Kategoria: recenzje książek

Bój się człowieku! | zlo 0

Bój się człowieku!

Bój się człowieku!

Chcecie przeżyć niesamowite emocje? Chcecie dreszcz emocji, falę zaskoczeń i atmosferę thrillera w połączeniu z horrorem rzeczywistości? To sięgnijcie po książkę Charlie Donlea „Zło kryje się w mroku”.
Tym razem tytułu się nie czepiam. Jest jak najbardziej komercyjny czyli chwytliwy, ale oddaje atmosferę powieści. Trafia w sedno treści. Błędu nie popełni ten, co książkę ze względu na tytuł weźmie do ręki. Rzadki to przypadek w dzisiejszej literaturze, zwłaszcza tej, którą nazywamy sensacyjną.
Oto Rory Moore, rekonstruktorka sądowa, dostaje sprawę morderstw do rozwiązania. Sprawa ma już dziesiątki lat i wydaje się, że jest rozwiązana. Sprawca siedzi w więzieniu. O co więc chodzi? Nagle umiera ojciec Rory. Czy śmierć starszego pana ma znaczenie w sprawie? Może tylko wpływa na stan ducha bohaterki? A tak w ogóle przyjrzyjmy się bohaterce… dziwna trochę…. Nabieramy podejrzeń. Kto tak właściwie jest kim? Nie widzimy twarzy. Stoi do nas tyłem.
Brniemy zatem przez kolejne strony, stopniowo odkrywając kolejne akty i akta. Coraz częściej czujemy ciarki przechodzące nam po plecach. Jest tytułowy mrok. Są zagadki. Tajemnica goni tajemnicę, mimo iż coraz więcej tekstu za nami, coraz więcej faktów zostaje odkrytych. Ale to na nic. Dalej schylamy się nad stronami powieści, bo coś jest jeszcze, bo to nie koniec. Im bliżej owego końca, tym bliżej początku. Sprawia to bardzo staranna kompozycja utworu. Autor buduje napięcie w sposób idealny. Tu nie ma niczego za dużo, niczego za mało. Wszystkiego w sam raz. Pozornie opowieść jest tradycyjna, według schematu ustalonego przez prozę sensacyjną. Ale tym razem proporcje wszystkiego są idealne.
Zupełnie jak z przepisem na babkę piaskową. Ciągle jest ten sam. Jednak każdemu wychodzi inaczej. Inna ręka sypie mąkę, inna dodaje cukier. W przypadku „Zła…” wszystko jest doskonałe. Babka znika z talerza. Od książki nie sposób się oderwać.
Większość recenzji powieści to zachwyt nad treścią i formą. Tym razem ja też nie odbiegam od tego. Potwierdzam wszystkie pozytywne opinie.
„Zło…” jest tekstem na podróż pociągiem, nawet kiedy obok ktoś przez telefon opowiada dzieje spadku po babci. Nie słyszymy go. Konduktor musi dotknąć naszego ramienia, żebyśmy oderwali się od czytania i pokazali bilet. W nocy też nie zaśniemy, jeśli pójdziemy z książką do łóżka. Nie, nie z powodu strachu. Po prostu nie będziemy w stanie się od niej oderwać, póki nie skończymy, póki nie rozwiążemy zagadki. Nasza wyobraźnia podsunie nam kilka prawdopodobnych rozwiązań. Może trafimy? Może uda nam się rozwikłać intrygę.
Słowem opowieść zabierze nam czas. I bardzo dobrze. To będzie cenne zabranie. Dziś nie każdy kryminalny tekst to potrafi.

