Kategoria: recenzje książek

Żeby napisać.... | ma 0

Żeby napisać….

Żeby napisać

Kolejna opowieść o charakterze biograficznym…. Już wzdycham. Nie wiem jeszcze czy z zachwytu, czy zwątpienia. Wysyp biografii trwa. Już kiedyś pisałam o tym zjawisku, zatem pominę obecnie.
Tym razem mamy do czynienia z książką Małgorzaty Czyńskiej „Berezowska. Nagość dla wszystkich”. Na pewno są tacy, co nie wiedzą, kim była bohaterka. Dla nich tekst jest źródłem wiedzy. Maja Berezowska to malarka, graficzka, karykaturzystka i scenografka. Słowem – talent plastyczny. Żyła w XX wieku, była znana jeszcze przed II wojną światową. Głównie rysowała. I były to rysunki niezwykle śmiałe. Są tacy, co twierdzą, iż pornograficzne. Ja powiem inaczej – różne to były prace od śmiałych karykatur takiego na przykład Hitlera, po obrazek ukazujący toaletę pani w średniowieczu. Nie da się jednak ukryć, że Maja erotyzm uwielbiała. Oczywiście w sztuce. Jeśli chodzi o jej życie prywatne i seksualny jego wątek, to niewiele, jeśli nawet nic, z książki się nie dowiecie. O ludziach mówiących o erotyźmie mówili zwykle „erotomani – gawędziarze”. Jak powiedzieć o kimś to rysuje pana z trzema paniami w sytuacji intymnej i nie wiemy czy to z autopsji, czy z modeli, czy w ogóle wyobraźni? „Erotoman – ilustrator”? W każdym razie nasza bohaterka tworzyła owe obrazy i ludzie chętnie je oglądali.
Biografia napisana przez Małgorzatę Czyńską obszerna nie jest. Autorka, oprócz próby ukazania sylwetki artystki, przedstawia życie artystycznej bohemy dwudziestolecia międzywojennego. Cóż, ciekawe było. Jeśli opowieść przeczyta ktoś starszy, taki senior na przykład, może przestanie psioczyć na współczesną młodzież? Bo działo się przed wojną, oj działo.
Momentem poważnym jest ukazanie Mai w obozie w Ravensbrück. Według mnie akurat ta część opowieści ukazuje graficzkę w sposób bardzo ludzki. Maja nie jest bohaterką. Cierpi. Boi się. Chce przeżyć. Czy wtedy myśli o swych frywolnych pracach plastycznych? Raczej nie. Może właśnie dla tych treści warto książkę przeczytać?
Niestety, całość treści nie należy do najlepszego, według mnie gatunku. Wielu czytelników zarzuca autorce brak większej ilości zdjęć samej Berezowskiej. Czyżby się nie fotografowała? Takowe powinny w biografii być. Tutaj jest aż za skromnie. Brakuje również większej ilości prac plastyczki. Czyżby prawa autorskie i skromne środki wydawcy na zakup owych ilustracji? Trudno dociec. W każdym razie, tradycyjnie według mnie, biografia jest zbyt skromna w wiadomości o życiu Mai. Mówiono o niej, że była skandalistką. Jeśli tak, to dlaczego o owych skandalach nic nie wiemy. Jeśli nie była, to może przydałyby się opinie dlaczego taki wizerunek utrwalił się w świecie sztuki.
Słowem, kolejna biografia napisana, żeby napisać.

❤️
2
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
Prowincja w przyjemnym wydaniu | kol 0

