Kategoria: recenzje książek

W Wieku senioralnym... | pol 0

W Wieku senioralnym…

W wieku senioralnym….

Tytuł powieści Hakana Nessera „Półmorderca” zdecydowanie zachęca do czytania. Zwłaszcza osoby, które lubię sensację, kryminał i tego typu różne akcje. Jeśli dodać do tego, że człek poza domem, na wyjeździe, w cichym hoteliku w środku miasta średniej wielkości, o nie, błąd – Białystok to duże miasto, prawie 300 tysięcy mieszkańców, to wszystko jest już jaśniejsze. A jeśli wyjazd na kilka dni to i walizka. W pewnym wieku, i nie jest to XXI, taka walizka musi być jak najlżejsza, zatem nie książka w wersji papierowej, ale nowoczesny czytnik. Całkiem fajny, bo w formacie A5 i lekki jak piórko.
Kiedy więc przychodzi wieczór lub człowiek pije pierwszą poranną kawę, można taki czytnik wziąć do ręki, legnąć w hotelowym wyrze z miękkim materacem i oddać się lekturze.
Tak więc zaczęłam czytać… I nudno się zrobiło. Za oknem mgła, mżawka, wcale nie grudzień, tylko nadal listopad, a w opowieści o kryminalnym tytule dwóch seniorów, z czego jeden to główny bohater. Wloką się ulicami, jeden z balkonikiem, spotykają się co jakiś czas i nadużywają alkoholu, co w ich wieku wskazane nie jest, ale jakoś leczą tego kaca i wegetują dalej….
Już miałam wyłączyć książkę, kliknąć w coś innego, ale machnęłam ręką. Jak wygląda starość oczami kobiety, wiem z autopsji, ale na facetach się nie znam. Dobra, skoro zostałam skazana na tę książkę, to czemu nie. Przeczytam.
I oto główny bohater spotyka ją. Kogo? No sam jeszcze nie wie. Wysyła tego z balkonikiem, żeby ją szpiegował, bo może ona to ona. Balkonik oczywiście się psuje, jego właściciel zostaje unieruchomiony, a główny wspomina. Rozdziały z akcji bieżącej zaczynają się mieszać z tymi o latach minionych. Główny był kiedyś młody i zakochany, ale jak to w czasach młodości bywa, miłość natrafia na przeszkody. Czy można je pokonać? Różnie to bywa. W powieści Nessera jest rozwiązanie. Oczywiście pod koniec, żebyś czytelniku przebrnął przez kolejne strony na swym czytniku i doczekał wreszcie wyjaśnienia tytułu. Ale niestety, całość nie wciąga. Chwilami jest powolna jak facet idący z balkonikiem. Czasami nudna jak opisy przyrody w dawnych powieściach. Nic, tylko je ominąć, bo niczego istotnego do treści nie wnoszą. Czyli wstęp do akcji – nic ciekawego, akcja – bez blasku i tempa, rozwiązanie akcji – do przewidzenia. Treść niczym nas nie zaskakuje. A szkoda, bo tytuł fajny. Zatem widzimy, jak właśnie tytuł potrafi przyciągnąć czytelnika. Pamiętam lekcje w szkole, kiedy interpretowaliśmy tytuły utworów. Taki Żeromski był mistrzem w ich tworzeniu. Aż chce się zacytować… „Rozdziobią nas kruki, wrony…”, „Ludzie bezdomni”, nieszczęsna „Siłaczka”… Wszędzie metafora nawiązująca do treści utworu.
A tu proszę – zwykła komercja, na którą ja też dałam się nabrać.

