Kategoria: recenzje książek

Jak dobrze zorganizować zamach? | psy 1

Jak dobrze zorganizować zamach?

Jak dobrze zorganizować zamach?

Któż nie zna Fredericka Forsytha…. Mistrz powieści sensacyjnych, zwanych czasami „political – fiction”, bo historie niby to prawdziwe, a jednak fikcyjne, opowiadać potrafił. Praktycznie każda jego powieść to bestseller. I o takowym będzie dziś mowa.
Oto w moje ręce wpadły „Psy wojny”. Oczywiście, że wcześniej czytałam. Tym razem był to jednak egzemplarz z 1990 mroku totalnie rozsypujący się, kartka po kartce. To jak dobrze wiemy, mówi dużo o utworze. Trudno się takiemu czemuś oprzeć. Zabrałam zatem książkę do domu, przytuliłam mocno i zaczęłam czytać. Treść oczywiście wcześniej znałam, zaczęłam przyglądać się formie. Właśnie to jej czepiają się współcześni czytelnicy. Ich zdaniem Forsyth czyni „wstęp zbyt długim”. Ma być zamach stanu w bananowej republice afrykańskiej? Ma być. A tymczasem mamy żmudny, dokładny opis przygotowania do niej. Ponoć co niektórych znużył i usnęli. Cóż, można i tak. Ja mam jednak inne zdanie.
Rzeczywiście, ponad siedemdziesiąt procent treści to opowieść o przygotowaniach do owego zamachu. Ale ma to swój sens i logikę. Na wstępie bowiem poznajemy głównego bohatera, najemnika Shannona. Następnie mamy odkrycia Jacka Mulrooney’a, które staje się podstawą działań wielkich i bogatych biznesmenów. A potem zaczyna się działanie. Żmudne, precyzyjne przygotowanie do zamachu stanu, obalenia i zamordowania prezydenta oraz przejęcia bogactw naturalnych. Nie, to żadem spojler. Od razu wiadomo, o co chodzi w „Psach wojny”. Rzeczywiście, nie ma tu dreszczyku emocji ma zasadzie, co będzie dalej. Zaraz, zaraz, jest taki przerywnik, bo trzeba kogoś jednak zabić. Pęta się takie coś pod nogami, zatem zgodnie z zasadami, trzeba go po prostu zlikwidować. Jego wina, że stracił głowę. W każdym razie na kolejnych stronicach otrzymujemy przepis jak przygotować obalenie niechcianych przez wielki biznes przywódców. Bo to widzicie i statek trzeba kupić, odpowiedni rzecz jasna. Luksusowy jacht nie wchodzi w rachubę. O mapy również trzeba się postarać. To jeszcze nie czasy GPS-ów, które uroczym babskim głosem informują: „Za dwieście metrów skały. Zatrzymaj motory”. O czymś takim jak broń do ataku nie wspomnę. O odpowiednich ludzi, których trzeba skaperować też nie będę mówić. Ale na pewno nie jest to cała armia. Nie wspomnę o pięknej dziewczynie, która mogłaby być tylko kwiatkiem do kożucha, ale jednak na coś się przydaje. W sumie więc, jeśli mamy na oku jakiś kraj i mamy ochotę go podbić, poczytajmy Forsytha. O dziwo, kibicujemy naszemu głównemu bohaterowi. Trzymamy kciuki, żeby mu się udało.
Sam zamach nie trwa długo. Precyzyjnie przygotowany, wykonany przez fachowców to kilka godzin. Tu postrzelali z karabinów, tam postrzelali z moździerza. Zakończenie jest jednak zaskakujące, jak na „political – fiction” przystało. Tym razem obywa się bez analiz, badań i rozważań. Ma być tak, jak każą zwycięzcy!

