Miesięczne Archiwum: luty 2026

2

Kocham Cię

Kocham Cię każdą chwilą
Myślą, słowem każdym
Niezdarnym gestem
Każdym krokiem nierozważnym

Niepewnością obcych miejsc kocham
Trudnych emocji dreszczem
Horyzontem odważnych myśli
Bajkowym światem we śnie

Ciepłem tęsknoty
I złością rozstania
Kocham Cię każdym dobrym dniem
Kocham, gdy wracam poturbowany

Huraganem i ciszą
Ogniem i wodą
Kocham Cię, gdy jesteś tak daleko
Kocham, gdy jesteś obok

Kocham Cię w palącym słońcu
Deszczem kocham i burzą
Oddechem ostatnim
Przed ostatnią życia podróżą

Kocham z Tobą milczeć
Kocham, gdy nie patrzysz
Kocham oczu Twoich blask
W nich świat wygląda inaczej

Kocham tylko Ciebie
Jak na zawsze to zapisać
Bez Ciebie nie umiem żyć
Bez Ciebie nie umiem oddychać

Dotąd życiem rządził przypadek
Czas przez palce przepływał jak rzeka
Ale te lata wreszcie mają sens
Warto było na Ciebie czekać

❤️
2
👍
2
⭐
0
💡
1
❗
1
📖
1
0

Żyłam sobie w PRL-u (4)

1968 (4)

Meksykańska pałeczka

W październiku 1968 roku było przyjemne wydarzenie historyczne w mojej rodzinie. Posiadając telewizor marki Neptun, 14 cali, ponownie moja rodzina zasiadła przy stole oglądając bezpośrednią transmisję z XIX Letnich Igrzysk Olimpijskich, tym razem z Meksyku.
Przede wszystkim rodzice oglądali transmisje nocą, bo różnica czasu – siedem godzin do tyłu, albo do przodu, choroba, nie kojarzę…. – powodowała, iż najważniejsze wydarzenia były nocą. Mnie pozwalano na oglądanie wiedząc, że i tak zasnę.
Leżałam więc na tapczanie w pokoju i patrzyłam na ekran telewizora znajdującego się w pokoju rodziców. Taki był układ mieszkania. Ale nie to mnie dziwi. Jak ja mogłam oglądać taki mecz siatkówki (brązowy medal Polek!) z odległości ok. ośmiu metrów na tak małym telewizorze? Cóż, młody człowiek był i chyba dlatego…. A może w ogóle nie oglądaliśmy siatkówki?
W każdym razie emocje były. Medale też. Nazwiska i dyscypliny sportu też znałam. Ale wydarzyło się też coś innego.
Oto Polki, biegnące w sztafecie 4×100 metrów zgubiły tzw. pałeczkę i nie awansowały do finału. O celowe zgubienie owej pałeczki posądzono naszą wielką gwiazdę Irenę Kirszenstein, jeszcze wówczas bez Szewińskiej.
Otóż nasza znakomita biegaczka była pochodzenia żydowskiego. Byli tacy, co próbowali zmierzać ją z błotem i uczynić z niej wroga klasowego, dać bilet w jedną stronę i odesłać na Syjon w Jerozolimie.
