej imprezowicze spoglądali w stronę szosy. Nasłuchiwali.
Wreszcie rozległ się szum silników Jelczy marki „ogórek”. Oznaczało to nieuchronny powrót do domu.
Zgodnie z założeniami leśny autokar wcisnął się w kolumnę wracających protestantów i spokojnie, wraz z innymi, dojechał na plac przed zakład pracy. Z pojazdów wyszli wykończeni robotnicy. Większość miała minę typową dla człowieka zdjętego z przysłowiowego krzyża. Jedynie mój ojciec wraz z kolegami tryskał wyjątkowym humorem. W związku z tym, że wszyscy mieli wszystkiego dosyć, nikt na wesoły autobus uwagi nie zwracał.
Nastrój dobrej imprezy zniknął u mego ojca z chwilą wejścia do domu. Zaniepokojona żona czekała na męża, by dowiedzieć się, czy i jak potępił studentów. Kiedy jednak mąż wszedł do mieszkania i głęboko odetchnął, mama puściła wiązankę słów, których przytaczać nie wypada.
Skończyło się na cichych dniach. Mama przeniosła się ze spaniem do mnie, na mój tapczan. Ojciec po powrocie z pracy, sam odgrzewał sobie zupę i odsmażał kartofle.
Nareszcie można było oglądać w spokoju i ciszy telewizję, bo nikt nie komentował. My dzieci właściwie robiłyśmy, co chciałyśmy, bo nie zwracano na nas uwagi.
W sumie taki tydzień ciszy wszystkim się przydał. Potem wszystko wróciło do normy, czyli przestałam spać z mamą.
W późniejszych latach dowiedziałam się, że w innych domach po miejskiej wyprawie na Wrocław też było cicho.
Cóż, w autobusie było pięćdziesięciu mężczyzn. A może były jeszcze inne takie same autobusy?

Najciekawiej było jednak za lat ok. dwunastu czyli w historycznych latach osiemdziesiątych. Na fali ówczesnych protestów mój ojciec też chciał się pochwalić działalnością kombatancką. Podczas jednej z mocno zakrapianych rodzinnych imprez opowiedział historię wyprawy na Wrocław. Mówił radośnie i z uśmiechem.
Wywołał rodzinny skandal.
– Jak można było chlać, kiedy tam studentów bili! – oburzył się wujek.
– Trzeba było jechać i protestować razem ze studentami! – wściekła się ciocia.
Pamiętając o takiej reakcji otoczenia, w innym kręgu opowiedział historię inaczej. Faktów nie zmienił. Wyjaśnił jednak, że robotnicy obawiając się o los swój i rodzin, nie mogli oficjalnie protestować przeciwko ich udziale w proteście przeciwko protestowi. Życie więc zmusiło ich do ucieczki z szosy w drodze do Wrocławia. Rozpacz ich była tak ogromna, że się z tej rozpaczy napili….
Tato i jego koledzy stali się prawie bohaterami.

❤️
2
👍
2
⭐
0
💡
0
❗
1
📖
1
0

Obecność nie kończy się po zachodzie słońca

“Niech się raduje dusza wasza w miłosierdziu Pana i nie wstydźcie się Jego chwały!”

Aromat świecy
sandalwood
i kawa
o zapachu karmelu

I ta cisza,
która jest pusta,
a jednak pełna
w Twojej obecności
(…)

❤️
4
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
0

Żyłam sobie w PRL-u

PROLOG
zawiera odpowiedzi na najbardziej irytujące pytania zadawane przez czytelników.

Czy przedstawione miasta są prawdziwe?
– „Jestem z miasta.
To widać, słychać i czuć” – Jakub Sienkiewicz

Czy narrator w pierwszej osobie jest prawdziwy?
– „Czy to bajka, czy nie bajka,
Myślcie sobie, jak tam chcecie.
A ja przecież wam powiadam:
Krasnoludki są na świecie.” – Maria Konopnicka

Czy prezentowane wydarzenia są prawdziwe?
– „Są na tym świcie rzeczy, które się nawet fizjologom nie śniły” – Ferdynand Kiepski

1968 (I)

WSTĘP,
którego mogło nie być, ale od czegoś zacząć trzeba.

