Żyłam sobie w PRL – u (15)
Żyłam sobie w PRL – u (15)
1976 (4)
Kawa z Bogatyni 93)
Do dworca Warszawa Zachodnia dojechaliśmy po trzydziestu minutach. To, co zobaczyliśmy, przeszło nasze wyobrażenia.
Na każdym torze stały pociągi. Jeden za drugim. Wszystkie, które planowo odjechały z Warszawy Wschodniej, zatrzymały się na Zachodniej. Na peronach panował ruch jak na Marszałkowskiej. Ludzie wysiadali i nikt im nie kazał wracać do przedziałów. Większość biegała próbując dowiedzieć się czegokolwiek od kolejarzy. Ci, albo wzruszali ramionami, albo machali rękoma dodając przy tym „A daj pan spokój”. Żaden nie potrafił odpowiedzieć, kiedy cały pociągowy konwój ruszy ponownie.
Z naszego przedziału na zwiady poszli młodzi faceci. Gdy wrócili, mieli interesujące wiadomości. Nie, nie na temat Ursusa.
– Wiecie co, my to mamy dobrze! – zaczął młody bez błysku – Nasz pociąg stoi przy peronie. Tylko jeden wagon poza. Można spokojnie wyjść, pogadać z ludźmi.
– Inni mają gorzej! Przed nami stoi Bogatynia! Połowa pociągu w szczerym polu! Żeby dostać się na peron, ludzie muszą przejść przez pół pociągu! – kontynuował młody z błyskiem.
-I to jeszcze nie jest złe, bo za nami też stoi pociąg! Wszystko w szczerym polu!
Jak to? Za nami też stoi pociąg?
– No ku… stoi! Wszędzie pociągi. Same pociągi! – zaśmiał się błysk.
Pan bez żony też się zaśmiał:
– Jak na dworcu. Same pociągi.
Atmosfera w przedziale wyluzowała. Zaczęły się dowcipy, wspomnienia jak to ongiś bywało, zwłaszcza w czasie wojny, bo panowie wojnę przeżyli. Było o przepisach na babkę piaskową i szarlotkę. Tematem numer jeden był jednak sport. Wszak już niedługo rozpoczną się igrzyska olimpijskie w Montrealu. Kto ma szansę na medal? Jak pobiegnie nasza Irenka, już wówczas Szewińska? Czy Hubert Wagner zamęczy siatkarzy, czy też nie? Nie na darmo nazywa się go „katem”. Jakie szanse mamy w boksie? A piłkarze? Kolarze?
W pewnym momencie zapachniało nam kawą. Taką naturalną, świeżo mieloną i świeżo parzoną kawą. Taką, jaka tylko w PRL-u być mogła.
Przez okno zobaczyliśmy mężczyznę niosącego szklankę z kawą. Potem drugiego delikatnie przytrzymującego szklankę z gorącym napojem stojącą na spodeczku. Skąd na dworcu zachodnim 25 czerwca 1976 roku wzięła się kawa?
Proste odpowiedzi są najtrudniejsze.
Z wagonu restauracyjnego. Nasz pociąg nie był w takowy wyposażony, ale przecież wokół było tyle pociągów zwanych dalekobieżnymi, że w części z nich na pewno słynny „Wars” jest.
– Panie, skąd ta kawa? – zapytał przez okno ten z błyskiem.
– Z Bogatyni.
– Dziewczyny, chcecie kawy? – szybko zapytał pokazując zęby bez górnej trójki.
– Jasne, że chcemy! – odparłyśmy pokazując wesoło swoje uzębienie, w którym też były braki.
Chłopak chwycił za ramię towarzysza podróży bez błysku i szybko wybiegli z pociągu. Wracali powoli niosąc pełne aromatu szklanki. Tym razem były w tzw. koszyczkach – specjalnych uchwytach pozwalających na trzymanie napoju w rękach.
W przedziale zapachniało.