❤️
0
👍
1
0
💡
0
1
📖
0
Miniatura miłosna | tu 0

Miniatura miłosna

Miniatura miłosna

Któż dziś zna, a przede wszystkim czyta utwory Iwana Turgieniewa? Proszę o podnoszenie rąk do góry…. Ktoś podniósł? Brawo! To zapewne koneser sztuki literackiej, bo taki przeciętny czytelnik pewnie zapyta, a kto to jest ten Turgieniew, pachnie z rosyjska, a to, co ze wschodu to ostatnio be…. Z literaturą stało się to już dawno.
Kiedy w szkołach obowiązkowym językiem obcym był rosyjski, za moich czasów oczywiście, uczyliśmy się o wielkich pisarzach „rosyjskich i radzieckich”. W oryginale czytaliśmy niewielkie fragmenty z Tołstoja, Dostojewskiego i oczywiście Szołochowa. Turgieniew też się przewijał. Potem bratni Związek Radziecki się rozpadł, a społeczeństwo wyżyło się na literaturze, filmie i w ogóle kulturze znad Wołgi. Radzieckie produkcyjniaki zlały się z wielkimi dziełami. Cudem ostał się Tołstoj i Dostojewski. Z naszym dzisiejszym autorem było już nieco gorzej. Tymczasem jest on twórcą rosyjskiej powieści psychologicznej. Jego utwory akurat do najłatwiejszych nie należą. Mówią, że przebił go Dostojewski, ja bym podyskutowała…
Zatem przejdźmy do tej twórczości na podstawie niewielkiej opowieści, wydanej w 1968 roku w serii „Koliber” – „Pierwsza miłość”.
O pierwszej miłości pisali chyba wszyscy literaci. Ma ona w sobie coś ciepłego, chociaż spokojna nie jest. Pierwsze porywy serca z reguły wypełniają rozterki i tragedie na miarę nastoletniego życia. Tym razem opowieść o swym pierwszym porywie snuje mężczyzna dojrzały. Wydawać by się mogło, iż patrzy na wszystko z dystansem czasu. A jednak nie potrafi obiektywnie ocenić sytuacji sprzed lat. Bo dystansu do pierwszego ważnego uczucia nie ma. Ono nadal tkwi w człowieku. Nadal jest ciepłe i niespokojne. Nieustannie niepokoi. Przyprawia serce o drżenie i kołatanie. I chociaż wypadałoby potępić tych, co zawsze taką miłość niszczą, bohater naszej opowieści tego nie czyni. „I pamiętam, że wtedy, przy łożu tej ubogiej staruszki, ogarnął mnie lęk o Zinaidę i zapragnąłem pomodlić się za nią, za ojca i za siebie.” – kończy swą opowieść.
Są tacy, którzy porównują „Białe noce” Dostojewskiego z tym opowiadaniem i wskazują „Białe…” jako utwór lepszy. Jak zwykle w takich przypadkach sprawa do dyskusji. Mnie bardziej do gustu przypadła „Pierwsza miłość”. Jest bardziej prawdziwa, naturalna, pokazuje rozterki młodego chłopaka w sposób bardziej współczesny, nie tylko dla czasów, w których powstawała. Jest bardziej bliższa współczesnemu człowiekowi. Ma oczywiście dużo z epoki romantyzmu, ale również zahacza o ideały pozytywizmu, a tę epokę literacką bardzo sobie cenię.
Sięgajmy zatem od czasu do czasu do literatury lat minionych. Nawet jeśli jest to literatura rosyjska…

❤️
2
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
O co kaman (come)? | apo 0

O co kaman (come)?

O co kaman (come)?

