Nasze publikacje - twórczość i wpisy

6

Zła przewodniczka :/

Megalomania 🍃 to przewodniczka
prowadząca wprost
ku przepaści i osamotnienia.

❤️
0
👍
2
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
3

Déjà vu – nad głową

puka s m u t e k, prosi o wodę, o ciszę.
w oczach — piasek: drobiny dróg, zaginione godziny,
miniaturowe oceany, mapy miast skurczone do ziarnka.

mówi cicho; oblicze mówi jak odwrócony zegar.
mówi: samotny lot bez Boga — to błąd;
gdy Bóg odwraca wzrok, skrzydła tracą melodię,
spadochron staje się liściem, lądowanie nie ma miękkiego końca.
nad chmurami żarzą się kamienie — iskry z odzyskanych snów,
błyszczą, ale nie grzeją; są puste jak obietnice.

przyszedł z kieszeniami piasku, zapukał w szybę jak stary znajomy;
wypił wodę z moich dłoni; w dnie szklanki zakwitł ogród.
jego głos był cieniem; twarz — mapa nieobecności;
między słowami zegary zaczęły płakać konfetti.

jedna łza — brylant: połysk błękitu i czerwieni.
ma w sobie miniaturowe miasto, latarnie świecą w dół;
z wnętrza wydobywa się oddech starego radia.
toczy się, potyka o rzęsę, zastygła w kąciku oka;
z jej środka wyskakuje ptak, który zapomniał jak lecieć,
siada na krawędzi ciszy i zaczyna opowiadać.

umarł na rękach — od przytulenia cicho ustał;
jego serce zamarło jak zegar przestający tykać.
w jej oknie — w oczach — został pusty blask, echo bez głosu;
listy bez adresu unoszą się w powietrzu jak papierowe mgły.
nad głową zawisła latarnia, która świeci tylko dla tych, którzy nie patrzą.

szedłem dalej po chodniku; miałem w kieszeni kamyk od smutku —
na nim napis: “niebo przyjdzie później”.
widziałem to na spacerze; zwykły świat zmienił się na zawsze.

❤️
9
👍
0
⭐
0
💡
1
❗
2
📖
2
12

marność:/

Twardość nad twardościami i wszystko marne.

❤️
4
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Żyłam sobie w PRL-u (12) | jar 0

Żyłam sobie w PRL-u (12)

1976 (1)

Wyjazd niekontrolowany

Moi rodzice przeprowadzili się do Łomży. Były to rodzinne strony ojca. W związku z tym, że wraz z bratem byliśmy niepełnoletni, też musieliśmy się tam przeprowadzić. Brat szybko zaaklimatyzował się w nowym otoczeniu. Ze mną było gorzej.
Wmawiano mi, że Łomża to taka enklawa spokoju, ciszy i ekologii. Tu trawa zielona, woda czysta, a ludzie prości.
Prawie wszystko się zgadzało. Była to miejscowość pięciokrotnie mniejsza niż Wałbrzych, zatem musiało ty być więcej zieleni. Wszak ulic było mniej.
Była rzeka, ale bardzo niebezpieczna, bo z wirami i nie zalecano kąpieli w niej. W ciągu dalszych lat mego pobytu tutaj i rozwoju przemysłu w miasteczku, rzeka straciła statut czystej i w ogóle zabraniano do niej wchodzić.
Z ludźmi jakoś nie bardzo mogłam się dogadać, bo nie miałam zielonego pojęcia o życiu w Nowym Jorku, a prawie wszyscy mieli tam rodzinę.
Do tego rozpoczęłam naukę w szkole, która była ponoć elitarna, a ze mnie żadna elita. Rodzice reprezentowali klasę robotniczą.
Kiedy w szkole wypowiedziałam słowo „pylica”, nauczycielka zwróciła mi uwagę, że rzeka w Polsce nazywa się Pilica, a nie Pylica. Odpowiadam, że ja o takiej chorobie, pylicy od pyłu, a ona, że takiej choroby nie ma, bo pył nikomu jeszcze nie zaszkodził.
Ręce mi opadli….
Dobra, nie o tym będziemy pisać. Na dzieci wiatru i kurzu, znaczy się tumany, szkoda czasu i klawiatury.
W każdym razie życie obróciło się o 180 stopni. Ojciec już nie wracał ok. 15.30 i mama nie podawała mu zupy. Jedno i drugie pracowało na „zmiany”. My z bratem też mieliśmy inne rozkłady lekcji, co sprawiło, że rodzinne dyskusje nad pomidorową po rosole odeszły w zapomnienie. Zasada była prosta – kto przychodził na chatę pierwszy, obierał kartofle i czekał na kolejnego członka rodziny, by nie zjadać posiłku w samotności. Kto wracał ostatni, ten żarł sam.
Rodzice przynosili wieści „z pracy”, bo miasteczko było tak małe, że to samo co w pracy powtarzano „na mieście”.
Mama informowała o najnowszych trendach w modzie oraz nowych przepisach na babkę piaskową. Ojciec natomiast tłumaczył, jaka jest różnica między orką a podorywką. Dla nas, wychowanych w mieście średniej wielkości, tematyka rolnicza brzmiała jak scence fiction.
Tymczasem tato mierzył się z nią każdego roboczego dnia. W Łomży bowiem postanowiono rozwinąć przemysł i wybudowano fabryki. Jedna przerabiała bawełnę, druga kartofle. Do obu dojeżdżali ludzie z okolicznych wsi, bo najbliższe drugie miasto znajdowało w odległości 25 kilometrów i też zabrało się za bawełnę.
Chłopo-robotnicy (tak nazwano owych pracowników) obrabiali swoje kilkuhektarowe gospodarstwa rodzinne, a w czasie wolnym wskakiwali na osiem godzin do fabryki. Tato początkowo nie rozumiał, dlaczego chowają się wśród worków z brazylijską bawełną. Myślał, że może chorzy…
Szybko jednak zakumał, że taki chłopo-robotnik przed nocną zmianą najpierw musiał wydoić krowy i nakarmić świnię. O podorywce na polu w ciągu dnia nie wspominając. Skąd miał więc brać siłę na pracę w fabryce? Trochę więc popracował, pogadał z kolegami, pospał, a rano wracał ponownie doić krowy, oporządzać świnie i siać oziminę.

