Kategoria: 1. Poezja

0

przez palce

kwiat
zwraca wyziębioną twarz
ku słońcu

miast słowa
wyrastając ponad granit
dni spoglądających w nieobecność nieba

czy boli

w miejscu serca
szorstki fiolet

mądrość snu
pośród pajęczyn
stłuczonego szkła

jeśli wszystko ma sens
na końcu drogi

❤️
2
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
0

przy kominku

szum
napływającej do oczu
krwi

cień delikatnie
unoszący ku sobie
źrenice

drżący z zimna płomień
w tle

❤️
2
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Żyłam sobie w PRL - u (17) | mleko 0

Żyłam sobie w PRL – u (17)

Żyłam sobie w PRL – u (17)

1978 (2)

Partia (2)

W kuratorium zapukałam do pierwszych lepszych drzwi. Powiedziałam, że w sprawie pracy. Pierwsza z brzegu pani szybko zerwała się z krzesełka i z radosnym uśmiechem zaprowadziła mnie do kolejnych drzwi. W pokoju siedział pan w wieku moich rodziców.
– Ta pani w sprawie pracy.
– Ale tylko na wsi, w mieście etatów nie mamy – zakomunikował ostrożnie.
Oczywiście, że na wsi. Nie liczyłam, że dostanę posadkę w mieście. Byłam świeżo po maturze, bez żadnego doświadczenia. Takie osoby jak ja trafiały do małych szkół na wioskach daleko od szosy.
– W porządku. Proszę mnie te wsie pokazać. Jestem specjalistką od polskiego. Tu moje świadectwo. Same piątki na maturze, z wyjątkiem matmy. Aha, należę do partii.
– Piękne świadectwo. Prawdziwa polonistka. A partia to tu nie ma znaczenia.
Pan poszperał w szufladach, szafach i z talentem godnym dzisiejszych przedstawicieli handlowych lub akwizytorów przedstawił mi oferty dla polonistów po maturze.
Wybrałam wieś najbliżej szosy, bo tylko trzy kilometry do asfaltu.

Było nas tam sześcioro. Wszyscy należeli do partii.

Po roku przeniosłam się bliżej miejsca stałego zamieszkania. Było nas dziesięcioro. Wszyscy należeli do partii.

Byłam na jednym zebraniu partyjnym. Fajnie było. Impreza ostro zakrapiana.

Po ukończeniu szkoły średniej nie zapłaciłam żadnej składki na rzecz władzy rządzącej.

W związku z tym, że partia miała szansę i w niczym mi nie pomogła, przestałam się do niej przyznawać.

Nie wiem, co się stało z moja legitymacją partyjną. Może zżarły ją myszy w jednym z pokoi wynajmowanym przez gminę w jednej ze wsi, w której pracowałam.

Po latach wyczytałam, że w okresie największego apogeum PZPR należało do niej ponad trzy miliony Polaków.
I jak ta partia mogła wszystkim swoim pomóc?

