Kategoria: recenzje książek

Cudowna podróż | c 0

Cudowna podróż

Cudowna podróż

Jeśli wierzyć Wikipedii, Selma Lagerlof napisała „Cudowną podróż” na zamówienie, jako podręcznik do nauki geografii Szwecji, oczywiście dla dzieci. Musiał być genialny, skoro przetłumaczona go na ponad 50 języków. „Cudowna…” ukazała się w 1907 roku, a pierwsze jej wydanie w języku polskim było w 1910. Niezwykle szybko jak na początek dwudziestego wieku. Od tego czasu napisano o niej bardzo dużo. Autorka w 1909 otrzymała literacką nagrodę Nobla i jako pierwsza kobieta została członkinią Akademii Szwedzkiej, przyznającej od 1901 właśnie Nobla w dziedzinie literatury. Czy można więc napisać coś nowego, odkrywczego o przedziwnej opowieści o podróży Nilsa, zamienionego w krasnoludka, niesionego na skrzydłach gąsiora Marcina przez Szwecję? Na pewno należy potwierdzić, że jest to książka genialna, niezwykły podręcznik pozwalający na poznanie swego kraju przez dzieci w czasach, kiedy internetu nie było, ba, kiedy wynalazek braci Lumiere, zwany filmem, dopiero raczkował.
Ubranie wiedzy w płaszcz legend i baśni nowością właściwie nie był nawet wówczas. Właśnie tego typu opowieści uczyły dzieci odpowiedniego zachowania, pokazywały świat „za górami, za lasami”. Baba Jaga z opowieści o Jasiu i Małgosi, spisanej w 1812 roku przez braci Grimm, nadal straszy dzieci i uczy – „Nie rozmawiaj z nieznajomymi”. Mądrość ważna do dziś. Utwór Lagerlof idzie o kilka kroków do przodu. Autorka umieszcza w nim opowieści związane bezpośrednio z obszarem Szwecji, który opisuje. Oprócz świata fantazji, jest również świat realny. Oto gęsiarka Aza i jej braciszek Mats szukają swego ojca. W czasie długiej wędrówki chłopiec umiera. Ale dobrzy ludzie wskazują dziewczynce kierunek dalszej wędrówki. Docieramy wraz z nią do Laponii. Patrzymy na ciężka pracę rybaków, poznajemy dobrych ludzi i odnajdujemy Jona Assarssona. Wzruszająca opowieść o miłości, tęsknocie i radości odnalezienia.
Po „Cudowną podróż” sięgnęłam będąc już … na emeryturze. Dlaczego tak późno? Jako dziecko przerażała mnie objętość książki, dwa duże tomy formatu prawie A4, stały na półce z baśniami w dzielnicowej bibliotece. Pani bibliotekarka wielokrotnie zachęcała mnie, bym wypożyczyła, bo warto, bo to piękna opowieść. A potem przestałam czytać baśnie, bo to obciach. Wiadomo człowiek był już w wyższych klasach szkoły podstawowej. Często patrzyłam na wznawiane wydania, czytałam o książce, ale po nią nie sięgałam.
Dobrze się stało. Jako dziecko zapewne nie uchwyciłabym pełnego sensu opowieści. Do nich trzeba po prostu dorosnąć lub czytać je powoli. Co jakiś czas jedną, dwie… Najlepiej gdyby robił to jakiś dorosły, który usypia dziecko czytaniem bajek. Jest wtedy czas na spokojne delektowanie się pięknym tekstem. Są bowiem utwory, które trzeba czytać tylko w dzieciństwie i takie, do których dziecko musi dorosnąć…

❤️
1
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
Niebezpieczna recenzja | nie 0

