Kategoria: recenzje książek

0

Przy japońskiej kawie

Przy japońskiej kawie

Przy oglądaniu filmów wzruszam się, jeśli coś wywołuje emocje w moim sercu. Uronię łezkę, czasami dwie. Z książkami jest trochę inaczej. Mam wykształcenie typowo polonistyczne, przez ponad trzydzieści lat uczyłam, jak można interpretować teksty pisane. Zboczenie zawodowe jest i już. Czasami się jednak zdarza inaczej. Owszem, ważna kompozycja utworu, sposób charakteryzowania bohaterów, budowa akcji i reakcji, ale te sprawy odchodzą na plan dalszy, bo książka po prostu – wzrusza.
Tak było w przypadku „Zanim wystygnie kawa” japońskiego pisarza Toshikazu Kawaguchi. Emocje wzięły górę.
Temat przenoszenia się w przeszłość lub przyszłość wydaje się być tematem oklepanym i charakterystycznym dla prozy typu fantasy lub baśni i bajeczek. Wymyślić coś innego, coś oryginalnego, coś, co przykuło by czytelnika jest niezwykle trudno. Ale przecież wyobraźnie ludzka ograniczeń nie ma, a najprostsze rzeczy są czasami najtrudniejsze do wymyślenia…. Tak też jest w przypadku prozy japońskiego pisarza.
Z mini recenzji zamieszczonej na tylnej okładce dowiadujemy się, iż akcja powieści rozgrywa się w małej, cichej kawiarence w Tokio. Co tu się może zdarzyć? Okazuje się, że bardzo dużo, a równocześnie niewiele. Trzymającej w napięciu akcji brak. Są tylko i aż ludzie. W sumie normalni, ze swymi problemami, radościami, smutkami. Ot, tak jak wszędzie, tak jak zawsze. Taka sobie codzienność i nic z egzotyki, chociaż niektórzy myślą, że jak Japonia to musi być coś innego. Tymczasem japoński świat jest taki sam jak wszędzie. Być może właśnie ta codzienność i jej uniwersalność sprawia, iż książka wzrusza i w oku pojawia się łza? O dziwo, nie płaczemy słuchając kolejnych wiadomości o wojnach nękających naszą planetę, o kataklizmach i katastrofach wywołanych przez ciągle nieokiełznaną i silną przyrodę. Wzruszają nas proste sprawy prostych ludzi. Ich radości i smutki, ich spełnione i niespełnione marzenia. Takie też proste i nieskomplikowane. Takie, jakie my też możemy mieć.
„Zanim….” nie posiada żadnych fajerwerków kompozycyjnych. Mnie wzruszenie ogarniało wraz z ilością przeczytanych stron. Na końcu łzy pojawiły się w większej ilości. Może taki właśnie był zamysł autora? Jeśli tak, to mu się udało.
Język utworu, jak i wszystko w nim, bardzo czytelny i nie wymagający znajomości budowy zdania wielokrotnie złożonego, czy stron ze słownika wyrazów obcych. Taki właśnie język buduje opowieść skromną, ale wielką w swym wpływie na czytelnika. I uwaga – nie jest to tekst sentymentalny. Jest po prostu bardzo ludzki….

❤️
2
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
0

Pewnego razu na wyspach brytyjskich….

Pewnego razu na wyspach brytyjskich….