Prowincja w przyjemnym wydaniu

Prowincja w przyjemnym wydaniu

Kiedy patrzę na książki w wydaniu papierowym, leżące w dyskontach obok marchewki lub na całe stosy w empiku, myślę o ich autorach. Każdy z nich włożył masę pracy w napisanie utworu, marząc przy tym o sławie, uznaniu przez czytelników i trochę myśląc o zysku ze sprzedaży. Zastanawiam się wówczas, który z utworów będzie miał wartość ponadczasową i będą go czytać ludzie za pięćdziesiąt, sto lat… Nie będzie to oznaczało, iż utwór jest najlepszy ze wszystkich wydanych w czasach minionych. Może był wówczas najpopularniejszy? A może po prostu miał trochę szczęścia, bo i ono w życiu książki też jest potrzebne.
Takie refleksje naszły mnie, kiedy w moje ręce trafiła książka z 1961 roku „Kolorowe miasteczko” Janusza Skoszkiewicza. Autor zupełnie mi nieznany, ale w wikipedii jest. Opowieść starannie wydana przez znane wydawnictwo „Czytelnik”, nawet w obwolucie …. co zatem jest w środku?
Zabawna historyjka o prowincjonalnym pełnym kompleksów miasteczku, które chce być sławne. No bo wszyscy obchodzą jakieś jubileusze, organizują festyny, zabawy, jarmarki, a tu nic. Cisza. Spokój. Znaczy się nuda. Pierwszy zauważa to miejscowy fryzjer. Potem młody dziennikarz. Aż wreszcie sprawa trafia do przewodniczącego Rady Narodowej. I wtedy w miasteczku zaczyna się ruch. Wszyscy chcą jubileuszu. Oczywiście można w tym momencie zrobić z tego powieść psychologiczną i zastanowić się nas postawą mieszkańców. Czarny humor tez mógłby być. Parodia jak najbardziej. Tymczasem otrzymujemy pełną humoru w wydaniu wesołym historyjkę o ludzkich pragnieniach, działaniu w imię wyższej idei, zawiązywaniu więzi między tymi, którzy się nie znali, realizowaniu pragnień z lat minionych.
Oto stary dziwak, nazywany profesorem, od lat zbiera eksponaty miejscowej sztuki ludowej. Szpera w starych opowieściach, zna legendy. Teraz ma okazję pokazania swoich zbiorów i nareszcie nikt się nie będzie z niego nabijał.
Oto młody dziennikarz, otrzymujący za swe teksty do powiatowej gazety jedynie tzw. „wierszówki” stawia ultimatum „Albo stały etat korespondenta, albo nici z mego pisania”. Etat dostaje.
Oto Zdenek, robiący za miejscowego chuligana, obcina włosy i zostaje instruktorem w wiejskiej świetlicy. Może uda mu się wspomóc tamtejszą pracowniczkę w zbiórce forsy na upragniony telewizor?
Oczywiście jest jeszcze element kryminalny. Kto podpalił magazyn z tekstyliami? A z kim to po nocach spaceruje żonaty nauczyciel, posiadający opinię niezwykle surowego?
W sumie więc mamy humorystyczny obrazek z Polski przełomu lat 50/60. To, że jest wesoły, nie oznacza, że ktoś się z kogoś wyśmiewa. Po prostu…. Jest wesoło.
Książka Skoszkiewicza należy do grupy literatury zapomnianej. Ale… przeleżała przez wiele lat u kogoś na półce, zanim trafiła do plenerowej biblioteczki w moim mieście. Wkrótce tam wróci. Na pewno ktoś po nią ponownie sięgnie. Czy stanie się sławna? Raczej nie…. A szkoda, bo typ humoru, który reprezentuje, zanika….