Niebezpieczna recenzja

Niebezpieczna recenzja

Na studiach, kierunek filologia polska, podstawowym przedmiotem była „historia literatury polskiej”. Jako studenci czytaliśmy wszystko od czasów najdawniejszych po współczesne. W pewnym momencie doszliśmy do socrealizmu czyli drugiej połowy lat 40 – tych do pierwszej połowy lat 50 – tych. Takie sobie dziesięciolecie, kiedy marksizm – leninizm wkroczył do sztuki i ta propagowała jedynie słuszną wówczas ideologię. Szybko jednak zniknął, bo artyści nie dali się do końca przekonać o owej słuszności. Powstało jednak wtedy sporo propagandowych utworów, które też zniknęły, bo okazały się niepoprawne politycznie. W związku z tym my, studenci z lat 80 – tych mieliśmy problem. W końcu studiowaliśmy historię literatury, należało zatem socrealizm też poznać, zamiast udawać, że go nie było, czyli coś przeczytać. A tu niczego nigdzie nie było. W sumie jakoś wybrnęliśmy i przestudiowaliśmy parę cudem zdobytych książek.
Wstęp długi, ale konieczny. W moje ręce trafiła książka Mariana Reniaka ( właściwie Marian Józef Strużyński) „Niebezpieczne ścieżki”. Jeśli wierzyć źródłom informacyjnym, jest to pamiętnik pracownika Służby Bezpieczeństwa, który rozpracował ostatni podhalański oddział partyzancki „Wiarusy”. Było to w 1949 roku. „Niebezpieczne…” są zatem utworem zwanym współcześnie non fiction. Tekst napisany sprawnym językiem. Bez fajerwerków. Trzyma w napięciu. Każdego. Czy uda się agentowi SB? A może „Harnaś” nie da się wpuścić w maliny? Słowem, mamy powieść o charakterze sensacyjnym. W 1969 pokazywano ją w telewizyjnym Teatrze Sensacji w trzech częściach. Ponoć jedni widzowie klęli. Inni podziwiali. W każdym razie tekst musi być ogólnie ciekawy. Niestety, dziś jest zupełnie niepoprawny politycznie. Pewnie do tego stopnia, iż jego telewizyjnej adaptacji nie można nigdzie obejrzeć.
Pogdybajmy jednak… Gdyby tak zamienić SB na zwykłą policję, agenta „Henryka” na kuzyna Jamesa Bonda „Wiarusów” na bandę oprychów, a „Harnasia” na szefa owej bandy, akcję przenieść tak dziesięć lat później lub wcześniej, wszystko by nam zagrało. Otrzymalibyśmy całkiem przyzwoity utwór kryminalno – sensacyjny, czyli thriller.
Nie w tym jednak rzecz. Zaczęłam od kłopotów studenta filologii polskiej. Obecny student pewnie też może takowe kłopoty mieć, jeśli zniszczymy, wycofamy i zakażemy czytania utworów, w których SB i UB jest górą, bo dziś są niepoprawne politycznie. Uważam, że powinny istnieć. Każdy powinien mieć do nich dostęp. Tym bardziej, jeśli są to teksty o charakterze dokumentalnym, pamiętnikarskim. Są dowodem minionych lat, naszej historii, której nie da się zmienić, bo jest czasem przeszłym.
Przeczytajcie zatem „Niebezpieczne ścieżki” Mariana Reniaka i podyskutujmy na temat roli literatury w naszym intelektualnym życiu.

❤️
2
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
Mroźny thriller | sta 1 0

