Kategoria: recenzje książek

W śniegu... | bia 0

W śniegu…

W śniegu

Książkę Han Kang „Biała elegia” znalazłam pod choinką. „Mikołaj” wiedział, że nie przeczytałam żadnej pozycji laureatki literackiej Nagrody Nobla za rok 2024. Ba, wiedział, że literatura ze wschodu, tego skośnookiego i z krzaczkami zamiast liter, jest mi praktycznie nieznana. Przyszedł zatem czas, by przeczytać i zapoznać się.
Pierwsze wrażenie…. No powiedzmy takie sobie. Nie da się ukryć. Nie moja bajka, co nie oznacza, że złe.
Mamy tu do czynienia z czymś, co określam jako prozę poetycką. Próbowałam takową sama tworzyć. Uwierzcie, łatwo nie jest. Znacznie łatwiej porozrzucać myśli jako wersy. Tymczasem tu mamy tekst ciągły. Nawet jest zarys fabuły. Poezji zawartej w treści nie przeszkadza. Powoduje natomiast poczucie, iż mamy przed sobą utwór epicki, który epiką do końca nie jest. Obrazy mieszają się z odczuciami, uczuciami i owym poetyckim „patrzeniem sercem” na rzeczywistość wokół. Dużą rolę odgrywa tu czas miniony. Jest ciągle obecny we wspomnieniach, które przenikają czas teraźniejszy. Co przyniesie przyszłość, nie wiemy. Ale bez przeszłości żyć się nie da.
Jest też tytułowa biel. Narratorka? autorka? szuka jej i znajdując analizuje. I tu pojawia się element polski.
Han Kang przebywała przez cztery miesiące w Warszawie. Widziała film dokumentalny o zniszczonej Warszawie w 1945 roku. Porównała tamtą rzeczywistość z tą, w której aktualnie była. Tu narodziła się idea opowieści o kolorze białym. Czym jest? Czy w ogóle jest kolorem? A może tylko symbolem? Tak jak płatki śniegu?
Mamy zatem do czynienia z metaforą. Każdy może biel z książki Hany odczytać na swój sposób. Najważniejsze – nie odczytujmy słów dosłownie. Nie analizujmy treści jako ciągu wydarzeń. To nie ta książka. Proza poetycka jest zjawiskiem złożonym, jej odbiór zależy od czytającego i jego wrażliwości czytelniczej.
Być może moim błędem było czytanie utworu tak, od razu, wszystkiego. Zajęło mi to jeden wieczór. Być może gdybym delektowała się nim stopniowo, jak poezją, każdego dnia jedna, dwie, no góra trzy strony, trzy rozdziały, mój odbiór treści byłyby inny. Być może jest to tekst do położenia obok lichego „kryminału” i czytania go, by zrozumieć dlaczego „kryminał” jest pusty i do niczego? Cóż, jednak się stało. Przeczytałam i nie zachwyciłam się. Nie ujmuję jednak ani treści, ani warsztatowi autorki. Być może Nobel jej się należał. Być może ludzie z dalekiej Korei mają inną wrażliwość. Inaczej patrzą na świat. Być może tamten świat jest inny niż nasz. Po prostu… jak wspomniałam na początku – nie moja bajka.
„Mikołaj” położył mi pod choinkę jeszcze jeden utwór tej pisarki. Narazie czeka cierpliwie w kolejce do przeczytania. Obiecuję, że przeczytam. Twórczość noblistów trzeba znać.

❤️
0
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
Zaginione treści.... | wy 0

Zaginione treści….

Zaginione treści….