❤️
3
👍
2
1
💡
1
1
📖
1
Old school | fe 0

Old school

Old school

Ktoś napisał, że ta powieść to „old skul jak chole…”. Pewnie miała rację. Napisany w 1976 roku przez Czesława Chruszczewskiego „Fenomen Kosmosu” nowością nie jest. Książka została zapomniana, tak samo jak jej autor. A był to pisarz czasów science – fiction, czyli przełomu lat 60/70, drugi po Stanisławie Lemie twórca polskiej powieści fantastyki zwanej wówczas naukową. Czasy się jednak zmieniły i dziś książki Chruszczewskiego możemy znaleźć przede wszystkim w miejscu, gdzie ludzie zostawiają niepotrzebne już im egzemplarze słowa drukowanego. Czy starsi czytelnicy pamiętają autora omawianej powieści? Ja nie. Nigdy nie przepadałam za tego typu prozą. Mój kuzyn natomiast zna je doskonale. Do dziś czytuje głównie dzieła w stylu „Diuny”.
Wróćmy jednak do Kosmosu… Oto mamy czasy pełne spokoju, odkryć naukowych, znakomitej techniki i dobra wszelkiego. Człowiek wykorzystuje wreszcie cały swój mózg, myśli i wymyśla cuda i dziwy. Pozornie wszyscy są zadowoleni. Z wyjątkiem kobiet. Te nadal pełnią tzw. tradycyjną rolę pani domu, uśmiechają się do swych mężów – naukowców, którzy nieustannie myślą, a wreszcie baby mają wszystkiego dosyć. „Mężczyźni przestali być mężczyznami” – mówią coraz głośniej. „Wasze sukcesy naukowe są nudne” – dodają. Dochodzi do tego, że przejmują statek, który zabrał je na wycieczką kosmiczną, zaplanowaną przez facetów w celu uspokojenia kobiet. Lądują na Marsie, gdzie Nadzorca Maszyn Kserkses dzielnie walczył z maszynami i narażał swoje życie, by je pokonać. Działał. Robił. Wykonywał. To zaimponowało kobietom i zaczęły domagać się działania od swych mężczyzn.
Tak to się wszystko zaczyna. Myślałam, że pójdzie wszystko w kierunku wojny płci i będzie na wesoło. Nic z tego. Potem było tylko poważnie.
Panowie owszem pań posłuchali i postanowili zorganizować wyprawę w nieznane, czyli w odległe części Kosmosu, w celu poszukiwania istot nawet od siebie Rozumniejszych, tak, pisanych wielką literą.
Rozpoczęły się więc działania przygotowujące wyprawę. Potem gwiazdoloty wyleciały i poleciały, a czytelnik śledzi ich losy.
Zgadzam się, że tekst w dzisiejszych czasach brzmi naiwnie. Ale mimo tego będę go broniła. Mamy w powieści wiele elementów, nazwijmy je naukowymi, do których się dziś uśmiechamy. Pamiętajmy, fantazja ludzka nie zna granic. W powieściach Verne’a też są nowinki techniczne, które w końcu człowiek skonstruował. Natomiast w utworach „oldskulowych” na pierwszym planie jest człowiek. Człowiek myśli i wymyśla. Człowiek rusza w przestrzeń kosmiczną, by szukać innych myślących. Maszyny owszem są, ale w służbie człowieka. Jeśli się buntują, człowiek potrafi je poskromić. Człowiek jest najwyższym dobrem.
Myślę, że czasami warto pokłonić się przed starą literaturą s-f. Daje ona bowiem nadzieję, że jednak coś w nas ludziach szczególnego jest i nie damy się zawładnąć maszynom.

❤️
2
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
To, co po nas pozostanie | sl 0