– Też bym się napiła …. – westchnęła żona patrząc na męża. Ten przytaknął. Miał jednak problem.
– Cholera, nie doniosę. Ręce mi się trzęsą.
– Nie ma sprawy. Przyniesiemy – zaproponował bezbłyskowy i wyciągnął dłoń po pieniądze – A pani? – zwrócił się do samotnej starszej.
– Też bym się napiła…
– Nie ma sprawy – poderwał się błyskowy.
Starszy samotny pan od razu oznajmił:
– Ja nie chcę…. serce….
Poparł go żonaty:
– Ja też nie mogę….
Kiedy do pociągu dotarły dwie kolejne kawy rozpoczął się etap podróży, zwany współczesnym językiem – integracyjno-rozrywkowym. Wyciągnęliśmy podróżny prowiant. Okazało się, że do kawy, czyli coś na słodko, każdy coś miał. Nawet ja, w zestawie otrzymanym od mamy Ryszarda, znalazłam kawałek szarlotki.
W związku z brakiem w przedziale stołu wielkości mogącej pomieścić żarcie, starsi panowie przypomnieli sobie, jak bywało za ich czasów.
Z półki zdjęli walizkę, położyli na kolanach.
– A teraz w „oczko” panowie! – zaśmiał się żonaty – Tak kiedyś grywaliśmy w karty jadąc pociągiem. Na zapałki oczywiście.
Samotny dorzucił:
– Ostry pokerek też się zdarzał. Oj zdarzał.
Rozpoczęła się uczta. Domowe ciasto mieszało się z czekoladą mleczną i landrynkami. Furorę robiły najbardziej tradycyjne ciasteczka zwane herbatnikami. Najtańsze, najlepsze są do dziś. Starsi pasażerowie nadal wspominali stare, dobre czasy, a młodzież o dziwo słuchała. Okazało się bowiem, że dorośli w naszym wieku wcale tacy grzeczni nie byli. Żeby zobaczyć mecz piłki nożnej, wskakiwali na stadiony przez ogrodzenia. W podstawówce w „kiblach” palili papierosy, a wino marki „Wino”, zwane inaczej „patykiem pisane” popijali ukradkiem w piwnicach. Podrywali dziewczyny metodami znanymi dzisiaj jako molestowanie, a owe dziewczyny piszczały z radości, że mają wzięcie.
– A jak ja swoją starą poznałem? Na zabawie w remizie. Wziąłem do tańca i łap za cycki! – zaśmiał się mąż.
Żona udała zgorszoną:
– No wiesz stary, takie rzeczy opowiadać. Młodzież słucha….
– Niech się uczy!
Nie było jak wypróbować nauk męża. Co z tego, że były cycki…. Nie było remizy, nie było tańców… Był tylko przedział w pociągu stojącym już drugą godzinę na śmierdzącym dworcu Warszawa Zachodnia.
– No stara, wyciągnij …. pod te stare, dobre czasy… – mrugnął do żony autor nieprzyzwoitych wspomnień.
Żona otworzyła dużą torbę, którą trzymała na siedzeniu pod oknem. Światu ukazała się półlitrowa butelka z czerwoną naklejką, charakterystyczną dla najpopularniejszego napoju czterdziestoprocentowego w ówczesnej Polsce.
– To nie byle co, to swojska wódka. Zdrowa, z polskich ziemniaków. Sam robiłem – oznajmił szeptem mąż.
Samotny pan rozejrzał się z niepokojem wokół:
– W pociągu to można tylko piwo….
– E tam, kto będzie nam zabraniał. Oni mają teraz ważniejsze sprawy na głowie. Zastanawiają się co z nami zrobić. Jest tylko jeden problem…. kieliszka nie mamy…
I wtedy odezwała się najbardziej milcząca starsza pani:
– Może i coś by się znalazło…
Z czarnej torebki wyciągnęła małą metalową „piersiówkę”, która zamykana była tzw. „naparstkiem”, służącym do picia zawartości pojemnika.