Literatura rosyjska i radziecka była ongiś bardzo znana naszym kraju. Potem czasy politycznie się zmieniły. Bo niby sztuka polityczna być nie powinna, a jednak jest. Taki Mickiewicz był tak polityczny, że zakazano mu powrotu do rodzinnych stron. Nim akurat się zachwycamy, bo politycznie był poprawny według naszych kryteriów oczywiście. Natomiast literatura byłego ZSRR uznawana jest za „be” i zniknęła z horyzontu naszych zainteresowań. Już kiedyś o tym pisałam…. Dziś przypominam. W nawale sprzeciwu politycznego oberwało się nawet hrabiemu Tołstojowi…. A w tej literaturze są prawdziwe perełki, które dziś można znaleźć w punkcie pozostawiania książek przez czytelników.
Do tego grona należy twórczość Aleksandra Bielajewa (1884 – 1942), nazywanego rosyjskim, a może nawet radzieckim, Juliuszem Verne, autora ponad 70 utworów w stylu fantastyki, naukowej też. Przejdźmy zatem do książki, która wpadła mi w ręce.
„Wyspa zaginionych okrętów” to właściwie dwa teksty, które można gatunkowo zaliczyć do większych opowiadań lub mini powieści.
Pierwszy, tytułowa „Wyspa…” Vernem pachnie. Czytając miałam skojarzenia z „Tajemniczą wyspą” i chwilami „Dziećmi kapitana Granta”. Ludzie sobie statkiem płyną, płyną, a tu nagle katastrofa na Morzu Sargassowym, gdzie są pływające wodorosty sargassum. Widać to już po okładce i tytule. Treść jest pomiędzy Vernem a tzw. powieścią piracką. Dzieje się sporo. Rozdziały krótkie, w sumie na 150 stronach – cztery części, trzydzieści sześć rozdziałów. Dialogi i opisy w sam raz. Niby nic nie odkrywczego, ale czyta się przyjemnie. Taka lektura do obiadu lub przed snem, żeby koszmarów nie było.
Drugi utwór „Koniec świata” jest już fantastyką, powiedzmy naukową. Oto dzieje się coś dziwnego. Ludzie najpierw coś słyszą, a dopiero, po pewnym czasie, który nieustannie się wydłużą, widzą. Zapowiada to oczywiście koniec świata. Mamy naukowe uzasadnienie owego zjawiska. Czy możliwe? Nie wiem. Akurat te zagadnienia były dla mnie w szkole średniej typową kulą u nogi. Choćby nie wiem jak kto tłumaczył i tak nie zakumam. Stąd też moje opowiadania nawiązujące do tematyki s-f przepadały zawsze w konkursach literackich… Wiadomo, brak wiedzy. W każdym razie jest to niezły temat na opowieść. Jak będą zachowywać się ludzie w takiej sytuacji? Czy w miarę normalne funkcjonowanie w takim świeci jest możliwe? Bielajew próbuje nam takową rzeczywistość przedstawić. Tekst nie jest zbyt długi. Też duża ilość rozdziałów. Czyta się go przyjemnie. Nie trzeba się zastanawiać nad jakimikolwiek ideami, bo ich po prostu nie ma. Jest kolejna wizja końca świata. Każdy pisarz ma do takiej prawo.
Na podstawie tych utworów oraz znanej mi wcześniej powieści „Człowiek – ryba” (jest film produkcji radzieckiej według tekstu powieści pt. „Diabeł morski”, dostępny w sieci) trudno mi ocenić twórczość Bielajewa. Miał człowiek fantazję. Jest dowodem na to, że nawet w ZSRR nie wszyscy pisali o komuniźmie….