Kiedyś napisałam recenzję książki, która była o niczym. Potem trafiłam na książkę, która była nie wiadomo o czym. Nie podam ich tytułów, żeby nie reklamować tego, co moim zdaniem poniżej poziomu wodorostów. Staram się tego typu literatury unikać, ale nigdy nie wiadomo na co się trafi. Czasami coś, co się kiepsko zaczyna, potem się rozkręca. Zatem, żeby coś o książce powiedzieć, trzeba ją przeczytać. A jeśli do tego jest cienka, to ryzyko niewielkie. Ot, dwie , trzy godziny wyjęte z życiorysu.
Wiecie już do czego zmierzam. Do tekstu, któremu owe godziny poświęciłam. „Apokalipso” – Max Cegielski, 170 stron, format bliski kieszonkowemu, reklama na tylnej okładce oczywiście zachęcająca. Niby ma być o miłości, niby o Warszawie.
Zaczyna się niewinnie. Od ślubu. Kościelnego. Akurat nie jest to takie oczywiste, bo młodzi biorą go ze względu na tradycję i rodziców. Potem mamy rodzinne spotkanie, ale nie jest to wesele. Wszystko też tradycyjne. Jednak bohaterom opowieści owa tradycja nie odpowiada. A potem ponoć ma być trójkąt, taki miłosny. Nie, nie żeby od razu we trójkę razem. Ten trójkąt ma być też tradycyjny i chyba tym razem wszystkim odpowiada. A potem to już nie wiem, o czym to jest. Jakaś agencja reklamowa, jakiś produkt, który sprzedać trzeba i trzeba wymyślić jak go sprzedać. Potem ktoś śpiewa. A wszystko dzieje się w Warszawie.
Parę miesięcy temu byłam w stolicy. Na meczu koszykówki. Całe trzy dni, bo zatrzymałam się u koleżanki na ploty. Nawet na spacerze byłam. Stolica jak stolica. Ciągle taka sama. Tymczasem w tekście Cegielskiego w Warszawie roi się od korporacji, urzędasów, ćpunów i innego badziewia, zwanego ludzkim. Brrrr…. Taki od takiego korpo dzień zaczyna od porządnego kielicha podejrzanego płynu lub ścieżki nie mniej podejrzanego towaru. Potem siada za fajerę i jedzie. O dziwo, dojeżdża do celu. Potem udaje, że pracuje, bo pracują za niego inni, podczas gdy on ponownie pije i wciąga.
Niedawno po raz drugi obejrzałam film „American psycho” nakręcony na podstawie powieści Breta Eastona Ellisa z 1991 roku. Film niezwykły, przerażający i ciekawy jednocześnie, analizujący postawę człowieka wobec rzeczywistości i jej wpływ na kształtowanie obrazu samego siebie.
Jaki ma to związek z omawianą książką? Pozornie jest podobnie. I tam i tu mamy do czynienia z wizją, ze stanem umysłu, który nas samych może przerazić. Jednak jest wielka różnica między słynnym filmem a kiepską mini powieścią. Tej drugiej zupełnie nie czuję. Ot, jakby ktoś używał kiepskiego alkoholu i takowych samych narkotyków, w przeciwieństwie do innego, tego od luksusowych środków uzależniających.
Aha, część z Was nie wie, o czym właściwie jest ta recenzja…. Ja nie wiem, o czym była książka, o której piszę.

❤️
0
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
Można się pomylić | myl 0

Można się pomylić

Można się pomylić

Według recenzji okładkowo – stronicowych, „Mylne tropy” Marshy Qualey to książka przeznaczona dla młodzieży. W związku z tym, że robię się coraz starsza i coraz bliżej mi do tego, no tam, zejścia, postanowiłam przeczytać. Na starość wraca się do lat, gdy piło się cienkie wino i paliło „Sporty”… Przypomniałam sobie również, że jako nauczyciel często zachodziłam do biblioteki i prosiłam o książkę z gatunku „co to teraz młodzież czyta”. W ten sposób trafiłam na rewelacyjną powieść „Gwiazd naszych wina” Johana Greena. Co będzie teraz?
Cóż, raczej kiepsko było. Powieść niezbyt długa, 138 stron, na okładce napis „Przygody i tajemnice”, a w środku… Pozornie wydaje się, że jest wszystko. Bohaterka to Barrie – nastolatka z rozbitej rodziny. Są zatem już dwie przyczyny, które skomplikują jej życie. Teraz akurat musi przebywać z mamą. Ta natomiast jest byłą więźniarką, karę odbyła, ale nadal zadaje się z koleżankami spod celi. Takimi samymi jak ona. W sumie nic złego nie robią, chociaż grzebią przy głowach, ale łatwo im nie jest. Piętno odbytej kary wisi nad nimi nieustannie. Do tego w sąsiedztwie popełnione zostają morderstwa i wiadomo, na kogo rzuca się ich cień. Nasza bohaterka w to nie wierzy i niucha, kto by tu mógł zabić. Może ten? Może tamten?
Do akcji wkracza centrum pomocy bezdomnym i zagubionym i pani nazywana „wielebną”. Ta też swoje za uszami ma. Często jej pomoc polega na niemówieniu o uczynkach swych podopiecznych. Czasami tak trzeba.
Są jeszcze stare książki, stare fotografie i nowe historie z nimi związane, które tworzy główna bohaterka. Jest też oczywiście rozwiązanie zagadki kryminalnej.
Jednym słowem wydawałoby się, że wszystko w tej niewielkiej książeczce jest. Okazuje się, że jednak nie. Treść niekoniecznie musi zawierać wszystkie ważne elementy. Musi mieć to „coś”, czym przytrzyma czytelnika przy sobie.
Według mnie opowieści Qualey tego właśnie zabrakło. Nawet rozwiązanie intrygi nie okazało się zaskakujące, chociaż niby być powinno. Treść nuży. Jakoś nie potrafiłam współczuć nastolatce, ani jej potępiać, ani zainteresować się tym, co robi. Dziewczyna szukająca swego miejsca na planecie była jakaś taka nijaka. Jej nastoletni bunt też o żaden dreszcz mnie nie przyprawił. Nie wyglądała na zrozpaczoną. Na walczącą z rzeczywistością też nie. „Szara myszka”?. Nie, nie, też sporo jej do tego brakowało.
W jednej z recenzji wyczytałam, że wszystkie postacie w tej książce są plastikowe. Zgadzam się z tą opinią. Dodam jeszcze, że jest to plastik średniego gatunku.
Cóż, nie wiem, jakie zdanie na temat tekstu mają młodzi czytelnicy. O bestselerze „Gwiazd naszych wina” gimnazjaliści rozmawiali na przerwach. Dziewczyny ukradkiem ocierały łzy. Oj daleko, daleko od tej książki leży ta, która teraz recenzuję.

