Kategoria: 1. Poezja

3

Post nie_bo

Z głębokości wołam do Ciebie
Wschodzące Słońce – Witaj!
(To wystarczy, prawda?)
Nie o wyżyny chodzi,
a o Serca bicie (…)

❤️
1
👍
0
0
💡
0
1
📖
0
Déjà vu – spojrzenie | niemy 4

Déjà vu – spojrzenie

głodnych kamieni
nie ucz latać;
uczą ciężaru myśli,
liczą twardość wiersza,
noszą w sobie ciszę o kilku barwach.

kamienie w locie
próbują
naśladować anioły:
wkładają do kieszeni maleńkie księżyce,
rysują podniebne mapy paznokciami,
ściągają oddechy ze skrzydeł i trzymają je jak ryby w dłoni,
ćwiczą pochylenia — echami biją dzwony bez uderzeń.

anioły w locie
próbują
złapać oddech;
ciągną po stopach miasta, by poczuć smak bruku,
wciągają zapach zapomnianych nabożeństw,
odkładają skrzydła na skraju nieba, gdzie skrzypią jak stare łódki;
czasem któryś kichnie i spada drobny obraz świata.

Bóg stoi z boku — stary ogrodnik z dłonią pełną znaków:
posyła anioły z listami na językach,
pisze znaki na krawędziach chmur,
przestawia gwiazdy, żeby ktoś mógł spojrzeć;
pozwala kamieniom mieć nadzieję; jego dłoń jest ciężka i miękka zarazem.

kamienie i anioły
spotykają się na pograniczu dni:
tam, gdzie tory śpiewają pod stopami,
a domy mają klatki dla dźwięków.
kamień pyta anioła o smak światła;
anioł odpowiada: zna smak domów, które zapomniały okna.
razem liczą nieistniejące imiona,
odrzucają porządek na rzecz jednej, nieśmiałej melodii.

z chmur wypadają listy bez adresata;
kamienie łapią je na brzuchy,
anioły otwierają je jak pudełka z piórami.
z każdej koperty wychodzi echo — twoje i m i ę,
inaczej odmienione, a jednak rozpoznawalne.
tam, gdzie jest echo, kamień zapamiętuje oddech,
anioł rysuje kręgi na powietrzu, by utrzymać pamięć.

raz jeszcze,
bez ceremonii,
kamień uczy anioła przewracać się powoli,
anioł uczy kamień oddychać cieniem;
uczą się równoległego dotyku:
kamień dotyka nieba, anioł ziemi,
lecz tylko anioł wie, że dotyk boli i uzdrawia jednocześnie.

by powiedzieć
k o c h a m —
słowo układa się jak most z porcelany,
drży, delikatne i to wystarczy;
przechodzi przez morze jak ptak uwolniony z klatki,
zostawia na języku ślad soli i pyłu,
rozświetla wnętrze jak latarnia w mroku.

Bóg obserwuje — uśmiecha się cicho, zna zakończenia;
stuka palcem w ziemię, aż rośnie trawa z liter,
zbiera rozrzucone słowa i układa je w nowe modlitwy.
ani jeden anioł nie wraca taki sam; niektóre przynoszą kawałki kamienia,
inne — zapach porzuconych domów.

rytuał:
kamień wyciąga z siebie gwóźdź i sadzi go w dłoni,
anioł obraca język w zegar, uczy punktualności ciszy,
Bóg podlewa świat drobnymi znakami — promieniem, odruchem, westchnieniem.
miłość staje się alfabetem wypisanym na skórze świata.

gdy nauki kończą się,
kamień zakłada okulary z nocnych rzek,
anioł chowa w kieszeni grudki światła,
i odchodzą razem po schodach, które wiodą w dół do nieba,
po schodach pamiętających imiona dni.

k o c h a m — brzmi raz jeszcze,
jak echo z dwóch stron jednocześnie;
po nim cisza miękka jak zwinięte pióro,
kamienie i anioły uczą się grać w pamięć,
aż pamięć staje się mostem,
a most — oddechem,
a oddech — błękitem, który wystarcza.

