Kategoria: recenzje książek

Bez psychologa | dziew 0

Bez psychologa

Bez psychologa

Mój dobór, wybór, lektur jest przypadkowy. Korzystam z miejsc, w których ludzie zostawiają przeczytane książki, by mógł przeczytać je ktoś inny. Jeśli coś na pierwszy rzut oka wydaje mi się interesujące, zabieram do domu i ustawiam w kolejce. Gdy książka trafia do moich rąk, czytam trzydzieści stron i podejmuję decyzję, czy czytać dalej, czy odnieść w wiadome miejsce. Czasami trafiają się perełki, o których istnieniu nawet nie słyszałam, znaczy się nie wyczytałam. W nawale produkowania literatury zwanej współczesną, takie rzeczy mogą się zdarzyć. Taką właśnie perełką jest według mnie powieść „Tropy. Dziewczyna z gór” Małgorzaty Wardy.
Na okładce, tuż obok tytułu informacja o ilości zaginionych w Polsce osób. Czyż byśmy mieli do czynienia z literaturą non – fiction? Czy będzie to zbeletryzowany reportaż o Natalii?
Z takim właśnie pytaniem zaczęłam czytać i mówić sloganami – wciągnęło mnie. Powieść może być jak życie, mawiały ongiś czytelniczki, a życie może być jak powieść…. Z czym mamy do czynienia w przypadku „Dziewczyny z…”?
Historia jest praktycznie nieprawdopodobna. Zbyt dużo w niej zawiłości, nieprawdopodobieństwa i epickości. Czyli zdarzyć się nie mogła. Tak do końca, bo niektóre elementy są wielce prawdopodobne. Jednak czytając, miałam wrażenie, iż opowieść ma mocne podstawy do tego, by twierdzić, że działo się tak na serio, tak naprawdę. Opis losów porwanej dziewczyny wcale nie jest taki niezwykły. Tak się mogło przecież zdarzyć!
Takie wątpliwości u czytelnika może wzbudzić tylko dobrze napisana opowieść. Bo każda dziedzina sztuki, czy to obraz, czy przedstawienie teatralne, czy film powinny poruszyć nasze serce, sumienie, umysł. Nawet jeśli są to emocje negatywne. Jeśli są, oznacza to, iż coś jest ciekawe, dobre, kontrowersyjne…
Tak było w przypadku czytania przeze mnie utworu Wardy. Do końca nie byłam pewna czy mam do czynienia z fikcją literacką, czy też faktami. Na pewno sprawiła to dwójka głównych bohaterów. Ich postępowanie, pozornie nierealne, wyjaśnia stan ich przeżyć. To wszystko nie jest takie proste, jakby mogło się wydawać. W sercach i umyśle sprawy są bardziej skomplikowane niż w protokole policyjnym o zaginięciu, niż w reakcjach i umysłach ludzi poszukujących zaginionych. Potrzebny tak bardzo modny w obecnych czasach psycholog? Szukającym tak, ale zagubionym? Ci drudzy mają wątpliwości, nie rozwiązują ich jednoznacznie, ponieważ rzeczywistość wokół nich jest bardziej skomplikowana niż ta, która otacza poszukujących. Szukający mają jedno zadanie – odnaleźć. Zagubieni muszą dokonać wyboru.
Tak moglibyśmy długo pisać o psychologicznej warstwie omawianej powieści. Dzięki niej nie jest ona zwykłym kryminalikiem w stylu „Porwali. Ucieknie czy nie?”.

❤️
1
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
Jak ukraść naprawdę | zl 0