❤️
3
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
Bez zachwytu | ink 0

Bez zachwytu

Bez zachwytu

Jest problem. Z tą książką. Opinie o niej są pozytywne, niektóre wręcz rewelacyjne. Ponoć prawdziwe dzieło sztuki. Lepsze niż utwory Folletta czy Forsytha. Tak się czytelniczo złożyło, że przeczytałam (może nie do końca dosłownie) „Inkarnację” niejakiego Leopolda zaraz po „Zimie świata” Folletta. I zdanie mam odmienne. Sporo odmienne.
W internecie doczytałam, że ów Leonard to Leonard Zagórki, twórca czterech bestsellerów – thrillerów, które zawojowały polską literaturę w na przełomie lat 80/90. Widocznie wówczas coś mi umknęło, bo nie spotkałam się nigdy z twórczością tego pisarza. Postanowiłam ten brak nadrobić.
Niestety, nie było to bardzo udane spotkanie. Owszem, cała intryga, fabuła jest naprawdę dobrym pomysłem. Pasuje na sensacyjną treść, nadaje się na scenariusz filmu w stylu „Dział Navarony” czy nawet „Złota dla zuchwałych”. Jest opowieścią, która powinna trzymać w napięciu jak prawdziwy wojenny thriller. Ale nie trzyma. Żeby tak było, należało by skrócić powieść o co najmniej jedną trzecią. Książka jest po prostu przegadana. Zdarza się, iż na jednej stronie trzykrotnie powtarzana jest ta sama informacja. Tak, wiem, że to ma swój cel. Autor chciał w ten sposób coś powiedzieć. Ale czytelnika może to zdenerwować.
Do tego życiorysy wszystkich bohaterów…. Wiem, pogłębienie psychiki bohaterów, poznanie przyczyn ich postępowania…. Zawsze jakoś można to uzasadnić. Do tego ich rozważania, rozmyślania, podczas każdej minuty… Jeśli chodzi o mnie nic do akcji i charakterystyki nie wniosły. Wprost przeciwnie. Omijałam je szerokim łukiem czyli nie czytałam. Oczywiście od momentu, kiedy zakumałam, że mnie nudzą. Człowieku, zdecyduj się, albo książka sensacyjna, albo psychologiczna. Połączyć obu jakoś się nie udało. Na tylnej okładce mego wydania jest informacja, że autor „każdą powieściową postać (i tu (…) wyższość tego autora nad Forsythem) jej socjalno-egzystencjalnym kontekstem”. Bardzo mądre słowa, które do mnie zupełnie nie docierają.
Wśród wielu recenzji pojawiają się słowa o tym, iż w prozie Leopolda nie widać granicy między wydarzeniami realnymi a fikcją. Też mi odkrycie…. Proza, jeśli nie jest fantasy ( bo co do science – fiction możemy mieć wątpliwości), zawsze jest złudzeniem rzeczywistości. Do tego tak wiarygodnym, że czynimy często z niej prawdę historyczną, czego dowodem jest nasz ukochany Sienkiewicz.
Słowem, powieść „Inkarnacja” nie przypadła mi do gustu. Wiem, że są tacy, co się nadal będą nią zachwycać. Ja zachwycam się sagami historycznymi Folletta, inni nie. Wszyscy mamy prawo do wyboru odpowiadającej nam literatury. Dlatego też tak różnorodna powstaje.