Z partią zetknęłam się jeszcze raz – w drugiej połowie lat osiemdziesiątych, kiedy już ledwo oddychała. Jako matka – Polka wstawałam rano i biegłam do pobliskiego sklepu, zwanego szumnie Delikatesami, po mleko dla dzieci.
I teraz dygresja na temat ówczesnego mleka. Sprzedawane było w szklanych, litrowych butelkach. Dwa rodzaje – tzw. normalne 2% tłuszczu i tzw. pełne 3,2%. Małym dzieciom zalecano podawanie mleka pełnego. Takie czasy, dzieci ruchliwe były i biegały po podwórku. Mleko należało kupić w godzinach rannych. Kupione później, mogło się skwasić i nadawało się wówczas tylko na obiad w postaci ziemniaków z masełkiem i owym kwaśnym, niektórzy mówią zsiadłym, mlekiem, a nie na kaszkę dla potomstwa.
Wstawałam zatem skoro świt i leciałam po te pełne, żeby tę kaszkę na świeżym mleku na śniadanie ugotować. I czasami robiono mnie w jajo. Bo czasami mleko pełne zostawało z poprzedniego dnia. Latem takowe nie miało szans, by dać się następnego dnia przegotować. Panie w sklepie sprzedawały owe wczorajsze jako dzisiejsze. Wystarczyło, że w pośpiechu nie zerknęłam na etykietę z datą sprzedaży, a do domu wracałam z mlekiem nie do zagotowania.
Kiedyś nie wytrzymałam.
Sprawdziłam datę. Wczorajsza. Zapłaciłam. Wsadziłam butelkę do koszyka i prawie biegiem udałam się do gmachu partii, który znajdował się w pobliżu. Wpadłam do pierwszego z brzegu sekretariatu, który był sekretariatem pierwszego sekretarza.
Postawiłam butelkę na stół. Zbulwersowana, zdenerwowana opowiedziałam o kicie wciskanym w Delikatesach.
– Przecież można uprzedzić, że to wczorajsze! Ludzie kupią na zsiadłe! A nie wciskać kobiecie, która zostawiła małe dzieci w domu i pobiegła do mleko dla nich! – wrzeszczałam w pokoju pokazując butelkę.
– W którym to było sklepie?
– Tu, w Delikatesach.
Pani sekretarka poprosiła, bym usiadła i chwilkę poczekała. Weszła do drugiego pokoju. Wróciła z uśmiechem.
– Proszę udać się ponownie do Delikatesów. Mleko zostanie wymienione. I gdyby jeszcze raz zdarzyła się taka sytuacja, proszę nas ponownie zawiadomić. Partia pomaga ludziom.
Oczywiście mleko mi wymieniono. Od tej pory w sklepie patrzono na mnie jak na konfidenta. Naraziłam się ludowi pracującemu, oj naraziłam. Tak na lud pracujący donosić do PZPR-u… A mogłam przecież w imię solidarności kupować to nieświeże mleko…. Bo takie dziwne to były czasy…

❤️
0
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
0

“139”

I znowu wracam
do punktu wyjścia
Tak
Jestem krucha i słaba
I znowu nie wiem
Nic
A jednak
Już się nie boję, że
Nie pasuję do tego świata
Bo przecież
Ten świat, to nie Ty?
(…)

❤️
1
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
1
Żyłam sobie w PRL-u (16) | partria 0

Żyłam sobie w PRL-u (16)

Żyłam sobie w PRL – u (16)

1978 (1)

Partia (1)

