Niby po bożemu….
Niby po bożemu….
W sumie to powinnam być zadowolona, że właśnie ta książka trafiła do mnie. Pokazuje bowiem wielką Amerykę, czyli jeszcze większe USA w tzw. krzywym zwierciadle, otoczonym obleśnym czarnym humorem, znaczy się coś w stylu „nie wiadomo czy śmiać się, czy płakać”. W czasach kiedy nasze USA uważane jest przez niektórych za Eldorado lub co najmniej Klondike, a przez niektórych za symbol zła wszelakiego, niewielka powieść Erskine Caldwella „Sługa boży” może być całkiem pożytecznym głosem w dyskusji. No tak, ale powstała ona w 1935 roku – powie ktoś. Racja, nie da się zaprzeczyć. Lecz czy w literaturze nie powinniśmy szukać wartości ponadczasowych?
Przyjrzyjmy się najpierw autorowi…. Ongiś zaliczany do grona pięciu najwybitniejszych pisarzy amerykańskich, dziś zapomniany. Popularny w ZSRR. Może dlatego zapomniany. Jego utwory pachniały skandalami. Posługiwał się groteską, czarnym humorem, sprzeciwiał się dyskryminacji rasowej, by pokazać głupotę amerykańskiego Południa. W swoich czasach oczywiście. Jeśli jednak z interpretacji wyjmiemy lokalizację, okaże się, iż owa ciemnota może być wszędzie.
Bo minipowieść Caldwella jest tekstem o naiwności ludzkiej, braku umiejętności odróżnienia tego, co może być mądre od tego, co jest idiotyczne.
Na prowincję Południa przybywa tajemniczy facet. Przedstawia się jako wędrowny kaznodzieja, czyli tytułowy sługa boży. I to wystarczy, by mu uwierzono i pozwolono mówić i robić, co chce. I facet sobie używa ile może. Je, pije, oszukuje, powiedzmy kulturalnie – podrywa żony i kochanki oraz oczywiście przygotowuje się do niedzielnego kazania. A społeczność patrzy, nic nie mówi, wszak to sługa boży….
Oczywiście spojlerować nie będę. Zechcecie przeczytać, to przeczytacie. Ja przebrnęłam przez książkę na trasie Wrocław – Białystok, siedząc przez blisko siedem godzin w wagonie drugiej klasy bezprzedziałowym. Nie, nie połknęłam treści od razu. Przystanków było na trasie sporo. Ludzie wsiadali i wysiadali, skupiałam się na ich obserwacji. Naród trafił się spokojny. Nie gadał przez telefony, czytał na „czytnikach” i nudził się. Często więc przerywałam czytanie, by popatrzeć. Ale całość, jak to w planach było, na trasie przeczytałam. Nie ukrywam. Nie lubię prozy amerykańskiej. Odłożyłam zatem „Sługę….” by nabrać czasowego dystansu do treści.
Dziś wiem, że utwór ma wartości ponadczasowe. Pokazuje umiejętność manipulowania ludźmi, zwłaszcza łatwowiernymi i naiwnymi. Wystarczy rzucić hasło, by lud rzucił się w objęcia rzucającego owe hasło i mu uwierzył. Coś w rodzaju współczesnego fake newsa. Coś w rodzaju dzisiejszych …. i dopiszcie sobie sami, co chcecie.
W każdym razie zawsze tacy „nawiedzeni” byli. I będą. A lud to będzie kupował. Jak papier toaletowy na promocji.
Autorem recenzje książek "Niby po bożemu...." – jest Grazyna KS. Wszelkie prawa autorskie do recenzje książek należą do autora. Kopiowanie, rozpowszechnianie, publikowanie lub jakiekolwiek wykorzystanie utworu w całości lub w części, bez uprzedniej pisemnej zgody autora, jest zabronione. Niniejszy utwór został opublikowany na portalu poezja-proza.pl w celu promocji twórczości autora oraz dla bezpłatnej lektury czytelników. Zachęcamy do zapoznania się z innymi publikacjami portalu, takimi jak wiersze, haiku, opowiadania, dzienniki, listy, recenzje, oraz myśli autorów.