❤️
2
👍
1
0
💡
0
1
📖
0
Świat w okowach mrozu | zima 0

Świat w okowach mrozu

Świat w okowach mrozu

Część miłośników prozy Folletta uważa, iż saga „Stulecie”: ( „Upadek gigantów:, „Zima świata”, „Krawędź wieczności”) jest gorsza niż „Kingsbridge”. Jednym z koronnych argumentów jest to, iż w opisie dziejów dawniejszych jest sporo „nowości” , zagadek i tajemniczych historii. Follett przedstawia dzieje w sposób charakterystyczny bardziej dla powieści sensacyjno-obyczajowej niż historycznej. Ma do tego prawo. Dawne dzieje, nie wszystko wiadome, można sobie pofantazjować.
Jeśli jednak zabieramy się za czasy bardziej nam współczesne, ot takie lekko ponad sto lat temu, to już jest inaczej. Tak jest w przypadku pierwszego i drugiego tomu „Stulecia”, które właśnie ukończyłam. Pierwszy tom to pierwsza wojna światowa, upadek jednych imperiów, narodziny drugich. Po dwudziestu latach ponownie wojna. Saga obejmuje zatem lata udokumentowane historycznie, czasy, o których już napisano sporo, nakręcono masę filmów różnego rodzaju. Trudno w tej tematyce odnaleźć coś nowego. O puszczaniu wodzy fantazji też nie ma mowy. (Chyba, że pisze się opowieść o kapitanie Ameryce….). Mimo tego brytyjskiemu pisarzowi udaje się wybrnąć. Nie tworzy rzeczywistości alternatywnej. Stara się oddać jak najwierniej klimat opisywanych czasów, odwołując się do wydarzeń historycznych, które dobrze znamy.
W „Zimie świata” trafiamy na fronty II wojny światowej. Polacy mogą czuć się zawiedzeni. O Polsce niewiele, prawie nic. Ale my posiadamy przecież swoją literaturę. Masa powieści, opowiadań, w tym ostanie zupełnie nietrafione zwane literaturą pseudo-obozową. Warto zatem poczytać, jak to było, mogło być w innych krajach. Mnie osobiście najmocniej utkwił obraz wojny przez pryzmat obywateli faszystowskich Niemiec. W sumie nie znam innych utworów opisujących tamto społeczeństwo. Czy w literaturze polskiej takowe są? Pamiętam zapomnianych „Niemców” Leona Kruczkowskiego. Dramat ten przedstawia różnych mieszkańców III Rzeszy, od typowych faszystów po ich przeciwników.
U Folletta większość bohaterów jest po dobrej stronie mocy. Nawet jeśli początkowo sprzyjają Hitlerowi, to potem zmieniają zdanie. Źli giną. Czasami po prostu zamordowani przez swe ofiary po to, by innych ofiar już nie było. Czasami giną w walce, ot tak, po prostu. Otwierają tym samym drogę do szczęścia innym. Są tacy, co to właśnie zarzucają pisarzowi, iż zła w jego powieści jest …. za mało. Wszak wojna to śmierć. Nie odczułam tego. Nasi bohaterowie nie zawsze walczą na froncie. Tacy amerykanie żyją na swoim kontynencie i prowadzą interesy. Nie wymagajmy od nich, by wszyscy zginęli w ataku Japończyków na Pearl Harbor. Inaczej z Rosjanami. Niby wyzwalają Europę od faszyzmu, ale jako komuniści też są do niczego.
I tak moglibyśmy pisać i pisać o „Zimie świata”… Wspaniały tytuł drugiej części sagi „Stulecie”. Najbardziej trafiony ze wszystkich historycznych tomów pisarza.

❤️
1
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
Nadchodzi czas zabijania | nie 0