—————————–
widziałem na spacerze…

❤️
8
👍
1
0
💡
1
2
📖
2
Żyłam sobie w PRL-u (3) | ussus 1 3

Żyłam sobie w PRL-u (3)

Żyłam sobie w PRL-u (13)

1976 (2)

Kawa z Bogatyni (1)

W owych czasach ludziom powodziło się całkiem nieźle. Mama przestała robić przetwory na zimę, bo się nie opłacało. Taniej było w sklepie. Wyglądało na to, że Polska rośnie w siłę, a ludzie żyją dostatniej – jak mawiał towarzysz Gierek. Co prawda zniknęło gdzieś słynne „Pomożecie?” z odzewem – Pomożemy!”, ale w sumie spokojnie było. Ja w każdym razie w takowym błogim spokoju sobie żyłam w miasteczku Polski B….
Owego historycznego dnia, 24 czerwca spokojna nie byłam. Raczej podniecona. Tak normalnie jak na nastolatkę przystało. Rodzice poszli na imieniny do jakiegoś Jana lub Janiny, brat zamknął się w swoim pokoju, a ja pakowałam się w wielką torbę podróżną. Rano miałam ruszyć na wakacje do rodziny w dalekim Kłodzku i Wałbrzychu.
Tego samego dnia, w sejmie, ówczesny premier Jaroszewicz ogłosił drastyczną podwyżkę cen podstawowych artykułów spożywczych. Ogłosił również system rekompensat za owe podwyżki. Nowe ceny miały wejść w życie od poniedziałku 28 czerwca 1976 roku, po konsultacjach społecznych. Żarcie mięsne miało podrożeć o 69 procent, drób o 30 procent, masło i nabiał o 50 procent, a cukier o 100 procent. Zarabiający najmniej, a więc poniżej 1300 złotych, mieli otrzymać 260 złotych rekompensaty, a ci z najwyższymi pensjami powyżej 8000 złotych – nawet 600 zł więcej.
Po wielu latach ekonomiści i historycy sprzeczali się o to, czy owa podwyżka nie była po prostu …. konieczna. Dziś bowiem wiemy, że to tzw. „rynek” reguluje ceny. Wtedy robił to komitet centralny wiadomej partii. Gdyby w 1970 podwyżka przeszła, mniejsza byłaby w 1976….
Czy to prawda, czy nie – nie wiem.
Co by nie było, o planowanej podwyżce nie wiedziałam. Rodzice z imienin wrócili późna nocą, a ja z rana ruszyłam w podróż.
Najpierw pociągiem do stolicy. Tu czekała na mnie nie lada atrakcja. Miała na imię Ryszard i była wysokim przystojnym blondynem. Poznaliśmy się na placu zabaw, kiedy zimą byłam z wizytą u rodziny i kazano mi zająć się małymi dziećmi. Od tamtej pory pisaliśmy do siebie namiętne listy, zdarzyło się nam również kilka razy porozmawiać telefonicznie. Dwudziestego piątego czerwca 1976 roku mieliśmy spotkać się ponownie. Opracowaliśmy nawet dwa plany.
Pierwszy nie wypalił już po wyjściu z pociągu na dworcu Warszawa Wschodnia. Ryszarda nie było. Widocznie nie dostał wolnego w pracy, wszak był już osobą pełnoletnią i zarabiał sam na siebie.
Plan B przewidywał wykonanie przeze mnie telefonu do jego zakładu pracy.
Wielką torbę oddałam do przechowalni bagażu. Odnalazłam czynny automat telefoniczny. Wyciągnęłam jedną z przygotowanych na tę okoliczność monet i notatnik z numerami. Wybrałam numer.
– Wielkie zakłady w stolicy. Słucham – odezwał się beznamiętny damski głos.
– Wewnętrzny 35 proszę.
– A w jakiej sprawie?
A co panią to obchodzi – chciałam zapytać. Wszak nigdy nikt mnie o coś takiego nie pytał, jeśli dzwoniłam i prosiłam o połączenie z podanym tzw. numerem wewnętrznym.
– Prywatnej.
Zdecydowałam się na odrobinę kultury. Po chwili odezwał się kolejny damski głos, nieco łagodniejszy.
– Słucham.
– Proszę z Ryszardem B.
– A w jakiej sprawie?
Uwzięli się na mnie, czy co?
– Prywatnej.
– A jak pani się nazywa?
Przesłuchanie? KGB? CIA? Mosad? Kapitan Kloss?
– A co to panią obchodzi? – zapytałam zachowując nadal kulturę.
– Przykro mi, ale muszę o to wszystkich pytać… – głos w słuchawce stał się nieco cieplejszy.
Skoro mus, to mus. Przedstawiłam się.
– Kim jest pani dla Ryszarda B?
– No, dziewczyną, znaczy się narzeczoną….
– Proszę poczekać. Zaraz wywołam.
Przez słuchawkę usłyszałam wypowiadane do fabrycznego głośnika nazwisko Ryszarda. Szybko podszedł do telefonu. Był w pobliżu, bo wiedział, że będę dzwonić.
– Cześć Rysiu…. – przywitałam go zalotnie.
– Cześć. Słuchaj, nie mogę długo rozmawiać. Przyjedź pod zakłady. Kończę pracę o czternastej.
– Ale….
– Wszystko ci wyjaśnię. Wiesz, jak tu dojechać?
– Nie.
– To zapamiętaj. Z Alei Jerozolimskich tramwajem nr ….. tu jest pętla. Teraz muszę kończyć.
Co się stało? Skąd ten urzędowy ton? Żadnej czułości? Żadnego „kocham cię, stęskniłem się”? Cóż, nie pozostało mi nic innego, jak udać się na zwiedzanie stolicy, którą i tak dobrze znałam…
Po zjedzeniu lodów i „ambrozji” w słynnym Hotexie na Marszałkowskiej, wjechaniu po raz enty na trzydzieste piętro Pałacu Kultury i Nauki, wsiadłam we właściwy numer tramwaju i pojechałam do pętli.
O oznaczonej godzinie z zakładu wysypali się robotnicy. Ryszard szybko podbiegł do mnie:
– Spier…. stąd! – syknął nad uchem, chwycił mnie za rękę i pociągną w stronę jednego z tramwajów.
– Dlaczego mamy spier…?
– Bo ja się nie chcę do tego mieszać.
W tramwaju szybko zajęliśmy miejsca siedzące. Wagon równie szybko wypełnił się ludźmi. Byli bardzo podnieceni i nie miało to żadnego związku z seksem. Próbowałam zapytać o co chodzi, ale mój chłopak nie był skory do wyjaśnień. Dowiedziałam się tylko, że jedziemy do niego do domu i tam mi wszystko wyjaśni.
Jakiego domu? Miał być romantyczny obiad w Łazienkach, Królewskich do tego? Wokół mnie działo się coś, czego nie kumałam.