❤️
1
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
Nie kumam, ale fajnie jest | ghost 0

Nie kumam, ale fajnie jest

Nie kumam, ale fajnie jest

Rzadko mi się zdarza, by ocenić wysoko książkę, której w połowie nie zrozumiałam. A tak wydarzyło się w przypadku „Ghost Fleet. Następna wojna światowa” P.W Singera i Augusta Cole. Zacznijmy od tego, co zrozumiałam.
Jest to powieść o charakterze wojennym. Nie jakiś tam kryminał, jak twierdzą co niektórzy. Wybucha wojna, oczywiście ta następna, której jeszcze nie było. Na okładce napisano kto z kim przeciwko komu. Przeciwnicy akurat nie są wyjątkowi. Sojusz Chin i Rosji przeciwko USA jest prawdopodobny. Do tego oczywiście dochodzą losy paru osób ukazane na tle działań wojennych, nawet konflikt rodzinny jest. Partyzanci również walczą. A najbardziej ciekawą osobę jest piękna dziewczyna, która zabija z premedytacją wrogów. Ale pojedynczo. Sprytnie. Skutecznie. Część akcji rozgrywa się na Hawajach, część w San Francisco. Trafiamy na Alaskę, do Pentagonu, do Moskwy też. Ba, penetrujemy Rów Mariański na Pacyfiku i lecimy w kosmos. Oczywiście jeśli mamy tzw. listy kaperskie, jakie posiada pewien bogacz. Trafia się również polski smaczek. To okręt wojenny ORP „Orzeł”, który dzielnie wspiera wiadomo kogo. Na pewno nie Rosję.
Zrozumiałam również, iż w przyszłości, kiedy technika stanie na wysokim poziomie, jest szansa, że pokona ją tylko …. technika przeszłości jako odporna na różne współczesne wynalazki. To coś w stylu, że oczywiście panele fotowoltaiczne „wytworzą” prąd, który ogrzeje nas w zimny czas, ale kiedy ktoś je zniszczy, jedynym wyjściem, żeby nie zamarznąć, będzie rozpalenie ogniska.
Zrozumiała też, że w przyszłości człowiek nie będzie mógł się obyć bez tabletek zwanych symulantami, które na przykład pobudzą go do działania, lepszego myślenia i wielu innych rzeczy.
Czego nie zakumałam…. Jak na stuprocentowego humanistę przystało, nie zakumałam nowinek technicznych. A książka jest nimi naszpikowana do granic wytrzymałości. W celu ewentualnego zrozumienia zadzwoniłam do kuzyna, który też nałogowo czyta, ale właśnie utwory o przyszłości. Podałam tytuł. Usłyszałam zachwyt za zachwytem. Poprosiłam o wyjaśnienie, co ci marynarze robią na tym niszczycielu USS „Zumwalt” i co to jest działo szynowe. Oczywiście, że kuzyn wyjaśnił, stosując przy tym terminologię prosto z politechniki. Wiadomo, magister inżynier. Wie, co mówi, w przeciwieństwie do mnie, bo nie rozumiem, co słyszę. W każdym razie moja rozmowa z przedstawicielem rodziny, a raczej jej monolog, utwierdził opinię, że powieść jest naprawdę dobra. „Doskonała!” – ryknął przez telefon kuzyn. Wierzę mu na słowo, bo nie zamierzam zagłębiać się w techniczne aspekty utworu literackiego. Nie jego (utworu znaczy się) wina, że magister filologii polskiej nie zrozumiał o co chodzi w teorii Czerenkowa, a chodzi o to, że „Teoria Czerenkowa opisuje zjawisko, w którym promieniowanie elektromagnetyczne emitowane przez naładowane cząstki, takie jak elektrony, gdy poruszają się w ośrodku materialnym z prędkością większą od prędkości fazowej światła w tym ośrodku”. Jasne? Ponoć jasne.