❤️
1
👍
1
0
💡
0
1
📖
1
Same nieszczęścia | je 0

Same nieszczęścia

Same nieszczęścia

Saga rodu Tyszowskich Magdy Skubisz „Jemioła, klątwa i cholera” część trzecia. Dobrnęłam przebrnęłam, chociaż jak zwykle łatwo nie było. Nadal nie lubię takich czytadeł, ale jak zaczęłam to i skończę.
Najpierw przyszło rozczarowanie. Recenzując część drugą „Czarci ogród” napisałam, iż kończy się ona w najciekawszym momencie i czekam na ciąg dalszy. Oczywiście się nie doczekałam. W trzeciej części sagi nie ma ani słowa o ogrodzie. Jest jeszcze część czwarta, dajmy zatem ogrodowi szansę. W trzeciej pojawia się za to inny ni to ogród, ni to sad, ni to las. Drzewa rosną, a w związku z tym, że jest akurat zima, innych roślin nie widać. Owe skupisko drzew posadził dawny właściciel i rosną nadal. Mało tego. Zimą są źródłem dobra wszelakiego dla miejscowej zielarki, zwanej aptekarką o znanym nam już imieniu Katja. Posiada ona receptariusz napisany przez Batkę, a tam są przepisy na choróbska wszelakie. Sama Katja też tworzy swoje przepisy i leczy. Cholerę, jak w tytule. Szkoda, że dziś owej choroby nie ma, bo mielibyśmy całe zestawy medykamentów na jej leczenie. A większość oczywiście rośnie w drzewostanie, który jest aktywny nawet zimą. Nie protestuję, nie wiem, nie znam się, zarobiona jestem. W każdym razie chorzy wstają prawie z martwych ku zadziwieniu miejscowego medyka, który nijak z chorobą poradzić sobie nie potrafi, chociaż uczony.
Tak więc Katja leczy, Antoni ciągle do niej wzdycha, a Józef przeżywa tragedię i próbuje popełnić samobójstwo. Oczywiście to mu się nie udaje i będzie żył nadal. Wszak jest tom czwarty.
Autorka tym razem skupia naszą uwagę na seniorce rodu, mamie wymienionych powyżej dorosłych chłopców. Pani ma lat 50 i właśnie przeżywa swą pierwszą miłość z zaspokojeniem pożądania włącznie. Zamiast ziół na cholerę, interesują ją zioła odmładzające. Niech więc cholerę cholera weźmie, Katja musi rad w sprawie urody udzielać. Seniorka do najlepszych istot nie należy, ale cóż się dziwić. Wściekły synek urządził sobie w jej zimowym ogrodzie strzelaninę do butelek i zdemolował, co się dało zdemolować. A ileż tam dobra pięknego było…. I tulipany zagraniczne, i sadzonki, i roślinki… Chyba jednak bezużytecznie, bo miejscowa zielarka za nimi nie tęskni. Woli zdrapywać korę z pospolitych drzew.
Liczyłam oczywiście na to, że tom trzeci też zakończy się w najbardziej emocjonującym momencie. Przeliczyłam się. Zakończył się zgodnym działaniem wszystkich bohaterów. Ale bez euforii. Każdy miał w tym swój interes, czyli ochronę samego siebie, bo każdy coś na sumieniu miał.
Podzielam opinię, że saga Tyszowskich to czytadło na miarę literatury popularnej XXI wieku, powstającej na terytorium państwa należącego do Unii. Czytadła bywają gorsze lub lepsze. I nie zapominajmy – nasza swojska „Trędowata” Heleny Mniszkówny to też czytadło. Tyle, ze już klasyczne.