❤️
1
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
7

Déjà vu – nad głową

puka s m u t e k, prosi o wodę, o ciszę.
w oczach — piasek: drobiny dróg, zaginione godziny,
miniaturowe oceany, mapy miast skurczone do ziarnka.

mówi cicho; oblicze mówi jak odwrócony zegar.
mówi: samotny lot bez Boga — to błąd;
gdy Bóg odwraca wzrok, skrzydła tracą melodię,
spadochron staje się liściem, lądowanie nie ma miękkiego końca.
nad chmurami żarzą się kamienie — iskry z odzyskanych snów,
błyszczą, ale nie grzeją; są puste jak obietnice.

przyszedł z kieszeniami piasku, zapukał w szybę jak stary znajomy;
wypił wodę z moich dłoni; w dnie szklanki zakwitł ogród.
jego głos był cieniem; twarz — mapa nieobecności;
między słowami zegary zaczęły płakać konfetti.

jedna łza — brylant: połysk błękitu i czerwieni.
ma w sobie miniaturowe miasto, latarnie świecą w dół;
z wnętrza wydobywa się oddech starego radia.
toczy się, potyka o rzęsę, zastygła w kąciku oka;
z jej środka wyskakuje ptak, który zapomniał jak lecieć,
siada na krawędzi ciszy i zaczyna opowiadać.

umarł na rękach — od przytulenia cicho ustał;
jego serce zamarło jak zegar przestający tykać.
w jej oknie — w oczach — został pusty blask, echo bez głosu;
listy bez adresu unoszą się w powietrzu jak papierowe mgły.
nad głową zawisła latarnia, która świeci tylko dla tych, którzy nie patrzą.

szedłem dalej po chodniku; miałem w kieszeni kamyk od smutku —
na nim napis: “niebo przyjdzie później”.
widziałem to na spacerze; zwykły świat zmienił się na zawsze.