1968 to był pierwszy rok, w którym zakumałam, że jest coś takiego jak polityka. Byłam wtedy dojrzałym dzieckiem, co prawda jeszcze przed komunią i zegarka nie miałam, ale coś mi się pod czaszką już jarzyło. Osiągnęłam jako taką świadomość społeczną, chociaż jeszcze nie zdawałam sobie sprawy, że żyję w dziwnych czasach. W tym też roku powstała w naszej rodzinie legenda, którą powtarzano z pokolenia na pokolenie…
No dobra, ja póki co powtarzam, bo nowe pokolenie boi się powtarzać. Wiadomo, kiedyś była cenzura, teraz też jest, tylko w zależności od rządzącej partii inaczej się nazywa. Najczęściej bywa nazywana łamaniem standardów przyzwoitości lub obrażaniem uczuć religijnych.

TWIERDZA WROCŁAW (1)

Styczeń i luty 1968 roku był tradycyjny, jak to ongiś, tuż po potopie bywało. Napadało śniegu, chodziliśmy na sanki na nasze podwórze, które zmieniało się w niesamowity tor saneczkowy. Zjeżdżaliśmy z niewielkiego wzgórza. Czasami pojedynczo, czasami tworzyliśmy pociąg łącząc ze sobą kilka sztuk drewnianych sanek.
Potem przyszedł marzec. Też taki całkiem normalny, jak za socjalizmu bywało. Dzień był dłuższy i cieplejszy, a mama pozwalała czasami zdjąć zimową czapę robioną na drutach i włożyć na głowę bawełnianą chustkę.
Z saneczkowego wzgórza powoli, nieśmiało ruszały drobne strumyki topiącego się śniegu. W piwnicy było coraz mniej kartofli i pustych słoików po owocowo – warzywnych przetworach.
Tego jednak roku w marcu rodzice często powtarzali jedno słowo – dziady.
Zupełnie mnie się to słowo nie podobało. Nie miałam bladego pojęcia, co tak właściwie oznacza. Pojęcie „dziad” oczywiście znałam. To taki stary, zgarbiony, zarośnięty, śmierdzący facet, w brudnym ubraniu i tobołkiem na kiju przewieszonym przez ramię. Tę definicję skonsultowałam z koleżanką, w domu której rodzice też mówili o dziadach. Jej zdaniem chodziło o dziadów żebrzących pod kościołem.
Nie znałyśmy ani jednego, ani drugiego typu dziada. Same byłyśmy nawet zdziwione, skąd w naszych umysłach wzięły się takie wizerunki. Pewnie był to wpływ socjalistycznej telewizji, jeszcze wówczas w Polsce w powijakach.
W końcu zapytałyśmy rodziców, co to za „dziady”. Każda otrzymała taką samą odpowiedź – „Dziady” napisał Mickiewicz. Tak samo jak „Lokomotywę” Tuwim.
I tak oto od słowa do słowa zapoznałyśmy się z bieżącymi wówczas wydarzeniami politycznymi.
Otóż w Krakowie, drugiej stolicy Polski – w drugiej klasie podstawówki już tego uczono – w teatrze, na scenie pokazano owe „Dziady”. Nie spodobały się one rządzącym sekretarzom ani przedstawicielom bratniego narodu zza Buga i wcale nie była to Białoruś, tylko Związek Socjalistycznych Republik Radziecki , w skrócie ZSRR lub pisane cyrylicą CCCP, co z kolei w luźnym tłumaczeniu na alfabet łaciński było skrótem od Cep Cepa Cepem Pogania.
„Dziady” zdjęto z afisza czyli zakazano pokazywania na scenach całej Polski.
Postawa sekretarzy i braci zza Buga nie spodobała się z kolei studentom, i to w całej Polsce. Podnieśli więc bunt przeciwko postawie tych pierwszych. Demonstrowali, manifestowali, krzyczeli, okupowali uczelnie, przestali się uczyć.
W kraju zrobił się bajzel.
Pierwsi, czyli ci u władzy, postanowili zrobić z młodymi porządek. Wygłosili kilka płomiennych przemówień, w których o zaistniały bałagan oskarżono element wrogi, czyli obcy z ludnością pochodzenia żydowskiego na czele.
Takiej ludności wręczano bilet w jedną stronę i kazano zrobić wypad z Polski.
W tym momencie w moim domu nikomu nie było do śmiechu. Moi rodzice pożegnali w ten sposób grupę bardzo dobrych znajomych, z którymi budowali zręby polskości na Ziemiach Odzyskanych po 1945 roku.
I dalej też nie powinno być do śmiechu. Bo oto pierwsi sekretarze postanowili uciszyć zbuntowanych studentów przy pomocy klasy robotniczej jako przewodniej siły narodu.
Do miejscowości, które były siedliskiem zarazy zwanej studentem, czyli tych dużych, wysyłano robotników z przodujących zakładów pracy. Robotnicy, pod kierunkiem tajnych pracowników aparatu bezpieczeństwa, organizowali spontaniczną pikietę nawołującą młodzież do opamiętania się. „Studenci do nauki” – krzyczeli w telewizorze w Warszawie. „Literaci do pióra” – wtórował Kraków.
I tak sobie co jakiś czas jeździły te robotnicze delegacje na gościnne występy do wielkich miasta, a koledzy tych, co jechali popierać niejakiego towarzysza Wiesława, zasuwali przy maszynach podwójnie i nawet plan produkcji przekraczali.
I tak oto wreszcie, któregoś dnia buntu młodych los padł na zakład pracy mego ojca.
cdn.
więcej na https://www.czarownice.kosz.pl/opis-8-Zylam_sobie_w_PRL_u___Spis_tresci.php