❤️
1
👍
1
0
💡
0
1
📖
0
Bankier na wyścigach | ba 0

Bankier na wyścigach

Bankier na wyścigach

Wyczytałam, że Dick Francis, wł. Richard Stanley Francis, autor książki „Bankier” był dżokejem. Oczywiście po przeczytaniu powieści, jak zwykłam to czynić. W wyniku tej informacji, treść kryminały stała się jaśniejsza i oczywiście bardziej prawdopodobna. W sumie to lubię jak pisarz opisuje coś z tzw. własnego podwórka. Posiada merytoryczno – tematyczną wiedzę i można mu zaufać. Teraz dowiedziałam się, na czym polega różnica między końmi, które gnają szybko, a tym, co skaczą przez przeszkody. Do tego nabyłam trochę wiedzy na temat zagadnień rozwojowych i sposobów tego, co fachowo nazywa się „krycie” klaczy. Cóż, konie, zwłaszcza te najlepsze, nie mają czasu na miłość. Mają się rozmnażać, szczególnie wtedy, gdy kupiono je w tym celu. Za grube miliony. Na tyle grube, że trzeba było wziąć kredyt z banku. Poważny kredyt. Wysoki kredyt. I tu wkraczamy na kolejne terytorium powieści – do banku, co ma związek z tytułem.
Akurat o bankowych powiązaniach autora niczego się nie dowiedziałam, ale w tej dziedzinie też mamy tu sporo wiedzy. Tytułowy bohater pracuje oczywiście w banku i zajmuje się przydzielaniem owych kredytów. Zagłębiamy się więc w tajemnice pracy wnikliwego urzędnika, który najpierw musi wszystko dokładnie sprawdzić. Wszak sprawa dotyczy milionów. Czy przyszły kredytobiorca jest wiarygodny? Czy koń rzeczywiście jest tyle wart? Trzeba poznać jednego i drugiego. Ba, może się nawet zaprzyjaźnić z klientem? Wszystkie chwyty, oczywiście w stylu brytyjskim, dozwolone. Przy okazji zawsze poznaje się ciekawych ludzi. Z każdym można porozmawiać, na temat koni oczywiście. Lekarz – cudotwórca sprawia wrażenie lekko zakręconego, ale farmaceutka wydaje się być spoko. Z kobiet najważniejsza jest jednak żona kolegi z banku. Wątek miłosny, nie mylić z erotycznym, być musi.
Na tylnej okładce książki mamy fragment sugerujący, iż jest to kryminał, bo ktoś ma kogoś rzuca się z nożem. Rzeczywiście, po wielu stronach wprowadzających nas w świat banku i koni, rozpoczyna się intryga kryminalna.
Nareszcie, westchnęłam, kiedy ktoś kogoś zabił. Zarówno forsa w banku jak i wyścigi w Ascot zupełnie mnie nie kręcą. Kręci mnie koszykówka, w której dziecięciu facetów chce trafić do kosza. Innych ona nie kręci. Zatem z pełną wyrozumiałością traktowałam całe strony tekstu o koniach i bankowych kredytach na miliony.
Książka liczy sobie 336 stron. Dużo, jak na prostą akcję kryminalną. W momencie kiedy się rozpoczyna, można już domyśleć się końca. Wszystko ciągnie się i wlecze, w przeciwieństwie do końskich wyścigów. Tak po angielsku, tak powoli, żeby tylko czytelnika przytrzymać. I o dziwo, mnie obrazy w zwolnionym tempie jakoś przy tekście zatrzymały. Nawet trochę uspokoiły. Może dlatego, że bardziej kibicowałam wątkowi miłosnemu, który też ma swój finał?

❤️
0
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
Kryminał pośrodkowy | dz 0

