Kategoria: 1. Poezja

Żyłam sobie w PRL - u (21) | gest 3 0

Żyłam sobie w PRL – u (21)

Żyłam sobie w PRL – u (21)

1980 (3)

Pociąg przyjaźni (2)

Ale przede wszystkim tato przywiózł wspomnienia.
– Wielki stadion w moskiewskich Łużnikach…. Ludzi masa… My też siedzimy… Lekkoatletyka… Cholera jasna, nie wiadomo w którą stronę patrzeć, jak to na takich zawodach. Blisko nas skocznia do skoku o tyczce. Póki co pusta. No to siedzimy nadal. Wreszcie idą zawodnicy. Są, są nasi! I się zaczęło!
– Wiemy, widzieliśmy w telewizji – oznajmia ojcu pozostała część rodziny.
Tato macha lekceważąco ręką:
– E tam w telewizji, a ja na żywo! Ja na żywo! Widziałem jak skoczył i pokazał im wała! O takiego! – tu ojciec zgiął lewą rękę, przełożył przez zgięcie prawą i pokazał uznawany do tego czasu za wulgarny gest, znany od 30 lipca 1980 roku jako gest Kozakiewicza.
Taki bowiem gest, pokazujący bratniemu narodowi, że ma się go gdzieś, pokazał nasz skoczek o tyczce Władysław Kozakiewicz zdobywając złoty medal olimpijski. Ile potem było z tego powodu krzyku, wrzasku, interpretacji, o tym wie do dziś cały internet. Wystarczy wpisać „gest Kozakiewicza” i wszystko jasne.
Przez kolejne lata swego życia, przy każdej okazji, podczas każdego oglądania w telewizji owego gestu, mój ojciec wykrzykiwał, że był naocznym świadkiem. Podbiegał do telewizji i pokazywał tłum ludzi siedzących za skocznią:
– O, tu siedziałem, tu siedziałem! – krzyczał do czarno-białego ekranu.
Przywiózł ze sobą również ciekawą wiadomość.
Otóż w Charkowie wyszedł z hotelu po papierosy. Przed czymś podobnym do kiosków dawnego polskiego „Ruchu” spotkał ….. kolegę z Wałbrzycha. Też szarego, zwykłego pracownika biurowego, który też otrzymał propozycję nie do odrzucenia, żeby jechać „pociągiem przyjaźni” na igrzyska. Obaj panowie rozejrzeli się wokół ludzi jadących z nimi i stwierdzili, że spora grupa to taki zwykły proletariat… A chodziły słuchy, że pociągi przyjaźni tylko dla wybrańców i aktywistów. …
Dziwili się więc dwaj przyjaciele z Wałbrzycha, oj dziwili popijając „Stolicznają” procent 40, dlaczego są tu gdzie są, dlaczego piją z butelki radzieckiej a nie polskiej…

Po tym, co wydarzyło się w kraju w kolejnym miesiącu, można wysunąć teorię spiskową, że owi zasłużeni aktywiści czuli lub wiedzieli, że coś się szykuje i trzeba być w Polsce, a nie szlajać się po jakiś igrzyskach….

Zanim jednak wszystko walnęło, ja pojechałam na obóz wędrowny z ukochanym Robertem….

❤️
1
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
0

ZROZUMIENIE BEZDOMNOSCI

Może ktoś zrozumie że są ludzie bezdomni
zawsze byli ludzie bezdomni
czy się komuś to podoba czy nie

może ktoś dojrzy w tym brudzie człowieka’ co zamiast domu ma tylko cień muru
otwarte serca to rzadkie momenty
w zmęczonych oczach lśni beznadzieja
gdy pusta przed tobą mroźna zimowa aleja
może ktoś w tym nieładzie dojrzy człowieka co pod łachmanem odzieży serce ma

bo zawsze jest był i będzie człowiek
co nie ma miejsca by skłonić głowę
niech więc ta wieka beznadzieja
prowadzi myśl tam gdzie mur się kończy

w tej beznadziei co kłuje w oczy
tętni najczystszy ludzki sens
nim mrok ostatni nas otoczy
i zamknie ciszę pośród rzęs

