…
Niebo
Jest dzisiaj
białe
Jakby ktoś przykrył je
mglistą kołdrą
Ulotne chwile
nie trwają
(zbyt długo)
Wiatr
wzmaga drżenie liści
A blask latarni
iskrzy promieniami
współczesna twórczość literacka w świetle historii
Bankier na wyścigach
Wyczytałam, że Dick Francis, wł. Richard Stanley Francis, autor książki „Bankier” był dżokejem. Oczywiście po przeczytaniu powieści, jak zwykłam to czynić. W wyniku tej informacji, treść kryminały stała się jaśniejsza i oczywiście bardziej prawdopodobna. W sumie to lubię jak pisarz opisuje coś z tzw. własnego podwórka. Posiada merytoryczno – tematyczną wiedzę i można mu zaufać. Teraz dowiedziałam się, na czym polega różnica między końmi, które gnają szybko, a tym, co skaczą przez przeszkody. Do tego nabyłam trochę wiedzy na temat zagadnień rozwojowych i sposobów tego, co fachowo nazywa się „krycie” klaczy. Cóż, konie, zwłaszcza te najlepsze, nie mają czasu na miłość. Mają się rozmnażać, szczególnie wtedy, gdy kupiono je w tym celu. Za grube miliony. Na tyle grube, że trzeba było wziąć kredyt z banku. Poważny kredyt. Wysoki kredyt. I tu wkraczamy na kolejne terytorium powieści – do banku, co ma związek z tytułem.
Akurat o bankowych powiązaniach autora niczego się nie dowiedziałam, ale w tej dziedzinie też mamy tu sporo wiedzy. Tytułowy bohater pracuje oczywiście w banku i zajmuje się przydzielaniem owych kredytów. Zagłębiamy się więc w tajemnice pracy wnikliwego urzędnika, który najpierw musi wszystko dokładnie sprawdzić. Wszak sprawa dotyczy milionów. Czy przyszły kredytobiorca jest wiarygodny? Czy koń rzeczywiście jest tyle wart? Trzeba poznać jednego i drugiego. Ba, może się nawet zaprzyjaźnić z klientem? Wszystkie chwyty, oczywiście w stylu brytyjskim, dozwolone. Przy okazji zawsze poznaje się ciekawych ludzi. Z każdym można porozmawiać, na temat koni oczywiście. Lekarz – cudotwórca sprawia wrażenie lekko zakręconego, ale farmaceutka wydaje się być spoko. Z kobiet najważniejsza jest jednak żona kolegi z banku. Wątek miłosny, nie mylić z erotycznym, być musi.
Na tylnej okładce książki mamy fragment sugerujący, iż jest to kryminał, bo ktoś ma kogoś rzuca się z nożem. Rzeczywiście, po wielu stronach wprowadzających nas w świat banku i koni, rozpoczyna się intryga kryminalna.
Nareszcie, westchnęłam, kiedy ktoś kogoś zabił. Zarówno forsa w banku jak i wyścigi w Ascot zupełnie mnie nie kręcą. Kręci mnie koszykówka, w której dziecięciu facetów chce trafić do kosza. Innych ona nie kręci. Zatem z pełną wyrozumiałością traktowałam całe strony tekstu o koniach i bankowych kredytach na miliony.
Książka liczy sobie 336 stron. Dużo, jak na prostą akcję kryminalną. W momencie kiedy się rozpoczyna, można już domyśleć się końca. Wszystko ciągnie się i wlecze, w przeciwieństwie do końskich wyścigów. Tak po angielsku, tak powoli, żeby tylko czytelnika przytrzymać. I o dziwo, mnie obrazy w zwolnionym tempie jakoś przy tekście zatrzymały. Nawet trochę uspokoiły. Może dlatego, że bardziej kibicowałam wątkowi miłosnemu, który też ma swój finał?
Wiatr splątał włosy z oddechem
Nasze oczy połączone ciszą
Mamy dla siebie najpiękniejszych kilka słów
Fale tęsknoty delikatnie nas kołyszą
Morze gra naszą piosenkę
Wschód słońca ma kolor nadziei
Na piasku ślady bosych stóp
Nic już nie może nas rozdzielić
Czy możemy plażą sami dalej iść
Nie widząc tej drogi żadnego końca
Nasze dłonie splecione choćby milczeniem
Nie tylko do kolejnego zachodu słońca
Karmimy się każdym uśmiechem
Może to jedyne chwile, które mamy
Na końcu świata w ciepłym słońcu
Tylko tutaj możemy być wreszcie sami
Opowiadam Ci o wierszach
Ty o najpiękniejszej muzyce
Uśmiechamy się do siebie już nie tylko w snach
Wspólne bicie serc można usłyszeć
I jeśli świat musi się kiedyś skończyć
Gdzieś za linią miłości oceanu
Jutro też chodźmy na spacer bez mapy
Tak, jak pokochałem Cię bez żadnego planu
I znowu
nastał wieczór
I znowu
niebo w granacie
I znowu
czerwone dachy
(przykryte ciemnym płaszczem)
I znowu
pachnie powietrze
ziemią,
letnim wiatrem
i delikatnym deszczem
A wokół?