Hura! Jestem the best, znaczy się po polsku „jestem debeściara” czyli najlepsza. Oczywiście w swoim mniemaniu, po dokonaniu czynu czytelniczego, który jeszcze niedawno przekraczał moje możliwości! Przeczytałam książkę Waltera Scotta! No, tego angielsko – szkockiego pisarza z pierwszej połowy XIX wieku. A ten pisał dużo i namiętnie. Nie, nie, naszego Kraszewskiego nie przebił. Ale każda książka Scotta, która trafiała w moje ręce, swoje ważyła. Nie dość, że treści było dużo, czcionka mała, to jeszcze papier tzw. klasy V czyli gruby. Słowem, twórczość Szkota bliska mi nie była. Jednak w końcu udało się. Przebrnęłam przez „Kenilworth”, powieść uznawaną za jedną z najlepszych, jak głoszą recenzje.
Tytułowe Kenilworth to miasto w Anglii, w hrabstwie Warwickshire, leżące 7 km na północ od miasta Warwick i 136 km na północny zachód od Londynu. W 2001 liczyło 22 582 mieszkańców. Znaczy się taka sobie mieścina. Jest w niej jednak Zamek Kenilworth datowany na X wiek, przebudowany w XIII w. Stał się popularny właśnie dzięki opowieści Waltera.
Wiemy zatem, gdzie udamy się w historyczną wycieczkę. Kogo na niej spotkamy? Postacie historyczne oczywiście. Akcja rozgrywa się za czasów panowania Elżbiety I 1558 – 1603. Oczywiście Ela jest, chociaż nie tworzy postaci pierwszoplanowej w konstrukcji powieści, bo w Anglii oczywiście panuje jako królowa – dziewica. Kolejną ważną postacią jest Robert Dudley, hrabia Earl Leicester, rezydujący w naszym Kenilworth, przynajmniej w powieści. Jest też hrabia Sussex i kilka jeszcze innych postaci, które zapewne mają historyczny rodowód. Chcecie, przeczytajcie, poszukajcie.
Historia oczywiście jest jednym wielkim romansem. Mamy tajemnicę, mamy zbrodnię, może nawet nie jedną, mamy nieszczęścia i opis rządów królowej. Właśnie, opisy…. Tych nie brakuje w książkach historycznych. Każdy pisarz tzw. historyczny stara się przekazać w swych opowieściach nie tylko własną wizję wydarzeń zwanych historycznymi, ale również próbuje oddać koloryt epoki. Tak więc brniemy przez opisy sukien, komnat, balów czy nawet umaszczenia koni. Czasami oczywiście opisy omijamy, zwłaszcza jak jesteśmy uczniami i książka jest lekturą obowiązkową. Ze mną bywało różnie. Czasami opisy czytałam, czasami przelatywałam swym słabnącym wzrokiem, tłumacząc, że to tak w imię ochrony owego wzroku. W każdym razie Scott nie odbiega niczym od naszego Sienkiewicza czy nawet Kraszewskiego.
Czytanie „Kenilworth” nie uważam jednak za czas stracony. Podczas dyskusji o literaturze pochwaliłam się oczywiście swym wyczynem i…. Okazało się, że twórczość Szkota o losach Anglii jest już praktycznie nieznana. Ktoś tam coś słyszał, ale nie czytał. W każdym razie ja dołączyłam do tego grona, które czytało i wie. I dobrze mi z tym!