W moim domu wyglądało to tak:
Ojciec jak zwykle przyszedł z pracy ok. 15.30. Na szeroki parapet położył swą roboczą torbę , zwaną „aktówką”. Wymył ręce pod kranem z tylko zimną wodą i usiadł przy stole w dużej kuchni (nie, nie był to żaden salon z aneksem kuchennym, to była kuchnia) na krześle ustawionym tyłem do okna. Popatrzył na rodzinę, policzył, czy wszyscy są, obrócił się do okna. Z parapetu zdjął aktówkę i wyciągną gazetę.
Mama nalewała do głębokich talerzy, w których już był makaron domowej roboty, rosół z garnka stojącego na węglowej kuchni (nie mylić z pomieszczeniem). Stawiała przed każdym członkiem rodziny.
Ojciec spojrzał w talerz:
– Znowu rosół? A nie można było tak pomidorowej?
– Pomidorowa będzie jutro. Z tego rosołu – oznajmiła mama.
Ojciec westchnął. Rozłożył gazetę. Zasłonił nią talerz i samego siebie. Zaczął czytać. W ciszy i skupieniu wsuwaliśmy rosół gotowany na wołowinie, która wówczas była ogólnodostępna i tania. Uchodziła za mięso kategorii drugiej, a nawet trzeciej. Na pierwszym byłą zdecydowanie wieprzowina, potem u większości kurczaki.
Krowy nie miały wówczas wielkiego szacunku. Zwłaszcza części, z których gotowało się rosół.
Jedliśmy zatem ten rosół z kiepskiego mięsa, z makaronem domowym, który też wówczas do rarytasów nie należał. Rarytasem był makaron kupiony w sklepie o kształcie grubych rurek. Niestety, domowy był zdecydowanie tańszy i większość kobiet sama mieszała mąkę, robiła ciasto i kroiła je w cienkie paski.
– Mówią, że zrobiła to specjalnie – wyrwało się ojcu znad talerza po odłożeniu gazety.
– Co zrobiła specjalnie? – zapytała wyrwana z zadumy nad zawartością talerza mama.
– No, tę pałeczkę specjalnie zgubiła.
– Aha…. W gazecie piszą, ze specjalnie?
– Nie, ludzie tak mówią.
– Gdzie? Na podwórku nikt nic nie mówił.
– Na mieście.
– Aha….
– Kto zgubił? – próbowałam dołączyć się do rozmowy.
Szybko zostałam za to skarcona.
– Przy jedzeniu się nie gada – syknął ojciec.
Oczywiście dzieci nie gadają. Dorośli mogą.
Ojciec oddał pusty talerz:
– Mówią, że była w zmowie z tymi, no jak im tam, syjonistami.
– W Meksyku? – nie dowierzając zapytała mama.
– Mówią, że oni wszędzie mają swoich agentów, a skaptowali ją w marcu w Polsce.
– Gdzie skaptowali?
– Podczas manifestacji pod politechniką we Wrocławiu.
– A widzisz, gdybyś tam dotarł, na pewno by jej nie skaptowali.