❤️
0
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
Zew natury | sta 0

Zew natury

Zew natury

Twórczość Williama Whartona jest w Polsce niezwykle popularna. Czytali go moi znajomi sprzed lat, czytają obecni. Mnie jakoś to ominęło. Nadszedł czas, by nadrobić lektury.
W moje ręce trafiło „Stado”, książka, której temat trudno jednoznacznie określić. Słowo „stado” ma bowiem wiele znaczeń, chociaż najczęściej kojarzy się ze światem zwierząt. A tu na początku mamy rodzinę, jako przykład stada w pozytywnym znaczeniu. Ludzie żyją w zasadzie normalnie, na ile normalne może być życie w latach wielkiego kryzysu, czyli latach trzydziestych minionego stulecia i tuż po nim. Ot taka sobie zwykła rodzina, z typowymi dla tamtych czasów problemami, kłopotami dnia codziennego. Jest też druga rodzina z synem zapowiadającym się na geniusza. Oba wątki toczą się początkowo równolegle, ale my, czytelnicy wiem, że w pewnym momencie, niczym linie proste poprowadzone z różnych kierunków w tę samą stronę, przetną się. Czekamy na ten moment z niecierpliwością. Bez problemu brniemy przez konflikty członka związków zawodowych z „gorylami” właściciela. Cofamy się nawet do czasów I wojny światowej, by przyjrzeć się tragedii żołnierza. Trzymamy kciuki za ostatniego z ocalałych kotków. Czy uda mu się przeżyć? Czy ludzkie stado przygarnie go? A co dzieje się z chłopcem, który miał być geniuszem? Czy ocaleje jego umysł? Jak wykorzysta jego możliwości? Czy ówczesny, współczesny dla niego świat, pozwoli mu na to? I co w tym wszystkim robi lew?
Akurat moje wydanie nie miało lwa na okładce, w przeciwieństwie do innych wydań. I bardzo dobrze. Pojawienie się lwa było niespodzianką. Jego życie w ludzkim stadzie pokazało, że można, wszystko można, jeśli się tylko chce, jeśli się tylko kocha.
Dla mnie książka Whartona jest właśnie utworem o miłości w stadzie, w grupie, między ludźmi i zwierzętami. Równoległe prowadzenie wspomnianych powyżej wątków pozwala na porównanie ludzkich losów. Jakże są podobne! Nie, nie w wydarzenia, osoby, ale właśnie uczuciowo. Są to dwa stada funkcjonujące osobno, nie znające się wzajemnie, a jednak bardzo sobie bliskie. W stosunku do siebie każdy robi to co robi z miłości do innego członka swojej grupy. Czasami przykłada palec do ust i nakazuje milczenie. Czasami przykłada co innego w sam środek głowy, ale to też jest gest miłości i przywiązania.
Tak, wiem, recenzenci piszą o tym, szkoda lwa. Ale nie szkoda łez, które cisną się czytelnikowi do oczu. Serce buntuje się. Rozum mówi, że tak trzeba było….
Przez pierwsze stronice opowieść nużyła mnie. Wydawało mi się, że już ją odłożę, bo nie dostrzegałam w niej nic oryginalnego. Ale jakaś siła kazała mi brnąć dalej. Do finału. Dopiero w finale czujemy siłę prozy Whartona. Przeprowadza nas przez zwyczajny świat, by dać niezwyczajny koniec.

❤️
0
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
Wyśpiewane wspomnienia | wroc 0

