Miesięczne Archiwum: sierpień 2026

Hare Kryszna | hare 0

Hare Kryszna

Hare Kryszna

Tytuł może sugeruje powieść kryminalną…. Okładka – bardziej horrorowata. Treść – religijna. Jednym słowem mieszanka wybuchowa. Ale tylko pozornie. Książka jest bowiem wykładnikiem religii Kryszny, Boga (boga?) rodem z hinduizmu.
W naszej szerokości geograficznej Kryszna kojarzy się z ludźmi z bębenkiem, ubranymi oczywiście po hindusku, czyli ciuchy z Indii. Ludzie chodzą, są weseli, ich radość udziela się innym. Śpiewają.
Hare Kryszna Hare Kryszna
Kryszna Kryszna Hare Hare
Hare Rama Hare Rama
Rama Rama Hare Hare.
Często spotykałam ich w czasie pobytu w różnych miejscowościach typu wypoczynkowego. W październiku byli w Szczawnie Zdroju. Z uśmiechem podszedł do mnie jeden z nich i ofiarował dwie książki. Właśnie przeczytałam pierwszą.
Napisał ją Abhay Charanaravinda Bhaktivedanta Swami Prabhupada (1 września 1896 – 14 listopada 1977), duchowy, filozof i religijny nauczyciel z Indii, który rozpowszechniał mantrę Hare Kryszny oraz nauki „świadomości Kryszny” na całym świecie. Jak podaje wiele źródeł dzięki niemu ta religia znana jest na całym świecie. Napisał kilka książek, w których przedstawił jej założenia. Omawiana dziś przeze mnie jest jedną z nich. Treść ma fabułę. Oto Ajamila leży na łożu śmierci. Prowadził grzeszne życie. Nie przestrzegał czterech podstawowych zasad Kryszny. Są to: zakaz jedzenia mięsa, ryb i jajek, zakaz uprawiania hazardu, środków odurzających i używek oraz nielegalny seks.
I ile trzy pierwsze są doskonale rozumiane, to ostatni może u współczesnego człowieka z cywilizacji zachodniej wzbudzić nawet uśmiech. Kryszna bowiem zezwala na współżycie jedynie wówczas, kiedy jego celem jest spłodzenie potomstwa. Wszelkie inne cielesne zabawy, w celu uzyskania na przykład przyjemności, są nielegalne, zakazane i potępiane. Ale… jeśli w obliczu śmierci zaczniesz intonować święte imię boskie, może cię ono ocalić.
Oto do grzesznego Ajamila przybywają Yamaduci, pomocnicy Yamarajy, pana śmierci. To są ci źli. Chcą wywlec duszę i zabrać do swej krainy. Lecz nagle przybywają ci dobrzy – Visnuduci i mówią „Stop’. Umierający w ostatniej chwili żywota wypowiedział zaintonował święte imię Kryszny. To wystarczyło, by ocalał, a dla autora książki jest punktem wyjścia do omówienia zasad religii. Intonowanie boskiego imienia likwiduje grzechy i prowadzi ku … lepszemu światowi poprzez reinkarancję. Bo nie wiem jak inaczej to nazwać.
Oczywiście nie będę wyjaśniała ani streszczała. Kto chce to przeczyta. Kiedy jednak spotkacie na swej drodze radosnych ludzi z bębenkiem śpiewających słynne „Hare Kryszna” pamiętajcie, że poprzez ten śpiew ludzie chcą dostąpić najwyższych łask. Mandra ma im w tym pomóc.

❤️
0
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
0

Bywają dni
kiedy nie musisz nic tłumaczyć
Wystarczy, że oddychasz
(Dbaj o siebie)

❤️
2
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
0

(..?)

Ostatni zimny łyk
Ślady po kawie
na filiżance,
Wiatrak,
który ochładza powietrze
Książka,
którą tak trudno czytać
Łzawiące oczy,
Popękane stopy,
Gorzki smak,

A przede mną słowa
“Cała piękna jesteś przyjaciółko moja
i nie ma w tobie skazy”

Dasz wiarę?