❤️
4
👍
2
0
💡
0
0
📖
0
0

FAKT ISTNIENIA

Chcesz wytłumaczyć każdy gest i trud
jakbyś przed własnym cieniem uciekał

prawdziwa prawda milczy nie wymaga słów

to co autentyczne nie wymaga ozdobników
ani próby upiększania
osiąga swoją pełnię
kiedy nie trzeba już mówić
bo wszystko jest wypowiedziane
przez sam fakt istnienia

❤️
1
👍
2
0
💡
0
0
📖
0
Żyłam sobie w PRL - u (20) | pociag przyjazni 2 0

Żyłam sobie w PRL – u (20)

Żyłam sobie w PRL – u (20)

1980 (2)

Pociąg przyjaźni (1)

Zanim jednak ruszyłam z Robertem na trasę, w moim domu doszło do prawdziwej sensacji. Oto z zupełnie nieznanych powodów i w zupełnie nieoczekiwanym czasie mój ojciec dostał zaproszenie do podróży, w podróż? Sama nie wiem, jak poprawnie napisać. W każdym razie wezwano go do dyrekcji i zaproponowano wyjazd tzw. „Pociągiem Przyjaźni” na Igrzyska Olimpijskie. Odbywały się one wówczas na terenie zaprzyjaźnionego ustrojowo państwa, które jak wiemy zwało się Związkiem Radzieckim.
„Pociągi Przyjaźni” kursowały między Polską a ZSRR i woziły ludzi, jak to pociągi oczywiście. Tyle tylko, że były to kursy typu wycieczkowego. Zwiedzało się albo Kraków albo Kijów, a podróżni spotykali się z mieszkańcami zwiedzanego miasta pod szyldem rozwijania braterskich stosunków w imię hasła „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się!”
Na wycieczkę takowym pociągiem chyba trzeba było sobie zasłużyć. I chyba takowa podróż była bardzo tania lub wręcz bezpłatna.
Mój ojciec był w siódmym niebie.
Nie, nie z powodu proletariatu czy braterstwa.
Z powodu igrzysk olimpijskich!
Sport w postaci bycia kibicem odgrywał w życiu naszej rodziny nadrzędną rolę. Głównie w Wałbrzychu. W niedzielę część ludzi szła do kościoła, a my zasuwaliśmy na mecz. Wśród znajomych rodziców najwięcej było sportowców, działaczy sportowych i oczywiście cała rzesza, jak to się dziś mówi, braci po szalu. Kiedy w naszej ojczyźnie uruchomiono drugi program telewizji polskiej ( 2 października 1970) w wielu domach wybuchały awantury o to, co oglądać. Polak nie był przyzwyczajony do dokonywania wyboru.
Najgorzej ponoć było, kiedy na „Jedynce” leciał mecz, a na „Dwójce” komedia romantyczna. W praktycznie każdym domu była awantura, bo facet chciał mecz, a kobieta film.
W każdym, ale nie moim. My zgodnie zasiadaliśmy przed telewizorem, by oglądać mecz.

Euforia mego taty z powodu możliwości wyjazdu i oglądania sportowych zmagań na żywo nie była dziełem przypadku. Fakt, iż igrzyska odbywały się na terenie bratniego kraju był bez znaczenie. Gdyby sportowcy zlecieli się do Czadu albo na Grenlandię, każdy z członków naszej rodziny też by tam pojechał.
Więc ojciec pojechał.
I wrócił.
Zachwycony, zadowolony i szczęśliwy.
Tego szczęścia nie rozumieli ludzie, którzy w ogóle sportu nie rozumieli.
– A ile zarobiłeś na tym wyjeździe? – pytali.
Tato robił minę typu „puknij się w czoło” i odpowiadał:
– Ja zarabiam w pracy. Tam pojechałem na igrzyska.
Nieznającym rzeczywistości głębokiego PRL-u wyjaśniam. Polak wyjeżdżający za granicę, zwłaszcza do bratnich krajów socjalistycznych, zawsze brał coś na handel. Kupował na przykład takie jeansy polskiej marki „Odra”, odpruwał polską metkę, naszywał taką z napisem „Levis strauss” ( łatwa do kupienia na bazarach) i sprzedawał spodnie jako amerykańskie. Miał na tym sporą „przebitkę” czyli zarabiał.
Działania takie były wówczas nielegalne, bo wiadomo, dziwne to były czasy. Nazywały się przemytem lub spekulacją. Nie odstraszało to rodaków od kontynuowania owych działań na terenie wszystkich państw Układu Warszawskiego. A więc do ZSRR woziło się spodnie, a przywoziło złoto, bo ono tam było znacznie tańsze niż w Polsce. Oczywiście też się je przemycało, bo bracia zza Buga musieli trzymać rękę na pulsie, znaczy się złocie. Bali się, że Polacy wywiozą je wszystkie.
Mój ojciec spodni nie zabrał, ale złoto przywiózł. Legalnie legalną dozwoloną ilość. Jedną obrączkę, za przewóz której zapłacił cło.
To był prezent dla mamy. Rodzice nie mieli złotych obrączek.
Oprócz tego przywiózł sportowe programy pisane cyrylicą. Czytałam i tłumaczyłam. Sportowe wpinane znaczki z symbolami olimpijskich konkurencji. Bilety wstępu na areny sportowych zmagań. Porcelaną maskotkę igrzysk misia Miszę. Dwie albo trzy chusty z symbolami olimpijskimi.
Oglądaliśmy wszystko jak relikwie. Tak, ojciec był, a my mieliśmy jedynie telewizor, i to czarno-biały….
cdn.
całość tu https://www.czarownice.kosz.pl/opis-8-Zylam_sobie_w_PRL_u___Spis_tresci.php