Przełom 1977/78 był szczególny w moim życiu. Ostatnia klasa liceum, zatem najpierw studniówka, potem matura.
Z pierwszą imprezą, w przeciwieństwie do moich koleżanek z klasy, nie miałam problemu. Partner był. Regularny i własny chłopak. Podczas gdy inne dziewczyny szukały, ja chodziłam na randki.
Sen z oczu spędzała mi matura. Z matematyki. Do dziś należę do niezidentyfikowanej grupy społeczeństwa, która myli się w liczeniu nawet na kalkulatorze. A ówczesna matura składała się z dwóch przedmiotów obowiązkowych: właśnie matmy i oczywiście polskiego. Jeśli chodzi o drugi to problem polegał na tym, czy zdam na „piątkę” czy na „czwórkę” ( „szóstek” wtedy nie było).
Kolejne dwa przedmioty były do wyboru. W moim przypadku wielkiego wyboru nie było: ponownie polski i historia. I ponownie problem – „pięć” czy „cztery”.
Co zrobić z matmą?
Kilkakrotnie ocierałam się z tego przedmiotu o ocenę niedostateczną na półrocze lub rok szkolny….
– Mamo, może byś poszła do matematyka, poprosiła o jakieś korepetycje…. da się mu zarobić…. to może pomoże na tej maturze…. – szepnęłam pewnego dnia, kiedy byłyśmy same.
Mama zdawała sobie sprawę z mej słabości do cyferek, wzorów skróconego mnożenia i układów współrzędnych. Uznała, że dziecko trzeba ratować. Poszła do nauczyciela.
Wróciła w złym nastroju. Z jednej strony ulżyło jej, bo podjęła próbę, z drugiej – w fatalnym. Matematyk spojrzał na nią i kręcąc głową rzekł:
– To pani nie ma na co pieniędzy wydawać? Przecież ona (znaczy się ja) nigdy się tej matematyki nie nauczy. Tuman matematyczny i tyle.
Dziś nazwanie ucznia dzieckiem wiatru i kurzu pewnie jest karalne. Dziś uczniowie mają dysleksję, dyskalkulię, ADHA i inne przygwizdy. Wtedy charakteryzowało kogoś, kto za chiny ludowe konkretnego przedmiotu nauczyć się nie mógł.
Nie było więc ciekawie.
Co prawda zawsze z matematycznych opresji wyciągali mnie nauczyciele humaniści, że niby jestem talent humanistyczny i historię zarówno literatury, jak i Polski znam na wyrywki. Ale co taki polonista na maturze pomoże? Sam pewnie tuman.
Szansa otworzyła się tuż przed świętami Bożego Narodzenia.
Otóż kilku nauczycieli zaczęło agitować młodzież klas maturalnych do wstąpienia w szeregi jedynej słusznej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. O dziwo byli to nauczyciele z grupy w miarę normalnych i lubianych przez uczniów. Wśród nich – matematyk.
Czym do tej pory w moim życiu była partia?
Właściwie to …. niczym. Była, bo była. Rządziła, bo rządziła. Ktoś musiał rządzić. Mówiono, że ci co do niej należą, mają lepiej. W sumie jakoś tego w swoim środowisku nie zauważyłam. Chyba była nawet przeciwnie. Dziś powiedzielibyśmy, że byli ofiarami hejtu.
Ale czasami się taka partia przydawała. Oto kilka lat temu moja mama po dwunastu latach wychowywania dzieci postanowiła wrócić do pracy i to do tej, którą porzuciła po moim urodzeniu. Proste to nie było. Ale partia pomogła. Ojciec miał znajomego sekretarza w komitecie i ten robotę matce załatwił. Chociaż bezpartyjna była.
– Mamo, a może ja bym tak do partii…. Matematyk agituje…. – szepnęłam nieśmiało, kiedy same siedziałyśmy w kuchni.
– W naszej rodzinie nie ma partyjnych…. – zauważyła.
– A wiadomo…. może się ukrywają…. – wysunęłam teorię potwierdzoną faktem, iż też nie wiedzieliśmy, którzy nauczyciele są w partii. – Jeśli bym wstąpiła, to może na maturze by mi facet pomógł…. mówią, że partia swoim pomaga i jak się do niej należy, to ma się lepiej.
Mama westchnęła.
– Nie wiem jak to jest z tą pomocą…. nam partia pomogła, chociaż nie jest jesteśmy partyjni, ale w sumie…. tyle osób do tej partii należy…. pełnoletnia jesteś. Sama podejmij decyzję.
Nie dało się ukryć. Miałam osiemnaście lat.
Oczywiście w szkole trwała dyskusja czy się zapisać, czy nie. Ci, którzy chcieli przyłączyć się do grona wybrańców, mieli różne ku temu powody.
– U mnie cała rodzina należy.
– Mnie ojciec kazał.
– A ja z powodów ideologicznych. Wierzę w przewodnią siłę narodu.
– Żeby w przyszłości być na stanowisku, trzeba należeć. Jak się teraz zapiszę, będę miał dłuższy staż i bez problemu zostanę dyrektorem.
– Ja żeby maturę z matmy zdać… – dołączałam do wymianu zdań.
Mój powód wstąpienia w szeregi PZPR nie robił na nikim żadnego wrażenia. Powód jak każdy inny. Ani dobry, ani zły.
I tak oto pewnego dnia po kolejnej stresującej lekcji matematyki podeszłam do biurka.
– Chcę zapisać się do partii i chcę, żeby pan był moim rekomendującym! – powiedziałam na jednym oddechu.
Nauczyciel spojrzał na mnie spod okularów.
– A dlaczego chcesz należeć…. zresztą to nieważne.
Z biurka wyciągnął kwestionariusz. Kazał wypełnić i przynieść wraz ze zdjęciami.

W styczniu przyszłych członków przewodniej siły narodu zgoniono do jeden z sal gimnastycznych. Nie przypuszczałam, że będzie nas aż tylu. Czyżby też mieli kłopoty z matematyką? Było spore grono znajomych.
– Cześć – zaczepiłam kolegę z sąsiedniej szkoły – Ty dlaczego się zapisujesz?
Nachylił się do mego ucha.
– A nie będziesz się śmiała?
– No nie….
– Matura…. polski…. a u nas polonistka namawiała.
Ulżyło mi.
– Ja to samo, tyle że matma – odszeptałam do jego ucha.
I tak wręczono nam legitymację ze zdjęciem.
Matura z matmy zaczęła przybierać konkretną postać. Wszak partia swoim pomaga.
Do końca roku szkolnego płaciliśmy składki w postaci symbolicznej złotówki. Zbierała je nauczycielka, która nie też wyglądała na partyjną i chodziła do kościoła.