❤️
3
👍
1
0
💡
0
1
📖
0
0

powidok

śnię
przy oknie wstrzymany oddech
deszczu
odległych świateł zamkniętych w kropli

dookoła nocy – lustrzanej kuli
błyszczącej wczorajszą obietnicą
przedświtu

śnię czy jestem śniony

ziemia z księżycem
zamienione są miejscami

cień tęczy przecina
pierścienie tęczówek

w okamgnieniu

❤️
5
👍
1
0
💡
1
0
📖
1
0

szklany blat

ta samotność jest samotnością utraconą
owocujące brzemię uśmierca moje zmartwychwstanie
w słowie zamykasz uwagę którą zaszywam w sobie

rozcięłam oko o podstępną krawędź
wystrzegam się wejrzeń w zimną czystość szklanego blatu

gdzie pod odciskiem zasnął złożony motyl
– twój konstrukt trwałości

zmusiłeś by zapomnieć że jestem
lżejsza od światła zdolna umknąć czarnej dziurze
a gwiazdy w twoich oczach stały się więzieniem

także o moim sercu wie słońce
wie księżyc
o czym już nic na świecie
nie chce mi przypomnieć

❤️
4
👍
1
1
💡
0
0
📖
1
0

idąc brzegiem

gdzie jesteśmy

gdy wszystko w gubionej łusce
złowioną krztą
niedosięgnionego wierzchołka chwili

skąd wgląd w puste miejsca
dźwięk drgania pajęczej nici
w uchu umierającego samotnie

za horyzontem z kamieni przybrzeżnych
fale – przeciekają przez pięć palców widzenia
w duszy czarno-biały szum

trudno nie wierzyć w obraz
słowo dotyk
do końca

najtrudniej sobie

❤️
4
👍
2
2
💡
2
1
📖
3
0

względnie

jesteś bardziej w nas niż w sobie
kiedy wieszasz się za ostatnie słowa
głowę spuszczając w głębię
gdzie wiruje film o ludzkiej twarzy

moja głowa – cyrk
z artystami którym przyglądam się tysiącosobową widownią
z zewnątrz leśna chatka
której wejścia strzeże biały motyl
od środka zaś czarna ćma wypełnia ramy

złapani
w dawnych rolach
gramy w sobie – nakręcanym teatrzyku wspomnień
gdzie leżąc w chorobie
przypominasz stojący dumnie monument

natchnienia sny obawy
są jak nasłuchiwanie
wewnątrz
rozmów zmarłych

❤️
3
👍
4
2
💡
1
3
📖
2
Żyłam sobie w PRL - u (30) | LWP 0

Żyłam sobie w PRL – u (30)

Żyłam sobie w PRL – u (30)

1981 (2)

Armia (2)

Kilka dni po pozostawieniu starych w wojsku powołano do życia Terenowe Grupy Operacyjne. Wojskowe. Miały chronić, pomagać i wspierać ludność cywilną w obliczu zbliżającej się zimy, która miała być ostra i nieprzyjemna dla otoczenia.
W miastach i miasteczkach zamieszkali żołnierze. Niektórzy twierdzą, ze zjechali z ciężkim sprzętem wojskowym. Dość szybko owe grupy otrzymały ksywę „Czerwone brygady”. Czy miało to związek z włoską organizacją terrorystyczną czy z ustrojem ówczesnej Polski – nie wiem.
Wkrótce miałam się z nimi spotkać….

Chyba było to w listopadzie…. Sypnęło śniegiem. Ostro sypnęło. Rano, razem z innymi, wsiadłam w autobus, by dotrzeć do pracy. Autobus dojechał do ostrego zakrętu na drodze prowadzącej do małej wiejskiej szkółki i stanął.
– Dalej nie jadę. Zaspa. – zakomunikował kierowca.
Nie pierwszy to raz na owym zakręcie robiła się wielka śnieżna zaspa. Tak po prostu zawiewało. Taki po prostu był klimat owej drogi. Przez cztery lata pracy zdarzało się nam wysiadać w tym miejscu i zasuwać dalej pieszo, ot tak ok. czterech kilometrów.
Po cichu liczyliśmy, że ktoś tę zaspę usunie. Niestety, popołudniowy autobus nie przyjechał. Do szosy ponownie szliśmy pieszo. Następnego dnia – replay. Ani śladu pługu śnieżnego i piaskarki.
Dwie wsie odcięte od cywilizacji.
No dobra, bez przesady, prąd był.
Woda w studniach nie zamarzła.
W piecach palono resztkami węgla i drewnem z pobliskich lasów.
Dym był ekologiczny.

Ale dojazdu do wsi nie było.