Mroźny thriller

Mroźny thriller

Któż nie zna Alistaira MacLeana…. Któż nie zna „Dział Navarony”…. „Stację arktyczną Zebra” też się po prostu zna. Może nie wszyscy czytali, może nie wszyscy oglądali filmy, ale na pewno słyszeli. Książki Alistaira to dziś klasyka klasyk literatury sensacyjno – przygodowej. Chociaż ich autor umarł w 1987 roku, to nadal jego powieści są wznawiane i chętnie czytane przez młodsze niż ja pokolenia.
Po egzemplarz „Stacji…” sięgnęłam na pewno po raz któryś tam. Może trzeci, może czwarty. W ramach odpoczynku po innych, bardziej ambitnych tekstach. Bo utwory szkockiego pisarza są rozrywką, dobrą rozrywką. A zagmatwana intryga zawsze przynosi czytelnikowi nowe spostrzeżenia, których nie było poprzednim razem.
Oto amerykańska atomowa łódź podwodna „Delfin” rusza w celu udzielenia pomocy ludziom ze stacji meteorologicznej. Oczywiście płynie pod lodem, a zniszczona stacja znajduje się na lodzie. Czy pożar na „Zebrze” wybuchł sam, przez przypadek, awarię urządzenia czy też ktoś się przyczynił do jego powstania? Jak na tekst o charakterze sensacyjnym, nic przez przypadek się nie dzieje. Oczywiście musi być ktoś, kto zagadkę rozwiąże. A trudności się piętrzą…. Mamy zatem do czynienia z typowym kryminałem. Ale w przypadku naszego pisarza dochodzi jeszcze jeden fakt – akcja powieści rozgrywa się w szczególnych warunkach. Pod wodą i na lodach Morza Arktycznego. Kto z was tam był? Ja nie. Musimy zatem wierzyć filmom, relacjom i książkom, że jest tam tak, jak jest. Nie sposób przebić się potężnej jednostce pływające na lodową powierzchnię, gdyż lód jest zbyt gruby. Kiedy w końcu coś się udaje, nie sposób przenieść ciężko rannych z ruin stacji do ciepełka w komfortowej łodzi atomowej. Trzeba ryzykować. A przede wszystkim trzeba szukać przyczyn pożaru. Tu, na miejscu, pośród spalonych budynków i takowych też ludzi…
Tym razem czytając powieść, zastanawiałam się, czy opisywane urządzenia i ich możliwości są odbiciem rzeczywistych, na miarę roku 1963 (w którym wydano utwór), czy też wybiegają w przyszłość. Dziś oczywiście dotarcie do zniszczonej stacji nie trwałoby na pewno tak długo i nie przebiegało z takim trudem, jak w powieści. Chociaż, kto wie… może…. Nie wiem, nie znam się i myślę, iż czytając tego typu literaturę, praktycznie nie przejmujemy się, czy to prawda, czy też wyobraźnia autora. Pociąga nas egzotyka, sprawnie przeprowadzona intryga, zaskakujący finał…. Chociaż właściwie, tym razem aż tak zaskakujący nie był. Wiadomo było, że to jeden z nich. Cóż, mała ilość postaci, to i podejrzanych mniej.
W każdym razie przy kolejnym czytaniu „Stacji…” odpoczęłam. I o to w przypadku dobrej literatury rozrywkowej zawsze chodzi.

❤️
1
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
Na trzech granicach | troj 0