Moi nowi koledzy też spędzali czas inaczej niż ja. Dotyczyło to głównie wakacji. Jeździli do babci na wieś. Pomagali w żniwach, w dojeniu krów, a nawet uczestniczyli w zabijaniu świni z przeznaczeniem na schabowe.
Ja babci na wsi nie miałam. Co tam, na wsi… w ogóle nie miałam. Wakacje spędzałam najpierw na koloniach, potem na obozach. I oczywiście w Wałbrzychu!
Na moje szczęście pozostał tam wuj, który będąc moim chrzestnym, nie mógł mi zabronić pobytu u siebie. Do tego w pobliskim Kłodzku mieszkały ciocie ze strony mamy. Też chętnie mnie przyjmowały.

Dziwne to były czasy…. Jak za komuny …. spokojne i bezproblematyczne. Taka małolata bez problemu wsiadała w pociąg i mogła spokojnie pokonywać 600 kilometrów w warunkach różnych. Czasami w przedziale, czasami na korytarzu, czasami blisko śmierdzącego kibla. Nikt się nikogo nie czepiał, każdy jechał. W takich podróżach, zapoczątkowanych wyjazdem nad prawie morze, nabywałam coraz więcej doświadczenia.

I właśnie w czerwcu 1976 roku wyruszyłam w podróż na rodzinną ziemię. Tym razem miałam najpierw odwiedzić ciocie w Kłodzku…. cdn.
foto – Piotr Jaroszewicz prezes Rady Ministrów 1970-1980
całość na https://www.czarownice.kosz.pl/opis-8-Zylam_sobie_w_PRL_u___Spis_tresci.php

❤️
1
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Droga... | 0be94a04 98b7 43c7 a453 98c0e6e344d4 1 all 496 2

Droga…

Życie, to droga
To wzloty i upadki –
Trzeba iść dalej

❤️
2
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
1
📖
0
0

…

Życie – chwila, która szybko przemija.

❤️
2
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
1
📖
0
Wiek rozumu czy filozofów — Oświecenie | stopnie1 1

Wiek rozumu czy filozofów — Oświecenie

Déjà vu – optyka / Surowszy / Dla tych, którzy przestali udawać.

światłe oczy cudów Boga
nie proszą — rozkazują

jak zmyć cienie w sercu
bez ucieczki w tanie wzruszenia
stań w prawdzie — bez upiększeń
przyjmij twarz, która zostaje po odcięciu maski

ujarzmić wagę słów — każda sylaba ma ciężar; każda cisza waży więcej
pragnienie rwie się na krawędzi: tam, gdzie decyzja przecina lęk
iluzje miłości i prawdy odpadają jak zardzewiałe płaty

i gdy wreszcie płacz rozedrze gardło,
to nie z słabości — lecz z rozrachunku:
płaczesz — bo zbyt długo ślizgałeś się przez życie

*********************
Déjà vu – optyka / Liryczny / Dla tych, którzy trzymają światło przy sobie.

światłe oczy cudów Boga
oczekują czułych dotknięć

jak zmyć cienie, co drzemią w sercu,
nie przez ucieczkę w miękkie sny uczuć,
lecz przez nagie stanięcie w prawdzie,
by poznać kontur własnego imienia

ujarzmić wagę słów — niech brzmią jak kamienie rzucone na wodę;
fala po fali kształtuje dno życia; cisza nabiera masy znaczeń
pragnienie drży na krawędzi — tam, gdzie powietrze jest cieniem odwagi
iluzje miłości i prawdy splatają się, by rozplątać się w świetle

słony smak pamięci na języku — i gdy w końcu łzy spłyną,
nie z bezsilności, lecz z oczyszczenia:
płaczesz, bo zbyt długo ślizgałeś się po powierzchni istnienia

**********************
Déjà vu – optyka / Filozoficzny / Dla myślących, którzy nie boją się łez.

światłe oczy cudów Boga
zadają pytanie, które oczekuje dotyku

jak usunąć wszystkie cienie z serca?
czy prawda żąda odrzucenia emocji, czy ich reintegracji?
stań w prawdzie — nie jako teza, lecz jako doświadczenie

ujarzmić wagę słów — każde pojęcie ma masę; każde wyrażenie przesuwa równowagę poznania
pragnienie na krawędzi — granica między epistemą a afektem, gdzie decyzja konstytuuje podmiot
iluzje miłości i prawdy poddane są krytyce rozumu — echo Kantowskiego pytania o granice rozumu

i kiedy w końcu łzy popłyną,
to nie znak słabości, lecz moment epistemicznego przebudzenia:
płaczesz, bo zbyt długo pozwalałeś sobie błyskać po cienkiej skórze bytu

———————————
spacery… jednak wyczerpują
/szkic w komentarzu/

❤️
6
👍
0
⭐
0
💡
3
❗
2
📖
3
... | 1389 0

…

Miłość jak zorza polarna – wielobarwna.

❤️
4
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
1
📖
1
– 1 – 41 – 42 – 43 – 44 – 45 – 46 – 47 – 138 –