Nadchodzi czas zabijania

Nadchodzi czas zabijania

Seria książek z „konikiem morskim” wydawana przez Wydawnictwo Morskie Gdańsk zapowiadała zawsze solidną, porządną lekturę. Format, dziś zwany kieszonkowym, mieścił się w torebce i nieco większej kieszeni. Można było książkę zabrać w podróż, a kiedyś jak wiadomo dłużej się podróżowało.
Taką właśnie solidną pozycją jest mini powieść Sławomira Siereckiego „Nie zabijajcie białego nosorożca”. Narratorem jest pisarz, który udaje się do Bejrutu w celu zebrania materiałów do nowej książki. Mamy lata siedemdziesiąte. Stolica Libanu nadal kusi turystów i uznawana jest za perłę świata arabskiego, ale tocząca się wojna domowa powoli niszczy miasto. Narrator wraz z grupą znajomych wędruje jednak nadal po miejscach, które są atrakcyjne i przyciągają obcokrajowców. Jest czas Bożego Narodzenia. Ludzie szukają rozrywek. Trafiają do lokali, bawią się, a nawet kąpią w morzu. Są piękne dziewczyny i dużo alkoholu. Obok stoją co prawda uzbrojeni żołnierze, ale wszystko jakoś się toczy. Chociaż to już nie ten Bejrut…
Nasz bohater oczywiście poznaje piękną dziewczynę. Udaje się z nią w poszukiwaniu legendy o białym nosorożcu, którego szukać miał rycerz Roger od Dwóch Koni. Jadąc Alfa Romeo mijają posterunki graniczne, stare budynki. Opowiadają sobie legendy, tę o Adonisie zabitym przez dzika też. A potem wracają do miasta, w którym wybuchają bomby.
Opowieść pozornie spokojna. Nawet pierwsza część o owym rozrywkowym charakterze szybkością narracji nie imponuje. Spokój jest jednak pozorny. Tu ciągle coś się dzieje. Narrator słyszy dobre rady – wyjeżdżaj stąd, to nie czas i nie miejsce na legendy i na książki o nich, tu nawet miłość nią nie jest – zdaje się wszystko mówić wokół niego.
Opowieść chwilami może rzeczywiście nużyć czytelnika. Jest jednak na tyle ciekawie skonstruowana, iż brnie się w nią dalej oczekując właśnie przyspieszenia wydarzeń i ich konsekwencji. Oczywiście następują. Ktoś może być nimi zaskoczony, ktoś nie. W każdym razie są. Do tego są dopełnieniem poprzedniej treści i ich konsekwencją Nie wysuwają się na plan pierwszy. Kończą opowieść z odpowiedzią na pytanie, kto tak właściwie jest owym białym nosorożcem.
Jednym słowem warto w spokoju i ciszy pochylić się nad jedną z pozycji serii „z konikiem morskim”. Jeśli są wśród was ludzie, którzy twierdzą, że za PRLu ciekawej literatury w kraju nie wydawano, a najlepsze polskie książki pochodziły z tzw. drugiego obiegu, to się akurat myli. Niedawno moja znajoma powiedziała, iż kiedyś, aby wydać drukiem książkę, musiała mieć ona trzy niezależne od siebie opinie krytyków. Dziś wystarczy mieć pieniądze…
Polecam stare serie, te „z konikiem morskim”, te z „jamnikiem”, te z „kluczykiem…

❤️
2
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
Bez psychologa | dziew 0

Bez psychologa

Bez psychologa

Mój dobór, wybór, lektur jest przypadkowy. Korzystam z miejsc, w których ludzie zostawiają przeczytane książki, by mógł przeczytać je ktoś inny. Jeśli coś na pierwszy rzut oka wydaje mi się interesujące, zabieram do domu i ustawiam w kolejce. Gdy książka trafia do moich rąk, czytam trzydzieści stron i podejmuję decyzję, czy czytać dalej, czy odnieść w wiadome miejsce. Czasami trafiają się perełki, o których istnieniu nawet nie słyszałam, znaczy się nie wyczytałam. W nawale produkowania literatury zwanej współczesną, takie rzeczy mogą się zdarzyć. Taką właśnie perełką jest według mnie powieść „Tropy. Dziewczyna z gór” Małgorzaty Wardy.
Na okładce, tuż obok tytułu informacja o ilości zaginionych w Polsce osób. Czyż byśmy mieli do czynienia z literaturą non – fiction? Czy będzie to zbeletryzowany reportaż o Natalii?
Z takim właśnie pytaniem zaczęłam czytać i mówić sloganami – wciągnęło mnie. Powieść może być jak życie, mawiały ongiś czytelniczki, a życie może być jak powieść…. Z czym mamy do czynienia w przypadku „Dziewczyny z…”?
Historia jest praktycznie nieprawdopodobna. Zbyt dużo w niej zawiłości, nieprawdopodobieństwa i epickości. Czyli zdarzyć się nie mogła. Tak do końca, bo niektóre elementy są wielce prawdopodobne. Jednak czytając, miałam wrażenie, iż opowieść ma mocne podstawy do tego, by twierdzić, że działo się tak na serio, tak naprawdę. Opis losów porwanej dziewczyny wcale nie jest taki niezwykły. Tak się mogło przecież zdarzyć!
Takie wątpliwości u czytelnika może wzbudzić tylko dobrze napisana opowieść. Bo każda dziedzina sztuki, czy to obraz, czy przedstawienie teatralne, czy film powinny poruszyć nasze serce, sumienie, umysł. Nawet jeśli są to emocje negatywne. Jeśli są, oznacza to, iż coś jest ciekawe, dobre, kontrowersyjne…
Tak było w przypadku czytania przeze mnie utworu Wardy. Do końca nie byłam pewna czy mam do czynienia z fikcją literacką, czy też faktami. Na pewno sprawiła to dwójka głównych bohaterów. Ich postępowanie, pozornie nierealne, wyjaśnia stan ich przeżyć. To wszystko nie jest takie proste, jakby mogło się wydawać. W sercach i umyśle sprawy są bardziej skomplikowane niż w protokole policyjnym o zaginięciu, niż w reakcjach i umysłach ludzi poszukujących zaginionych. Potrzebny tak bardzo modny w obecnych czasach psycholog? Szukającym tak, ale zagubionym? Ci drudzy mają wątpliwości, nie rozwiązują ich jednoznacznie, ponieważ rzeczywistość wokół nich jest bardziej skomplikowana niż ta, która otacza poszukujących. Szukający mają jedno zadanie – odnaleźć. Zagubieni muszą dokonać wyboru.
Tak moglibyśmy długo pisać o psychologicznej warstwie omawianej powieści. Dzięki niej nie jest ona zwykłym kryminalikiem w stylu „Porwali. Ucieknie czy nie?”.