Jak ukraść naprawdę

Jak ukraść naprawdę

Jak włamać się do muzeum i dokonać zuchwałej kradzieży dzieła sztuki? Wystarczy obejrzeć kilka filmów z naszym „Vinci” na czele. Film Juliusza Machulskiego pokazuje cała skomplikowaną procedurę działania. Bo to „Cumę” trzeba wyciągnąć z „więźnia”, przekonać do akcji „Szerszenia”, wynająć Werbusa i Hagena, założyć podsłuch, opracować skomplikowany plan…. W ogóle roboty jest od diabła i ciut ciut. Podobnie w filmie „Osaczeni” z Catherine Zeta-Jones i Seanem Connery. Też robią skok stulecia na dzieła sztuki. Słowem, żeby zwinąć owe dzieło trzeba ludzi, sprzętu i dobrego pomysłu.
A nie można tak inaczej? Czy do otwarcia gabloty nie wystarczy szwajcarski scyzoryk? Parę ruchów w lewo i gablota staje otworem. Wystarczy wsunąć dłoń. A potem albo schować dzieło sztuki do plecaka, albo wsunąć na pasek od spodni. I wyjść, po prostu normalnie wyjść z muzeum? Do tego wystarczy tylko jeden wspólnik, który chrząka, gdy zbliża się strażnik. A ten jak wiadomo porusza się, bo robi obchód i nie zawsze jest wszędzie. Plan? Jaki plan? Przecież to takie proste. Wchodzę, zabieram i wychodzę. No dobrze, jakiś kamuflaż ubraniowy i tyle. A po co w ogóle kraść wielkie, duże obrazy, które nie mieszczą się w torbie na zakupy? Nawet złodzieje, chcący dorobić się majątku na kradzieży dzieł sztuki wiedzą, iż im cenniejsza zdobycz, tym mniejsza za nią cena na czarnym rynku. Wyjątkowe dzieła sztuki znajdują się również w małych muzeach i też są niewielkie. A jeśli złodziej ma „Syndrom Stendhala – zjawisko psychosomatyczne, które objawia się intensywnymi reakcjami emocjonalnymi i fizycznymi na widok dzieł sztuki i zabytków, szczególnie w miejscach o dużym nagromadzeniu takich obiektów” – za wikipedią, to wiele wyjaśnia. Wchodzi taki złodziej do budynku, powiedzmy do małego muzeum w Baden-Baden i dostaje wstrząsu na widok obrazu Lucasa Cranacha Starszego „Sybilla, księżna Cleves” o wartości szacowana jest na 5-5,6 mln funtów, no to trzeba go po prostu zwinąć i powiesić u siebie w domu.
Myślicie, że to niemożliwe? Jakże się mylicie. A chcecie dowiedzieć się więcej? To sięgnijcie po książkę Michaela Finkela „Złodziej sztuki. Prawdziwa historia o pożądaniu piękna i niebezpiecznej obsesji”. To literatura non-fiction, tak uwielbiana przez czytelników, bo opisująca historię, która się wydarzyła, ba, która może się powtórzyć, bo główny bohater Stéphane Breitwieser ciągle żyje, a jeśli cierpi na „syndrom Stendhala” to nigdy nie wiadomo, czy nie kradnie na przykład w tej chwili…
Książka Finkela ukazała się w 2023 roku, w Polsce rok później. Napisana sprawnym dziennikarskim językiem relacjonuje fakty, które trzymają w napięciu. Zupełnie tak, jak wtedy, kiedy oglądaliśmy po raz pierwszy film „Vinci” czekamy – złapią go (ich), czy nie złapią….

❤️
0
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
Kolczyk nie do pary | kol 0