To, co po nas pozostanie

To, co po nas pozostanie

Książka Andrzeja Szypulskiego trafiła do mnie dawno temu, bo w 1979 roku. Była epicką opowieścią napisaną na bazie scenariusza serialu telewizyjnego pod tym samym tytułem. Serial wbił mi się ostro w pamięć. Pozytywnie. O dziwo, inni też go tak ocenili. Dlaczego zdziwienie?
Nie da się ukryć, iż najciekawsze lata swego życia, czyli bycie nastolatką, przypadły mi na lata siedemdziesiąte, kiedy „Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej” jak głosiło hasło człowieka tamtych czasów towarzysza Gierka. Budowano dużo, budowano w różnych miejscach. Pomnikiem tamtych czasów miała być Huta „Katowice” wybudowana w Dąbrowie Górniczej. O budowie mówiono dużo, na każdym z dwóch programów telewizyjnych, jakie wówczas były. Mówiono entuzjastycznie. Namawiano do podjęcia pracy przy budowie. W odcinku (rozdziale – będę używała obu słów wymiennie) „Chłopcy zwerbowani” mamy ukazaną akcję owego werbunku. Jedzie człowiek w teren, do wsi, wiosek, osad i namawia, obiecuje dobrze płatną pracę i mieszkanie w hotelu robotniczym lub na prywatnej kwaterze.
Zarówno serial jak i książka to opowieść o ludziach na budowie. Każdy rozdział ma swego głównego bohatera. Pierwszym jest inżynier – geodeta, bo wiadomo, najpierw trzeba wymierzyć i wykopać. Kolejnymi są kierowca „gruszki” z betonem, chłopak budujący wielki komin, oczywiście sekretarz organizacji partyjnej też musi znaleźć się na pierwszym planie w jednym z odcinków. Obserwujemy również życie na budowie. Zaglądamy do stołówki, patrzymy na rodzące się więzi przyjaźni i miłości między ludźmi z budowy.
Czyżby był to, posługując się terminologią z czasów tzw. socrealizmu z przełomu lat 40/50 minionego stulecia, zwykły produkcyjniak? Bo niby wszystko się zgadza. Ci dobrzy są nagradzani, a ci źli ukarani. Huta rośnie. Świat podziwia. Nie, to nie produkcyjniak. Tu ludzie liczą pieniądze. Tu nie pracuje się dla idei, chociaż trochę ideologicznego wsparcia musi być. Tu są tacy, co kombinują i tacy, co protestują. Bercik zarządza kontrolę w stołówce, Żebro nie chce podpisać oświadczenia niezgodnego z prawdą, a bezcenny fachowiec mówi, że ma wszystko gdzieś i chce wyjechać na weekend do domu, bo jego dwuletnie dziecko nie poznaje już tatusia.
Podobnie jak serial „Dyrektorzy”, opowieść o Hucie Katowice jest opowieścią ciekawą, dobrze skonstruowaną, pokazującą, pierwszy -lata 50/60/70, drugi siedemdziesiąte. Warto do niego wrócić. Ma swoje przesłanie:
„ Nie znałeś go dawniej -(…) też był taki jak oni. Nie oglądał się, ile i kiedy zapłacą. I co z tego zostało?
– Jak to co? – zirytował się Jasparski – Została elektrownia w Przemszy, kawał Trasy Łazienkowskiej, taśmociągi w Porcie Północnym. Jednym słowem to, co zbudował. Spalamy się, to prawda, wszyscy się spalamy, ale coś po nas zostaje, zostawiamy jakiś ślad na ziemi….”

❤️
0
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
Polityka, polityka, polityka.... | kra 0

Polityka, polityka, polityka….

Polityka, polityka, polityka…

Nie da się ukryć, uwielbiam twórczość Kena Folletta. Pod choinkę, na urodziny lub na Dzień Matki dostaję jego książki. Rodzina wie, które mam, a które chciałabym mieć. Tym razem jednak coś mi nie zagrało…
„Krawędź wieczności” to trzeci, a zarazem ostatni tom sagi „stulecie”, uznawanej przez krytyków za słabszą od sagi „Kingsbridge”. Może i tak, może i nie. Pisałam o tym w recenzji poprzedniego tomu. Tym razem Follett opisuje czasy, w których już na świecie byłam, o których coś tam wiem. Wydarzenia rozpoczynają się w 1961 roku, kończą w 1989. Klamrą spinającą akcję jest mierzący 156 km mur berliński. Od 13 sierpnia 1961 do 9 listopada 1989 oddzielał Berlin Zachodni od Berlina Wschodniego i NRD. Obserwujemy zatem losy bohaterów poprzednich części sagi i ich potomków w czasach, kiedy wojny militarnej w Europie nie było, ale istniało zjawisko zwane „zimną wojną”. Nasi ludzie mieszkają w Berlinie Wschodnim, niektórym udaje się uciec do Zachodniego i tam rozpocząć coś, co nazywają „normalnym życiem”. Są też potomkowie rosyjskiej rodziny Peszków. Jedni w USA, drudzy w ZSRR. Poprzez ich losy patrzymy na Stany Zjednoczone, rządy Kennedy’ego, Jonhson’a i Nixona. Pozostali już nam się tylko lekko przewijają. W Związku Radzieckim rządzi Chruszczow, potem Breżniew, potem dwóch innych, ale krótko i wreszcie Gorbaczow. Na kartach powieści ważną postacią jest Martin Luther King, murzyński, sorry, afroamerykański pastor walczący o prawa ludności z jego pochodzenia, Węgrzy Janos Kadar i Karoly Nemeth. Znalazło się też miejsce dla Lecha Wałęsy i Jana Pawła II.
Dlaczego tyle pisze o politykach? Właśnie… Do polityki mam stosunek, jaki mam i zawsze mam wątpliwości co do czystych intencji działań polityków. Choćby nie wiem w jakiej akcji charytatywnej czy ekologicznej uczestniczyli, zawsze podejrzewam ich o polityczne intencje. A tymczasem w ostatnim tomie sagi „Stulecie” praktycznie wszyscy polityka się zajmują, jakby inny świat nie istniał. Niektórzy robią wielkie kariery polityczne, niektórym taka kariera jedynie się marzy. W każdym razie dążą do niej. Czy rzeczywiście stanowisko blisko przywódcy kraju jest takie ważne? A co robić, jeśli widać, kariera wodza zaraz się skończy i przyjdzie kolejny szeryf? Oczywiście trzeba tak postępować, żeby nie wywalił na zbity pysk z Kremla czy Białego Domu. Nawet Rebecca Hoffman, która swoje w poprzednim tomie przeżyła, też została deputowaną do Bundestagu. Co prawda Follett wymyślił również wątek muzyczny. I wszystko byłoby fajnie, gdyby go nie upolitycznił. Rockowa kapela jest niemiecka, ale oczywiście jeden z członków to uciekinier z Berlina Wschodniego. (Tak, wiem, na gruzach muru w 1990 roku odbył się słynny koncert „The Wall”). A jego przyrodnia siostra i matka jego córki śpiewają konspiracyjne pieśni w owym Berlinie.
Byś może tak było…. Mówiono mi, że cenzura polityczna wówczas działała i dlatego my, ludzie w Polsce z mego pokolenia, nie wszystko wiedzieliśmy…
Może być, nie zaprzeczam. Ale polityki w książce Folletta było stanowczo za dużo.