❤️
9
👍
0
0
💡
1
2
📖
2
Żyłam sobie w PRL-u (12) | jar 4

Żyłam sobie w PRL-u (12)

1976 (1)

Wyjazd niekontrolowany

Moi rodzice przeprowadzili się do Łomży. Były to rodzinne strony ojca. W związku z tym, że wraz z bratem byliśmy niepełnoletni, też musieliśmy się tam przeprowadzić. Brat szybko zaaklimatyzował się w nowym otoczeniu. Ze mną było gorzej.
Wmawiano mi, że Łomża to taka enklawa spokoju, ciszy i ekologii. Tu trawa zielona, woda czysta, a ludzie prości.
Prawie wszystko się zgadzało. Była to miejscowość pięciokrotnie mniejsza niż Wałbrzych, zatem musiało ty być więcej zieleni. Wszak ulic było mniej.
Była rzeka, ale bardzo niebezpieczna, bo z wirami i nie zalecano kąpieli w niej. W ciągu dalszych lat mego pobytu tutaj i rozwoju przemysłu w miasteczku, rzeka straciła statut czystej i w ogóle zabraniano do niej wchodzić.
Z ludźmi jakoś nie bardzo mogłam się dogadać, bo nie miałam zielonego pojęcia o życiu w Nowym Jorku, a prawie wszyscy mieli tam rodzinę.
Do tego rozpoczęłam naukę w szkole, która była ponoć elitarna, a ze mnie żadna elita. Rodzice reprezentowali klasę robotniczą.
Kiedy w szkole wypowiedziałam słowo „pylica”, nauczycielka zwróciła mi uwagę, że rzeka w Polsce nazywa się Pilica, a nie Pylica. Odpowiadam, że ja o takiej chorobie, pylicy od pyłu, a ona, że takiej choroby nie ma, bo pył nikomu jeszcze nie zaszkodził.
Ręce mi opadli….
Dobra, nie o tym będziemy pisać. Na dzieci wiatru i kurzu, znaczy się tumany, szkoda czasu i klawiatury.
W każdym razie życie obróciło się o 180 stopni. Ojciec już nie wracał ok. 15.30 i mama nie podawała mu zupy. Jedno i drugie pracowało na „zmiany”. My z bratem też mieliśmy inne rozkłady lekcji, co sprawiło, że rodzinne dyskusje nad pomidorową po rosole odeszły w zapomnienie. Zasada była prosta – kto przychodził na chatę pierwszy, obierał kartofle i czekał na kolejnego członka rodziny, by nie zjadać posiłku w samotności. Kto wracał ostatni, ten żarł sam.
Rodzice przynosili wieści „z pracy”, bo miasteczko było tak małe, że to samo co w pracy powtarzano „na mieście”.
Mama informowała o najnowszych trendach w modzie oraz nowych przepisach na babkę piaskową. Ojciec natomiast tłumaczył, jaka jest różnica między orką a podorywką. Dla nas, wychowanych w mieście średniej wielkości, tematyka rolnicza brzmiała jak scence fiction.
Tymczasem tato mierzył się z nią każdego roboczego dnia. W Łomży bowiem postanowiono rozwinąć przemysł i wybudowano fabryki. Jedna przerabiała bawełnę, druga kartofle. Do obu dojeżdżali ludzie z okolicznych wsi, bo najbliższe drugie miasto znajdowało w odległości 25 kilometrów i też zabrało się za bawełnę.
Chłopo-robotnicy (tak nazwano owych pracowników) obrabiali swoje kilkuhektarowe gospodarstwa rodzinne, a w czasie wolnym wskakiwali na osiem godzin do fabryki. Tato początkowo nie rozumiał, dlaczego chowają się wśród worków z brazylijską bawełną. Myślał, że może chorzy…
Szybko jednak zakumał, że taki chłopo-robotnik przed nocną zmianą najpierw musiał wydoić krowy i nakarmić świnię. O podorywce na polu w ciągu dnia nie wspominając. Skąd miał więc brać siłę na pracę w fabryce? Trochę więc popracował, pogadał z kolegami, pospał, a rano wracał ponownie doić krowy, oporządzać świnie i siać oziminę.

Moi nowi koledzy też spędzali czas inaczej niż ja. Dotyczyło to głównie wakacji. Jeździli do babci na wieś. Pomagali w żniwach, w dojeniu krów, a nawet uczestniczyli w zabijaniu świni z przeznaczeniem na schabowe.
Ja babci na wsi nie miałam. Co tam, na wsi… w ogóle nie miałam. Wakacje spędzałam najpierw na koloniach, potem na obozach. I oczywiście w Wałbrzychu!
Na moje szczęście pozostał tam wuj, który będąc moim chrzestnym, nie mógł mi zabronić pobytu u siebie. Do tego w pobliskim Kłodzku mieszkały ciocie ze strony mamy. Też chętnie mnie przyjmowały.