– Bo ja tak sobie biorę trochę wiśnióweczki na drogę, tak na rozgrzewkę…. – próbowała się wytłumaczyć z posiadania tajnego naczynia na alkohol.
Wszyscy machnęli na te słowa ręką. Czerwiec, lato, temperatura wybitnie plusowa… kto uwierzy w rozgrzewkę. W każdym razie mieliśmy podzielnik. I dobrze nam się dzieliło zdrowy, na naturalnych produktach napój wyskokowy.
W trakcie wznoszenia toastu „za zdrowie pań”, zachrzęścił dworcowy głośnik.
– Pociąg pospieszny do…. stoi na torze…. przy peronie…. planowy odjazd pociągu o 1.32.
Spojrzeliśmy na zegarki. Za dziesięć minut. Zatem ruszamy w dalszą podróż.
Pociągi ruszały średnio co dziesięć minut, w takiej samej kolejności, w jakiej wyruszały z dworca Wschodniego. Przed nami odjechała Bogatynia. Wreszcie i na nas przyszła kolej, żeby kolej wypuściła nas w Polskę.
Kiedy ruszyliśmy, w pociągu zaległa cisza. Wszyscy stanęli przy oknach w przedziałach i na korytarzu. Mijaliśmy Ursus.
Nic się nie działo. Ciągniki stały grzecznie na placu. Ulice były oświetlone. Ktoś dostrzegł jadącą ciężarówkę, inny tzw. „polewaczkę”, duże auto rozbryzgujące wodę na jezdnię w celu umycia jej….
Wróciliśmy na swoje miejsca. Zasłoniliśmy okno i drzwi. Wreszcie dopadło nas zmęczenie. Próbowaliśmy zdrzemnąć się.
Na dworze świtało.
Do Wrocławia dojechaliśmy z pięciogodzinnym opóźnieniem. Po drodze zatrzymywaliśmy się w szczerym polu, na stacjach, na których pośpieszne nie zatrzymują się.
Opuścił nas starszy pan i dwóch chłopaków. Wyściskaliśmy się i pożyczyliśmy sobie wzajemnie kolejnego spotkania w podróży, tym razem bez nieplanowanych postojów. Nasz pociąg podzielono na dwa. Jeden pojechał do Jeleniej Góry, drugi do Kudowy i Stronia.
W trakcie przetaczania wagonów, usłyszeliśmy, że pociąg pośpieszny z Warszawy Wschodniej do Bogatyni jest opóźniony o sześć godzin, a opóźnienie może ulec zwiększeniu. Wiadomo, ten jechał przez Radom. Zastanawialiśmy się, czy pasażerom wystarczyło kawy….
W Kłodzku opuściłam przedział. Podziękowałam za przyjemną podróż. Pomachałam ręką na pożegnanie.
Bo dziwne to były czasy…. człowiek spędzał czas z nieznajomymi w pociągu, opowiadał intymne szczegóły z życia, a potem wysiadał, zapominał twarze…. historie…. A w drodze powrotnej ponownie spotykał nieznajomych, ponownie opowiadał …. W swoim życiu ani razu ponownie nie spotkałam nikogo ze swych pociągowych znajomych….
Taksówką dotarłam do małego domku swej rodziny. Otworzyłam furtkę, zaciągnęłam się wonią różanego ogrodu. Po cuchnącym dworcu i w sumie nie mniej pociągu, zapach róż na chwilę mnie odurzył. Nacisnęłam klamkę w drzwiach. Tu nigdy się nie pukało.
Zamknięte.
No nie, jeszcze tego brakowało.
Już chciałam udać się na drugą stronę domu, gdzie był ogród warzywno-sadowniczy, by zasnąć w cieniu porzeczek i jabłoni, kiedy przypomniała sobie, gdzie jest klucz.
Pchnęłam mocno jedno z okienek korytarza, sięgnęłam ręką. Był.