❤️
3
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
Katja i wilki | wil 0

Katja i wilki

Katja i wilki

Dotarłam do końca. To znaczy dotarłam do ostatniej posiadanej przez siebie książki Magdy Skubisz z cyklu „saga rodu Tyszowskich”, tytuł tej części „Wilcze znamię”. Wcześniej już pisałam, że gdyby nie fakt, iż dostałam ową sagę w prezencie, nigdy bym po tego typu literaturę nie sięgnęła. Nie lubię romansów. Z tego też powodu sięgnęłam po egzemplarz z uśmiechem na twarzy. Nareszcie koniec. Okazało się, że nie był on taki zły.
Katja, zielarka i aptekarka, nadal jest brudna i chuda. To drugie, wiadomo, z biedy. Zawsze głodna, zawsze żyjąca w zimnych i równie brudnych jak ona pomieszczeniach. To swoje robi. Ale dlaczego ciągle jest brudna? Raz tylko była czysta. Na balu w tomie pierwszym. Wtedy zakochał się w niej Antoni. Miłość jest jednak ślepa i drugi podstawowy bohater, brudu nie dostrzega. Pamięta głównie suknię, którą Katja miała wówczas na sobie. Ten obraz żyje w nim w tomie czwartym również. Do tego przechodzi istną ewolucję. Bohater, nie suknia. Sam łapie się na tym, iż nie rozumie swego postępowania. Nieważne. Ważne, że robi, to co robi.
Zaskoczeniem jest, iż w tym tomie „lekarska” działalność Katji jest ograniczona. Nadal panuje cholera. Autorka powieści na szczęście nie powtarza recept na jej powstrzymanie. Wiemy, że się da ją wyleczyć. Zsyła natomiast na naszą bohaterkę masę nieszczęść. Oczywiście tradycyjnie, bo życie zielarki cierpieniem stoi. Tym jednak razem akcja wykracza poza obszar majątków Tyszowskich. I to według mnie jest w tej części najważniejsze. Bo ile można łazić po tych samych domach i tym samym polu? Trzy tomy wystarczą.
Nasza Katja w wyniku swych nieszczęść, rusza sama w tzw. świat. Początkowo myśli, że to, co widzi przed sobą, to Krasiczyn, siedziba rodu Sapiehów. Niestety, to tylko Przemyśl.
„W mieście, którego nazwiska nie powiem….
Były trzy karczmy, bram cztery ułomki,
klasztorów dziewięć i gdzieniegdzie domki” – pisał w „Monachomachii” Ignacy Krasicki i ponoć miał to być właśnie Przemyśl. Tak przynajmniej wynika z przypisów w „Wilczym…”.
W każdym razie Katja tam dociera i marzy o rozpoczęciu nowego, w miarę normalnego życia. Ale oczywiście nie jest to jej dane. Co prawda cholera w mieście jeszcze jest, ale nasza znawczyni receptur kariery medycznej nie może nic zrobić. Pech goni pech. Źli ludzie tak samo.
W każdym razie tom czwarty się kończy. O dziwo, tym razem mnie sen przy nim nie zmorzył. Było trochę więcej akcji niż w poprzednich. Zmiana miejsca wydarzeń też na plusa wpłynęła. Nic jednak nie zaskoczyło. Ot, kolejna saga o dawnych czasach napisana przez współczesnego pisarza, przepraszam – współczesną pisarkę, obowiązują feminatywy, czyli słownictwo współczesne, opisy też. Mam wątpliwości, czy przekleństwa też dzisiejsze. Nie znam historii brzydkich słów. Wiadomo jedynie, iż nasza cholera, wzięła się od tamtej lub wcześniejszej cholery. Wiem również, że ukazała się piąta część sagi. Czy go przeczytam? Kupować na pewno nie zamierzam…