Kolczyk nie do pary

Kolczyk nie do pary

Właściwie to już nie wiem, jak recenzować stare kryminały, te z epoki PRLu o dzielnych policjantach i kiepskich przestępcach. Wszystkie są, ogólnie i potocznie mówiąc, fajne i lubię je. Kiedy obecnie trafiają do mych rąk, pochłaniam je w jeden wieczór. Potem najczęściej wędrują do pojemnika z makulaturą, bo rozsypują się. W sumie niczym się od siebie nie różnią. Tak też jest w przypadku „Trzeciego kolczyka” Józefa Szczawińskiego.
Jest dzielny kapitan Jedyński, który tradycyjnie musi zrezygnować z urlopu na rzecz przeprowadzenia solidnego śledztwa. Znawcy tematu, czyli wielbiciele serialu „07 zgłoś się” doskonale pamiętają Dorotę Stalińską, która w odcinku „Przerwany urlop” zagrała samą siebie i ironicznie wypowiedziała się na temat schematu …. właśnie przerwanych lub zawieszonych urlopów milicjantów. Wiadomo przestępca nie śpi.
Kolejny element powielający schemat też jest – dziewczyna albo nawet dojrzała kobieta, która zawsze jakiś związek z prowadzonym dochodzeniem ma. W tekście Szczawińskiego jest to na dodatek dziennikarka.
Brnijmy dalej. Oczywiście zabójstwo. Może nawet nie jedno. Morderca ostro poszukiwany. Jasne, że się znajdzie. Kryminał nie miałby sensu.
I to, co zwykle napędza akcję – szpieg ze zgniłego zachodu, który nie może przeżyć bez wiadomości z krajów dawnego „demoludu”. To mnie zawsze rozbawia. Przez czas trwania PRLu byliśmy nieustannie inwigilowani przez kapitalistów, co to sięgali po nasze zdobycze naukowe, podczas kiedy my przemycaliśmy z zachodu taką na przykład „kremplinę” – tkaninę – to też wiadomość z „07 zgłoś się”.
Oczywiście jest też tajemnica. W przypadku omawianego kryminału to tytułowy trzeci kolczyk. Po co komu trzy takie same kolczyki? Tak, wiem, można go umieścić w pępku lub innych częściach ciała. Ale za moich czasów, a było to w PRLu, jeszcze czegoś takiego nie praktykowano. Zatem trzecia sztuka biżuterii stanowi zagadkę wokół której toczy się milicyjne śledztwo.
Słowem, jest wszystko, co w każdym kryminale być powinno. Wystarczy tylko usiąść w fotelu, nalać wina do kielicha i odpoczywać w mroczny listopadowy dzień.
Na tym moglibyśmy zakończyć recenzję. Wypada dodać, że „Trzeci kolczyk” liczy sobie 208 stron, format zwany dziś kieszonkowym, ukazał się w serii „Labiryntu” prowadzonej przez Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej w 1980 roku w nakładzie 120 000 – sto dwadzieścia tysięcy – egzemplarzy. Takiego nakładu trzeba pozazdrościć.
Aha, rozsypał mi się przy czytaniu. Wrzuciłam do pojemnika z makulaturą. Zapewne wróci do mnie w postaci kartonu, w który zapakowane zostaną zamówione przeze mnie nowe książki….

