Autor: blindniemy

1

HAiKU

GOŁO(W)SŁOWIE

listowie ściele
drzewom układając sny –
nagie gałęzie

***
szeptem jesiennym
wiatr obnaża gałęzie –
wersami liści

***
zgubiły liście
krzewy i senne drzewa –
kołysze słota

————————– 21 września 2013

LIŚCIE MALUJĄ JESIEŃ

piórem na liściu
mieszka lato w mej skórze –
zanotowane

***

pachnie dziś lato
za klamkę jesień trzyma –
skrzypią drzwi zmianą

***

chyli się lato
jesieni dywan gotów –
czekają liście

***

jesiennym liściem
trawy kolorem płoną –
drzewom wyrwane

——————- ~blindniemy 31 sierpnia 2013

❤️
2
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
2

Déjà vu – KOMU OCZY

do wiosny oczu

była zaledwie chwila
ciągnąca się latami sekund,
w których Bóg, znudzony liniowością czasu,
zaczął zwijać godziny w ciasne spirale,
by zmieścić w nich cały Twój szept i każde niewypowiedziane ,,czekaj,,

niejedną skargę
szron położył na usta,
kropkami wspomnień
spadającymi nisko,
aż zaczęły wyrastać z nich szklane kwiaty,
których płatki dzwoniły przy każdym oddechu,
karmiące się chimerycznym strachem
strzępów uniesień.

opisem przyjaznym,
ale napisanym atramentem z mgły i zapomnienia,
kreśliliśmy bezpieczne strony,
pełne połamanych serc,
które w lustrze obłędu dojrzeń
zaczęły nagle bić w rytmie odwróconym,
pompując czyste światło zamiast krwi,
aż staliśmy się przezroczyści dla siebie nawzajem.

to nic, gdy boli uśmiech,
gdy zadrży powietrze
ciepłem umykających słów,
które Bóg łapał w niewidzialną sieć,
by wyświetlić zalążki dobra
na wewnętrznej stronie Twoich powiek,
tworząc tam kino z naszych najskrytszych pragnień.

początkiem zdań trafiały w serce duszy,
przebijając je igłą z gwiezdnego pyłu,
szyjąc na nowo rozdarcia w tkance istnienia,
by nie uciekało z nas to, co w nas najkruchsze.

jakże jasno świecą krawędzie szczęścia,
wplecione w każdy wysiłek wyciągniętych dłoni,
które w pewnej chwili stały się korzeniami,
wrastając w beton ulicy spojrzeń.
Tam, wejrzeniem dnia pośród domów,
gdzie okna są oczami, a drzwi – otwartymi ustami,
gdy wszystkie zegary w jednym momencie
wybiły epilog pragnień,
a wskazówki wygięły się w znaki zapytania,
pytając o cenę jednej sekundy bez Ciebie.

Bóg wtedy uśmiechnął się szeroko,
rozrywając horyzont jak stary arkusz papieru,
krusząc nieprzygotowane myśli,
z których sypał się srebrny piasek,
zasypując ścieżki prowadzące do wczoraj,
by nie było już drogi powrotnej do samotności.

odmierzyły chwile niewczesne,
odmierzyły dystans między szeptem a krzykiem,
między dotykiem a wspomnieniem dotyku,
a po drugiej stronie,
po błękit – skąpany przystanek,
gdzie czas stoi w kolejce po bilet do wieczności,
czekają Twoje usta,
zakwitłe nagle błękitnym mchem,
pachnące deszczem i pierwszym świtem świata.

——————————
widziałem… na spacerze,
jak Bóg zawiązywał sznurowadła Twoim cieniom,
byś nie uciekła zbyt szybko
z krawędzi tego snu,
zanim nauczę się czytać z Twoich oczu
całą mapę nieba.