❤️
0
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
Piękno w różnej postaci | ko 0

Piękno w różnej postaci

Piękno w różnej postaci

Kryminał na wesoło? Oczywiście! I nie będzie to tym razem kryminał Joanny Chmielewskiej, która do dziś bawi nas swymi tekstami. Tym razem stara seria z „jamnikiem” i tytuł jak z bajki „Piękna kobieta w obłoku spalin”, wydana w 1982 roku, autor Jeremi Bożkowski.
Najpierw o autorze, wszak nazwisko nieznane, imię ciekawe. A najciekawsze jest to, iż zarówno nazwisko jak i imię to pseudonim literacki Bożeny Ciecierskiej -Więcko dziennikarki i pisarki, która kilka powieści popełniła i wydała je właśnie w jamniczej serii. To nie pierwszy przypadek, kiedy autor kryminału ukrywa się pod pseudo. Cóż, kiedyś tego typu literatura uchodziła za tą z dolnej półki. Ot takie czytadło na podróż pociągiem. Dziś są to prawdziwe perełki minionej epoki. Akcja każdej opowieści tego typu działa się współcześnie, w realiach epoki, kiedy się działa. Tak też jest w przypadku „Pięknej…”.
Zacznijmy od tytułu. Ten akurat sprawdza się nawet dzisiaj. Jest typowo marketingowy i dzisiejsi twórcy też by się go nie powstydzili. Oczywiście sugeruje on, iż bohaterem będzie kobieta i chyba zginie w … no tych obłokach spalin. A śmierć w takich warunkach jest dość często spotykana w kryminałach literackich i filmowych, ale głównie jako śmierć samobójcza. Taki delikwent zamykał się w garażu, odpalał silnik i umierał. Obecnie zjawisko to raczej nie ma racji bytu. Benzyna i ropa droga, coraz więcej „elektryków”… W każdym razie tytuł budzi zainteresowanie jako znak epoki.
Kolejnym jest bez wątpienia zakup samochodu. W omawianej powieści mamy całą procedurę owego zakupu w czasach PRL-u. Nie taka, to prosta sprawa, nie taka prosta, by stać się właścicielem „malucha” czyli Fiata 126P.
Znakiem dawnych czasów jest też wścibska sąsiadka. Ongiś tak było, iż sąsiad o sąsiedzie wszystko wiedział, zwłaszcza jeśli jeden z nich był emerytem i czas spędzał siedząc w oknie. Znam to z dzieciństwa z autopsji. Człowiek na podwórku zakazanego ruchu nie mógł zrobić, bo podwórkowy monitoring w postaci pan X działał, a radiostacja w postaci jej ust, przekazywała wiadomości rodzicom. Tym razem, znaczy się w powieści, sąsiadka narobiła zamieszania. Tyle mogę zdradzić. Mogę jeszcze zdradzić, że gadulstwo nie popłaca. Bycie przyjemnym dla gaduły też nie. I w sumie lepiej, żeby takowego nie było.
Oczywiście cała intryga w „Pięknej…” jest w miarę normalna i niezbyt skomplikowana. Łatwo ja rozszyfrować. Od początku wiadomo, kto będzie ofiarą. Ale powieść ta ma przede wszystkim bawić, bo jest lekka i przyjemna. Ukazani w niej pracownicy ówczesnej milicji z pionu kryminalnego też są przyjemni, chociaż wszyscy wokół utrudniają im prowadzenie śledztwa.
Słowem, zabawa fajna. Szkoda tylko, że nie mogę podzielić się z nikim książką. Egzemplarz był tak często czytany, że rozleciał mi się w rękach… Tradycyjnie trafi na makulaturę, by wrócić do mnie w postaci kartonu z nowymi butami.