Na trzech granicach

Na trzech granicach

Nie da się ukryć…. Historia ludzkości to historia wojen. Atakowania. Zabijanie. Przekraczania granic. Wszelkiego rodzaju. Dziś o tych państwowych, których strzegą żołnierze. Strzegą nawet wówczas, kiedy państwa żyją ze sobą w przyjaźni i pokoju. Bo to nigdy nic nie wiadomo. Ech ludzkości, ludzkości…
Kto ustala od zawsze granice między narodami, wiadomo. Władcy, politycy. W zaciszu gabinetów rysują, dziś zapewne komputerowo, że właśnie tu i tam będzie granica między państwem X a Y. Bo tak im pasuje. Bo mają w tym jakiś interes. Obecnie patrzymy na granicę wschodnią naszego państwa. Są tacy, którzy każą patrzeć również na zachodnią. O tej drugiej mówi się jednak niewiele w przeciwieństwie do pierwszej. O tej właśnie opowiada książka Aleksandry Domańskiej „Trójstyk. Gawęda o granicach”.
O trójstyku na wschodzie nie mówi się natomiast praktycznie nic. W ogóle jakoś mało wiemy o Przesmyku Suwalskim, obszarze na którym znajduje się granica polsko – litewska, a także jeden z sześciu granicznych trójstyków w Polsce, trójstyk Polska – Rosja – Litwa, koło Bolci (gmina Wiżajny) i Wisztyńca. Właśnie o tym terenie, praktycznie nieznanym, opowiada książka Domańskiej. Ma ona osobisty charakter. Autorka zna teren, który opisuje i nie ukrywa tego. Szpera w historii ziemi zapomnianej. Sięga do czasów Jaćwingów, ludu spokrewnionego z Litwinami i Prusami. Już wówczas budowano, nakreślano granice między ludzkimi siedzibami. Potem stało się to normą. A tereny, na których stykały się różne, najpierw plamiona, potem narody, zawsze były terenami trudnymi. Brniemy zatem z autorką przez kolejne lata, setki lat życia na trójstyku. W momencie opisywania starych dziejów Domańska powołuje się na Sienkiewicza, a kiedy dochodzimy do lat II wojny światowej, na prozę Omiljanowicza (patrz moją recenzja pt. „Problemy z książką”). Obaj autorzy dla mnie nie są źródłem wiedzy historycznej. Obaj oczywiście świetnie pisali, ale czy należy im wierzyć? Książka, którą właśnie omawiam, ma jednak w tytule słowo „gawęda”, a ta jak wiadomo, fikcją posługiwać się może.
Doszliśmy zatem do formy utworu. Na pewno nie jest to pozycja o charakterze historycznym. Zawiera jednak sporo wiedzy na temat Wiżajn i okolic. Cenna zwłaszcza dla tych, co to pojęcia o owym trójstyku nie mają. Odwoływanie się do faktów sprawia również, iż „Gawęda o granicach” do końca gawędą nie jest. Zbyt mało w niej opowieści ludzi z tamtych stron, którzy być może mieliby więcej do powiedzenia niż historycy. Zwłaszcza na użytek gawędy.
Ale nie czepiajmy się. Książka Domańskiej jest książką bardzo potrzebną. Przybliża część naszego kraju, o której się praktycznie nie mówi, a tym samym wie niewiele. Skąd bierze się owe milczenie? Są tacy, co twierdzą, iż jest to milczenie militarne. Przesmyk Suwalski ma strategiczne znaczenie dla NATO…. Tu Białoruś, tu Litwa, a tu Rosja… „Przesmyk suwalski jest kluczowym korytarzem, który łączy państwa bałtyckie (Litwę, Łotwę i Estonię) z resztą państw NATO. W przypadku konfliktu zbrojnego, zablokowanie tego obszaru przez Rosję i Białoruś mogłoby odciąć kraje bałtyckie od wsparcia sojuszników, co czyni go jednym z najbardziej wrażliwych punktów w polityce bezpieczeństwa międzynarodowego” – Wikipedia.

❤️
3
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
Jak dobrze zorganizować zamach? | psy 1

Jak dobrze zorganizować zamach?

Jak dobrze zorganizować zamach?