❤️
1
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
Jak ukraść naprawdę | zl 0

Jak ukraść naprawdę

Jak ukraść naprawdę

Jak włamać się do muzeum i dokonać zuchwałej kradzieży dzieła sztuki? Wystarczy obejrzeć kilka filmów z naszym „Vinci” na czele. Film Juliusza Machulskiego pokazuje cała skomplikowaną procedurę działania. Bo to „Cumę” trzeba wyciągnąć z „więźnia”, przekonać do akcji „Szerszenia”, wynająć Werbusa i Hagena, założyć podsłuch, opracować skomplikowany plan…. W ogóle roboty jest od diabła i ciut ciut. Podobnie w filmie „Osaczeni” z Catherine Zeta-Jones i Seanem Connery. Też robią skok stulecia na dzieła sztuki. Słowem, żeby zwinąć owe dzieło trzeba ludzi, sprzętu i dobrego pomysłu.
A nie można tak inaczej? Czy do otwarcia gabloty nie wystarczy szwajcarski scyzoryk? Parę ruchów w lewo i gablota staje otworem. Wystarczy wsunąć dłoń. A potem albo schować dzieło sztuki do plecaka, albo wsunąć na pasek od spodni. I wyjść, po prostu normalnie wyjść z muzeum? Do tego wystarczy tylko jeden wspólnik, który chrząka, gdy zbliża się strażnik. A ten jak wiadomo porusza się, bo robi obchód i nie zawsze jest wszędzie. Plan? Jaki plan? Przecież to takie proste. Wchodzę, zabieram i wychodzę. No dobrze, jakiś kamuflaż ubraniowy i tyle. A po co w ogóle kraść wielkie, duże obrazy, które nie mieszczą się w torbie na zakupy? Nawet złodzieje, chcący dorobić się majątku na kradzieży dzieł sztuki wiedzą, iż im cenniejsza zdobycz, tym mniejsza za nią cena na czarnym rynku. Wyjątkowe dzieła sztuki znajdują się również w małych muzeach i też są niewielkie. A jeśli złodziej ma „Syndrom Stendhala – zjawisko psychosomatyczne, które objawia się intensywnymi reakcjami emocjonalnymi i fizycznymi na widok dzieł sztuki i zabytków, szczególnie w miejscach o dużym nagromadzeniu takich obiektów” – za wikipedią, to wiele wyjaśnia. Wchodzi taki złodziej do budynku, powiedzmy do małego muzeum w Baden-Baden i dostaje wstrząsu na widok obrazu Lucasa Cranacha Starszego „Sybilla, księżna Cleves” o wartości szacowana jest na 5-5,6 mln funtów, no to trzeba go po prostu zwinąć i powiesić u siebie w domu.
Myślicie, że to niemożliwe? Jakże się mylicie. A chcecie dowiedzieć się więcej? To sięgnijcie po książkę Michaela Finkela „Złodziej sztuki. Prawdziwa historia o pożądaniu piękna i niebezpiecznej obsesji”. To literatura non-fiction, tak uwielbiana przez czytelników, bo opisująca historię, która się wydarzyła, ba, która może się powtórzyć, bo główny bohater Stéphane Breitwieser ciągle żyje, a jeśli cierpi na „syndrom Stendhala” to nigdy nie wiadomo, czy nie kradnie na przykład w tej chwili…
Książka Finkela ukazała się w 2023 roku, w Polsce rok później. Napisana sprawnym dziennikarskim językiem relacjonuje fakty, które trzymają w napięciu. Zupełnie tak, jak wtedy, kiedy oglądaliśmy po raz pierwszy film „Vinci” czekamy – złapią go (ich), czy nie złapią….

