Kategoria: 1. Poezja

0

kuso

w przeddzień
kosztuję jesieni

słońce
spaliło świerszcze

dwa motyle jak jeden
grosz

❤️
4
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
1
📖
0
0

na ramieniu

nici snujące się w kosmosie
po miliardach muśnięć
splotły w ponadczasoprzestrzenny węzeł

którego nie sposób rozluźnić
nie zaciskając bardziej
sęków galaktyk w pamięci drewna
nie wbijając głębiej skrzyżowanych gwoździ

w tobie
życie czekające naprzeciw okna
jak przewiew
mija w kącie okamgnienia
jak pistolet na skroni

❤️
4
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
1
📖
0
0

splot

w sklepowym magazynie
przed świtem

łamana skrzynia
olej na płótnie

dusza o pulchnych rączkach
odmieńca jaskiniowego

wymyka się
przez kłódkę

❤️
4
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
1
📖
0
W śniegu... | bia 0

W śniegu…

W śniegu

Książkę Han Kang „Biała elegia” znalazłam pod choinką. „Mikołaj” wiedział, że nie przeczytałam żadnej pozycji laureatki literackiej Nagrody Nobla za rok 2024. Ba, wiedział, że literatura ze wschodu, tego skośnookiego i z krzaczkami zamiast liter, jest mi praktycznie nieznana. Przyszedł zatem czas, by przeczytać i zapoznać się.
Pierwsze wrażenie…. No powiedzmy takie sobie. Nie da się ukryć. Nie moja bajka, co nie oznacza, że złe.
Mamy tu do czynienia z czymś, co określam jako prozę poetycką. Próbowałam takową sama tworzyć. Uwierzcie, łatwo nie jest. Znacznie łatwiej porozrzucać myśli jako wersy. Tymczasem tu mamy tekst ciągły. Nawet jest zarys fabuły. Poezji zawartej w treści nie przeszkadza. Powoduje natomiast poczucie, iż mamy przed sobą utwór epicki, który epiką do końca nie jest. Obrazy mieszają się z odczuciami, uczuciami i owym poetyckim „patrzeniem sercem” na rzeczywistość wokół. Dużą rolę odgrywa tu czas miniony. Jest ciągle obecny we wspomnieniach, które przenikają czas teraźniejszy. Co przyniesie przyszłość, nie wiemy. Ale bez przeszłości żyć się nie da.
Jest też tytułowa biel. Narratorka? autorka? szuka jej i znajdując analizuje. I tu pojawia się element polski.
Han Kang przebywała przez cztery miesiące w Warszawie. Widziała film dokumentalny o zniszczonej Warszawie w 1945 roku. Porównała tamtą rzeczywistość z tą, w której aktualnie była. Tu narodziła się idea opowieści o kolorze białym. Czym jest? Czy w ogóle jest kolorem? A może tylko symbolem? Tak jak płatki śniegu?
Mamy zatem do czynienia z metaforą. Każdy może biel z książki Hany odczytać na swój sposób. Najważniejsze – nie odczytujmy słów dosłownie. Nie analizujmy treści jako ciągu wydarzeń. To nie ta książka. Proza poetycka jest zjawiskiem złożonym, jej odbiór zależy od czytającego i jego wrażliwości czytelniczej.
Być może moim błędem było czytanie utworu tak, od razu, wszystkiego. Zajęło mi to jeden wieczór. Być może gdybym delektowała się nim stopniowo, jak poezją, każdego dnia jedna, dwie, no góra trzy strony, trzy rozdziały, mój odbiór treści byłyby inny. Być może jest to tekst do położenia obok lichego „kryminału” i czytania go, by zrozumieć dlaczego „kryminał” jest pusty i do niczego? Cóż, jednak się stało. Przeczytałam i nie zachwyciłam się. Nie ujmuję jednak ani treści, ani warsztatowi autorki. Być może Nobel jej się należał. Być może ludzie z dalekiej Korei mają inną wrażliwość. Inaczej patrzą na świat. Być może tamten świat jest inny niż nasz. Po prostu… jak wspomniałam na początku – nie moja bajka.
„Mikołaj” położył mi pod choinkę jeszcze jeden utwór tej pisarki. Narazie czeka cierpliwie w kolejce do przeczytania. Obiecuję, że przeczytam. Twórczość noblistów trzeba znać.