Któż nie zna Fredericka Forsytha…. Mistrz powieści sensacyjnych, zwanych czasami „political – fiction”, bo historie niby to prawdziwe, a jednak fikcyjne, opowiadać potrafił. Praktycznie każda jego powieść to bestseller. I o takowym będzie dziś mowa.
Oto w moje ręce wpadły „Psy wojny”. Oczywiście, że wcześniej czytałam. Tym razem był to jednak egzemplarz z 1990 mroku totalnie rozsypujący się, kartka po kartce. To jak dobrze wiemy, mówi dużo o utworze. Trudno się takiemu czemuś oprzeć. Zabrałam zatem książkę do domu, przytuliłam mocno i zaczęłam czytać. Treść oczywiście wcześniej znałam, zaczęłam przyglądać się formie. Właśnie to jej czepiają się współcześni czytelnicy. Ich zdaniem Forsyth czyni „wstęp zbyt długim”. Ma być zamach stanu w bananowej republice afrykańskiej? Ma być. A tymczasem mamy żmudny, dokładny opis przygotowania do niej. Ponoć co niektórych znużył i usnęli. Cóż, można i tak. Ja mam jednak inne zdanie.
Rzeczywiście, ponad siedemdziesiąt procent treści to opowieść o przygotowaniach do owego zamachu. Ale ma to swój sens i logikę. Na wstępie bowiem poznajemy głównego bohatera, najemnika Shannona. Następnie mamy odkrycia Jacka Mulrooney’a, które staje się podstawą działań wielkich i bogatych biznesmenów. A potem zaczyna się działanie. Żmudne, precyzyjne przygotowanie do zamachu stanu, obalenia i zamordowania prezydenta oraz przejęcia bogactw naturalnych. Nie, to żadem spojler. Od razu wiadomo, o co chodzi w „Psach wojny”. Rzeczywiście, nie ma tu dreszczyku emocji ma zasadzie, co będzie dalej. Zaraz, zaraz, jest taki przerywnik, bo trzeba kogoś jednak zabić. Pęta się takie coś pod nogami, zatem zgodnie z zasadami, trzeba go po prostu zlikwidować. Jego wina, że stracił głowę. W każdym razie na kolejnych stronicach otrzymujemy przepis jak przygotować obalenie niechcianych przez wielki biznes przywódców. Bo to widzicie i statek trzeba kupić, odpowiedni rzecz jasna. Luksusowy jacht nie wchodzi w rachubę. O mapy również trzeba się postarać. To jeszcze nie czasy GPS-ów, które uroczym babskim głosem informują: „Za dwieście metrów skały. Zatrzymaj motory”. O czymś takim jak broń do ataku nie wspomnę. O odpowiednich ludzi, których trzeba skaperować też nie będę mówić. Ale na pewno nie jest to cała armia. Nie wspomnę o pięknej dziewczynie, która mogłaby być tylko kwiatkiem do kożucha, ale jednak na coś się przydaje. W sumie więc, jeśli mamy na oku jakiś kraj i mamy ochotę go podbić, poczytajmy Forsytha. O dziwo, kibicujemy naszemu głównemu bohaterowi. Trzymamy kciuki, żeby mu się udało.
Sam zamach nie trwa długo. Precyzyjnie przygotowany, wykonany przez fachowców to kilka godzin. Tu postrzelali z karabinów, tam postrzelali z moździerza. Zakończenie jest jednak zaskakujące, jak na „political – fiction” przystało. Tym razem obywa się bez analiz, badań i rozważań. Ma być tak, jak każą zwycięzcy!

❤️
1
👍
1
0
💡
0
1
📖
1
Same nieszczęścia | je 0

Same nieszczęścia

Same nieszczęścia

Saga rodu Tyszowskich Magdy Skubisz „Jemioła, klątwa i cholera” część trzecia. Dobrnęłam przebrnęłam, chociaż jak zwykle łatwo nie było. Nadal nie lubię takich czytadeł, ale jak zaczęłam to i skończę.
Najpierw przyszło rozczarowanie. Recenzując część drugą „Czarci ogród” napisałam, iż kończy się ona w najciekawszym momencie i czekam na ciąg dalszy. Oczywiście się nie doczekałam. W trzeciej części sagi nie ma ani słowa o ogrodzie. Jest jeszcze część czwarta, dajmy zatem ogrodowi szansę. W trzeciej pojawia się za to inny ni to ogród, ni to sad, ni to las. Drzewa rosną, a w związku z tym, że jest akurat zima, innych roślin nie widać. Owe skupisko drzew posadził dawny właściciel i rosną nadal. Mało tego. Zimą są źródłem dobra wszelakiego dla miejscowej zielarki, zwanej aptekarką o znanym nam już imieniu Katja. Posiada ona receptariusz napisany przez Batkę, a tam są przepisy na choróbska wszelakie. Sama Katja też tworzy swoje przepisy i leczy. Cholerę, jak w tytule. Szkoda, że dziś owej choroby nie ma, bo mielibyśmy całe zestawy medykamentów na jej leczenie. A większość oczywiście rośnie w drzewostanie, który jest aktywny nawet zimą. Nie protestuję, nie wiem, nie znam się, zarobiona jestem. W każdym razie chorzy wstają prawie z martwych ku zadziwieniu miejscowego medyka, który nijak z chorobą poradzić sobie nie potrafi, chociaż uczony.
Tak więc Katja leczy, Antoni ciągle do niej wzdycha, a Józef przeżywa tragedię i próbuje popełnić samobójstwo. Oczywiście to mu się nie udaje i będzie żył nadal. Wszak jest tom czwarty.
Autorka tym razem skupia naszą uwagę na seniorce rodu, mamie wymienionych powyżej dorosłych chłopców. Pani ma lat 50 i właśnie przeżywa swą pierwszą miłość z zaspokojeniem pożądania włącznie. Zamiast ziół na cholerę, interesują ją zioła odmładzające. Niech więc cholerę cholera weźmie, Katja musi rad w sprawie urody udzielać. Seniorka do najlepszych istot nie należy, ale cóż się dziwić. Wściekły synek urządził sobie w jej zimowym ogrodzie strzelaninę do butelek i zdemolował, co się dało zdemolować. A ileż tam dobra pięknego było…. I tulipany zagraniczne, i sadzonki, i roślinki… Chyba jednak bezużytecznie, bo miejscowa zielarka za nimi nie tęskni. Woli zdrapywać korę z pospolitych drzew.
Liczyłam oczywiście na to, że tom trzeci też zakończy się w najbardziej emocjonującym momencie. Przeliczyłam się. Zakończył się zgodnym działaniem wszystkich bohaterów. Ale bez euforii. Każdy miał w tym swój interes, czyli ochronę samego siebie, bo każdy coś na sumieniu miał.
Podzielam opinię, że saga Tyszowskich to czytadło na miarę literatury popularnej XXI wieku, powstającej na terytorium państwa należącego do Unii. Czytadła bywają gorsze lub lepsze. I nie zapominajmy – nasza swojska „Trędowata” Heleny Mniszkówny to też czytadło. Tyle, ze już klasyczne.