Dziwne to były czasy…. Jak za komuny …. spokojne i bezproblematyczne. Taka małolata bez problemu wsiadała w pociąg i mogła spokojnie pokonywać 600 kilometrów w warunkach różnych. Czasami w przedziale, czasami na korytarzu, czasami blisko śmierdzącego kibla. Nikt się nikogo nie czepiał, każdy jechał. W takich podróżach, zapoczątkowanych wyjazdem nad prawie morze, nabywałam coraz więcej doświadczenia.

I właśnie w czerwcu 1976 roku wyruszyłam w podróż na rodzinną ziemię. Tym razem miałam najpierw odwiedzić ciocie w Kłodzku…. cdn.
foto – Piotr Jaroszewicz prezes Rady Ministrów 1970-1980
całość na https://www.czarownice.kosz.pl/opis-8-Zylam_sobie_w_PRL_u___Spis_tresci.php

❤️
1
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
Droga... | 0be94a04 98b7 43c7 a453 98c0e6e344d4 1 all 496 2

Droga…

Życie, to droga
To wzloty i upadki –
Trzeba iść dalej

❤️
2
👍
0
0
💡
0
1
📖
0
Wiek rozumu czy filozofów — Oświecenie | stopnie1 1

Wiek rozumu czy filozofów — Oświecenie

Déjà vu – optyka / Surowszy / Dla tych, którzy przestali udawać.

światłe oczy cudów Boga
nie proszą — rozkazują

jak zmyć cienie w sercu
bez ucieczki w tanie wzruszenia
stań w prawdzie — bez upiększeń
przyjmij twarz, która zostaje po odcięciu maski

ujarzmić wagę słów — każda sylaba ma ciężar; każda cisza waży więcej
pragnienie rwie się na krawędzi: tam, gdzie decyzja przecina lęk
iluzje miłości i prawdy odpadają jak zardzewiałe płaty

i gdy wreszcie płacz rozedrze gardło,
to nie z słabości — lecz z rozrachunku:
płaczesz — bo zbyt długo ślizgałeś się przez życie

*********************
Déjà vu – optyka / Liryczny / Dla tych, którzy trzymają światło przy sobie.

światłe oczy cudów Boga
oczekują czułych dotknięć

jak zmyć cienie, co drzemią w sercu,
nie przez ucieczkę w miękkie sny uczuć,
lecz przez nagie stanięcie w prawdzie,
by poznać kontur własnego imienia

ujarzmić wagę słów — niech brzmią jak kamienie rzucone na wodę;
fala po fali kształtuje dno życia; cisza nabiera masy znaczeń
pragnienie drży na krawędzi — tam, gdzie powietrze jest cieniem odwagi
iluzje miłości i prawdy splatają się, by rozplątać się w świetle

słony smak pamięci na języku — i gdy w końcu łzy spłyną,
nie z bezsilności, lecz z oczyszczenia:
płaczesz, bo zbyt długo ślizgałeś się po powierzchni istnienia

**********************
Déjà vu – optyka / Filozoficzny / Dla myślących, którzy nie boją się łez.

światłe oczy cudów Boga
zadają pytanie, które oczekuje dotyku

jak usunąć wszystkie cienie z serca?
czy prawda żąda odrzucenia emocji, czy ich reintegracji?
stań w prawdzie — nie jako teza, lecz jako doświadczenie

ujarzmić wagę słów — każde pojęcie ma masę; każde wyrażenie przesuwa równowagę poznania
pragnienie na krawędzi — granica między epistemą a afektem, gdzie decyzja konstytuuje podmiot
iluzje miłości i prawdy poddane są krytyce rozumu — echo Kantowskiego pytania o granice rozumu

i kiedy w końcu łzy popłyną,
to nie znak słabości, lecz moment epistemicznego przebudzenia:
płaczesz, bo zbyt długo pozwalałeś sobie błyskać po cienkiej skórze bytu

———————————
spacery… jednak wyczerpują
/szkic w komentarzu/

❤️
6
👍
0
0
💡
3
2
📖
3
0

Spektakularna…

Zorza polarna
Akwarele rozlała –
Niebo zachwyca

Zorza polarna
Niebo pomalowała –
Zjawisko nocy

Zorza polarna
Niebo barwne, gwiaździste –
Zapatrzyłam się

❤️
5
👍
1
0
💡
0
1
📖
0
12324252627282990