❤️
1
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
0

Oberża bez ptaków

W oberży bez ptaków

Tym razem z premedytacją sięgnęłam po książkę Daphne du Maurier „Oberża na pustkowiu”. Lubię Alfreda Hitchcocka, a to właśnie on ekranizował utwory pisarki z angielskiej Kornwalii. Wśród nich – arcydzieło wszech czasów (dla mnie przynajmniej) czyli film na podstawie opowiadania pisarki pt. „Ptaki”. Film uwielbiam, ubóstwiam i tak dalej. Kiedyś czytałam „Rebekę” , na pewno też oglądałam film, ale jakoś nie pamiętam. Wiem, pamięć trzeba odkurzyć. Teraz trafiłam na „Oberżę…” , też sfilmowaną przez Mistrza pod tytułem „Oberża Jamajka”. Na pewno obejrzę, tym bardziej, że powieść przypadła mi do gustu.
Elementy streszczenia znajdziecie w innych opisach, zatem daruję sobie wprowadzenie do tematu. Powiem tylko, że historia zaczyna się całkiem normalnie, jak w każdej powieści typu obyczajowego. Trochę zatem nudzi. Potem jest inaczej.
Wkraczamy w przedziwny i straszny świat. Zamiast zamku, w którym straszy, jest karczma, którą wszyscy normalni ludzie omijają. A mimo to żyją w niej inni ludzie i z głodu nie umierają. Są tacy, co do niej czasami zaglądają, ale do przeciętnej społeczności nie należą. Strach się ich bać. Wokół są torfowiska. Łatwo w nich stracić życie. Czy ktoś stracił? Różnie gadają. Tam ktoś mieszka, a tu jest niebezpiecznie. Gdzie w ogóle jest bezpiecznie? W miasteczku? Może na plebani? Ale Mary dobrze sobie radzi. Dzięki temu odkrywa mroczną stronę mrocznego miejsca. Poznaje Jema i pastora. Który jest lepszy? Który podejrzany? Komu zaufać, a od kogo uciekać, gdzie pieprz rośnie czyli na torfowiska? Przeczytaj, a się dowiesz.
Jednym słowem moi kochani mamy do czynienia w thrillerem, którego akcja rozgrywa się na początki XIX wieku, a napisana została przez Daphne w 1936 roku. Na pewno jest utworem kontrowersyjnym, gdyż różni ludzie piszą o niej różnie. Ktoś twierdzi, że to zwykłe czytadło. Oj, dobrze by było, żeby czytadła takie były. Człek czyta, trochę się boi, ale oderwać się nie może. Ktoś próbuje książkę zakwalifikować do wybranego gatunku i mu nie wychodzi. Są recenzje skupiające się na warstwie obyczajowej. Niektórym nie podoba się zakończenie, że niby nie pasuje do całości. A czy musi? Może ono jest najbardziej zaskakujące? W każdym razie na pewno jest „klimatyczna” czyli swój klimat i urok, w znaczeniu mrocznym, ma i warto jej poświęcić czas. Nie jest długa, w moim wydaniu 240 stron. Czyta się łatwo. Nawet opisy maja tu znaczenie i trudno je ominąć, by nie stracić nic z atmosfery powieści.
Wróćmy na moment do Hitchcocka… Teksty Daphne musiały mieć w sobie owe „coś” skoro zwróciły na siebie uwagę Mistrza. Z tego też powodu, wszyscy miłośnicy filmów Alfreda powinni sięgnąć po utwory, które go zainspirowały i poświęcił im swój filmowy talent.

❤️
2
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
0

Przy japońskiej kawie

Przy japońskiej kawie

Przy oglądaniu filmów wzruszam się, jeśli coś wywołuje emocje w moim sercu. Uronię łezkę, czasami dwie. Z książkami jest trochę inaczej. Mam wykształcenie typowo polonistyczne, przez ponad trzydzieści lat uczyłam, jak można interpretować teksty pisane. Zboczenie zawodowe jest i już. Czasami się jednak zdarza inaczej. Owszem, ważna kompozycja utworu, sposób charakteryzowania bohaterów, budowa akcji i reakcji, ale te sprawy odchodzą na plan dalszy, bo książka po prostu – wzrusza.
Tak było w przypadku „Zanim wystygnie kawa” japońskiego pisarza Toshikazu Kawaguchi. Emocje wzięły górę.
Temat przenoszenia się w przeszłość lub przyszłość wydaje się być tematem oklepanym i charakterystycznym dla prozy typu fantasy lub baśni i bajeczek. Wymyślić coś innego, coś oryginalnego, coś, co przykuło by czytelnika jest niezwykle trudno. Ale przecież wyobraźnie ludzka ograniczeń nie ma, a najprostsze rzeczy są czasami najtrudniejsze do wymyślenia…. Tak też jest w przypadku prozy japońskiego pisarza.
Z mini recenzji zamieszczonej na tylnej okładce dowiadujemy się, iż akcja powieści rozgrywa się w małej, cichej kawiarence w Tokio. Co tu się może zdarzyć? Okazuje się, że bardzo dużo, a równocześnie niewiele. Trzymającej w napięciu akcji brak. Są tylko i aż ludzie. W sumie normalni, ze swymi problemami, radościami, smutkami. Ot, tak jak wszędzie, tak jak zawsze. Taka sobie codzienność i nic z egzotyki, chociaż niektórzy myślą, że jak Japonia to musi być coś innego. Tymczasem japoński świat jest taki sam jak wszędzie. Być może właśnie ta codzienność i jej uniwersalność sprawia, iż książka wzrusza i w oku pojawia się łza? O dziwo, nie płaczemy słuchając kolejnych wiadomości o wojnach nękających naszą planetę, o kataklizmach i katastrofach wywołanych przez ciągle nieokiełznaną i silną przyrodę. Wzruszają nas proste sprawy prostych ludzi. Ich radości i smutki, ich spełnione i niespełnione marzenia. Takie też proste i nieskomplikowane. Takie, jakie my też możemy mieć.
„Zanim….” nie posiada żadnych fajerwerków kompozycyjnych. Mnie wzruszenie ogarniało wraz z ilością przeczytanych stron. Na końcu łzy pojawiły się w większej ilości. Może taki właśnie był zamysł autora? Jeśli tak, to mu się udało.
Język utworu, jak i wszystko w nim, bardzo czytelny i nie wymagający znajomości budowy zdania wielokrotnie złożonego, czy stron ze słownika wyrazów obcych. Taki właśnie język buduje opowieść skromną, ale wielką w swym wpływie na czytelnika. I uwaga – nie jest to tekst sentymentalny. Jest po prostu bardzo ludzki….