❤️
0
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
6

tyle z mojej strony

te niedokończone wiersze
ciągną się za nami
jak mosty
zatarte w porannej mgle
zaklęte kamienie wyznań
w skrzydeł szumnym potoku

tyle razy mijałam bez słowa
czekającego anioła
wieczność…
to jednak za długo

przystaję na podniebnej kładce
wsłuchując się w przechodniów stacatto
wiem że tej nocy nie przyjdziesz
nie słyszę znajomej melodii
a jednak od twojego brzegu
nie mogę oderwać wzroku

❤️
4
👍
2
⭐
0
💡
0
❗
1
📖
3
Zaginione treści.... | wy 0

Zaginione treści….

Zaginione treści….

Literatura rosyjska i radziecka była ongiś bardzo znana naszym kraju. Potem czasy politycznie się zmieniły. Bo niby sztuka polityczna być nie powinna, a jednak jest. Taki Mickiewicz był tak polityczny, że zakazano mu powrotu do rodzinnych stron. Nim akurat się zachwycamy, bo politycznie był poprawny według naszych kryteriów oczywiście. Natomiast literatura byłego ZSRR uznawana jest za „be” i zniknęła z horyzontu naszych zainteresowań. Już kiedyś o tym pisałam…. Dziś przypominam. W nawale sprzeciwu politycznego oberwało się nawet hrabiemu Tołstojowi…. A w tej literaturze są prawdziwe perełki, które dziś można znaleźć w punkcie pozostawiania książek przez czytelników.
Do tego grona należy twórczość Aleksandra Bielajewa (1884 – 1942), nazywanego rosyjskim, a może nawet radzieckim, Juliuszem Verne, autora ponad 70 utworów w stylu fantastyki, naukowej też. Przejdźmy zatem do książki, która wpadła mi w ręce.
„Wyspa zaginionych okrętów” to właściwie dwa teksty, które można gatunkowo zaliczyć do większych opowiadań lub mini powieści.
Pierwszy, tytułowa „Wyspa…” Vernem pachnie. Czytając miałam skojarzenia z „Tajemniczą wyspą” i chwilami „Dziećmi kapitana Granta”. Ludzie sobie statkiem płyną, płyną, a tu nagle katastrofa na Morzu Sargassowym, gdzie są pływające wodorosty sargassum. Widać to już po okładce i tytule. Treść jest pomiędzy Vernem a tzw. powieścią piracką. Dzieje się sporo. Rozdziały krótkie, w sumie na 150 stronach – cztery części, trzydzieści sześć rozdziałów. Dialogi i opisy w sam raz. Niby nic nie odkrywczego, ale czyta się przyjemnie. Taka lektura do obiadu lub przed snem, żeby koszmarów nie było.
Drugi utwór „Koniec świata” jest już fantastyką, powiedzmy naukową. Oto dzieje się coś dziwnego. Ludzie najpierw coś słyszą, a dopiero, po pewnym czasie, który nieustannie się wydłużą, widzą. Zapowiada to oczywiście koniec świata. Mamy naukowe uzasadnienie owego zjawiska. Czy możliwe? Nie wiem. Akurat te zagadnienia były dla mnie w szkole średniej typową kulą u nogi. Choćby nie wiem jak kto tłumaczył i tak nie zakumam. Stąd też moje opowiadania nawiązujące do tematyki s-f przepadały zawsze w konkursach literackich… Wiadomo, brak wiedzy. W każdym razie jest to niezły temat na opowieść. Jak będą zachowywać się ludzie w takiej sytuacji? Czy w miarę normalne funkcjonowanie w takim świeci jest możliwe? Bielajew próbuje nam takową rzeczywistość przedstawić. Tekst nie jest zbyt długi. Też duża ilość rozdziałów. Czyta się go przyjemnie. Nie trzeba się zastanawiać nad jakimikolwiek ideami, bo ich po prostu nie ma. Jest kolejna wizja końca świata. Każdy pisarz ma do takiej prawo.
Na podstawie tych utworów oraz znanej mi wcześniej powieści „Człowiek – ryba” (jest film produkcji radzieckiej według tekstu powieści pt. „Diabeł morski”, dostępny w sieci) trudno mi ocenić twórczość Bielajewa. Miał człowiek fantazję. Jest dowodem na to, że nawet w ZSRR nie wszyscy pisali o komuniźmie….