❤️
0
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
Kolczyk nie do pary | kol 0

Kolczyk nie do pary

Kolczyk nie do pary

Właściwie to już nie wiem, jak recenzować stare kryminały, te z epoki PRLu o dzielnych policjantach i kiepskich przestępcach. Wszystkie są, ogólnie i potocznie mówiąc, fajne i lubię je. Kiedy obecnie trafiają do mych rąk, pochłaniam je w jeden wieczór. Potem najczęściej wędrują do pojemnika z makulaturą, bo rozsypują się. W sumie niczym się od siebie nie różnią. Tak też jest w przypadku „Trzeciego kolczyka” Józefa Szczawińskiego.
Jest dzielny kapitan Jedyński, który tradycyjnie musi zrezygnować z urlopu na rzecz przeprowadzenia solidnego śledztwa. Znawcy tematu, czyli wielbiciele serialu „07 zgłoś się” doskonale pamiętają Dorotę Stalińską, która w odcinku „Przerwany urlop” zagrała samą siebie i ironicznie wypowiedziała się na temat schematu …. właśnie przerwanych lub zawieszonych urlopów milicjantów. Wiadomo przestępca nie śpi.
Kolejny element powielający schemat też jest – dziewczyna albo nawet dojrzała kobieta, która zawsze jakiś związek z prowadzonym dochodzeniem ma. W tekście Szczawińskiego jest to na dodatek dziennikarka.
Brnijmy dalej. Oczywiście zabójstwo. Może nawet nie jedno. Morderca ostro poszukiwany. Jasne, że się znajdzie. Kryminał nie miałby sensu.
I to, co zwykle napędza akcję – szpieg ze zgniłego zachodu, który nie może przeżyć bez wiadomości z krajów dawnego „demoludu”. To mnie zawsze rozbawia. Przez czas trwania PRLu byliśmy nieustannie inwigilowani przez kapitalistów, co to sięgali po nasze zdobycze naukowe, podczas kiedy my przemycaliśmy z zachodu taką na przykład „kremplinę” – tkaninę – to też wiadomość z „07 zgłoś się”.
Oczywiście jest też tajemnica. W przypadku omawianego kryminału to tytułowy trzeci kolczyk. Po co komu trzy takie same kolczyki? Tak, wiem, można go umieścić w pępku lub innych częściach ciała. Ale za moich czasów, a było to w PRLu, jeszcze czegoś takiego nie praktykowano. Zatem trzecia sztuka biżuterii stanowi zagadkę wokół której toczy się milicyjne śledztwo.
Słowem, jest wszystko, co w każdym kryminale być powinno. Wystarczy tylko usiąść w fotelu, nalać wina do kielicha i odpoczywać w mroczny listopadowy dzień.
Na tym moglibyśmy zakończyć recenzję. Wypada dodać, że „Trzeci kolczyk” liczy sobie 208 stron, format zwany dziś kieszonkowym, ukazał się w serii „Labiryntu” prowadzonej przez Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej w 1980 roku w nakładzie 120 000 – sto dwadzieścia tysięcy – egzemplarzy. Takiego nakładu trzeba pozazdrościć.
Aha, rozsypał mi się przy czytaniu. Wrzuciłam do pojemnika z makulaturą. Zapewne wróci do mnie w postaci kartonu, w który zapakowane zostaną zamówione przeze mnie nowe książki….