Kryminał pośrodkowy

Kryminał pośrodkowy

Autor mi nieznany, seria obca, książka krótka. Oznacza to, że trzeba przeczytać do końca. A nuż zdarzy się coś wyjątkowego?
„Dzban miodu” autorstwa Gerta Godenga wyszedł jako pierwszy z serii „Krew i wino”. Tę serię wypełniły książki jego autorstwa opowiadające o przygodach Fredrica Druma, samotnego faceta po trzydzieste, znaczy się singla, lubującego się badaniem „starych kultur”, znaczy się tego, co dawno przeminęło z wiatrem. Nie było to jednak w żadnym USA, tylko w Norwegii z przelotem na stary kontynent, znaczy się do Europy. Facet jest również detektywem amatorem, a przede wszystkim znawcą win. Znaczy się napoju alkoholowego. Według informacji na tylnej okładce wydano dziesięć tomów, znaczy się tomików, opowieści z krwią i winem. Zabierzmy się na poważnie za recenzowanie pierwszej.
Licząca 184 strony pozycja literacka początkowo nie zachwyca. Nie dzieje się nic szczególnego. Norweg przybywa do cichego miasteczka we Francji, by kupić wino dla swej małej knajpki w ziemnej Norwegii. Miasteczko z wina słynie, zatem nasz bohater chodzi od winnicy do winnicy i próbuje. Można się upić. Zamiast niego, bo on się nie upija. Ale zaraz, zaraz…. Wszystko zaczyna się od tajemniczego pobytu w podziemiach! Zanim poznamy cała historię, dziwimy się tak samo jak nasz degustator.
Zdradziłam zatem początek. Całkiem dobry początek, bo wprowadza nas w tajemnicę. Wszak ma to być kryminał. Dochodzi do tego informacja, iż w miasteczku zaginęło siedem osób. Brak wspólnego motywu. Brak podobieństw. Same różnice. Czas na działanie. Fredric bierze się do roboty popijając oczywiście wykwintne wino.
I tak sobie ten kryminał leci. W sumie bez rewelacji. Spokojnie. Od czasu do czasu coś wstrząsa bohaterem i dotyka czytelnika, ale ogólnie jest spokój. Jak na powieść sensacyjną przystało oczywiście. Nudno nie jest. Wyraźny druk, normalna czcionka i interlinia powoduje, że litery ułożone w wyrazy czyta się bez problemu. Intryga też w sumie wciąga. Jednak nie pochłania całkowicie. Jeśli zaczęliśmy czytać po wstawieniu ziemniaków na gaz, możemy spokojnie czytanie przerwać, kiedy będą miękkie, te kartofle oczywiście. Potem spokojnie nakarmmy rodzinę i wróćmy do czytania.
Zakończenie może jednak nas zaskoczyć. Podziękujemy wówczas sami sobie, że obiad zjedzony. O ile intrygę łatwo rozszyfrować dość wcześnie, o tyle sposób jej prowadzenia jest w stylu horroru. A takie coś jak wiadomo, różnie bywa interpretowane.
Książka ma różne recenzje. Większość uważa, że jest spoko, ale nie porywa. Jej zaletą jest długość, czyli jak ktoś napisał „na kilka przystanków”, mając zapewne na myśli pociąg podmiejski, nie zaś pospieszny, nawet ten dawniejszy. Cóż, czytało się lepsze kryminały, czytało się gorsze. Ten jest po środku.

❤️
0
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
Hare Kryszna | hare 0

Hare Kryszna

Hare Kryszna

Tytuł może sugeruje powieść kryminalną…. Okładka – bardziej horrorowata. Treść – religijna. Jednym słowem mieszanka wybuchowa. Ale tylko pozornie. Książka jest bowiem wykładnikiem religii Kryszny, Boga (boga?) rodem z hinduizmu.
W naszej szerokości geograficznej Kryszna kojarzy się z ludźmi z bębenkiem, ubranymi oczywiście po hindusku, czyli ciuchy z Indii. Ludzie chodzą, są weseli, ich radość udziela się innym. Śpiewają.
Hare Kryszna Hare Kryszna
Kryszna Kryszna Hare Hare
Hare Rama Hare Rama
Rama Rama Hare Hare.
Często spotykałam ich w czasie pobytu w różnych miejscowościach typu wypoczynkowego. W październiku byli w Szczawnie Zdroju. Z uśmiechem podszedł do mnie jeden z nich i ofiarował dwie książki. Właśnie przeczytałam pierwszą.
Napisał ją Abhay Charanaravinda Bhaktivedanta Swami Prabhupada (1 września 1896 – 14 listopada 1977), duchowy, filozof i religijny nauczyciel z Indii, który rozpowszechniał mantrę Hare Kryszny oraz nauki „świadomości Kryszny” na całym świecie. Jak podaje wiele źródeł dzięki niemu ta religia znana jest na całym świecie. Napisał kilka książek, w których przedstawił jej założenia. Omawiana dziś przeze mnie jest jedną z nich. Treść ma fabułę. Oto Ajamila leży na łożu śmierci. Prowadził grzeszne życie. Nie przestrzegał czterech podstawowych zasad Kryszny. Są to: zakaz jedzenia mięsa, ryb i jajek, zakaz uprawiania hazardu, środków odurzających i używek oraz nielegalny seks.
I ile trzy pierwsze są doskonale rozumiane, to ostatni może u współczesnego człowieka z cywilizacji zachodniej wzbudzić nawet uśmiech. Kryszna bowiem zezwala na współżycie jedynie wówczas, kiedy jego celem jest spłodzenie potomstwa. Wszelkie inne cielesne zabawy, w celu uzyskania na przykład przyjemności, są nielegalne, zakazane i potępiane. Ale… jeśli w obliczu śmierci zaczniesz intonować święte imię boskie, może cię ono ocalić.
Oto do grzesznego Ajamila przybywają Yamaduci, pomocnicy Yamarajy, pana śmierci. To są ci źli. Chcą wywlec duszę i zabrać do swej krainy. Lecz nagle przybywają ci dobrzy – Visnuduci i mówią „Stop’. Umierający w ostatniej chwili żywota wypowiedział zaintonował święte imię Kryszny. To wystarczyło, by ocalał, a dla autora książki jest punktem wyjścia do omówienia zasad religii. Intonowanie boskiego imienia likwiduje grzechy i prowadzi ku … lepszemu światowi poprzez reinkarancję. Bo nie wiem jak inaczej to nazwać.
Oczywiście nie będę wyjaśniała ani streszczała. Kto chce to przeczyta. Kiedy jednak spotkacie na swej drodze radosnych ludzi z bębenkiem śpiewających słynne „Hare Kryszna” pamiętajcie, że poprzez ten śpiew ludzie chcą dostąpić najwyższych łask. Mandra ma im w tym pomóc.

