Autor: Grazyna KS

Szalone czytanie | po 0

Szalone czytanie

Szalone czytanie

I ponownie witam was w szalonych latach dziewięćdziesiątych, kiedy świat….nie, za daleko… kiedy Polska stanęła do góry nogami i wszystko zaczęło się zmieniać. Rynek czytelniczy też. W 1989 roku powstaje pierwsze prywatne i niezależne wydawnictwo „Amber”. Jest zjawiskiem niesamowitym. Wydaje utwory znane w naszym kraju tylko ze „słyszenia”. Opanowuje rynek czytelniczy. Sensacyjne powieści o przygodach superszpiegów leżą na łóżkach polowych obok pasty do zębów, kremu do twarzy i konserwy z drugiego obszaru płatniczego. Księgarnie tracą monopol na dystrybucję książek, a ludzie masowo kupują i czytają wydawnictwa z niezwykle kolorowymi okładkami. W moim życiu nie pamiętam większego popytu na słowo drukowane niż wówczas.
Powieść Colina Forbesa „Podwójne ryzyko” należy do grupy owych niesamowitych opowieści. Na okładce wydanie, które trafiło do mnie, facet z pistoletem, drugi z karabinem, ładne dziewczyny, samolot, statek, pożar…. Słowem wszystko co potrzebne do wzbudzenia sensacji, bo to tekst sensacyjny. Młodzież z lat dziewięćdziesiątych, w recenzjach, z nostalgią wspomina lektury tego typu. Ach, chciało się być szpiegiem lub przynajmniej dziewczyną szpiega. Ach, chciało się cało uchodzić z takiego płonącego statku, oczywiście w ramionach przystojnego faceta. Nie ma się czemu dziwić…. Ja jestem z pokolenia filmów o wodzu Apaczów Winnetou. Moi koledzy robili z patyków łuki i strzały, a my – dziewczyny byłyśmy na podwórku indiańskimi squaw czekającymi na swych facetów, w tipi z gałęzi.
Zaraz, zaraz, ja tu o pokoleniu, a to wszak ma być recenzja o książce…. Właśnie…. Gdzie podziała się książka?
Jest tak…. Po przeczytaniu książki, odkładam ją na około tydzień, a dopiero po tym czasie biorę się za pisanie recenzji. Tak też było w tym przypadku. „Podwójne….” wchłonęłam szybko, być może dlatego, że sporo czasu spędziłam w kolejkach do lekarzy. A nie ma nic lepszego niż mniej ambitna literatura, by zagłuszyć narzekania polskich pacjentów na stan narodowej służby zdrowia. Zatem po tygodniu wracam do kolorowej okładki, siadam, by coś tam napisać i …. mam pustkę w głowie. Akcja, która mnie wciągnęła pomiędzy usg tarczycy a pobieraniem krwi na krzywą cukrzycową, gdzieś uciekła. O czym w ogóle była ta książka? Aha, windsurfingowcy zabili faceta, a potem taki jeden zastawił na nich pułapkę, że niby też go mają zabić, ale taka jedna dziewczyna w masce powstrzymała tych złych, by mogli wygrać dobrzy, a wszystko dzieje się na Jeziorze Bodeńskim, co to ponoć ma kształt takiego gada, z którego szyją buty, jak ten gad umrze lub go zabiją, bo zajmują się zabijaniem tak na co dzień, bo to źli ludzie są i w ogóle….
Uff, kochana literaturo zwana ongiś masową. Fajna jesteś, przydajesz się, na kilka chwil, na wypełnienie czasu. I dobrze, że jesteś. W towarzystwie tekstów autorstwa laureatów Nagrody Nobla, trudno było przeżyć wkuwanie igły w żyłę, zwłaszcza jak robi to dziewczę na praktyce, bo się dopiero uczy….