❤️
0
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
Rajski trójkąt | hem 0

Rajski trójkąt

Rajski trójkąt

Ernest Hemingway to dla mnie przede wszystkim autor „Starego człowieka i morze” oraz „Pożegnania z bronią”. Po pozostałe sięgam bardziej z obowiązku wobec pisarza niż fascynacji jego twórczością. Kiedy w moje ręce wpadł „Rajski ogród” postanowiłam niezwłocznie przeczytać. Według swego zwyczaju dopiero po przeczytaniu tekstu, zapoznałam się z wiadomościami na jego temat.
Ukazał się w roku 1986, długo po śmierci autora. Krytycy piszą, że jest nieukończony, że autor ciekawie naszkicował postacie głównych bohaterów, ale nie ukończył, z sobie znanych powodów, prezentacji ich losów.
Jak dla mnie tekst jest pełny, ukończony, zamknięty…. To znaczy otwarty. Bo „Rajski ogród” to nie opowieść kryminalna, która musi mieć akcję, fabułę i zaskakująca rozwiązanie. Nie jest też sagą o losach człowieka i jego otoczenia. Jest tekstem psychologicznym, pozwalającym analizować zachowanie postaci, ich motywację i działania. A jako takowy zakończenie ma w każdej chwili. Zakończenie, które może być również początkiem. Stąd też moja opinia o otwartym zakończeniu. Tu wszystko może się zdarzyć. Czy musimy koniecznie o tym wiedzieć? Wszystko w rękach, głowach i psychice czytelnika. Ktoś uśmierci bohatera (bohaterów?), bo jak długo można żyć tak jak żyje (żyją?). Ktoś wybierze jedną z bohaterek. Ktoś każe facetowi uciec do takiej Ameryki.
Opowieść o trójkącie małżeńskim, bo o tym jest ta książka, zawsze stwarza różne możliwości finału. Z reguły każde jest złe, bo zawsze kogoś ktoś krzywdzi. Ale skoro mamy tu do czynienia z życiem trójki ludzi wbrew ogólnie przyjętym zasadom, jak interpretować tytuł?
Właśnie to zaintrygowało mnie najbardziej. Początkowo owszem, życie młodej pary wydaje się rzeczywiście życiem w rajskim ogrodzie. Jest miłość, są czułe słówka, wzajemnie przywiązanie, patrzenie w oczy. Otoczenie też sprzyja młodym. Słowem wszystko, co na początku każdej miłości, każdego małżeństwa jest obecne. Kiedy pojawia się ta trzecia, to wszystko nadal istnieje. Moglibyśmy się spodziewać awantur, ostrej wymiany słów, wyrzutów na przykład sumienia. A tu praktycznie nic się nie zmienia. Czyżby to był właśnie rajski ogród?
Książka Hemingway’a jest o miłości, o związku kobiety i mężczyzny, potem kobiet i faceta. Jest spokojna, chwilami może wydawać się nudna, ale takie cechy mają właśnie powieści psychologiczne. Niedawno po raz trzeci obejrzałam film „Piknik pod Wiszącą Skałą” Petera Weir’a. Widz nawet po kilkakrotnym obejrzeniu nie będzie wiedział, o co autorowi w filmie chodziło, jeśli będzie traktował film jako tzw. normalną opowieść. Ten film też psychologiczny, otwarty na każda interpretację i każe zakończenie. „Rajski ogród” też taki jest. Nie potrzebuje owego zakończenia, którego mu Hemingway nie dał.
A może właśnie takie miało być? W sumie jednak…. To nie ten Hemingway, którego lubię….