Nadszedł maj.
Matura.
Pierwszy dzień polski pisemny. Wszystko w porządku. Wypracowanie na dziesięć stron papieru A4 w jedną linię.
Drugi dzień. Matma pisemna. Pięć zadań. Żadnego nie rozumiem. W pierwszym coś o słynnym układzie współrzędnych. W kolejnym jakiś logarytm. Co to jest logarytm?
Partio pomocy!
I w sumie nie wiem, jak to z tą pomocą było. Pomogła oczywiście partia, ale pomogła nie tylko swoim, ale i bezpartyjnym.
Kolega, też świeżo partyjny, najlepszy matematyk w klasie, szybko poradził sobie z dwoma zadaniami. Wzrokiem ściągnął, też rekomendującego go w szeregi towarzyszy, nauczyciela. Ten już dawno rozwiązał zadania wraz z innymi przy stole prezydialnym, z którego nas obserwowano. Podszedł do kolegi, dokładnie przeanalizował rozwiązanie, coś przekreślił i kiwnął potakującą głową. Wrócił na swoje miejsce.
Kolega wyciągnął z kieszeni notatnik formatu A6, w którym znajdowała się kalka. Zaczął przepisywać rozwiązania zadań. Kiedy skończył, wyrwał kartki z notatnika, wzrokiem ściągnął nauczycielkę, która do partii nie należała, znaczy się w okresie zimowej agitacji nie agitowała. Ta zabrała karteczki od niego, złożyła je i …. spacerując po sali pytała szeptem uczniów, czy aby im ściąga nie potrzebna. Nieważne czy partyjny czy bezpartyjny.
Niektórym potrzebna nie była, ale mnie jak najbardziej. Wzięłam karteczkę.
– Przepisz i podaj dalej – usłyszałam nad uchem.
I w ten oto sposób matmę zdałam na tróję, pozostałe przedmioty na piątki. Z tymi drugimi partia oczywiście nie miała nic wspólnego.

Partia w moim życiu otrzymała drugą szansę. Podczas egzaminu na studia. Czasy były takie, że można było zdawać tylko na jedną uczelnię.
Wybrałam taką, która wydawała się najmniej zatłoczona. Podczas egzaminu zamieszkałam w akademiku z trójką dziewczyn z Pomorza. Już podczas pogaduszek w pierwszą noc każda przyznała się, że zapisała się do partii. Żadna z przyczyn ideologicznych.
Żadna z nas na studia się nie dostała. Partia nie pomogła.

Do trzech razy sztuka.

Skoro na studia się nie dostałam, jak każdy przyzwoity człowiek postanowiłam pójść do pracy. Do wymarzonej pracy. Chciałam zostać nauczycielem, zdawałam na uczelnie pedagogiczną. Nie dostałam się. Trudno. Czasy były takie, że nauczycieli brakowało, bo dzieci było dużo.
Oczywiście, że poszłam do Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Niech się partia wykaże. Niech pomoże.
Pani w sekretariacie Pierwszego Sekretarza podałam powód przybycia. Zrobiła zdziwioną minę, rozłożyła ręce.
– Ale w sprawie pracy w szkole to proszę do kuratorium…. my nie zatrudniamy nauczycieli…
– A może chociaż tak telefon od Pierwszego z poparciem… – próbowałam uśmiechem wymóc na pani jakiekolwiek poparcie.
Pani też się uśmiechała.
– Myślę, że nie będzie takiej potrzeby. Nauczycieli brakuje.
Budynek opuściłam w kiepskim nastroju.
Żadnego wsparcia.
Zero pomocy.
cdn.
całość na https://www.czarownice.kosz.pl/opis-8-Zylam_sobie_w_PRL_u___Spis_tresci.php

❤️
0
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
0

Zmartwychwstanie

“Jezus przyszedł, choć drzwi były zamknięte, stanął pośrodku i rzekł: «Pokój wam!» Następnie rzekł do Tomasza: «Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż w mój bok, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym» Tomasz w odpowiedzi rzekł do Niego: «Pan mój i Bóg mój!»”