❤️
2
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Coś tam w Salonikach | sal 0

Coś tam w Salonikach

Coś tam w Salonikach

Drugi odcinek wydawnictwa radia i telewizji z cyklu „Życie na gorąco”, który wpadł w moje ręce to „Saloniki” i nie chodzi tu o pokój w mieszkaniu. Przy pierwszym sygnalizowałam, iż serial telewizyjny o tym samym tytule pojawił się później niż niewielkie książeczki, prosiłam o potwierdzenie …. Jakoś nikt się nie odezwał. Zatem przyjmijmy to za pewnik. Najpierw były krótkie, kieszonkowe opowieści, potem dopiero słynny redaktor Maj przybrał postać Leszka Teleszyńskiego, tego od „Trędowatej”.
Tym razem udajemy się do Grecji. W tym kraju, w czasie rozgrywania akcji opowiadanka, trwają rządy dyktatury pułkowników. Czas i wydarzenia historyczne oczywiście. O podłożu polityczno-społecznym informuje nas wydawca na wewnętrznych stronach okładki. I bardzo dobrze. Tło historyczne zawsze dostarcza czytelników. Ludzie lubią czytać o tym, co była naprawdę, a jeśli nie posiadają wiadomości to snują różne domysły. Oczywiście, jeśli w takie Grecji rządzą ci źli, to dobrze w niej czują się członkowie organizacji „W”, powołanej do życia przez autorów tekstu Andrzeja Szypulskiego i Zbigniewa Safjana na użytek oczywiście sensacyjnych opowieści.
Redaktor Maj podejmuje się zatem kolejnego zadania. Tym razem ma ono związek z więzieniem, więźniem i jego dziełem. Dzieło oczywiście antypułkownikowe, a artysta – opozycjonista, A takiemu oczywiście pomóc trzeba. Zwłaszcza, że organizacja „W” działa. I właściwie na tym można by recenzję skończyć. Tekst długi nie jest, a zdradzanie treści nie leży w interesie recenzenta. Zresztą…. Serial jest do obejrzenia tu i ówdzie, można zerknąć. Forma pisemna każdego odcinka nie odbiega od wersji filmowej. Ten pomyślany był jako współczesna wersja „Stawki większej niż życie”. Kloss i Brunner też tam są, znaczy się aktorzy grający owe słynne postacie. Niestety, mimo iż akcja każdego docinka wydaje się być starannie przemyślana, bohater przystojny i mądry, „Życie na gorąco” sukcesu „Stawki…” nie powtórzyło…. Ba, nawet mu chyba do pięt nie dorosło. Co oczywiście świadczy o potędze wojennego serialu.
I tym razem to by było na tyle….