Wyśpiewane wspomnienia

Wyśpiewane wspomnienia

Anna German to wyjątkowa postać w historii polskiej muzyki rozgrywkowej. Piosenkarka o wyjątkowym głosie, śpiewająca z łatwością w kilku językach, laureatka wielu międzynarodowych festiwali, niezwykle popularnych w w latach sześćdziesiątych. Cała Polska śledziła jej walkę o powrót na scenę po tragicznym wypadku samochodowym w 1967, a potem zmagania z nowotworem.
Tuż po tym, jak stanęła na nogi (dosłownie) po wypadku w 1970 opublikowała niewielką książeczkę „Wróć do Sorrento?…” Skromna opowieść stała się wówczas bestsellerem. Wszyscy chcieli przeczytać, wszyscy chcieli wiedzieć, jak to się stało, dlaczego się stało… Jako dziecko pamiętam rozmowy dorosłych o tragedii piosenkarki. Była bliska zrobienia kariery artystycznej, jaka nie była dana żadnej innej artystce. Zamiast kariery, stała się legendą. Dziś może niewielu młodych zna jej piosenki, ale na pewno wiedzą, że była….
Autobiograficzna opowieść Anny to również tekst o jej dzieciństwie. Trudnym, a zarazem niezwykle ciekawym. Tak samo jak trudne i ciekawe są losy jej rodziców, przed jej narodzinami. Ojciec pochodził z rodziny pochodzenia niemieckiego, matka – holenderskiego. Sama Anna urodziła się w Uzbekistanie. Śledzimy zatem losy legendarnej piosenkarki poprzez lata wojny, tułaczki najpierw do Nowej Rudy, potem do Wrocławia, studia geologiczne i rozwijanie muzycznych zdolności.
Tekst napisany jest niezwykle proste. Mało dialogów, klasycznych opisów też brak. Są to typowe wspomnienia, pisane z potrzeby serca, ale nie dla siebie, dla innych. Wędrujemy zatem z Anną po estradach Polski oraz Europy. Uwierzcie na słowo, nie jest lekko. Nie zarabia się od razu wielkich pieniędzy. Są problemy z doborem kreacji na występy. Wszak nasza gwiazda mierzy sobie 184 cm wzrostu, co wówczas jest bardzo niezwykłe. Wielu konferansjerów nie może sobie z tym poradzić. Są po prostu niżsi, nawet jak dziewczyna zdejmie buty na niewielkim obcasie… Po szczeblach kariery Anna wspina się powoli, ale skutecznie. Jest coraz bardziej popularna.
Jej wspomnienia czytałam w wydaniu z okazji Ogólnopolskiego konkursu na interpretację piosenek Anny w 2002 roku. Oprócz tekstu artystki (85 stron), książeczka zawiera wspomnienia jej matki Irmy Martens – German – Gerner. Jest też szczegółowa kronika życia piosenkarki oraz duża ilość czarno-białych zdjęć.
Opowieść oczywiście trzeba przeczytać. Jest dokumentem ludzkiej historii, wzlotów i tragedii, opowieścią o walce najpierw o popularność, potem o życie. Mówi też o ludziach, którzy pomagają i wierzą, że będzie dobrze. Nie spodziewajmy się jednak po tej książeczce rewelacji, sensacji, plotek. Nie, nie o tym ona jest. Swe życie osobiste Anna nawet we wspomnieniach chroni. Wie, że nie wszystko jest na sprzedaż.

❤️
2
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
W Wieku senioralnym... | pol 0

W Wieku senioralnym…

W wieku senioralnym….

Tytuł powieści Hakana Nessera „Półmorderca” zdecydowanie zachęca do czytania. Zwłaszcza osoby, które lubię sensację, kryminał i tego typu różne akcje. Jeśli dodać do tego, że człek poza domem, na wyjeździe, w cichym hoteliku w środku miasta średniej wielkości, o nie, błąd – Białystok to duże miasto, prawie 300 tysięcy mieszkańców, to wszystko jest już jaśniejsze. A jeśli wyjazd na kilka dni to i walizka. W pewnym wieku, i nie jest to XXI, taka walizka musi być jak najlżejsza, zatem nie książka w wersji papierowej, ale nowoczesny czytnik. Całkiem fajny, bo w formacie A5 i lekki jak piórko.
Kiedy więc przychodzi wieczór lub człowiek pije pierwszą poranną kawę, można taki czytnik wziąć do ręki, legnąć w hotelowym wyrze z miękkim materacem i oddać się lekturze.
Tak więc zaczęłam czytać… I nudno się zrobiło. Za oknem mgła, mżawka, wcale nie grudzień, tylko nadal listopad, a w opowieści o kryminalnym tytule dwóch seniorów, z czego jeden to główny bohater. Wloką się ulicami, jeden z balkonikiem, spotykają się co jakiś czas i nadużywają alkoholu, co w ich wieku wskazane nie jest, ale jakoś leczą tego kaca i wegetują dalej….
Już miałam wyłączyć książkę, kliknąć w coś innego, ale machnęłam ręką. Jak wygląda starość oczami kobiety, wiem z autopsji, ale na facetach się nie znam. Dobra, skoro zostałam skazana na tę książkę, to czemu nie. Przeczytam.
I oto główny bohater spotyka ją. Kogo? No sam jeszcze nie wie. Wysyła tego z balkonikiem, żeby ją szpiegował, bo może ona to ona. Balkonik oczywiście się psuje, jego właściciel zostaje unieruchomiony, a główny wspomina. Rozdziały z akcji bieżącej zaczynają się mieszać z tymi o latach minionych. Główny był kiedyś młody i zakochany, ale jak to w czasach młodości bywa, miłość natrafia na przeszkody. Czy można je pokonać? Różnie to bywa. W powieści Nessera jest rozwiązanie. Oczywiście pod koniec, żebyś czytelniku przebrnął przez kolejne strony na swym czytniku i doczekał wreszcie wyjaśnienia tytułu. Ale niestety, całość nie wciąga. Chwilami jest powolna jak facet idący z balkonikiem. Czasami nudna jak opisy przyrody w dawnych powieściach. Nic, tylko je ominąć, bo niczego istotnego do treści nie wnoszą. Czyli wstęp do akcji – nic ciekawego, akcja – bez blasku i tempa, rozwiązanie akcji – do przewidzenia. Treść niczym nas nie zaskakuje. A szkoda, bo tytuł fajny. Zatem widzimy, jak właśnie tytuł potrafi przyciągnąć czytelnika. Pamiętam lekcje w szkole, kiedy interpretowaliśmy tytuły utworów. Taki Żeromski był mistrzem w ich tworzeniu. Aż chce się zacytować… „Rozdziobią nas kruki, wrony…”, „Ludzie bezdomni”, nieszczęsna „Siłaczka”… Wszędzie metafora nawiązująca do treści utworu.
A tu proszę – zwykła komercja, na którą ja też dałam się nabrać.