❤️
1
👍
2
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
0

Kiedy…

w obrocie wokół nas
zetrą się już gwiazdy
usiądź obok na dachu nieba
powiedz: jestem
– to wystarczy

❤️
5
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
0

Przemiana

patrz
jak wrastając w nią
przemienia się
w materię

w pomnik
oraz zbroję
w której tylko kurz
i żużel

❤️
4
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
0

W zenicie

Metaliczny krzyk
płonie falistym żarem
duszący błękit
*
W objęciach źrenic
skamieniałych trumien miast
trzeszczy martwica
*
W spłowiałe usta
uderza przelotny kurz
ściera sól i krew

❤️
5
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
0

alibi

sękata gałka Jowisza
w drzwiach do szafy

bambusowych pastwisk
trzeszczy
poplamione niebo

w filiżance jak z ołowiu
monoksiężyc

połknął odpowiedź

kiedy otworzy brudne usta
powie że nic nie wie

❤️
5
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
0

Niby po bożemu….

Niby po bożemu….

W sumie to powinnam być zadowolona, że właśnie ta książka trafiła do mnie. Pokazuje bowiem wielką Amerykę, czyli jeszcze większe USA w tzw. krzywym zwierciadle, otoczonym obleśnym czarnym humorem, znaczy się coś w stylu „nie wiadomo czy śmiać się, czy płakać”. W czasach kiedy nasze USA uważane jest przez niektórych za Eldorado lub co najmniej Klondike, a przez niektórych za symbol zła wszelakiego, niewielka powieść Erskine Caldwella „Sługa boży” może być całkiem pożytecznym głosem w dyskusji. No tak, ale powstała ona w 1935 roku – powie ktoś. Racja, nie da się zaprzeczyć. Lecz czy w literaturze nie powinniśmy szukać wartości ponadczasowych?
Przyjrzyjmy się najpierw autorowi…. Ongiś zaliczany do grona pięciu najwybitniejszych pisarzy amerykańskich, dziś zapomniany. Popularny w ZSRR. Może dlatego zapomniany. Jego utwory pachniały skandalami. Posługiwał się groteską, czarnym humorem, sprzeciwiał się dyskryminacji rasowej, by pokazać głupotę amerykańskiego Południa. W swoich czasach oczywiście. Jeśli jednak z interpretacji wyjmiemy lokalizację, okaże się, iż owa ciemnota może być wszędzie.
Bo minipowieść Caldwella jest tekstem o naiwności ludzkiej, braku umiejętności odróżnienia tego, co może być mądre od tego, co jest idiotyczne.
Na prowincję Południa przybywa tajemniczy facet. Przedstawia się jako wędrowny kaznodzieja, czyli tytułowy sługa boży. I to wystarczy, by mu uwierzono i pozwolono mówić i robić, co chce. I facet sobie używa ile może. Je, pije, oszukuje, powiedzmy kulturalnie – podrywa żony i kochanki oraz oczywiście przygotowuje się do niedzielnego kazania. A społeczność patrzy, nic nie mówi, wszak to sługa boży….
Oczywiście spojlerować nie będę. Zechcecie przeczytać, to przeczytacie. Ja przebrnęłam przez książkę na trasie Wrocław – Białystok, siedząc przez blisko siedem godzin w wagonie drugiej klasy bezprzedziałowym. Nie, nie połknęłam treści od razu. Przystanków było na trasie sporo. Ludzie wsiadali i wysiadali, skupiałam się na ich obserwacji. Naród trafił się spokojny. Nie gadał przez telefony, czytał na „czytnikach” i nudził się. Często więc przerywałam czytanie, by popatrzeć. Ale całość, jak to w planach było, na trasie przeczytałam. Nie ukrywam. Nie lubię prozy amerykańskiej. Odłożyłam zatem „Sługę….” by nabrać czasowego dystansu do treści.
Dziś wiem, że utwór ma wartości ponadczasowe. Pokazuje umiejętność manipulowania ludźmi, zwłaszcza łatwowiernymi i naiwnymi. Wystarczy rzucić hasło, by lud rzucił się w objęcia rzucającego owe hasło i mu uwierzył. Coś w rodzaju współczesnego fake newsa. Coś w rodzaju dzisiejszych …. i dopiszcie sobie sami, co chcecie.
W każdym razie zawsze tacy „nawiedzeni” byli. I będą. A lud to będzie kupował. Jak papier toaletowy na promocji.

❤️
2
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
1
📖
1
3

Żyłam sobie w PRL-u (3)

1968 (3)