❤️
0
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
Zew natury | sta 0

Zew natury

Zew natury

Twórczość Williama Whartona jest w Polsce niezwykle popularna. Czytali go moi znajomi sprzed lat, czytają obecni. Mnie jakoś to ominęło. Nadszedł czas, by nadrobić lektury.
W moje ręce trafiło „Stado”, książka, której temat trudno jednoznacznie określić. Słowo „stado” ma bowiem wiele znaczeń, chociaż najczęściej kojarzy się ze światem zwierząt. A tu na początku mamy rodzinę, jako przykład stada w pozytywnym znaczeniu. Ludzie żyją w zasadzie normalnie, na ile normalne może być życie w latach wielkiego kryzysu, czyli latach trzydziestych minionego stulecia i tuż po nim. Ot taka sobie zwykła rodzina, z typowymi dla tamtych czasów problemami, kłopotami dnia codziennego. Jest też druga rodzina z synem zapowiadającym się na geniusza. Oba wątki toczą się początkowo równolegle, ale my, czytelnicy wiem, że w pewnym momencie, niczym linie proste poprowadzone z różnych kierunków w tę samą stronę, przetną się. Czekamy na ten moment z niecierpliwością. Bez problemu brniemy przez konflikty członka związków zawodowych z „gorylami” właściciela. Cofamy się nawet do czasów I wojny światowej, by przyjrzeć się tragedii żołnierza. Trzymamy kciuki za ostatniego z ocalałych kotków. Czy uda mu się przeżyć? Czy ludzkie stado przygarnie go? A co dzieje się z chłopcem, który miał być geniuszem? Czy ocaleje jego umysł? Jak wykorzysta jego możliwości? Czy ówczesny, współczesny dla niego świat, pozwoli mu na to? I co w tym wszystkim robi lew?
Akurat moje wydanie nie miało lwa na okładce, w przeciwieństwie do innych wydań. I bardzo dobrze. Pojawienie się lwa było niespodzianką. Jego życie w ludzkim stadzie pokazało, że można, wszystko można, jeśli się tylko chce, jeśli się tylko kocha.
Dla mnie książka Whartona jest właśnie utworem o miłości w stadzie, w grupie, między ludźmi i zwierzętami. Równoległe prowadzenie wspomnianych powyżej wątków pozwala na porównanie ludzkich losów. Jakże są podobne! Nie, nie w wydarzenia, osoby, ale właśnie uczuciowo. Są to dwa stada funkcjonujące osobno, nie znające się wzajemnie, a jednak bardzo sobie bliskie. W stosunku do siebie każdy robi to co robi z miłości do innego członka swojej grupy. Czasami przykłada palec do ust i nakazuje milczenie. Czasami przykłada co innego w sam środek głowy, ale to też jest gest miłości i przywiązania.
Tak, wiem, recenzenci piszą o tym, szkoda lwa. Ale nie szkoda łez, które cisną się czytelnikowi do oczu. Serce buntuje się. Rozum mówi, że tak trzeba było….
Przez pierwsze stronice opowieść nużyła mnie. Wydawało mi się, że już ją odłożę, bo nie dostrzegałam w niej nic oryginalnego. Ale jakaś siła kazała mi brnąć dalej. Do finału. Dopiero w finale czujemy siłę prozy Whartona. Przeprowadza nas przez zwyczajny świat, by dać niezwyczajny koniec.