❤️
2
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
0

Pewnego razu na wyspach brytyjskich….

Pewnego razu na wyspach brytyjskich….

Hura! Jestem the best, znaczy się po polsku „jestem debeściara” czyli najlepsza. Oczywiście w swoim mniemaniu, po dokonaniu czynu czytelniczego, który jeszcze niedawno przekraczał moje możliwości! Przeczytałam książkę Waltera Scotta! No, tego angielsko – szkockiego pisarza z pierwszej połowy XIX wieku. A ten pisał dużo i namiętnie. Nie, nie, naszego Kraszewskiego nie przebił. Ale każda książka Scotta, która trafiała w moje ręce, swoje ważyła. Nie dość, że treści było dużo, czcionka mała, to jeszcze papier tzw. klasy V czyli gruby. Słowem, twórczość Szkota bliska mi nie była. Jednak w końcu udało się. Przebrnęłam przez „Kenilworth”, powieść uznawaną za jedną z najlepszych, jak głoszą recenzje.
Tytułowe Kenilworth to miasto w Anglii, w hrabstwie Warwickshire, leżące 7 km na północ od miasta Warwick i 136 km na północny zachód od Londynu. W 2001 liczyło 22 582 mieszkańców. Znaczy się taka sobie mieścina. Jest w niej jednak Zamek Kenilworth datowany na X wiek, przebudowany w XIII w. Stał się popularny właśnie dzięki opowieści Waltera.
Wiemy zatem, gdzie udamy się w historyczną wycieczkę. Kogo na niej spotkamy? Postacie historyczne oczywiście. Akcja rozgrywa się za czasów panowania Elżbiety I 1558 – 1603. Oczywiście Ela jest, chociaż nie tworzy postaci pierwszoplanowej w konstrukcji powieści, bo w Anglii oczywiście panuje jako królowa – dziewica. Kolejną ważną postacią jest Robert Dudley, hrabia Earl Leicester, rezydujący w naszym Kenilworth, przynajmniej w powieści. Jest też hrabia Sussex i kilka jeszcze innych postaci, które zapewne mają historyczny rodowód. Chcecie, przeczytajcie, poszukajcie.
Historia oczywiście jest jednym wielkim romansem. Mamy tajemnicę, mamy zbrodnię, może nawet nie jedną, mamy nieszczęścia i opis rządów królowej. Właśnie, opisy…. Tych nie brakuje w książkach historycznych. Każdy pisarz tzw. historyczny stara się przekazać w swych opowieściach nie tylko własną wizję wydarzeń zwanych historycznymi, ale również próbuje oddać koloryt epoki. Tak więc brniemy przez opisy sukien, komnat, balów czy nawet umaszczenia koni. Czasami oczywiście opisy omijamy, zwłaszcza jak jesteśmy uczniami i książka jest lekturą obowiązkową. Ze mną bywało różnie. Czasami opisy czytałam, czasami przelatywałam swym słabnącym wzrokiem, tłumacząc, że to tak w imię ochrony owego wzroku. W każdym razie Scott nie odbiega niczym od naszego Sienkiewicza czy nawet Kraszewskiego.
Czytanie „Kenilworth” nie uważam jednak za czas stracony. Podczas dyskusji o literaturze pochwaliłam się oczywiście swym wyczynem i…. Okazało się, że twórczość Szkota o losach Anglii jest już praktycznie nieznana. Ktoś tam coś słyszał, ale nie czytał. W każdym razie ja dołączyłam do tego grona, które czytało i wie. I dobrze mi z tym!