❤️
2
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
Z której strony jesteś? | ko 1 0

Z której strony jesteś?

Z której strony jesteś?

Zebrało mi się na klasykę. Klasykę klasyk. Do tego zapomnianą i …. chciałam powiedzieć wyklętą, ale współczesność tym słowem określa coś, przepraszam kogoś zupełnie innego. Autor „Kordiana i chama” Leon Kruczkowski został wymazany z historii literatury polskiej. Za ostro? Czyżby? Autor w/w książki oraz dramatu „Niemcy”, ongiś lektury obowiązkowe, został usunięty nie tylko z listy lektur, ale z nazw licznych szkół, które to nazwy zastąpiono innymi, jedynie słusznymi. Wiadomo, facet komunizował. Dosyć polityki. Przejdźmy do literatury. Od zupełnie nowego akapitu i nowego wątku.
Z polskim romantyzmem próbował już rozliczyć się Prus każąc niejakiej Izie Łęckiej olać niejakiego Wokulskiego. Nadal jednak wychwalał, Prus oczywiście, zrywy i porywy romantyczne tworząc sympatyczną postać Rzeckiego. Ale potem było gorzej. Wyspiański nie patyczkował się. W „Weselu” ustawił niedoszłych bohaterów w chocholim tańcu. O innych utworach rozliczających romantyzm nie wspomnę. Mój ukochany Żeromski też zrobił swoje. Co komu po romantycznych ideach zdają się pytać bohaterowie „Ludzi bezdomnych” czy „Przedwiośnia”. Dziś po romantyźmie Mickiewicza pozostało nam jedno – kochamy wszelkie klęsk, wszak tamta epoka z nich się składała.
Kruczkowski idzie krok dalej niż jego poprzednicy. Też rozlicza się z ponoć pięknymi ideami, ale inaczej. Jego „Kordian…” to obraz życia Polaków pod zaborem rosyjskim, tuż przed wybuchem powstania listopadowego. Są oczywiście spiskowcy, jest słynny Wysocki, który mówi:” Umiem strzelać i robić bagnetem”. To oczywiście wystarczy, by wygrać z zaborcą. Uf, przypomina się cytat z „Pana Tadeusza”, uznanego za epopeję narodową, bo zaczyna się od słów „Litwo! Ojczyzno moja!”
„Szabel nam nie zabraknie; szlachta na koń wsiędzie,
Ja z synowcem na czele, i — jakoś to będzie!” – mówi Sędzia w Księdze Szóstej.
Jak było, wiemy. Kruczkowski nie bawi się jednak w ironię czy sarkazm. Swą opowieść opiera na autentycznym pamiętniku Kazimierza Deczyńskiego, wydanego w 1907 roku. Postać tę czyni bohaterem utworu. Wywodzący się z chłopstwa nauczyciel jest owym „chamem”, jak określała ludzi niższego stanu szlachta. To właśnie ona była największym wrogiem ludu. To ona wyciskała z chłopów wszystko, co się dało. Nie uznawała sprzeciwu. Przekonał się o tym właśnie Deczyński. Czyż po doświadczeniach z panami dziedzicami, lud miał razem z nimi iść walczyć z zaborcą? Kim w ogóle był zaborca? Ciemiężycielem jest ktoś zupełnie inny…
Kruczkowski nie polemizuje z romantyzmem. On go rozlicza. Twardo i bezwzględnie. Tak jak Wyspiański w „Nocy Listopadowej”. Ów przedstawia sytuację, kiedy podchorążowie wychodzą na ulicę Warszawy, krzyczą „Do broni”, a mieszczanie po prostu zamykają okna…
Nauka na dziś? Dziwicie się co niektórzy, że pół Polski głosuje tak, a pół inaczej? Która część jest „Kordianem” ze szlacheckiego domu w wielkim mieście, a która „chamem” z prowincji? Poszukując odpowiedzi, przeczytajcie zapomnianego Kruczkowskiego….