❤️
2
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
2

Za rękę lubię trzymać tylko Ciebie

Za siedmioma górami tęsknoty
Na stromym brzegu najdalszego z mórz
Z sercem utkanym myślami o Tobie
Z miłością uplecioną z niespokojnych burz

Mogę przecież pozostać tu nadal sam
A Ty możesz mnie tylko lubić
Ale nie przerwę jedynej mojej drogi
By na Ciebie kiedyś zasłużyć

Wtedy nie wiem kompletnie
Czy gnać do Ciebie na ślepo
Czy kochać Cię wierszem jak dzisiaj
Nawet gdy już będziesz tak strasznie daleko

Mógłbym przecież próbować dla Ciebie
Wszystkie miejsca zdobyć na Ziemi
Może chociaż tak mogę być z Tobą blisko
A może jednak los sam się odmieni

Gdziekolwiek się teraz uśmiechasz
Oddycham każdą wspólną chwilą
Choć nie mogę Cię trzymać nawet za rękę
Oddałbym wszystko za Twoją miłość

❤️
2
👍
0
0
💡
1
1
📖
2
0

Chaos

Zostawiono wam miasta
jak stoły po zbyt długiej uczcie
okruszki błędów
plamy po gniewie

Ulice leżą jak stare blizny
na ciele ziemi
Powietrze ciężkie
od słów, które spadły
jak kamienie do studni

W gardłach
zaczyna rosnąć głos
najpierw mały
jak iskra w popiele
aż w końcu
wybucha wysoko

krzyk
uwalniający bunt.

❤️
4
👍
0
0
💡
0
0
📖
2
Żyłam sobie w PRL - u (19) | rok yrodzaju 1 1 0

Żyłam sobie w PRL – u (19)

Żyłam sobie w PRL – u (19)

1980 (1)

Rok urodzaju

„O roku ów! kto ciebie widział w naszym kraju!
Ciebie lud zowie dotąd rokiem ….. najważniejszych wydarzeń w powojennej Polsce” – zakończenie moje, reszta Mickiewicza.
No, bo taki był rok. Zwany czasami rokiem Wałęsy, rokiem Solidarności, rokiem skoku przez płot…. Jak zwał, tak zwał. Nie da się ukryć. Był ważny.
W moim życiu zaszły kolejne zmiany. Zdałam maturę, nie dostałam się na studia i rozpoczęłam pracę w małej szkole, daleko od szosy. Konkretnie cztery kilometry do najbliższego asfaltu. Po roku trafiłam do innej we wsi, do której asfalt już doprowadzono i cztery razy dziennie docierał tam autobus. Niosłam zatem kaganek oświaty i w sumie źle nie było. Pogorszyło się tuż przed „sylwestrem”…..

W ostatnią niedzielę starego 1979 roku, po mszy dla tzw. młodzieży, stanęliśmy przed kościołem z opuszczonymi głowami. Tragedia. Po prostu normalna rozpacz.

Nasza paczka nie miała gdzie witać Nowego Roku.