❤️
1
👍
0
1
💡
1
1
📖
1
0

Na tropie Tomka

Na tropie Tomka

Mówią, iż osoby płci żeńskiej czytają więcej niż osoby płci drugiej. Moje życiowe obserwacje to potwierdzają. Na spotkania Dyskusyjnego Klubu Książki przychodzą seniorki. Seniorów brak. W dalekiej przeszłości było podobnie. Mój brat za czytaniem książek nie przepadał. Wolał kopać piłkę. Tata? Czytywał. W toalecie, bo tam miał spokój i były to słynne „tygrysy”. Koledzy ze szkoły, tej podstawowej oczywiście? Unikali czytania, a jeśli już czytali, to były to „Tomki”. Oni czytali owe „Tomki”. A my dziewczęta zaczytywałyśmy się wówczas w „Aniach”. Każda płeć twierdziła, że jego lektury są najlepsze. Oczywiście mój rocznik domyśla się, czym były „Tomki” i „Anie”, młodszemu należą się wyjaśnienia.
Dziewczyny czytały opowieści o Ani Shirley, czyli „Ani z Zielonego Wzgórza”, serii powieści napisanych przez Lucy Maud Montgomery. Chłopcy zaś pochłaniali serię przygód Tomka Wilmowskiego, bohatera cyklu powieści podróżniczo – przygodowych napisanych przez Alfreda Szklarskiego. Ot i tajemnica rozwiązana. W owych czasach podjęłam próbę przeczytania jednego z „Tomków”, ale do gustu mi nie przypadł. Wówczas nie dorastał „Aniom” do pięt. Po latach postanowiłam sprawdzić, czy rzeczywiście powieści Szklarskiego były gorsze…. Może inaczej – dlaczego moi rówieśnicy płci drugiej tak chętnie je czytali?
W ręce wpadł mi jeden z ostatnich tomów cyklu „Tomek w Gran Chaco” czyli krainie geograficznej w Ameryce Południowej, na pograniczu Boliwii, Paragwaju i Argentyny. Tytułowy bohater jest już dorosły i ma żonę, z którą podróżuje po świecie. (Ania Shirley tez rosła wraz z książkami). Połowa książki jest jednak o towarzyszach praktycznie wszystkich wypraw. Jan Smuga i kapitan Nowicki są uwięzieni przez Indian. Udaje im się jednak uciec i przemierzają kontynent zmierzając do celu, czyli spotkania z Tomkiem. To spotkanie oczywiście następuje.
Oczywiście w czasach mego dzieciństwa moim kolegom na pewno spodobały się niebezpieczne przygody, które spotykały bohaterów. Każdy chciał być bohaterem. Zwłaszcza wędrując po obcych kontynentach. Dopiero jednak teraz zdałam sobie sprawę, iż książki Szklarskiego zawierają ogrom wiedzy geograficznej i moi koledzy doskonale wiedzieli, gdzie jest owe Gran Chaco. Dokładne opisy, duża ilość przypisów objaśniających nieznane pojęcia, ba – ilustracje ze szczegółowymi opisami np. małp. Słowem kopalnia wiedzy.
Kochana młodzieży, ongiś internetu nie było. Wiedze o dalekich krajach czerpaliśmy z książek i wcale nie były to szkolne podręczniki. Do dziś pamiętam telewizyjny „Klub Sześciu Kontynentów”, z podtytułem „Kawiarenka pod globusem” – program popularnonaukowy poświęcony podróżom, emitowany w latach 1969–1988. Program prowadził Ryszard Badowski.
W programie znani podróżnicy i dziennikarze opowiadali o swoich ekspedycjach. Gośćmi Ryszarda Badowskiego byli m.in.: Stanisław Szwarc-Bronikowski, Olgierd Budrewicz, Jerzy Kukuczka, Wanda Rutkiewicz, Leonid Teliga, Tony Halik, Krzysztof Baranowski i Teresa Remiszewska. W ciągu 19 lat emisji program obejrzało 4,5 miliarda widzów”– to nie ja, to wikipedia.
Takie zatem to były czasy…. A opowieści o barwnych przygodach Tomka przede wszystkim uczyły….