❤️
3
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
Głupota nie ma granic | ko 2

Głupota nie ma granic

Głupota nie ma granic

Po kilku ambitnych i starszawych książkach, postanowiłam odpocząć. Przydałoby się coś lżejszego, świeższego, coś na złapanie oddechu. „Kobieta i małpa” Petera Hoega wydała mi się propozycją właściwą. Na okładce pojazd, a w nim tytułowa baba i zwierzę. Na tylnej okładce oczywiście mini recenzja. Ma to być ekothriller albo filozoficzny zoothriller. Eko jestem, zwierzęta lubię, zatem zabieramy się za czytanie.
I trochę tego kroku żałuję. Mogłam nie zaczynać. A przynajmniej nie brnąć dalej kartka po kartce. Niestety, ciągle czekałam na ten thriller, bez względu na to jaki ma być. A co dostałam?
Najpierw małpa uciekła. W porządku. Jak to zwierzę wolne prowadzone do niewoli. Potem ją złapano. A wszystko to było w Londynie. A więc jak już pojmano małpę, to zamknięto. W prywatnym domu. W celu przeprowadzenie badań i eksperymentów „biomedycznych” (to słowo z „Seksmisji”). W domu tym mieszkała kobieta, zwana alkoholiczką, bo piła nałogowo alkohol. Kobieta poznała małpę, która była rodzaju męskiego, zatem był to małp. Małp spodobał się kobiecie i ona mu też. Zwłaszcza, że był to mądry małp, szybko się uczył, a do tego nie był wielkim King Kongiem. Ważył co prawda 150 kilo, ale wzrostem nie przewyższał przeciętnego Kowalskiego, przepraszam, chyba jednak Browna, bo to w Anglii było.
W ten oto sposób zamiast zoothrillera mamy zoofilię, która to Światowa Organizacja Zdrowia umieściła w Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób ICD-10 jako rodzaj „innych zaburzeń preferencji seksualnych”, Kto jest zaburzony, małp czy kobieta, w pewnym momencie już nie wiadomo. W każdym razie romans trwa w najlepsze. Małp się rozwija intelektualnie, kobieta ma satysfakcję seksualnie. I niby wszystko gra. Przynajmniej dla autora i wydawnictwa. Przyjrzałam się zatem temu drugiemu. Wygląda przyzwoicie „Noir sur blanc” zapowiada „oryginalne osobowości twórcze, nieporównywalne style i poetyki pisarskie. Wspólnym mianownikiem jest tu talent i nowatorstwo, które wzbudziły nasz entuzjazm i które tworzą wyjątkowy literacki pejzaż”. Wśród książek wydanych przez nie – „Imię róży” Umberto Eco. Małpa i baby jakoś nie udało mi się znaleźć. Źle szukałam? Wydawnictwo nie przyznaje się? W sumie może to i dobrze. Nieudane pozycje literackie powinny zniknąć. A ta na pewno do nich należy.
W sumie jeśli chodzi o małpy i kobiety, wole tradycyjnego King Konga. Ten małp przynajmniej kochał i bronił. Takiego małpa można, a nawet trzeba polubić. Uczyniły to Fay Wray w 1933, Jessica Lange w 1976, Noami Watts w 2005 i pewnie jeszcze inne aktorki w filmach o Kongu. Pozostańmy więc przy starym, dobrym potworze z wyspy Czaszki i jego obrońcach, którzy z zoofilią nie mają nic wspólnego.

❤️
3
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
1234567817