❤️
0
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
Łzy dzieciństwa | an 0

Łzy dzieciństwa

Łzy dzieciństwa

Na pewno zdarza się Wam powrót do książek, które już czytaliście. Ja oczywiście też wracam. Przyczyny są dwie. Pierwsza – „stare” książki muszą na półce zrobić miejsce nowym. Te pierwsze powinny zatem zmienić właściciela. Druga – z potrzebny serca. Czuję, że muszę do utworu wrócić. Tak było w przypadku „Anielki” Bolesława Prusa…
Właśnie brałam udział w pasjonującej dyskusji na temat „Pana Tadeusza”, czy nadaje się do szkół, czy tylko na studia. Jako że za romantyzmem, zwłaszcza polskim, nigdy nie przepadałam, moja odpowiedź była jaka była. Wolałam pozytywizm, a zwłaszcza Młodą Polskę. Z półki wyjęłam powieść Prusa, którego „Lalki” nie lubię. „Anielkę” natomiast kochałam.
Za moich czasów była to lektura klasy szóstej. Pani od polskiego powiedziała, że to taka polska Ania z Zielonego Wzgórza. Oj oberwało się pani, oberwało. Od dziewczyn oczywiście. Bo my, kobiety, zawsze czytałyśmy więcej i byłyśmy bardziej wrażliwe na losy bohaterów. Ania nas bawiła, a Anielka wycisnęła łzy, których zabrakło potem dla innych literackich bohaterów.
A dziś, po latach…. ??? Sama byłam ciekawa własnej reakcji.
Oczywiście przypomniał mi się nastrój sprzed laty, wszystkie nieszczęścia, jakie spłynęły na dziewczynkę i jej dobre uczynki. Pamiętacie jak bawiła się przed wiejską chatą z Magdą, córką ubogiego chłopa Gajdy? Jak tego samego człowieka prosiła, by nie bił Magdy za to, że zwierzęta weszły w tzw. szkodę? A pamiętacie jak śmialiście się z jej mamy i brata? A złość skierowana w stronę ojca? Wszystko było bardzo niesprawiedliwe.
Po latach odczytałam „Anielkę” jako utwór współczesny, oczywiście czasom Prusa. Carska reforma rolna z 1863, z późniejszymi zmianami w 1864 nie przyniosła korzyści ani właścicielom ziemskim, ani chłopom. Ci pierwsi, żyjący dotychczas z pracy chłopów pańszczyźnianych, nie radzili sobie bez nich. Ci drudzy otrzymali zbyt mało ziemi, by mogła ona wyżywić liczne rodziny. Wielu Polaków straciło również swe majątki poprzez konfiskatę, za udział w powstaniu styczniowym. Jeśli zaś chodzi o rodzinę bohaterki Prusa, to po prostu tatuś przehulał wszystko lub jak to się ongiś mówiło, żył ponad stan.
W tej powieści nie mamy żadnych polityczno – patriotycznych wątków, żadnych wzorców ani wzorów do naśladowania. Być może dlatego w „moich” czasach tak mocno podkreślano wątek panienki z dworu i chłopskiego dziecka?
Wielbiciele zwierząt znajdą tu natomiast coś ekstra dla siebie. Są to losy pieska o imieniu Karusek. Metaforycznie rzecz ujmując, to są właśnie wszystkich, pokrzywdzonych przez los istot. Każda czuje się bezpieczna jedynie wśród najbliższych. Jeśli ich zabraknie, szuka, szuka… A kiedy znajduje, życie płata jej kolejnego figla… Mnie spłatało pół roku temu…. Mój pies odszedł za Tęczowy Most… Na pewno jest to jeden z powodów, który sprawia, iż powieść klasyka pozytywizmu wzrusza mnie do dziś…