MIGDAŁKI OCALONE

Po wydarzeniach marcowych w moim domu zapanował błogi spokój. Ojciec przynosił z pracy i miasta różne wiadomości. Mama też zbierała je w kolejkach. Na podwórku również rozmawiano o czasie teraźniejszym. Robiło się coraz cieplej, co oznaczało, że niepracujące mamy wychodziły na sklecone z byle jakich desek ławeczki i rozmawiały. Jako że nadal nie posiadaliśmy porządnego radia, wiadomości z zagłuszanych rozgłośni przekazywały mamie sąsiadki.
I tak właściwie życie toczyło się normalnie. Przynajmniej my dzieci nie odczuwałyśmy, że świat ponownie staje do góry nogami i to blisko nas – w Czechosłowacji.
Pierwszą osobą z dziecięcej paczki, która przekonała się o tym na własnej skórze, byłam ja. Ja i moje migdałki.
To, że dzieci często się przeziębiają, jest zjawiskiem normalnym nawet w dzisiejszych czasach. Kiedyś też tak było. Jedynym dzieckiem, które nie chorowało był słynny Damien z filmu „Omen”. Tyle tylko, że film nakręcony w 1976 roku, a Damien był dzieckiem szatana. Zatem za mego dzieciństwa kichało, kaszlało i miało katar każde dziecko.
Z nieznanych mi przyczyn o przyczyną wszystkich przeziębień posądzano wówczas migdałki. Zamiast lodów i zimnej wody z kranu. Bo tak naprawdę to one były przyczyną częstego bólu gardła.
W każdym razie migdałki wycinano nałogowo i każdemu dziecku groziła taka interwencja chirurgiczna. Ponoć bolesna nie była. A zdecydowanie łagodziły ją opowieści o lodach przynoszonych w dużych termosach do szpitala przez rodziców. Pacjent po wycięciu migdałów wsuwał te lody również nałogowo i zapominał o bólu.
Tak przynajmniej twierdziło kilka osób z mojej klasy, którym owe narządy wewnętrzne wycięto.
Ja migdałowego pecha miałam od narodzin. Urodziłam się z dużymi i zawsze były one przedmiotem troski pediatrów. Przy każdej wizycie u lekarza słyszałam, że należy je bezwzględnie wyciąć, bo są siedliskiem wszelkich bakterii, wirusów i zarazków. Mama zawsze mówiła, że nic z tego, dziecka na poniewierkę do szpitala nie odda i kazała mi płukać gardło wodą z solą lub co gorsza – z wodą utlenioną. Brr…
W końcu jednak odpuściła. Moda na zabieg zwany fachowo tonsillektomią spowodował, że z ciężkim bólem rodzicielka postanowiła jeszcze raz mnie przebadać i umieścić w szpitalu.
Rano nie dostałam śniadania i poszłyśmy do laryngologa. Trzęsłam się już od samego wyjścia z domu. Wiedziałam, co mnie czeka. Nie cierpiałam tego badania.
Lekarz najpierw oglądał gardło, potem mył starannie ręce i wkładał mi palec do środka. (Teraz już wiecie, dlaczego mama nie dała mi śniadania…). Oczywiście nastąpiło potwierdzenie diagnozy: nie dość, że dwa na wierchu są przerośnięte, to jeszcze trzeci w środku też jest stanowczo za dużo. Wywalić trzeba wszystko.
Dostałam skierowanie do szpitala, z jednym tylko zastrzeżeniem – nie wiadomo, czy zostanę od razu przyjęta. Trzeba trochę poczekać. Mama przytaknęła głową na znak, że kuma w czym rzecz i postanowiła odczekać jakiś czas z zaprowadzeniem mnie na operację.
W końcu wylądowałyśmy na izbie przyjęć. I co? I nic? Zostałyśmy odesłane z powrotem do domu. Dlaczego?
Wałbrzych, w którym mieszkałam od urodzenia, znajdował się w strefie przygranicznej z bratnim narodem czechosłowackim. A to właśnie na teren owego państwa wkroczyły w sierpniu bratnie armie bratniego Układu Warszawskiego, by bronić jedynie słusznej linii ideologiczno – światopoglądowej, którą reprezentowały. Operacja militarna „Dunaj 1968” zahaczyła o moje miasta. Wzmożono ochronę granicy, wystawiano więcej patroli i zamknięto szpitale. No nie całkowicie zamknięto. Było tak jak obecnie w czasie strajku. Przyjmuje się tylko osoby z zagrożonym życiem. Personel medyczny obecny jest w szpitalu. Wtedy czekał na ewentualnych rannych. Teraz czeka na spełnienie postulatów. Migdałki nie mieszczą się ani w kategorii rany na polu walki ani w kategorii zagrożenia życia.
W wyniku powyższych działań migdałki, których żywot miał skończyć się w sierpniu 1968 roku, pozostały mi do dziś. Tym bardziej to cenne, iż w późniejszych latach uznano zabieg tonsillektomii za zbyteczny w większości przypadków, przynoszący więcej szkody niż pożytku. Można powiedzieć, że wojska Układu Warszawskiego uratowały je. Szkoda było tylko lodów, które dostawali moi znajomi…
cdn.
więcej na mojej stronie https://www.czarownice.kosz.pl/opis-8-Zylam_sobie_w_PRL_u___Spis_tresci.php

❤️
0
👍
2
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
– 1 – 8 – 9 – 10 – 11 – 12 – 13 –