❤️
1
👍
0
1
💡
1
1
📖
1
0

Na tropie Tomka

Na tropie Tomka

Mówią, iż osoby płci żeńskiej czytają więcej niż osoby płci drugiej. Moje życiowe obserwacje to potwierdzają. Na spotkania Dyskusyjnego Klubu Książki przychodzą seniorki. Seniorów brak. W dalekiej przeszłości było podobnie. Mój brat za czytaniem książek nie przepadał. Wolał kopać piłkę. Tata? Czytywał. W toalecie, bo tam miał spokój i były to słynne „tygrysy”. Koledzy ze szkoły, tej podstawowej oczywiście? Unikali czytania, a jeśli już czytali, to były to „Tomki”. Oni czytali owe „Tomki”. A my dziewczęta zaczytywałyśmy się wówczas w „Aniach”. Każda płeć twierdziła, że jego lektury są najlepsze. Oczywiście mój rocznik domyśla się, czym były „Tomki” i „Anie”, młodszemu należą się wyjaśnienia.
Dziewczyny czytały opowieści o Ani Shirley, czyli „Ani z Zielonego Wzgórza”, serii powieści napisanych przez Lucy Maud Montgomery. Chłopcy zaś pochłaniali serię przygód Tomka Wilmowskiego, bohatera cyklu powieści podróżniczo – przygodowych napisanych przez Alfreda Szklarskiego. Ot i tajemnica rozwiązana. W owych czasach podjęłam próbę przeczytania jednego z „Tomków”, ale do gustu mi nie przypadł. Wówczas nie dorastał „Aniom” do pięt. Po latach postanowiłam sprawdzić, czy rzeczywiście powieści Szklarskiego były gorsze…. Może inaczej – dlaczego moi rówieśnicy płci drugiej tak chętnie je czytali?
W ręce wpadł mi jeden z ostatnich tomów cyklu „Tomek w Gran Chaco” czyli krainie geograficznej w Ameryce Południowej, na pograniczu Boliwii, Paragwaju i Argentyny. Tytułowy bohater jest już dorosły i ma żonę, z którą podróżuje po świecie. (Ania Shirley tez rosła wraz z książkami). Połowa książki jest jednak o towarzyszach praktycznie wszystkich wypraw. Jan Smuga i kapitan Nowicki są uwięzieni przez Indian. Udaje im się jednak uciec i przemierzają kontynent zmierzając do celu, czyli spotkania z Tomkiem. To spotkanie oczywiście następuje.
Oczywiście w czasach mego dzieciństwa moim kolegom na pewno spodobały się niebezpieczne przygody, które spotykały bohaterów. Każdy chciał być bohaterem. Zwłaszcza wędrując po obcych kontynentach. Dopiero jednak teraz zdałam sobie sprawę, iż książki Szklarskiego zawierają ogrom wiedzy geograficznej i moi koledzy doskonale wiedzieli, gdzie jest owe Gran Chaco. Dokładne opisy, duża ilość przypisów objaśniających nieznane pojęcia, ba – ilustracje ze szczegółowymi opisami np. małp. Słowem kopalnia wiedzy.
Kochana młodzieży, ongiś internetu nie było. Wiedze o dalekich krajach czerpaliśmy z książek i wcale nie były to szkolne podręczniki. Do dziś pamiętam telewizyjny „Klub Sześciu Kontynentów”, z podtytułem „Kawiarenka pod globusem” – program popularnonaukowy poświęcony podróżom, emitowany w latach 1969–1988. Program prowadził Ryszard Badowski.
W programie znani podróżnicy i dziennikarze opowiadali o swoich ekspedycjach. Gośćmi Ryszarda Badowskiego byli m.in.: Stanisław Szwarc-Bronikowski, Olgierd Budrewicz, Jerzy Kukuczka, Wanda Rutkiewicz, Leonid Teliga, Tony Halik, Krzysztof Baranowski i Teresa Remiszewska. W ciągu 19 lat emisji program obejrzało 4,5 miliarda widzów”– to nie ja, to wikipedia.
Takie zatem to były czasy…. A opowieści o barwnych przygodach Tomka przede wszystkim uczyły….