❤️
0
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
Wyśpiewane wspomnienia | wroc 0

Wyśpiewane wspomnienia

Wyśpiewane wspomnienia

Anna German to wyjątkowa postać w historii polskiej muzyki rozgrywkowej. Piosenkarka o wyjątkowym głosie, śpiewająca z łatwością w kilku językach, laureatka wielu międzynarodowych festiwali, niezwykle popularnych w w latach sześćdziesiątych. Cała Polska śledziła jej walkę o powrót na scenę po tragicznym wypadku samochodowym w 1967, a potem zmagania z nowotworem.
Tuż po tym, jak stanęła na nogi (dosłownie) po wypadku w 1970 opublikowała niewielką książeczkę „Wróć do Sorrento?…” Skromna opowieść stała się wówczas bestsellerem. Wszyscy chcieli przeczytać, wszyscy chcieli wiedzieć, jak to się stało, dlaczego się stało… Jako dziecko pamiętam rozmowy dorosłych o tragedii piosenkarki. Była bliska zrobienia kariery artystycznej, jaka nie była dana żadnej innej artystce. Zamiast kariery, stała się legendą. Dziś może niewielu młodych zna jej piosenki, ale na pewno wiedzą, że była….
Autobiograficzna opowieść Anny to również tekst o jej dzieciństwie. Trudnym, a zarazem niezwykle ciekawym. Tak samo jak trudne i ciekawe są losy jej rodziców, przed jej narodzinami. Ojciec pochodził z rodziny pochodzenia niemieckiego, matka – holenderskiego. Sama Anna urodziła się w Uzbekistanie. Śledzimy zatem losy legendarnej piosenkarki poprzez lata wojny, tułaczki najpierw do Nowej Rudy, potem do Wrocławia, studia geologiczne i rozwijanie muzycznych zdolności.
Tekst napisany jest niezwykle proste. Mało dialogów, klasycznych opisów też brak. Są to typowe wspomnienia, pisane z potrzeby serca, ale nie dla siebie, dla innych. Wędrujemy zatem z Anną po estradach Polski oraz Europy. Uwierzcie na słowo, nie jest lekko. Nie zarabia się od razu wielkich pieniędzy. Są problemy z doborem kreacji na występy. Wszak nasza gwiazda mierzy sobie 184 cm wzrostu, co wówczas jest bardzo niezwykłe. Wielu konferansjerów nie może sobie z tym poradzić. Są po prostu niżsi, nawet jak dziewczyna zdejmie buty na niewielkim obcasie… Po szczeblach kariery Anna wspina się powoli, ale skutecznie. Jest coraz bardziej popularna.
Jej wspomnienia czytałam w wydaniu z okazji Ogólnopolskiego konkursu na interpretację piosenek Anny w 2002 roku. Oprócz tekstu artystki (85 stron), książeczka zawiera wspomnienia jej matki Irmy Martens – German – Gerner. Jest też szczegółowa kronika życia piosenkarki oraz duża ilość czarno-białych zdjęć.
Opowieść oczywiście trzeba przeczytać. Jest dokumentem ludzkiej historii, wzlotów i tragedii, opowieścią o walce najpierw o popularność, potem o życie. Mówi też o ludziach, którzy pomagają i wierzą, że będzie dobrze. Nie spodziewajmy się jednak po tej książeczce rewelacji, sensacji, plotek. Nie, nie o tym ona jest. Swe życie osobiste Anna nawet we wspomnieniach chroni. Wie, że nie wszystko jest na sprzedaż.

❤️
2
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
1345678917