❤️
5
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
1
1

Boska – Zielna

niebem
do­pełniona cała
mat­ka niemowlęcia

uf­ność dusz
za­nurzasz w dziele –
zdro­ju miłosierdzia

Tyś królową – zielna

Bożym owocem
karmisz

cierpisz

nie pomijasz
nieuf­ności serc

czy i ja – dziś
spojrzałem
zbyt wysoko?

❤️
6
👍
1
⭐
0
💡
1
❗
3
📖
2
1

Na dobranoc – ON

zwykłe słowo niech leży przy mnie, jak koc na ramionach,
a po świt odłóż je—już teraz niech noc prowadzi.
we śnie przyjmuję spokój, nawet jeśli go nie rozumiem,
Wszechmogący, przy mnie bądź, bo cisza też ma sens.

niech pokusa prawa natury traci głos we mnie,
niech znika aromat piekła—odkąd wybieram drogę.
bez pytań, bez wyroków, bez cierpień, co wracają,
niech dzień zamknie się łagodnie jak drzwi w domu.

we mnie jeszcze dziś zostały ślady wahania,
ale już nie muszę ich nosić jak ciężar.
palcem skazującym nie dotykam cudzych ran—
zostawiam to Wszechmogącemu, co widzi dalej niż ja.

naiwność błędnych dróg już nie prowadzi mnie za rękę,
bujanie w obłokach niech rozpuści się jak para nad szklanką.
puste serce, jeśli się zgłasza—
niech usłyszy: Ty masz do mnie wejść, a ja mam się uczyć spokoju.

dzień uchybień może szeptać, może straszyć,
lecz ja odpowiadam ciszą.
bez pytań, bez zwątpień, bez wyroku:
tylko „przy mnie bądź”, Wszechmogący.

a gdy noc się przechyli ku świtowi,
niech moje dłonie złożą się w gotowość.
Wszechmogący, prowadź mnie łagodnie jutro—
dziś tylko odpocznij we mnie.

Z ciszą mnie ułóż.
Uspokój serce.
Amen.
—————————————–
widziałem .. ……..

❤️
6
👍
1
⭐
0
💡
1
❗
1
📖
1
0

Na dobranoc – ONA

Zwykłe słowo, z którym zasypia się lepiej,
po świt—zostawiam je na brzegu dnia, na chwilę.
Niech przyjdzie cisza, co układa sprawy w łagodność,
i niech w sercu gaśnie hałas, a rośnie światło.

Wybieram sen: jak dar, nie jak ucieczkę.
We śnie przyjmuję pozy, o których nie mam pojęcia—
jak dłonie, co odpoczywają, choć nie wiedzą, jak trzymać,
jak oddech, co uczy miękkości, gdy ciało milknie.

A jednak pamiętam—że nawet w nocy nie jestem sama.
Bo w pokusie prawa natury, gdy łatwo pomylić drogę,
dostrzegłam aromat piekła: nie tylko w dymie i w grozie,
lecz w tym, co kłamie mi cicho, że sama dam radę.
Wysiłek drogi, by nie osiągnąć—
budowy muru pustego serca,
które raz po raz próbuje udawać, że jest w porządku.

I bujanie w obłokach co dużo chce,
i jeszcze więcej oczekuje—
aż w końcu naiwnym piórem nakreśla błędne drogi.
Egotyczną duchowość noszę czasem jak płaszcz,
choć pragnienie zostaje bez tchu, bez owocu, bez śladu.
Zamazuję horyzonty, gdy patrzę tylko na siebie,
palcem skazującym dotykam cudzych win,
a to, co we mnie krzyczy, udaje, że śpi.

Lecz dziś dzień cały widzę jasno—
emocje drogi uchybień, serce, co staje dęba,
i czucie serca: kiedy boli, to chce mnie ocalić.
Bez pytań, wyzwań, zwątpień—
bez wyroków, bez twardych słów,
bez kręgów cierpień, które lubią wracać do siebie.