❤️
2
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
Według scenariusza | x 0

Według scenariusza

Według scenariusza

Czy możecie sobie wyobrazić, że nie byłam zagorzałym fanem serialu „Z archiwum X”? Kiedy w latach dziewięćdziesiątych ludziska nałogowo siadali przed telewizorem, ja patrzyłam na tę rzeczywistość z lekkim uśmiechem? Tak było i nie będę nikogo oszukiwać. Dwieście osiemnaście odcinków (jak podaje wikipedia) gdzieś obok mnie przemknęło. Podobnie z filmami fabularnymi. Dziś czasami zerkam na powtórki.
Serial na pewno był nowością na telewizyjnym rynku. Cieszył się wielką popularnością i zapewne nieźle zarobił. Nie mam nic przeciwko legalnemu zarabianiu forsy. Nie mam również nic przeciwko przerabianiu filmowych scenariuszy na książki. Pisałam już recenzje z takowych. Tym razem w moje ręce wpadła książka „ Z archiwum X. Pokonać przyszłość” , pomysł Ch. Carter, F. Spotniz, scenariusz Ch. Carter, adaptacja E. Hand. Jednym słowem – epicka wersja filmu kinowego opartego na serialu telewizyjnym. Uf, dużo tych danych, ale jest przynajmniej uczciwie.
Film powstał w 1998 roku, o dziwo książka ma też taką samą datę druku. I to w Polsce. Można więc wysunąć wniosek, że była ona elementem reklamowym filmu. Chcesz to obejrzyj film, chcesz to przeczytaj książkę. Praktyczne, zgodne z duchem marketingu. W sumie też nie ma nic przeciwko temu. Proces odwrotny do adaptacji, ekranizacji dzieła literackiego.
Przyjrzyjmy się każdemu z tych zabiegów. Jeśli przenosimy na ekran powieść, piszemy scenariusz, który nie jest wierną kopią utworu epickiego. Jest z reguły jego interpretacją. I tak w kinematografii polskiej mamy trzech „Znachorów” – Kazimierz Junosza – Stępowski, Jerzy Bińczycki i Leszek Lichota. A wszyscy pochodzą z powieści Tadeusza Dołęgi – Mostowicza. I każdy jest inny. Ten z powieści też jest inny, bo jego sylwetka, ocena postępowania, zależy od czytelnika.
W przypadku odwrotnym jest zupełnie inaczej. Książka nie różni się od filmu. Nie ma prawa się różnić, bo byłaby osobnym dziełem, a przerabianiem scenariusza na powieść zajmują się fachowcy od pisania, często właśnie scenariuszy. Po takim utworze nie spodziewajmy się fajerwerków. Powieli on treść filmu. Będzie napisany prostym, nieskomplikowanym językiem, żeby każdy zrozumiał o co chodzi. Nie odkryje żadnej tajemnicy. Tak jest w przypadku tekstu, który trafił w moje ręce. Próbowałam znaleźć w nim coś specjalnego…. Nic z tego nie wyszło. Ot, takie dobre wypracowanie na poziomie ostatniej klasy dawnego gimnazjum.
Klikając teraz w klawiaturę, myślę sobie, że wydanie drukiem scenariusza byłoby bardziej ciekawe. Można by wówczas gdzieś w zakamarkach swego umysłu samemu stworzyć sobie obraz. Może nawet nieruchomy. Taki bardziej malarski. I wpleść w niego sylwetki bohaterów… Oj, rozmarzyłam się… Przeciętny czytelnik scenariusza nie kupi. A takie „Z archiwum…” pewnie tak. Będzie marzył o zdobyciu autografu swych filmowych idoli na egzemplarzu swojej książki….