❤️
1
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
0

Słoneczna przeszłość

Słoneczna przeszłość

Któż z nas nie zna „Mitologii” Jana Parandowskiego… Wydana po raz pierwszy w 1924 stała się lektura podstawową wielu pokoleń Polaków. Niektórzy znają również powieść „Dysk olimpijski” nagrodzony brązowym medalem w olimpijskim konkursie sztuki i literatury w czasie Letnich Igrzysk Olimpijskich 1936 w Berlinie. Ale „Zegar słoneczny” trochę ginie wśród antycznej twórczości pisarza. Bo nie o antyku on jest….
Ongiś każdy pisarz pragnął utrwalić na papierze, słowem drukowanym swoje dzieciństwo i młodość. Wszystko zgodnie z zasadą Mickiewicza:
„Kraj lat dziecinnych! On zawsze zostanie
Święty i czysty, jak pierwsze kochanie,(…)”
Autorka niniejszej recenzji też takowe teksty popełniła…
Parandowski zabiera nas w swój kraj lat minionych. Trafiamy na początek XX wieku do Lwowa. Spacerujemy jego ulicami. Przyglądamy się ówczesnym ludziom. Czytamy o metodach wychowawczych sprzed stu laty. Zaglądamy do szkoły. Może się nawet dziwimy, iż wykonanie maturalnego tableau (pamiątkowego zdjęcie grupy osób; składa się z wielu mniejszych zdjęć tych osób. Najczęściej dużych rozmiarów, wykonywane np. w celu upamiętnienia grupy uczniów i nauczycieli lub studentów i profesorów – za wikipedią) sprawia trudności, powoduje przedziwną tremę. Bo zdjęcie robi się tylko raz i trzeba dobrze na nim „wyjść”. Żaden komputer go nie poprawi, bo do ery komputerowej jeszcze daleko…
Otrzymujemy zatem opowieść o czasach dawno minionych, historycznych. Tam wszystko było inne. Czy wszystko było dobre? Na pewno nie. Ale dzieciństwo widziane po latach zawsze jest dobre i ładne. Tęsknimy za nim. Tak też jest w książce Parandowskiego. Ktoś określił tekst jako „ciepły”. Rzeczywiście taki jest. Można dodać jeszcze słowa pogodny, spokojny, a przede wszystkim nostalgiczny. Czytelnik wyraźnie odczuwa, iż narratorem jest ten, co już młodość ma za sobą. Książka ukazał się po raz pierwszy w 1953 roku, kiedy jej autor zbliżał się do sześćdziesiątki. Wtedy rozpoczyna się czas wspomnień….
Czy utwór spodoba się współczesnemu czytelnikowi? Myślę, że odniesie się do niego z szacunkiem, jak na wiekowe dzieło przystało, ale zachwycony nie będzie. Przeczyta, bo chyba w szkole jeszcze ktoś mu polecił „Mitologię” Parandowskiego i być może warto coś jeszcze tego pisarza przeczytać. Ale „ochów” i „achów” nie będzie. To tekst z dawnej epoki. Pisany bardzo starannym językiem polskim, ale bez fajerwerków. Chwilami monotonny. Sporo opisów. Nie, nie jest „przegadany”, dialogów tyle, ile trzeba, ale takich niedzisiejszych. Całość trąci przysłowiową „myszką”.
Wytrawni czytelnicy powinni jednak tę pozycje przeczytać. Zawsze warto wrócić do historii. Aha, zupełnie nie wiem dlaczego, we wszelkich opisach opowieści jest informacja, że są to „opowiadania” o Lwowie. Owszem, wszystko dzieje się we Lwowie, ale jest to przede wszystkim opowieść o dzieciństwie i młodości. Bohater po prostu żył we Lwowie, tak jak ja żyłam w Wałbrzychu…

❤️
1
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
123456714