A wokół – świerszcze
I jeszcze (…)
I jeszcze
światła latarni
(spód których skrapla się)
Sierpień
niebem
dopełniona cała
matka niemowlęcia
ufność dusz
zanurzasz w dziele –
zdroju miłosierdzia
Tyś królową – zielna
Bożym owocem
karmisz
cierpisz
nie pomijasz
nieufności serc
czy i ja – dziś
spojrzałem
zbyt wysoko?
Kryminał pośrodkowy
Autor mi nieznany, seria obca, książka krótka. Oznacza to, że trzeba przeczytać do końca. A nuż zdarzy się coś wyjątkowego?
„Dzban miodu” autorstwa Gerta Godenga wyszedł jako pierwszy z serii „Krew i wino”. Tę serię wypełniły książki jego autorstwa opowiadające o przygodach Fredrica Druma, samotnego faceta po trzydzieste, znaczy się singla, lubującego się badaniem „starych kultur”, znaczy się tego, co dawno przeminęło z wiatrem. Nie było to jednak w żadnym USA, tylko w Norwegii z przelotem na stary kontynent, znaczy się do Europy. Facet jest również detektywem amatorem, a przede wszystkim znawcą win. Znaczy się napoju alkoholowego. Według informacji na tylnej okładce wydano dziesięć tomów, znaczy się tomików, opowieści z krwią i winem. Zabierzmy się na poważnie za recenzowanie pierwszej.
Licząca 184 strony pozycja literacka początkowo nie zachwyca. Nie dzieje się nic szczególnego. Norweg przybywa do cichego miasteczka we Francji, by kupić wino dla swej małej knajpki w ziemnej Norwegii. Miasteczko z wina słynie, zatem nasz bohater chodzi od winnicy do winnicy i próbuje. Można się upić. Zamiast niego, bo on się nie upija. Ale zaraz, zaraz…. Wszystko zaczyna się od tajemniczego pobytu w podziemiach! Zanim poznamy cała historię, dziwimy się tak samo jak nasz degustator.
Zdradziłam zatem początek. Całkiem dobry początek, bo wprowadza nas w tajemnicę. Wszak ma to być kryminał. Dochodzi do tego informacja, iż w miasteczku zaginęło siedem osób. Brak wspólnego motywu. Brak podobieństw. Same różnice. Czas na działanie. Fredric bierze się do roboty popijając oczywiście wykwintne wino.
I tak sobie ten kryminał leci. W sumie bez rewelacji. Spokojnie. Od czasu do czasu coś wstrząsa bohaterem i dotyka czytelnika, ale ogólnie jest spokój. Jak na powieść sensacyjną przystało oczywiście. Nudno nie jest. Wyraźny druk, normalna czcionka i interlinia powoduje, że litery ułożone w wyrazy czyta się bez problemu. Intryga też w sumie wciąga. Jednak nie pochłania całkowicie. Jeśli zaczęliśmy czytać po wstawieniu ziemniaków na gaz, możemy spokojnie czytanie przerwać, kiedy będą miękkie, te kartofle oczywiście. Potem spokojnie nakarmmy rodzinę i wróćmy do czytania.
Zakończenie może jednak nas zaskoczyć. Podziękujemy wówczas sami sobie, że obiad zjedzony. O ile intrygę łatwo rozszyfrować dość wcześnie, o tyle sposób jej prowadzenia jest w stylu horroru. A takie coś jak wiadomo, różnie bywa interpretowane.
Książka ma różne recenzje. Większość uważa, że jest spoko, ale nie porywa. Jej zaletą jest długość, czyli jak ktoś napisał „na kilka przystanków”, mając zapewne na myśli pociąg podmiejski, nie zaś pospieszny, nawet ten dawniejszy. Cóż, czytało się lepsze kryminały, czytało się gorsze. Ten jest po środku.
Alcohol Pharmacodynamics Alcohol Pharmacodynamics
Czas nie czeka... pędzi jak szalony... Pozdrawiam ciepło smoka... :)
🙂
Bywa, że chodzi krętymi drogami :)
Dziękuję Smoku! Wszystkiego dobrego życzę :)
Mijają noce i dnie, wieczory bez poranków czas ciągle płynie nie robi sobie przystanków starczyła tylko mała chwilka żeby Kapturek…
Smok też zagląda. Lubi ją taką, w samej ciszy...
Ono dość nieśmiałe jest i słabo zorganizowane w czasie. :))
Wiemy, wiemy też,że jak już nasyci oczy, to czyta też ciekawe recenzje. :))
Dobrze,że mnie nie widać, nikt nie reaguje torsjami, ani innymi dolegliwościami. A przecieź nie wszystko można zrzucić na ciążę Miłego…
Piękny, jak wszystkie Twoje wiersze. Całe życie czegoś się uczymy... Pozdrawiam :)
Piękne strofy! Zachwycasz... Pozdrawiam :)
Dziękuję 🧡
Lubię czytać Twoje wyjątkowe, piękne myśli. Pozdrawiam serdecznie :)