❤️
1
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
Czas na rozrywkę | pok 0

Czas na rozrywkę

Czas na rozrywkę

Nadszedł czas na rozrywkę. To takie coś, co pozwala odetchnąć od spraw codziennych, trudnych i zawiłych. W przypadku literatury jest to tzw. czytadło. Czytadła bywają różne. Najczęściej są to romanse nazywane książkami dla pokojówek. Są też utwory do czytania w środkach komunikacji, zwłaszcza w pociągach. Ich głównym zadaniem jest również tak zwane zwyczajowo – zabicie czasu. Taki pociąg sobie jedzie, już nie stuka, już nie wyje. Jak naród w nim spokojny i nie opowiada przez telefon o spadku po babci, to jest fajnie. Jak gada, czytadłe (czytadłowi?) to nie przeszkadza. W końcu i tak czytelnik o nim zapomni.
Taką pozycją w świecie literatury jest, według mnie oczywiście, „Pokój Trappa” Briana Callisona. Jest to druga pozycja z całego cyklu opowieści o niejakim Edwardzie Trappie. Pierwsza nosi tytuł „Wojna Trappa” i ta druga często się do pierwszej odwołuje. Czy to w czytaniu przeszkadza? Zupełnie nie. Raczej robi za reklamę. Chcesz wiedzieć, co było? Przeczytaj. Chcesz wiedzieć, co będzie jak już przeczytasz część drugą? Sięgnij po trzecią. Typowe działanie marketingowe. W każdym razie ów „Pokój…” jest klasyką literatury rozrywkowej.
Bohaterem jest kapitan, zapewne żeglugi wielkiej, z natury i przyzwyczajenia awanturnik, przemytnik i pirat równocześnie. Przemyca wszystko, co się da i na czym można zarobić, w tym ludzi. Robi to, co chce i jak chce. Jest całkowicie niezależny. Czasami źle się to dla niego kończy, bo takie działania wzbudzają zainteresowanie innej grupy współczesnych przestępców. Terroryści, gangsterzy i oczywiście politycy uważają, że uda im się Trappa przechytrzyć. Zwłaszcza jest taki jeden, który uważa się za mądrzejszego i sprytniejszego.
Trappowi towarzyszy niejaki Gorbals Wullie, postać ze świata humoru. Ale uwaga, czarnego humoru. Facet nigdy się nie śmieje. W sumie my się też nie śmiejemy. Załamujemy jedynie ręce, bo jak to w przypadku czarnego humoru jest, nie wiadomo czy płakać, czy się śmiać.
Mamy zatem rozrywkę na zupełnie przyzwoitym poziomie. Intryga czyli fabuła utworu jest w sumie przewidywalna, chociaż drobne niespodzianki są. Czasami się gubimy kto kogo i dlaczego, ale książeczka niewielka, możemy zawsze przerzucić kilka stron do tyłu i przypomnieć sobie treść.
Wyczytałam, że opowieści o kapitanie Trappie przyniosły autorowi rozpoznawalność i popularność. Może i tak. Nie zaprzeczam. Nie sposób znać autorów wszystkich książek. Opowieść ma dużo pozytywnych ocen. Praktycznie nikt nie przypisuje jej wartości ponadczasowych, psychologicznych czy ambicji bycia wielkim dziełem. Ma charakter rozrywkowy i taki niech pozostanie. Nie doszukujmy się w zabawie wielkich idei.

❤️
3
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
123456717