Niech to będzie modlitwa prostsza niż mój strach:
Wszechmogący, prowadź mnie tam, gdzie nie muszę udawać.
Ustaw mnie na właściwym miejscu: w prawdzie, w pokorze, w świetle.
Złóż moje pragnienia w dłoniach,
żeby nie były już biczami, tylko drogowskazem.
Spraw, by puste serce nie było pustką—
lecz początkiem miłości, która w Tobie ma dom.

Kawa osładza mi pierwsze nuty dnia,
ale jeszcze wcześniej osłodź je Ty—
gdy wstaję, gdy myśl biegnie, gdy ręka szuka sensu.
Niech słowo, które wypowiadam szeptem, niech będzie Twoim szeptem:
„Ufaj”, „trwaj”, „jestem blisko”, Wszechmogący.

Na dobranoc zatem składam to, co we mnie trudne,
jak okno uchylone—dla światła, dla ciszy, dla nadziei.
I zanim sen przykryje mnie miękką zasłoną,
powtarzam: niech noc uczy, że zawierzenie jest spokojem,
a oddech wraca do rytmu Twojej obecności.

Amen
—————————–
widziałem na spacerze…

❤️
5
👍
1
⭐
0
💡
1
❗
1
📖
1
1

…

są wersy tak obrazowe i szczere, że aż się same prosiły, żeby je rozwinąć w modlitewny szept

❤️
5
👍
3
⭐
0
💡
0
❗
2
📖
1
1

Déjà vu — z mgły na moście

Zanim rozstania ustalą brzegi,
lubię ostatnie kroki, co zsyłają wiatr —
proste, wolne, jak oddech przed skokiem.
Most jeszcze płonie; pachnie chwilami:
cudownymi, ważnymi, przylepionymi do pamięci
jak mokry papier.
Może nie wiesz, że mosty mają serca —
belki pulsują, rdza opowiada, szyny chichoczą.
Płoną długo, powoli; żar nie spada nagle,
rozgrzewa dni, rozciąga pamięć,
aż słowa stają się lekkie jak popiół.

Na moście wdech waży jak przysięga,
krok to świadectwo, że odejście może smakować świtem.
Widziałem to na spacerze — cień twojego płaszcza
przemykał między słupami i znów wracał do kształtu.
Poczułem wtedy ingerencję — drobną, bez hałasu:
czyjaś dłoń poprawiła linę, czyjaś cisza rozwiała mgłę.

Może to Bóg — może imię bez twarzy —
schodzi z nieba jak płachta światła,
dotyka pękniętych guzików wspomnień.
Jego opieka nie daje huków; to miękka naprawa dnia:
podkłada podpórkę pod drzemiący pomost,
dotyka mapy twojej drogi, odwraca wiatr,
by list nie poleciał wprost do rzeki.

Most płonie dalej, ale inaczej —
ogień spala lęk, wykuwa pamięć, otrząsa uczucia,
by z popiołu wyrósł nowy most.
W opatrzności jest miejsce na niepewność:
Bóg nie prowadzi za rękę jak przewodnik,
on śpiewa cicho, kładzie kamień, pozwala skrzypieć belkom —
byś znał ich siłę.

Kiedy odchodzisz — krok po kroku —
most zostawia świetliste nitki,
ktoś inny je zbierze i zwiąże z powrotem.
Na zawsze — mówi most — ale na zawsze
to obietnica, która pozwala iść.

I znów idziesz. Ktoś cicho doprowadza drogę do światła.