Dom każdego z nas zajęty był w „sylwka” przez starych, znaczy się rodziców i za chiny ludowe nie dało się urządzić balangi.
Mimo spotkania przed świątynią, co niektórzy siarczyście klęli.
– Ku…. pod most mamy iść!?
– W sumie pomysł niegłupi. Rozpalimy ognisko….
– Nie pier…. Zwiną nas.
– No i git. Przywitamy nowy rok w ciupie. Będzie ciekawie.
– Może wpadniemy do kościoła… Dla bezdomnych powinien być otwarty.
– Jeszcze nie piłeś, a już ku…. jesteś pijany.
Posypały się inne pomysły, za każdym razem głupsze. Kiedy sytuacja stał się na tyle krytyczna i groziła pomysłem na zbiorowe samobójstwo z powodu braku chaty na balangę, podszedł do nas. On. Jego status był dziwny. Niby należał do naszej paczki, ale od czasu zerwania ze mną sam nie wiedział, jak się ma wobec nas zachować.
Moja wielka miłość – Robert.
– Słuchajcie, ja mam wolną chatę…. – powiedział prawie szeptem.
Wywołało to entuzjazm grupy. Z wyjątkiem mojego. Nie wiem, jaką miałam minę, bo nie widziałam sama siebie. Musiała być nieciekawa, bo kumpel podszedł do mnie i też szepnął:
– No poświeć się dla grupy…
W sumie nie miałam wyjścia i poświęciłam się.
„Sylwek” u Roberta przebiegł w miarę spokojnie. Najważniejsze, że nie było żadnych par i nikt się po kątach nie obściskiwał. Zdarzyło się kilka niekontrolowanych sytuacji, ale to temat na powieść obyczajową, a nie historyczną.
Nowy 1980 rok przywitaliśmy zatem w gronie przyjaciół. Nic nie zapowiadało przewrotu sierpniowego. Nie pojawiła się żadna kometa. Żaden meteoryt nie walnął w trawnik obok bloku. Żaden zmarły nie powstał z mogił znajdujących się na cmentarzu w pobliżu mieszkania Roberta.

I tak spokojnie nadeszła wiosna. Pewnego dnia dyrektorka szkoły poprosiła mnie do gabinetu. Oświadczyła, że naczelne harcerstwo chce, by nasza szkoła zorganizowała obóz wędrowny dla uczniów. Ot, taka atrakcja dla dzieci ze wsi, żeby trochę świata zobaczyły. Pani dyrektor poprosiła, bym sprawę przemyślała, bo jestem młoda, energiczna i taki obóz mogę poprowadzić po drogach i bezdrożach jeszcze wówczas ludowej Ojczyzny.
Kochani, czy wiecie co to takiego był „obóz wędrowny?” Pewnie nie, oj dużo straciliście, dużo…
Polegał oczywiście na wędrowaniu. Wcześniej wybierano jedną z wielu tras umieszczonych w specjalnym przewodniku. Wybór trasy równoznaczny był równocześnie z zaklepaniem noclegów w tzw. schroniskach młodzieżowych, do których zmierzaliśmy. Dostawało się również mapy terenu, przez które przebiegała trasa. Forsę na obóz wykładał organizator, w wypadku mojej szkoły – Związek Harcerstwa Polskiego. Było to – uwaga! – prawie 90% całości kosztów! Uczestnicy dokładali niewiele. Sama uczestniczyłam w takich obozach. Wiedziałam, że to wielka frajda, a dzieciakom ze wsi, co to nawet na wakacje nie jadą do babci na wieś, bo babcia mieszka razem z nimi na wsi, odrobina luksusu się należy.
Problemem okazał się drugi opiekun, który był niezbędny do przeprowadzenia przez kawałek Polski dwudziestki dzieci.
Z mojej szkoły nikt nie miał na to ochoty.
Zaczęłam szukać wśród znajomych. Nic z tego. W końcu poszłam do kumpla, tego, który kazał mi się poświecić dla grupy w noc sylwestrową.
– Poświęć się teraz dla mnie! Masz wakacje, rusz tyłek. Jedziemy.
– W sumie…. – zrobił dziwną minę – ….. czemu nie…
Zabraliśmy się za wybór trasy, załatwianie formalności i zachęcanie młodych do wyjazdu.
W połowie maja kolega zadzwonił do mnie i poprosił o szybkie przybycie. Coś mnie w jego głosie zaniepokoiło. Pobiegłam. W przedpokoju ciężko wzdychając oznajmił:
– Ne mogę jechać z tobą na ten obóz.
Myślałam, że zemdleję. Przecież wszystko jest już gotowe!
– Nie mdlej. Mam zastępstwo.
Otworzył drzwi od swego pokoju. Chciałam zemdleć po raz drugi. Przy oknie stał Robert.