❤️
3
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
Bez zachwytu | ink 0

Bez zachwytu

Bez zachwytu

Jest problem. Z tą książką. Opinie o niej są pozytywne, niektóre wręcz rewelacyjne. Ponoć prawdziwe dzieło sztuki. Lepsze niż utwory Folletta czy Forsytha. Tak się czytelniczo złożyło, że przeczytałam (może nie do końca dosłownie) „Inkarnację” niejakiego Leopolda zaraz po „Zimie świata” Folletta. I zdanie mam odmienne. Sporo odmienne.
W internecie doczytałam, że ów Leonard to Leonard Zagórki, twórca czterech bestsellerów – thrillerów, które zawojowały polską literaturę w na przełomie lat 80/90. Widocznie wówczas coś mi umknęło, bo nie spotkałam się nigdy z twórczością tego pisarza. Postanowiłam ten brak nadrobić.
Niestety, nie było to bardzo udane spotkanie. Owszem, cała intryga, fabuła jest naprawdę dobrym pomysłem. Pasuje na sensacyjną treść, nadaje się na scenariusz filmu w stylu „Dział Navarony” czy nawet „Złota dla zuchwałych”. Jest opowieścią, która powinna trzymać w napięciu jak prawdziwy wojenny thriller. Ale nie trzyma. Żeby tak było, należało by skrócić powieść o co najmniej jedną trzecią. Książka jest po prostu przegadana. Zdarza się, iż na jednej stronie trzykrotnie powtarzana jest ta sama informacja. Tak, wiem, że to ma swój cel. Autor chciał w ten sposób coś powiedzieć. Ale czytelnika może to zdenerwować.
Do tego życiorysy wszystkich bohaterów…. Wiem, pogłębienie psychiki bohaterów, poznanie przyczyn ich postępowania…. Zawsze jakoś można to uzasadnić. Do tego ich rozważania, rozmyślania, podczas każdej minuty… Jeśli chodzi o mnie nic do akcji i charakterystyki nie wniosły. Wprost przeciwnie. Omijałam je szerokim łukiem czyli nie czytałam. Oczywiście od momentu, kiedy zakumałam, że mnie nudzą. Człowieku, zdecyduj się, albo książka sensacyjna, albo psychologiczna. Połączyć obu jakoś się nie udało. Na tylnej okładce mego wydania jest informacja, że autor „każdą powieściową postać (i tu (…) wyższość tego autora nad Forsythem) jej socjalno-egzystencjalnym kontekstem”. Bardzo mądre słowa, które do mnie zupełnie nie docierają.
Wśród wielu recenzji pojawiają się słowa o tym, iż w prozie Leopolda nie widać granicy między wydarzeniami realnymi a fikcją. Też mi odkrycie…. Proza, jeśli nie jest fantasy ( bo co do science – fiction możemy mieć wątpliwości), zawsze jest złudzeniem rzeczywistości. Do tego tak wiarygodnym, że czynimy często z niej prawdę historyczną, czego dowodem jest nasz ukochany Sienkiewicz.
Słowem, powieść „Inkarnacja” nie przypadła mi do gustu. Wiem, że są tacy, co się nadal będą nią zachwycać. Ja zachwycam się sagami historycznymi Folletta, inni nie. Wszyscy mamy prawo do wyboru odpowiadającej nam literatury. Dlatego też tak różnorodna powstaje.