Każda rana ma swój czas?
Chciałoby się powiedzieć i życzliwie doradzić: dotknij, ulecz i zamknij.
Gdyby to było takie proste (…)
Więc nie doradzam.
Po prostu wierzę, że niektóre rany są z nami cały czas, tylko już ich nie dotykamy.
Zabliźnione – prostu są, a my idziemy dalej.
Chyba ważniejsze jest to, z kim idziemy? (…)
…
Ty jesteś Drogą, Prawdą i Życiem (…)

❤️
1
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Same nieszczęścia | je 0

Same nieszczęścia

Same nieszczęścia

Saga rodu Tyszowskich Magdy Skubisz „Jemioła, klątwa i cholera” część trzecia. Dobrnęłam przebrnęłam, chociaż jak zwykle łatwo nie było. Nadal nie lubię takich czytadeł, ale jak zaczęłam to i skończę.
Najpierw przyszło rozczarowanie. Recenzując część drugą „Czarci ogród” napisałam, iż kończy się ona w najciekawszym momencie i czekam na ciąg dalszy. Oczywiście się nie doczekałam. W trzeciej części sagi nie ma ani słowa o ogrodzie. Jest jeszcze część czwarta, dajmy zatem ogrodowi szansę. W trzeciej pojawia się za to inny ni to ogród, ni to sad, ni to las. Drzewa rosną, a w związku z tym, że jest akurat zima, innych roślin nie widać. Owe skupisko drzew posadził dawny właściciel i rosną nadal. Mało tego. Zimą są źródłem dobra wszelakiego dla miejscowej zielarki, zwanej aptekarką o znanym nam już imieniu Katja. Posiada ona receptariusz napisany przez Batkę, a tam są przepisy na choróbska wszelakie. Sama Katja też tworzy swoje przepisy i leczy. Cholerę, jak w tytule. Szkoda, że dziś owej choroby nie ma, bo mielibyśmy całe zestawy medykamentów na jej leczenie. A większość oczywiście rośnie w drzewostanie, który jest aktywny nawet zimą. Nie protestuję, nie wiem, nie znam się, zarobiona jestem. W każdym razie chorzy wstają prawie z martwych ku zadziwieniu miejscowego medyka, który nijak z chorobą poradzić sobie nie potrafi, chociaż uczony.
Tak więc Katja leczy, Antoni ciągle do niej wzdycha, a Józef przeżywa tragedię i próbuje popełnić samobójstwo. Oczywiście to mu się nie udaje i będzie żył nadal. Wszak jest tom czwarty.
Autorka tym razem skupia naszą uwagę na seniorce rodu, mamie wymienionych powyżej dorosłych chłopców. Pani ma lat 50 i właśnie przeżywa swą pierwszą miłość z zaspokojeniem pożądania włącznie. Zamiast ziół na cholerę, interesują ją zioła odmładzające. Niech więc cholerę cholera weźmie, Katja musi rad w sprawie urody udzielać. Seniorka do najlepszych istot nie należy, ale cóż się dziwić. Wściekły synek urządził sobie w jej zimowym ogrodzie strzelaninę do butelek i zdemolował, co się dało zdemolować. A ileż tam dobra pięknego było…. I tulipany zagraniczne, i sadzonki, i roślinki… Chyba jednak bezużytecznie, bo miejscowa zielarka za nimi nie tęskni. Woli zdrapywać korę z pospolitych drzew.
Liczyłam oczywiście na to, że tom trzeci też zakończy się w najbardziej emocjonującym momencie. Przeliczyłam się. Zakończył się zgodnym działaniem wszystkich bohaterów. Ale bez euforii. Każdy miał w tym swój interes, czyli ochronę samego siebie, bo każdy coś na sumieniu miał.
Podzielam opinię, że saga Tyszowskich to czytadło na miarę literatury popularnej XXI wieku, powstającej na terytorium państwa należącego do Unii. Czytadła bywają gorsze lub lepsze. I nie zapominajmy – nasza swojska „Trędowata” Heleny Mniszkówny to też czytadło. Tyle, ze już klasyczne.

❤️
0
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
1

(….)

(…)

Przede mną
jeszcze cierpienie
łzy
rozpacz
i zło całego świata.

Jeszcze przeżyję
migotanie przedsionków
zaburzenia trawienia
wysoki poziom cukru.

Zanim umrę
wyleję morze łez
wykupię pół apteki
rozgniewam wielu ludzi.

Bo….

nie czekam
na radość
zdrowie
i stałą temperaturę ciała.

Bo….

czas senioralny
nie jest czasem
upragnionym.

Bo….

Bogu ten czas nie wyszedł….

więcej moich tekstów na mojej stronie https://www.czarownice.kosz.pl/opis-5-Rozmaitosci_wierszem_i_proza.php

❤️
3
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
– 1 – 25 – 26 – 27 – 28 – 29 – 30 – 31 – 96 –