❤️
7
👍
0
⭐
0
💡
1
❗
1
📖
0
0

cisza którą znasz

wielkość kruchości twarzy — jak talerz szkła
pod światłem, którego nikt nie trzyma,
na granicy słów, gdzie milczenie
rysuje mapy dłońmi, których nie dotkniesz.
i… skąd te nieba? — pytasz cicho,
a niebo odpowiada przez żagiel pyłu
unoszący się nad pęknięciami dachów.

ptak przechodzi przez palec godziny jak przez drzwi,
zostawia na skórze ślad światła – wygląda jak pamięć.
nie trzepocze — przesuwa powoli, jak oddech między słowami,
jego pióra są listami, których nikomu nie przyszło otworzyć;
kiedy odchodzi, na nadgarstku zostaje mała zatoka ciszy,
w niej mieszka twoje imię i uczy się mówić powoli.

gorliwości — małe ognie pod językiem,
palą tylko to, co już nie woła,
posprzeczane z ramionami pozbawionych objęć,
jak emocjonalne odrętwienie — nie twoja wina.
uparcie brnące w czerni — buty bez podeszwy
przemierzające ulice oddechu, szukając przewodnika,
zasnute mglistym cieniem zakamarków — tam, gdzie pamięć
chowa klucze i nie odzywa się do telefonu.
pozorne… najważniejsze — jak rysy na twarzy,
które myślą, że są historią, a są jedynie lustrem.

po omacku — palce próbują ułożyć alfabet zamkniętych rozdziałów,
skrycie — szept między piętami, nie chce się ujawnić.
wołają o światło błękitu — nie gwałtowne, lecz jak oddech:
niebo przeciąga się nad pokojem, jak kot, znający twoje imię,
zostawia na skórze zimno, pamięta twoje wspomnienia.
błękit przychodzi powoli, niespieszny jak posłaniec boskich dłoni,
nakleja znaki na brzegi dni i odgarnia kurz z twych powiek.

po dziesiąte… nie pytaj dlaczego —
nie dlatego, że odpowiedzi nie ma,
lecz dlatego, że odpowiedź będzie miała twój głos
i nie wytrzymasz jej dźwięku bez uśmiechu.
Bóg — jeśli chcesz go wplątać w ten przekaz ciszy —
jest strażnikiem zapomnianych pragnień, podlewa noc,
jest niewidzialnym palcem, poprawia twoje włosy,
gdy śnisz na stojąco,
jest klinem światła, wbijającym między żebra bez hałasu,
i jednocześnie restauracją, serwując tylko ciepłe wspomnienia.

ingerencja — jak ręka – przestawia meble przeznaczenia,
czasem delikatna, czasem brutalna jak ptak, co zabiera klucze.
opieką — gdy dowiesz się, że ktoś liczy twoje oddechy
i zapisuje je na kartkach, których nie ma.
a może to tylko twoje własne palce, czeszą ci włosy w nocy,
albo cień twojej matki, przechadza się we śnie.

w ciszy, którą znasz, są małe miasta nieprzespanych myśli:
ulice wyłożone porcelaną wspomnień, tramwaje bez pasażerów,
herbaty, stygnące zanim zdążysz pomyśleć o słowie „dom”.
i są tam drzwi — raz zamknięte, raz uchylone —
czasem przechodzi ktoś z latarką,
odbija w nich wibrujące światło jak monety, rozrzucone
na dnie twojego serca.

nie pytaj dlaczego — zapytaj raczej: kto narysował tę bliznę
na szyi nieba, co świeci jak katalizator ciszy?
kto podlewał twoje rysy błękitem, aż stały się mapami?
kto przyszedł w nocy z nożem, żeby naciąć milczenie
i zalać jego wnętrze ciepłem, którego nie umiesz nazwać?

a kiedy odpowiadać będą tylko cienie i echo twojego oddechu,
pamiętaj: czasem ingerencja to podanie ręki bez słowa,
czasem opieka to milczący akt, nie żąda pamięci.
wtedy cisza, którą znasz, staje się pokojem — nie pustką —
i w tym pokoju niebo rozkłada kolano
i tuli twoją twarz jak filiżankę porannej herbaty,
a ty wreszcie możesz odłożyć talerz szkła
i zobaczyć, że twoje dłonie wychowały nowe słowa.

============================
widziałem na spacerze

❤️
10
👍
1
⭐
0
💡
3
❗
2
📖
2
1 – 2 – 3 – 4 – 9 –