❤️
2
👍
1
0
💡
0
1
📖
0
Świat w okowach mrozu | zima 0

Świat w okowach mrozu

Świat w okowach mrozu

Część miłośników prozy Folletta uważa, iż saga „Stulecie”: ( „Upadek gigantów:, „Zima świata”, „Krawędź wieczności”) jest gorsza niż „Kingsbridge”. Jednym z koronnych argumentów jest to, iż w opisie dziejów dawniejszych jest sporo „nowości” , zagadek i tajemniczych historii. Follett przedstawia dzieje w sposób charakterystyczny bardziej dla powieści sensacyjno-obyczajowej niż historycznej. Ma do tego prawo. Dawne dzieje, nie wszystko wiadome, można sobie pofantazjować.
Jeśli jednak zabieramy się za czasy bardziej nam współczesne, ot takie lekko ponad sto lat temu, to już jest inaczej. Tak jest w przypadku pierwszego i drugiego tomu „Stulecia”, które właśnie ukończyłam. Pierwszy tom to pierwsza wojna światowa, upadek jednych imperiów, narodziny drugich. Po dwudziestu latach ponownie wojna. Saga obejmuje zatem lata udokumentowane historycznie, czasy, o których już napisano sporo, nakręcono masę filmów różnego rodzaju. Trudno w tej tematyce odnaleźć coś nowego. O puszczaniu wodzy fantazji też nie ma mowy. (Chyba, że pisze się opowieść o kapitanie Ameryce….). Mimo tego brytyjskiemu pisarzowi udaje się wybrnąć. Nie tworzy rzeczywistości alternatywnej. Stara się oddać jak najwierniej klimat opisywanych czasów, odwołując się do wydarzeń historycznych, które dobrze znamy.
W „Zimie świata” trafiamy na fronty II wojny światowej. Polacy mogą czuć się zawiedzeni. O Polsce niewiele, prawie nic. Ale my posiadamy przecież swoją literaturę. Masa powieści, opowiadań, w tym ostanie zupełnie nietrafione zwane literaturą pseudo-obozową. Warto zatem poczytać, jak to było, mogło być w innych krajach. Mnie osobiście najmocniej utkwił obraz wojny przez pryzmat obywateli faszystowskich Niemiec. W sumie nie znam innych utworów opisujących tamto społeczeństwo. Czy w literaturze polskiej takowe są? Pamiętam zapomnianych „Niemców” Leona Kruczkowskiego. Dramat ten przedstawia różnych mieszkańców III Rzeszy, od typowych faszystów po ich przeciwników.
U Folletta większość bohaterów jest po dobrej stronie mocy. Nawet jeśli początkowo sprzyjają Hitlerowi, to potem zmieniają zdanie. Źli giną. Czasami po prostu zamordowani przez swe ofiary po to, by innych ofiar już nie było. Czasami giną w walce, ot tak, po prostu. Otwierają tym samym drogę do szczęścia innym. Są tacy, co to właśnie zarzucają pisarzowi, iż zła w jego powieści jest …. za mało. Wszak wojna to śmierć. Nie odczułam tego. Nasi bohaterowie nie zawsze walczą na froncie. Tacy amerykanie żyją na swoim kontynencie i prowadzą interesy. Nie wymagajmy od nich, by wszyscy zginęli w ataku Japończyków na Pearl Harbor. Inaczej z Rosjanami. Niby wyzwalają Europę od faszyzmu, ale jako komuniści też są do niczego.
I tak moglibyśmy pisać i pisać o „Zimie świata”… Wspaniały tytuł drugiej części sagi „Stulecie”. Najbardziej trafiony ze wszystkich historycznych tomów pisarza.