❤️
1
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
0

Słoneczna przeszłość

Słoneczna przeszłość

Któż z nas nie zna „Mitologii” Jana Parandowskiego… Wydana po raz pierwszy w 1924 stała się lektura podstawową wielu pokoleń Polaków. Niektórzy znają również powieść „Dysk olimpijski” nagrodzony brązowym medalem w olimpijskim konkursie sztuki i literatury w czasie Letnich Igrzysk Olimpijskich 1936 w Berlinie. Ale „Zegar słoneczny” trochę ginie wśród antycznej twórczości pisarza. Bo nie o antyku on jest….
Ongiś każdy pisarz pragnął utrwalić na papierze, słowem drukowanym swoje dzieciństwo i młodość. Wszystko zgodnie z zasadą Mickiewicza:
„Kraj lat dziecinnych! On zawsze zostanie
Święty i czysty, jak pierwsze kochanie,(…)”
Autorka niniejszej recenzji też takowe teksty popełniła…
Parandowski zabiera nas w swój kraj lat minionych. Trafiamy na początek XX wieku do Lwowa. Spacerujemy jego ulicami. Przyglądamy się ówczesnym ludziom. Czytamy o metodach wychowawczych sprzed stu laty. Zaglądamy do szkoły. Może się nawet dziwimy, iż wykonanie maturalnego tableau (pamiątkowego zdjęcie grupy osób; składa się z wielu mniejszych zdjęć tych osób. Najczęściej dużych rozmiarów, wykonywane np. w celu upamiętnienia grupy uczniów i nauczycieli lub studentów i profesorów – za wikipedią) sprawia trudności, powoduje przedziwną tremę. Bo zdjęcie robi się tylko raz i trzeba dobrze na nim „wyjść”. Żaden komputer go nie poprawi, bo do ery komputerowej jeszcze daleko…
Otrzymujemy zatem opowieść o czasach dawno minionych, historycznych. Tam wszystko było inne. Czy wszystko było dobre? Na pewno nie. Ale dzieciństwo widziane po latach zawsze jest dobre i ładne. Tęsknimy za nim. Tak też jest w książce Parandowskiego. Ktoś określił tekst jako „ciepły”. Rzeczywiście taki jest. Można dodać jeszcze słowa pogodny, spokojny, a przede wszystkim nostalgiczny. Czytelnik wyraźnie odczuwa, iż narratorem jest ten, co już młodość ma za sobą. Książka ukazał się po raz pierwszy w 1953 roku, kiedy jej autor zbliżał się do sześćdziesiątki. Wtedy rozpoczyna się czas wspomnień….
Czy utwór spodoba się współczesnemu czytelnikowi? Myślę, że odniesie się do niego z szacunkiem, jak na wiekowe dzieło przystało, ale zachwycony nie będzie. Przeczyta, bo chyba w szkole jeszcze ktoś mu polecił „Mitologię” Parandowskiego i być może warto coś jeszcze tego pisarza przeczytać. Ale „ochów” i „achów” nie będzie. To tekst z dawnej epoki. Pisany bardzo starannym językiem polskim, ale bez fajerwerków. Chwilami monotonny. Sporo opisów. Nie, nie jest „przegadany”, dialogów tyle, ile trzeba, ale takich niedzisiejszych. Całość trąci przysłowiową „myszką”.
Wytrawni czytelnicy powinni jednak tę pozycje przeczytać. Zawsze warto wrócić do historii. Aha, zupełnie nie wiem dlaczego, we wszelkich opisach opowieści jest informacja, że są to „opowiadania” o Lwowie. Owszem, wszystko dzieje się we Lwowie, ale jest to przede wszystkim opowieść o dzieciństwie i młodości. Bohater po prostu żył we Lwowie, tak jak ja żyłam w Wałbrzychu…