❤️
2
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
Z której strony jesteś? | ko 1 0

Z której strony jesteś?

Z której strony jesteś?

Zebrało mi się na klasykę. Klasykę klasyk. Do tego zapomnianą i …. chciałam powiedzieć wyklętą, ale współczesność tym słowem określa coś, przepraszam kogoś zupełnie innego. Autor „Kordiana i chama” Leon Kruczkowski został wymazany z historii literatury polskiej. Za ostro? Czyżby? Autor w/w książki oraz dramatu „Niemcy”, ongiś lektury obowiązkowe, został usunięty nie tylko z listy lektur, ale z nazw licznych szkół, które to nazwy zastąpiono innymi, jedynie słusznymi. Wiadomo, facet komunizował. Dosyć polityki. Przejdźmy do literatury. Od zupełnie nowego akapitu i nowego wątku.
Z polskim romantyzmem próbował już rozliczyć się Prus każąc niejakiej Izie Łęckiej olać niejakiego Wokulskiego. Nadal jednak wychwalał, Prus oczywiście, zrywy i porywy romantyczne tworząc sympatyczną postać Rzeckiego. Ale potem było gorzej. Wyspiański nie patyczkował się. W „Weselu” ustawił niedoszłych bohaterów w chocholim tańcu. O innych utworach rozliczających romantyzm nie wspomnę. Mój ukochany Żeromski też zrobił swoje. Co komu po romantycznych ideach zdają się pytać bohaterowie „Ludzi bezdomnych” czy „Przedwiośnia”. Dziś po romantyźmie Mickiewicza pozostało nam jedno – kochamy wszelkie klęsk, wszak tamta epoka z nich się składała.
Kruczkowski idzie krok dalej niż jego poprzednicy. Też rozlicza się z ponoć pięknymi ideami, ale inaczej. Jego „Kordian…” to obraz życia Polaków pod zaborem rosyjskim, tuż przed wybuchem powstania listopadowego. Są oczywiście spiskowcy, jest słynny Wysocki, który mówi:” Umiem strzelać i robić bagnetem”. To oczywiście wystarczy, by wygrać z zaborcą. Uf, przypomina się cytat z „Pana Tadeusza”, uznanego za epopeję narodową, bo zaczyna się od słów „Litwo! Ojczyzno moja!”
„Szabel nam nie zabraknie; szlachta na koń wsiędzie,
Ja z synowcem na czele, i — jakoś to będzie!” – mówi Sędzia w Księdze Szóstej.
Jak było, wiemy. Kruczkowski nie bawi się jednak w ironię czy sarkazm. Swą opowieść opiera na autentycznym pamiętniku Kazimierza Deczyńskiego, wydanego w 1907 roku. Postać tę czyni bohaterem utworu. Wywodzący się z chłopstwa nauczyciel jest owym „chamem”, jak określała ludzi niższego stanu szlachta. To właśnie ona była największym wrogiem ludu. To ona wyciskała z chłopów wszystko, co się dało. Nie uznawała sprzeciwu. Przekonał się o tym właśnie Deczyński. Czyż po doświadczeniach z panami dziedzicami, lud miał razem z nimi iść walczyć z zaborcą? Kim w ogóle był zaborca? Ciemiężycielem jest ktoś zupełnie inny…
Kruczkowski nie polemizuje z romantyzmem. On go rozlicza. Twardo i bezwzględnie. Tak jak Wyspiański w „Nocy Listopadowej”. Ów przedstawia sytuację, kiedy podchorążowie wychodzą na ulicę Warszawy, krzyczą „Do broni”, a mieszczanie po prostu zamykają okna…
Nauka na dziś? Dziwicie się co niektórzy, że pół Polski głosuje tak, a pół inaczej? Która część jest „Kordianem” ze szlacheckiego domu w wielkim mieście, a która „chamem” z prowincji? Poszukując odpowiedzi, przeczytajcie zapomnianego Kruczkowskiego….

❤️
3
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
11516171819202190