❤️
1
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
Nadchodzi czas zabijania | nie 0

Nadchodzi czas zabijania

Nadchodzi czas zabijania

Seria książek z „konikiem morskim” wydawana przez Wydawnictwo Morskie Gdańsk zapowiadała zawsze solidną, porządną lekturę. Format, dziś zwany kieszonkowym, mieścił się w torebce i nieco większej kieszeni. Można było książkę zabrać w podróż, a kiedyś jak wiadomo dłużej się podróżowało.
Taką właśnie solidną pozycją jest mini powieść Sławomira Siereckiego „Nie zabijajcie białego nosorożca”. Narratorem jest pisarz, który udaje się do Bejrutu w celu zebrania materiałów do nowej książki. Mamy lata siedemdziesiąte. Stolica Libanu nadal kusi turystów i uznawana jest za perłę świata arabskiego, ale tocząca się wojna domowa powoli niszczy miasto. Narrator wraz z grupą znajomych wędruje jednak nadal po miejscach, które są atrakcyjne i przyciągają obcokrajowców. Jest czas Bożego Narodzenia. Ludzie szukają rozrywek. Trafiają do lokali, bawią się, a nawet kąpią w morzu. Są piękne dziewczyny i dużo alkoholu. Obok stoją co prawda uzbrojeni żołnierze, ale wszystko jakoś się toczy. Chociaż to już nie ten Bejrut…
Nasz bohater oczywiście poznaje piękną dziewczynę. Udaje się z nią w poszukiwaniu legendy o białym nosorożcu, którego szukać miał rycerz Roger od Dwóch Koni. Jadąc Alfa Romeo mijają posterunki graniczne, stare budynki. Opowiadają sobie legendy, tę o Adonisie zabitym przez dzika też. A potem wracają do miasta, w którym wybuchają bomby.
Opowieść pozornie spokojna. Nawet pierwsza część o owym rozrywkowym charakterze szybkością narracji nie imponuje. Spokój jest jednak pozorny. Tu ciągle coś się dzieje. Narrator słyszy dobre rady – wyjeżdżaj stąd, to nie czas i nie miejsce na legendy i na książki o nich, tu nawet miłość nią nie jest – zdaje się wszystko mówić wokół niego.
Opowieść chwilami może rzeczywiście nużyć czytelnika. Jest jednak na tyle ciekawie skonstruowana, iż brnie się w nią dalej oczekując właśnie przyspieszenia wydarzeń i ich konsekwencji. Oczywiście następują. Ktoś może być nimi zaskoczony, ktoś nie. W każdym razie są. Do tego są dopełnieniem poprzedniej treści i ich konsekwencją Nie wysuwają się na plan pierwszy. Kończą opowieść z odpowiedzią na pytanie, kto tak właściwie jest owym białym nosorożcem.
Jednym słowem warto w spokoju i ciszy pochylić się nad jedną z pozycji serii „z konikiem morskim”. Jeśli są wśród was ludzie, którzy twierdzą, że za PRLu ciekawej literatury w kraju nie wydawano, a najlepsze polskie książki pochodziły z tzw. drugiego obiegu, to się akurat myli. Niedawno moja znajoma powiedziała, iż kiedyś, aby wydać drukiem książkę, musiała mieć ona trzy niezależne od siebie opinie krytyków. Dziś wystarczy mieć pieniądze…
Polecam stare serie, te „z konikiem morskim”, te z „jamnikiem”, te z „kluczykiem…

❤️
2
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
12345614