❤️
1
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
0

Mógłby być i czart

Mógłby być i czart

Pamiętacie moją recenzję z powieści Magdy Skubisz „Aptekarka”, będącej pierwszą częścią sagi rodu Tyszkowskich? Ta recenzja o dziewczynie, co to wszystko leczyła żywokostem? I trochę racji miała, bo maści i olejki z tejże rośliny są dziś bardzo popularne. Mnie olejek pomógł. Skoro była część pierwsza, zajmijmy się drugą, która wreszcie doczekała się swojej kolejki do czytania.
Zaczynamy oczywiście od spojlerów, przepraszam, mini recenzji na tylnej okładce. W sumie możemy już sobie czytanie odpuścić, bo wiemy o czym książka będzie. Nawet o kidnapingu. Okładka charakteryzuje również głównego bohatera tej części sagi. Jest kretynem. Oczywiście mamy również silne kobiety, zarówno złe jak i dobre. Dobra na pewno będzie nasza aptekarka czyli Katja.
Dziewczyna nadal jest brudna i chuda. O dziwo tymi cechami wywiera ogromne wrażenie na jaśnie panu Antonim, ale zgodnie z okładką, tylną oczywiście, jest on kretynem więc nie ma się czemu dziwić. Zaraz, zaraz, powoli. A może wcale kretynem nie jest? Autorka powieści skupia się na jego osobie i próbuje pokazać, że człek różne oblicza ma. Nawet ów kretyn czasami bywa człowiekiem. W każdym razie mamy Antoniego, jego przedziwne uczucie do Katji i mamy Katję, która już nie leczy tylko żywokostem. Stosuje również inne zioła taką na przykład wiązówkę błotną („filipendula ulmaria”) inaczej nazywana jest tawułą błotną, tawułą łąkową, kropidłem błotnym, królową łąk albo kozią brodą. „W Polsce tę bardzo pospolitą roślinę, spotkać najczęściej można się na żyznych, podmokłych łąkach, terenach bagnistych, nad brzegami wód i w rowach melioracyjnych. Wiązówka wykazuje wiele właściwości. Głównym surowcem są kwiaty, z których można zrobić napar lub leczniczą nalewkę” . To nie ja ani autorka powieści, to wikipedia. Także zbierajcie wiązówkę. Katja wie również, gdzie zimą, kiedy mróz siarczysty i śniegi ogromne (takie zimy ongiś w Polsce bywały) nadal rosną zioła. Oczywiście tytułowy czarci ogród.
W sumie w tej części sagi nie dzieje się wiele. Akcja jakoś się toczy, dialogi się dłużą, ale uważam ją za zdecydowanie lepszą niż część pierwsza. Mamy tu próbę ukazania skomplikowanego charakteru człowieka. Skupienie uwagi na jaśnie panu Antonim jest według mnie znacznie lepszą metodą na zaciekawienie czytelnika treścią niż pokazywanie Katji, na którą spadają wszelkie plagi egipskie.
Zakończenie oryginalne nie jest, ale spełnia wszelki cechy odpowiedniego zakończenia części opowieści. Bohaterów zostawiamy w miejscu i czasie, w momencie najciekawszym i najbardziej emocjonującym. Jak w czasach starych seriali, kiedy odcinek kończył się w najmniej dla widza odpowiednim momencie. Autorka tym razem wzięła wzór z właściwych źródeł, skłaniając czytelnika do rzucenia się na część trzecią. W moim przypadku część trzecia swoje w kolejce odczeka, ale jak ktoś nie może się doczekać, może wcześniej przeczytać. To nie jest zabronione.

❤️
2
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
0

Niby po bożemu….

Niby po bożemu….

W sumie to powinnam być zadowolona, że właśnie ta książka trafiła do mnie. Pokazuje bowiem wielką Amerykę, czyli jeszcze większe USA w tzw. krzywym zwierciadle, otoczonym obleśnym czarnym humorem, znaczy się coś w stylu „nie wiadomo czy śmiać się, czy płakać”. W czasach kiedy nasze USA uważane jest przez niektórych za Eldorado lub co najmniej Klondike, a przez niektórych za symbol zła wszelakiego, niewielka powieść Erskine Caldwella „Sługa boży” może być całkiem pożytecznym głosem w dyskusji. No tak, ale powstała ona w 1935 roku – powie ktoś. Racja, nie da się zaprzeczyć. Lecz czy w literaturze nie powinniśmy szukać wartości ponadczasowych?
Przyjrzyjmy się najpierw autorowi…. Ongiś zaliczany do grona pięciu najwybitniejszych pisarzy amerykańskich, dziś zapomniany. Popularny w ZSRR. Może dlatego zapomniany. Jego utwory pachniały skandalami. Posługiwał się groteską, czarnym humorem, sprzeciwiał się dyskryminacji rasowej, by pokazać głupotę amerykańskiego Południa. W swoich czasach oczywiście. Jeśli jednak z interpretacji wyjmiemy lokalizację, okaże się, iż owa ciemnota może być wszędzie.
Bo minipowieść Caldwella jest tekstem o naiwności ludzkiej, braku umiejętności odróżnienia tego, co może być mądre od tego, co jest idiotyczne.
Na prowincję Południa przybywa tajemniczy facet. Przedstawia się jako wędrowny kaznodzieja, czyli tytułowy sługa boży. I to wystarczy, by mu uwierzono i pozwolono mówić i robić, co chce. I facet sobie używa ile może. Je, pije, oszukuje, powiedzmy kulturalnie – podrywa żony i kochanki oraz oczywiście przygotowuje się do niedzielnego kazania. A społeczność patrzy, nic nie mówi, wszak to sługa boży….
Oczywiście spojlerować nie będę. Zechcecie przeczytać, to przeczytacie. Ja przebrnęłam przez książkę na trasie Wrocław – Białystok, siedząc przez blisko siedem godzin w wagonie drugiej klasy bezprzedziałowym. Nie, nie połknęłam treści od razu. Przystanków było na trasie sporo. Ludzie wsiadali i wysiadali, skupiałam się na ich obserwacji. Naród trafił się spokojny. Nie gadał przez telefony, czytał na „czytnikach” i nudził się. Często więc przerywałam czytanie, by popatrzeć. Ale całość, jak to w planach było, na trasie przeczytałam. Nie ukrywam. Nie lubię prozy amerykańskiej. Odłożyłam zatem „Sługę….” by nabrać czasowego dystansu do treści.
Dziś wiem, że utwór ma wartości ponadczasowe. Pokazuje umiejętność manipulowania ludźmi, zwłaszcza łatwowiernymi i naiwnymi. Wystarczy rzucić hasło, by lud rzucił się w objęcia rzucającego owe hasło i mu uwierzył. Coś w rodzaju współczesnego fake newsa. Coś w rodzaju dzisiejszych …. i dopiszcie sobie sami, co chcecie.
W każdym razie zawsze tacy „nawiedzeni” byli. I będą. A lud to będzie kupował. Jak papier toaletowy na promocji.