❤️
1
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
1
📖
0
Bankier na wyścigach | ba 0

Bankier na wyścigach

Bankier na wyścigach

Wyczytałam, że Dick Francis, wł. Richard Stanley Francis, autor książki „Bankier” był dżokejem. Oczywiście po przeczytaniu powieści, jak zwykłam to czynić. W wyniku tej informacji, treść kryminały stała się jaśniejsza i oczywiście bardziej prawdopodobna. W sumie to lubię jak pisarz opisuje coś z tzw. własnego podwórka. Posiada merytoryczno – tematyczną wiedzę i można mu zaufać. Teraz dowiedziałam się, na czym polega różnica między końmi, które gnają szybko, a tym, co skaczą przez przeszkody. Do tego nabyłam trochę wiedzy na temat zagadnień rozwojowych i sposobów tego, co fachowo nazywa się „krycie” klaczy. Cóż, konie, zwłaszcza te najlepsze, nie mają czasu na miłość. Mają się rozmnażać, szczególnie wtedy, gdy kupiono je w tym celu. Za grube miliony. Na tyle grube, że trzeba było wziąć kredyt z banku. Poważny kredyt. Wysoki kredyt. I tu wkraczamy na kolejne terytorium powieści – do banku, co ma związek z tytułem.
Akurat o bankowych powiązaniach autora niczego się nie dowiedziałam, ale w tej dziedzinie też mamy tu sporo wiedzy. Tytułowy bohater pracuje oczywiście w banku i zajmuje się przydzielaniem owych kredytów. Zagłębiamy się więc w tajemnice pracy wnikliwego urzędnika, który najpierw musi wszystko dokładnie sprawdzić. Wszak sprawa dotyczy milionów. Czy przyszły kredytobiorca jest wiarygodny? Czy koń rzeczywiście jest tyle wart? Trzeba poznać jednego i drugiego. Ba, może się nawet zaprzyjaźnić z klientem? Wszystkie chwyty, oczywiście w stylu brytyjskim, dozwolone. Przy okazji zawsze poznaje się ciekawych ludzi. Z każdym można porozmawiać, na temat koni oczywiście. Lekarz – cudotwórca sprawia wrażenie lekko zakręconego, ale farmaceutka wydaje się być spoko. Z kobiet najważniejsza jest jednak żona kolegi z banku. Wątek miłosny, nie mylić z erotycznym, być musi.
Na tylnej okładce książki mamy fragment sugerujący, iż jest to kryminał, bo ktoś ma kogoś rzuca się z nożem. Rzeczywiście, po wielu stronach wprowadzających nas w świat banku i koni, rozpoczyna się intryga kryminalna.
Nareszcie, westchnęłam, kiedy ktoś kogoś zabił. Zarówno forsa w banku jak i wyścigi w Ascot zupełnie mnie nie kręcą. Kręci mnie koszykówka, w której dziecięciu facetów chce trafić do kosza. Innych ona nie kręci. Zatem z pełną wyrozumiałością traktowałam całe strony tekstu o koniach i bankowych kredytach na miliony.
Książka liczy sobie 336 stron. Dużo, jak na prostą akcję kryminalną. W momencie kiedy się rozpoczyna, można już domyśleć się końca. Wszystko ciągnie się i wlecze, w przeciwieństwie do końskich wyścigów. Tak po angielsku, tak powoli, żeby tylko czytelnika przytrzymać. I o dziwo, mnie obrazy w zwolnionym tempie jakoś przy tekście zatrzymały. Nawet trochę uspokoiły. Może dlatego, że bardziej kibicowałam wątkowi miłosnemu, który też ma swój finał?

❤️
0
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
– 1 – 5 – 6 – 7 – 8 – 9 – 10 – 11 – 96 –