❤️
2
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
0

***

Radość i smutek
Przeplatają się ciągle
Życiowe wątki

❤️
4
👍
2
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
1
0

Kto kogo kochał

Patrzeć prosto w ścianę
Na boku podkurczyć kolana
Zamknąć myśli w kapsule
Przetrwać jeszcze chwilę, jeszcze do rana

Rano zgasić księżyc
I słońce znów włączyć
Z termosem zimnej kawy
Lawiny przypadków jeszcze nie kończyć

Kwantów już nie podzielić
Wytłumaczyć tylko stany splątane
Wyślę tylko wiadomość przez ocean
Koniecznie o czwartej nad ranem

Na końcu świata wojny nie wygram
Po upadku nie poda nikt dłoni
Tam wszyscy przeciwko nam
Tam też już mnie nie obronisz

Jeśli zniknie ten świat
Co komu wtedy pisane
Ostatni do Ciebie list
Na zawsze w plecaku schowany?

Kto kogo kochał otwarcie
Kto tylko mógł wiersze pisać
Kto dzielił z Tobą świat
Kto dzięki Tobie mógł oddychać

Kogo uchroniłaś przed ucieczką
Kogo już nigdy nie stracisz
Kto będzie na zawsze Twój
Choć już go nigdy nie zobaczysz

❤️
2
👍
1
⭐
0
💡
1
❗
1
📖
1
0

Zajrzyj do Psalmu 139

“Panie przenikasz i znasz mnie”
Każde moje znamię na skórze i każdą ukrytą
rysę (gdzieś tam głęboko)
Pan zna też Ciebie
Każde twoje znamię na zewnątrz
I każdą Twoją rysę, uktrytą (gdzieś tam głęboko)
…
Ty jesteś Bogiem z nami
Miłością obecną
w każdym z nas
🧡

❤️
2
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
– 1 – 9 – 10 – 11 – 12 – 13 –