❤️
2
👍
1
0
💡
0
1
📖
1
0

Klasyka śledztwa

Klasyka śledztwa

Stara jestem. Na każdego przyjdzie pora i fajnie jak będzie mógł się pochwalić PESELEM. Bo jak mam taki numer, w którym data urodzenia jest widoczna. Mój wniosek potwierdziła książka Jeana Luca Bannaleca „Śmierć w Pont-Aven”. Młodzi ludzie rozczytują się we współczesnych kryminałach, o których zdanie mam wyrobione (profilerzy, laboratorium, trup w częściach), a ja nadal zachwycam się utworami, w których najważniejszy jest umysł detektywa. Tak jest w przypadku wymienionej książki. Wydana w 2014 roku jest tradycyjnym kryminałem w najlepszym tego słowa znaczeniu.
Oto takie sobie miasteczko we francuskiej Bretanii szykuje się do sezonu, bo jedynie w sezonie letnim ożywa. Na co dzień jest cichą i nudną mieściną. Do niej, niejako za karę zostaje „zesłany” komisarz Dupin. Nudzi się, bo nic się nie dzieje. Stara się, ale ciągle uważany jest za „obcego” , bo Bretania tak szybko obcych nie akceptuje. Może nie akceptuje ich wcale? Tu trzeba się urodzić. Przyjezdny zawsze zostanie przyjezdnym. I nagle, ni stąd, ni zowąd pojawia się trup. Zamordowany trup, nie jakiś tam zawał czy śmierć naturalna. Fakt, nieboszczyk liczył sobie ponad dziewięćdziesiąt wiosen, ale normalnie nie zszedł z tego padołu. Rozpoczyna się śledztwo. Takie zwyczajne. Policjanci zbierają dowody, komisarz przesłuchuje i obserwuje. Czy wszyscy są podejrzani? Raczej podejrzanych nie ma. Każdy ma alibi i brak motywów do zabicia jurnego jeszcze staruszka. Jednym słowem w postaci wielu – brak punktu zaczepienia. Co prawda ten nie lubi tego, a tamten podpadł kiedyś temu i zabić powinien właśnie tego, a nie właściciela hotelu.
I tak sobie brniemy poprzez śledztwo. Przyglądamy się również słynnej Bretanii. Niektórzy recenzenci uważają, iż właśnie opis tej krainy jest największą wartością powieści. Mnie akurat nie wciągnęły, ale to rzecz gustu. Przypomniałam sobie natomiast kto to był Paul Gauguin. Dowiedziałam się również, iż malarska „szkoła z Pont-Aven” istniała naprawdę i nie jest to fikcja kryminalnej powieści.
W końcu intryga zostaje rozwiązana. Oczywiście dzięki przenikliwemu umysłowi komisarza, który korzysta głównie z pomocy historyka sztuki. Żadnych profilerów. Żadnych badań DNA. Żadnych komputerów, przepraszam – raz był wykorzystany – tylko umysł człowieka. Umiejętność kojarzenia faktów, dociekliwość w przesłuchaniach, myślenie, myślenie, jeszcze raz myślenia.
I to mi się najbardziej w kryminałach podoba. Bo co to za frajda złapać mordercę jak się ma całe współczesne laboratorium w sąsiednim pokoju, zdobycze nauki, wszechobecną inwigilację, kamery na każdym kroku, logowania telefonów komórkowych i tym podobne cuda wianki. Złap przestępcę bez tego. Potrafisz?