❤️
1
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
0

Oberża bez ptaków

W oberży bez ptaków

Tym razem z premedytacją sięgnęłam po książkę Daphne du Maurier „Oberża na pustkowiu”. Lubię Alfreda Hitchcocka, a to właśnie on ekranizował utwory pisarki z angielskiej Kornwalii. Wśród nich – arcydzieło wszech czasów (dla mnie przynajmniej) czyli film na podstawie opowiadania pisarki pt. „Ptaki”. Film uwielbiam, ubóstwiam i tak dalej. Kiedyś czytałam „Rebekę” , na pewno też oglądałam film, ale jakoś nie pamiętam. Wiem, pamięć trzeba odkurzyć. Teraz trafiłam na „Oberżę…” , też sfilmowaną przez Mistrza pod tytułem „Oberża Jamajka”. Na pewno obejrzę, tym bardziej, że powieść przypadła mi do gustu.
Elementy streszczenia znajdziecie w innych opisach, zatem daruję sobie wprowadzenie do tematu. Powiem tylko, że historia zaczyna się całkiem normalnie, jak w każdej powieści typu obyczajowego. Trochę zatem nudzi. Potem jest inaczej.
Wkraczamy w przedziwny i straszny świat. Zamiast zamku, w którym straszy, jest karczma, którą wszyscy normalni ludzie omijają. A mimo to żyją w niej inni ludzie i z głodu nie umierają. Są tacy, co do niej czasami zaglądają, ale do przeciętnej społeczności nie należą. Strach się ich bać. Wokół są torfowiska. Łatwo w nich stracić życie. Czy ktoś stracił? Różnie gadają. Tam ktoś mieszka, a tu jest niebezpiecznie. Gdzie w ogóle jest bezpiecznie? W miasteczku? Może na plebani? Ale Mary dobrze sobie radzi. Dzięki temu odkrywa mroczną stronę mrocznego miejsca. Poznaje Jema i pastora. Który jest lepszy? Który podejrzany? Komu zaufać, a od kogo uciekać, gdzie pieprz rośnie czyli na torfowiska? Przeczytaj, a się dowiesz.
Jednym słowem moi kochani mamy do czynienia w thrillerem, którego akcja rozgrywa się na początki XIX wieku, a napisana została przez Daphne w 1936 roku. Na pewno jest utworem kontrowersyjnym, gdyż różni ludzie piszą o niej różnie. Ktoś twierdzi, że to zwykłe czytadło. Oj, dobrze by było, żeby czytadła takie były. Człek czyta, trochę się boi, ale oderwać się nie może. Ktoś próbuje książkę zakwalifikować do wybranego gatunku i mu nie wychodzi. Są recenzje skupiające się na warstwie obyczajowej. Niektórym nie podoba się zakończenie, że niby nie pasuje do całości. A czy musi? Może ono jest najbardziej zaskakujące? W każdym razie na pewno jest „klimatyczna” czyli swój klimat i urok, w znaczeniu mrocznym, ma i warto jej poświęcić czas. Nie jest długa, w moim wydaniu 240 stron. Czyta się łatwo. Nawet opisy maja tu znaczenie i trudno je ominąć, by nie stracić nic z atmosfery powieści.
Wróćmy na moment do Hitchcocka… Teksty Daphne musiały mieć w sobie owe „coś” skoro zwróciły na siebie uwagę Mistrza. Z tego też powodu, wszyscy miłośnicy filmów Alfreda powinni sięgnąć po utwory, które go zainspirowały i poświęcił im swój filmowy talent.

❤️
2
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
14567891017