❤️
1
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
Świat Zofii | swiat 0

Świat Zofii

Bez negatywów

Co napisać o książce, która nie ma negatywnych recenzji? Jest światowym bestsellerem. Została przetłumaczona na 54 języki i sprzedana w ponad 30 mln egzemplarzy (dane z wikipedii). Nie da się ukryć, jest wyjątkowa. To „Świat Zofii” Josteina Gaardera. Książkę określa się jako „wprowadzenie do filozofii” i jest przeznaczona dla młodego czytelnika. Bohaterka ma 15 lat i wędruje przez historię ludzkości poprzez rozważania filozofów ze wszystkich epok, od czasów mitycznych po współczesność. Od opowieści o legendarnym Thorze po teorię wielkiego wybuchu. Mityczne i religijne opowieści też są elementem filozofii.
Wszystko ubrane jest w opowieść o losach nastolatki oczekującej na swe piętnaste urodziny. Oprócz wiedzy od starszego pana, otrzymuje ona również znaki od tajemniczego majora, równie tajemniczej Hildy. To daje opowieści fabułę. Powoduje ona iż teksty o zagadnieniach filozoficznych też stają się fabułą. Nie są nudnymi opowieściami typu popularnonaukowego. A tak na serio, taką właśnie publikacją jest utwór Gaardera. Jego podstawowym celem jest zapoznanie czytelnika z podstawowymi nurtami filozoficznymi, sylwetkami ludzi, których rozważania o sensie życia stały się nauką.
Pierwszy raz zetknęłam się z książką jako nauczyciel. W podręczniku starszej klasy szkoły podstawowej był fragment o Heraklicie. Na studiach przez cały rok miałam przedmiot zwany „Historią filozofii” i ów Heraklit utkwił mi najbardziej w pamięci. Lekcje na jego temat poprowadziłam z przyjemnością. Oczywiście zaczęłam szukać książki. Wtedy przeczytałam ją po raz pierwszy. Teraz ponownie wpadła mi w ręce. Postanowiłam przeczytać jeszcze raz.
Nic w moim odbiorze treści się nie zmieniło. Bardziej doceniłam formę powieści jako utworu właśnie dla młodzieży. Ale do dziś nie jest to lektura, którą się czyta od razu, za jednym zamachem. „Światem ….” trzeba się delektować, inaczej pomiesza się wszystko w głowie. Jeden rozdział dziennie i wystarczy. Wtedy nie tylko historia filozofii zostanie nam w głowie. Fabuła też ma cechy filozoficzne i to właśnie ona daje najwięcej do myślenia. Kim jesteśmy? Dziećmi Prometeusza? Odyna? Boga? A może efektem ewolucji? Może tylko bohaterami powieści, którą ktoś pisze? Gdybym dzisiaj omawiała z uczniami treść książki, zaczęłabym właśnie od tego… Niestety, utworu nie ma na liście lektur. Chyba szkoda.
Cóż jeszcze można napisać o utworze doskonałym? Chyba nic więcej. Trzeba ją po prostu przeczytać. Położyć obok czytanego właśnie kryminału, by w przerwie między jednym śledztwem a drugim, podumać nad sensem życia według Kanta… Kto wie, może trzeba będzie na śledztwo spojrzeć filozoficznie?
Moje opowiadanie filozoficzne dla dzieci jest tu https://www.czarownice.kosz.pl/news-9840-Panta_rhei…._(1).php

❤️
0
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
1234517