❤️
2
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
0

Kosmiczna medycyna

Kosmiczna medycyna

Moim pierwszym spotkaniem z thrillerem medycznym był film „Coma” na podstawie powieści Robina Cooka. Od razu sięgnęłam po powieści tego pisarza, bo tematyka była ciekawa. Potem przyszły inne sensacje medyczne, również interesujące, a do tego prawdopodobne, gdyż pisali je … lekarze. A jak tu nie wierzyć lekarzom? Nawet fantazje lub wariacje na temat chorób miały podstawy medyczne.
Tym razem trafiłam na „Grawitację” Tess Gerritsen, utwór z 1999 roku. Autorka oczywiście była lekarzem, zatem miała podstawy do medycznego opisu wymyślonych przez siebie sytuacji. Ja zaś mogłam się na poważnie zastanowić, czy fikcja literacka mogłaby zaistnieć w naszej rzeczywistości.
Od razu też uprzedzam, że powieść nie ma nic wspólnego ze znanym filmem z Sandrą Bullock i Georgiem Clooney’em, chociaż i tam i tu, akcja rozgrywa się w przestrzeni kosmicznej.
Pierwszą tajemnicę zatem zdradziłam. Udajemy się w przestrzeń kosmiczną. Lecimy wahadłowcem lub prywatną rakietą i cumujemy na międzynarodowej stacji kosmicznej. Oczywiście są tu również elementy z minionej epoki czyli pozostałości starego, dobrego Sojuza made in ZSRR, które o dziwo, nawet się przydają. Zwłaszcza stary kombinezon po radzieckiej kosmonautce. W każdym razie nasi bohaterowie żyją sobie w stanie nieważkości, przeprowadzają eksperymenty naukowe i tęsknią za Matką Ziemią. Oczywiście do pewnego momentu, o czym informuje nas słowo pisane na tylnej okładce. Nagle na terenie szczelnie zamkniętej stacji pojawia się tradycyjne „coś” co sprawia, iż akcja powieści zaczyna się rozwijać we właściwym kierunku. Zaczynamy walkę z tym „czymś”.
Wszystko przebiega według schematu. Oczywiście wiemy, że będzie happy end, ale jesteśmy niezmiernie ciekawi, jak do tego dojdzie. Kto przeżyje, dlaczego przeżyje, kto kogo uratuje i jak uratuje, kto zniszczy „coś” i jak zniszczy, czy w ogóle zniszczy.
Książka trzyma czytelnika w napięciu. Można się od niej oderwać, ale trzeba do niej wrócić. Z powodzeniem można ją czytać przy porannej kawie i kubku z mlekiem na dobranoc. Pozwala odetchnąć po ciężkim dniu, a co bardziej dociekliwym na prowadzenie rozważań, czy opisana sytuacja mogłaby wydarzyć się naprawdę. Wszak stacja kosmiczna to nie supermarket, w którym ktoś zemdleje i szybko, na sygnale, przyjeżdża po niego pogotowie. W tym przypadku misję ratunkową trzeba zorganizować. A to trwa…
Oczywiście, że powieść polecam. Jeśli ktoś lubi thrillery, oczywiście. Moja koleżanka nie lubi, więc jej odradziłam. Ale ty czytelniku…. ?

❤️
1
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
156789101117