Weszłam do środka. Ponownie zamknęłam drzwi na klucz i odłożyłam go na poprzednie miejsce. Skorzystałam z toalety. Wymyłam ręce i twarz. O nie, na razie żadnej kąpieli, żadnego prysznica. Wtoczyłam się na poddasze, które zajmowała ciocia. Z kuchni wchodziło się do pokoju. Zrobiłam sobie herbatę, kanapki i zamknęłam się w pokoju. Wypiłam, zjadłam i zasnęłam jak niemowlę.
Kiedy się obudziłam, przez okno zaglądało słońce. Racja, tu jest bardziej zachód niż południe. Zbliżała się osiemnasta. Za drzwiami w kuchni słyszałam kroki i pochrząkiwania. Pewnie ciocia. Kochana, dała mi się wyspać. Wstałam, przeciągnęłam się i otworzyłam drzwi.
Ciocia stała ze szklanką w dłoni.
Upuściła ją.
Herbata rozlała się po podłodze.
Przeraźliwie krzyknęła.
Ciocia, nie herbata.
Obok niej na szczęście stało krzesło.
Usiadła.
Z dołu przybiegła kuzynka.
Za nią kuzyn.
O rety, ale mam wejście – przemknęło mi przez myśl.
– Boże, co się stało!? – ryknęła kuzynka – Ciociu, co ci jest? A ty skąd się tu wzięłaś?
– No ja, z pokoju… – odezwałam się cicho i niepewnie, bo nadal robiłam za ducha lub bliżej nieokreślone widmo.
Kiedy ciocia już doszła do siebie, opowiedziałam historię podróży. Przez kilka dni byłam bohaterką rodziny. W Wałbrzychu też. Wszędzie kazano mi opowiadać, jak mijałam Ursus i ile opóźniony był pociąg do Bogatyni. O kawę nikt nie pytał.
A potem wszystko umilkło. Siedemnastego lipca rozpoczęły się Igrzyska Olimpijskie w Montrealu. Nocami pasjonowaliśmy się meczami piłki nożnej, ręcznej i oczywiście siatkówki. Podziwialiśmy naszą Irenę ustanawiającą rekord świata na 400 metrów. Zdobyliśmy 26 medali olimpijskich, w tym siedem złotych.
A Ryszard? Cóż, wspólne nocne oglądanie sportowej rywalizacji zaprocentowało nowymi znajomościami. Ryszard zniknął z mego życiorysu. A czy w ogóle był?
foto – Ciocie z Kłodzka przed swoim domem, po lewej legendarne okienko…. nie, juz do domu nie wejdziecie…. domu nie ma….
Autorem fragmenty powieści "Żyłam sobie w PRL - u (15)" – jest Grazyna KS. Wszelkie prawa autorskie do fragmenty powieści należą do autora. Kopiowanie, rozpowszechnianie, publikowanie lub jakiekolwiek wykorzystanie utworu w całości lub w części, bez uprzedniej pisemnej zgody autora, jest zabronione. Niniejszy utwór został opublikowany na portalu poezja-proza.pl w celu promocji twórczości autora oraz dla bezpłatnej lektury czytelników. Zachęcamy do zapoznania się z innymi publikacjami portalu, takimi jak wiersze, haiku, opowiadania, dzienniki, listy, recenzje, oraz myśli autorów.
diflucan 150 mg
diflucan 150 mg
diflucan over the counter nz
diflucan over the counter nz
zoloft medication for anxiety
zoloft medication for anxiety
cialis dapoxetine
cialis dapoxetine
topical antibiotics
topical antibiotics
Uwaga! Jakiś spam grasuje! Jak go wyłączyć?!
Jako autorka tekstu masz możliwość kasowania dziwnych komentarzy. Tak myślę!
Spróbuj. Pozdrawiam 🙂
No własnie, szukam jakiejś ikonki i nie wiem, gdzie coś takiego jest…