Analizując rolę przydawki w zdaniu pojedynczym rozwiniętym, stwierdziłam, że czas zmierzyć się z propagandą i ustalić, ile jest prawdy w tym, co telewizja mówi.
Oczywiście w szkole lekcje były skrócone, żeby kadra mogła wrócić do domu jeszcze przed zmrokiem. Ale zanim trafiłam w domowe pielesze, odwiedziłam siedzibę „czerwonych brygad”.
– Dzień dobry. Chcę rozmawiać z głównodowodzącym. – powiedziałam z uśmiechem wchodząc do pokoju pełnego mężczyzn wartych grzechu.
– A w jakiej sprawie? – zapytał jeden z nich z belkami na ramieniu.
Na stopniach wojskowych się nie znałam. Akurat ta lekcja z przysposobienia obronnego uciekła mi z pamięci. Wiedziałam jedynie, że „belki” są słabe. Najważniejsze są „gwiazdki”. Uśmiechnęłam się więc uroczo:
– Ważnej.
Z drugiego pokoju wyszedł „gwiazdkowy”.
– Słucham.
– Czy wojsku polskiemu zależy, żeby młodzi obywatele w każdym mieście, w każdej wsi mieli pełny dostęp do oświaty?
– Oczywiście.
– Czy wszystkim nam zależy, aby na te wsie docierała wykwalifikowana kadra pedagogiczna, żeby kształcić młode pokolenie w duchu miłości do ludowej ojczyzny?
Spojrzałam człowiekowi w oczy, czy czasem nie przeginam.
– Tak jest.
– To trzeba owe zadania ułatwić. Jesteście tu, by pomagać narodowi przetrwać ciężkie chwile.
– Tak jest – „gwiazdkowy” nie kumał o co chodzi, ale odpowiadał regulaminowo.
– To jest okazja, żeby się wykazać.
– O co chodzi?
Nareszcie normalne pytanie.
– O drogę do szkoły. Macie mapę powiatu? To ja na mapie pokażę.
Mapa została rozłożona na stole.
– Tu jest droga, którą codziennie nauczyciele pokonują, by dotrzeć do szkoły. A tu jest ta szkoła. A w tym miejscu, jak zresztą widać, jest zakręt, prawie dziewięćdziesiąt stopni. Obecnie całkowicie zasypany przez śnieg. Autobus dojeżdża tylko dotąd. A potem nauczyciele idą blisko cztery kilometry do szkoły. Przychodzą zmęczeni. Do tego martwią się, jak wrócą do domów. To sprawia, że nie pracują wydajnie. A co będzie jak się rozchorują? Kto będzie uczył wiejskie dzieci miłości do ojczyzny?
„Gwiazdkowy” spojrzał na mnie i zakłopotany zapytał:
– A co my mamy zrobić w takiej sytuacji?
Brawo! Kolejne mądre pytanie!
– Odśnieżyć drogę!
– Ale to raczej prośba do służb innych, do tych, co dbają o drogi…
Ponownie się uśmiechnęłam:
– Takie służby to już tam były. Dojechały do zaspy i wróciły. Lekki pług i piaskarka tam nie pomogą. Nie przebiją się przez tę cholerną zaspę!
Mój, całkiem kontrolowany wybuch, wywarł wrażenie.
– Tu potrzebny ciężki pług. Bo przez tę zaspę to już trzeba się ostro przebić i śnieg wywalić na pobocze. Nie prosto, ale na boki. I to solidnie. Wojsko chyba taki pług ma? Macie przecież pomagać ludności w przetrwaniu ciężkiej zimy….
Zaległa cisza. Faceci warci grzechu spojrzeli na siebie i na „gwiazdkowego”. Ten westchnął i ponownie spojrzał na mapę.
– Proszę pokazać jeszcze raz, gdzie potrzebny ten pług.
Pokazałam. Zapisał coś w swoim notatniku.
– Mam nadzieję, że jutro spokojnie dojadę do pracy…. – szepnęłam nieco zalotnie.
– Zobaczymy co da się zrobić, nie obiecujemy, ale zobaczymy…

Zobaczyłam.

Następnego dnia zaspa była rozkopana. Do tego odśnieżna droga przez dwie wsie. W niektórych miejscach nawet asfalt było widać, tak ostro pług pracował. Ba, nawet nasz piaszczysty trakt do szkoły został odśnieżony. Wszystko wysypane piaskiem. Świeżym piaskiem, co oznaczało, że drogę posypano tuż przed przyjazdem autobusu.
Ludzie opowiadali, że poprzedniego dnia po zmroku na zakręcie trwało ostre rozkopywanie zaspy. Oprócz dwóch pługów, pracowali łopatami żołnierze. Pewnie ci, z przedłużonej służby wojskowej….
Od tamtej pory do owego dnia, droga do naszej szkoły była zadbana nie gorzej niż inne, znacznie ważniejsze zwane szosami pierwszej kolejności odśnieżania.
Aha, mój brat nigdy do woja nie doszedł. W rok później zgłosił się do odbycia zasadniczej służby wojskowej w straży pożarnej. Pełnił ośmiogodzinne dyżury przy telefonie przyjmując zgłoszenia o pożarach, podpaleniach i innych sprawach zgłaszanych przez telefon. W domu szeptem mówiono, że to tato dostępnymi kanałami załatwił mu pracę lekką i przyjemną. całość na https://www.czarownice.kosz.pl/opis-8-Zylam_sobie_w_PRL_u___Spis_tresci.php

❤️
2
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
123456