❤️
0
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Bez patrzenia | po 0

Bez patrzenia

Bez patrzenia

Kiedy jako nastolatka przeczytałam „Tarninę” Jerzego Szczygła, byłam pod ogromnym wrażeniem powieści. Kiedy dowiedziałam się, iż pisarz jest osobą niewidomą, mój podziw jeszcze wzrósł. Zaczęłam szukać kolejnych utworów. Przeczytałam chyba wszystkie, napisane dla młodzieży. Po latach wróciłam do książki „Po kocich łbach”.
Jak zapowiada wydawca na tylnej okładce jest to samodzielna książka, ale będąca kontynuacją „Tarniny”. Opisuje losy Tadka Różańskiego podczas pobytu w zakładzie dla niewidomych. Nie jest to czas radosny i spokojny. Taki minął dawno temu, kiedy zaczęła się wojna, a skończył wraz z wybuchem miny zabierającej oczy. Teraz jest czas ciężkiej pracy, nauka kontaktu z różnymi ludźmi. Bo tacy oni są. Dobrzy, źli, tacy, co sami nie wiedzą jak postępować. Wszyscy uczą się wszystkiego, uczą się samych siebie, jak poznawać otaczającą rzeczywistość po zapachu i dotyku. Trzeba nauczyć się żyć z brakiem oczu. Z niektórymi sytuacjami nie można się pogodzić. Skąd wiadomo, że osoba czytająca list, wiernie oddaje jego treść. A może zmyśla? Zwłaszcza, że jest to osoba, do której nie ma się zaufania. Jak w ogóle poznać, czy ktoś jest wart zaufania?
Być może uda się zrealizować własne marzenia? Mówią, że ślepi potrafią pięknie śpiewać. Tamta dziewczyna potrafi, a ja? Póki co trzeba nauczyć się czytać i pisać za pomocą nowego alfabetu Braille’a. Czy ten przedziwny układ punktów pomoże w przekazywaniu uczuć poprzez list, który też ktoś będzie musiał przepisać na zwykły alfabet?
„ Po kocich ….” nie jest wyciskaczem łez, nie wywołuje drżeń serca, ba, nie wywołuje litości ani współczucia. Po prostu jest obrazem określonej sytuacji, określonego tematu. Akcja rozgrywa się po drugiej wojnie. Czasy są trudne. Ale o dziwo tego wielkiego, ponad człowiecze barki trudu nie odczuwamy czytając powieść. Wprost przeciwnie. Wszystko wydaje nam się takie normalne, takie zwyczajne. Śledząc losy bohatera, chwilami zapominamy, że jest on osobą niewidomą. Tadek sprawnie się porusza po lesie, którym otoczony jest zakład. Poznaje morze. A po swojej rodzinnej miejscowości chodzi bez problemu. I to chyba jest największa siłą owej historii. Jej celem nie jest wywoływanie różnego typu uczuć. Ma być obrazem z życia osób pokrzywdzonych przez los, ale potrafiących radzić sobie ze swymi ułomnościami.
Utwór Szczygła nie jest rewelacyjny. Pisany prostym językiem, z próbą wniknięcia do psychiki każdego z bohaterów przedstawia ludzi, takimi jakimi są. Nie każdy jest bohaterem. Nie każdy jest postacią tragiczną.
Czy polecam tę powieść? Tak. Nie jest długa. Nie znuży was brakiem rozbudowanej akcji. Być może pozwoli zastanowić się nad sensem życia. Bo skoro tamci, z tamtego zakładu potrafią tak normalnie żyć, może i ty potrafisz, nawet wtedy, kiedy wali ci się świat na głowę?

❤️
2
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
1
Tabletka na sen | w niewoli 0

Tabletka na sen

Tabletka na sen

Dwa tomy, obszerne, ładnie wydane, wydają się być sympatyczne. Recenzja na tylnej okładce raczej zachęcająca. Tak wygląda „W niewoli uczuć”, powieść Williama Somerseta Maughama. Jaka jest w środku?
Opowiada o losach kalekiego chłopca. Wraz z nim wędrujemy po Londynie i Paryżu. Na naszych oczach chłopiec dorasta. Szuka szczęścia, celu w życiu. Spotyka różnych ludzi. Kocha różne kobiety. Próbuje być twórcą. Prowadzi filozoficzne dyskusje o sensie życia, potrzebie pozostawienia przez siebie czegoś wybitnego. Doświadczenia ma różne. Te, które go kształtują, są negatywne. Cóż, życie to nie bajka. Tu Kopciuszek nie poślubia księcia. Ale może jednak gdzieś tkwi nadzieja na coś, co zwykliśmy nazywać „zwykłym życiem”? A może owe życie to właśnie przejście przez złe doświadczenia, progi, kłody rzucane pod nogi przez los?
Utwór Maughama przypomina powieści Dickensa. Ten sam nastrój, ci sami bohaterowie, chłopcy, którym się nie wiedzie. Ta sama Anglia, te same ulice. Co prawda pisarze nie żyli w tych samych latach, Maugham rodził się wtedy, kiedy Dickens umierał, ale Anglia długi musiała być taka sama…Nastrój w utworach pisarzy jest bardzo podobny.
„ W niewoli…” to typowa saga o jednej osobie. Bohater jest dzieckiem, kiedy go poznajemy, a opis jego losów kończy się w momencie osiągnięcia konkretnego celu – szczęścia. To nie spojler utworu. Możemy o tym przeczytać na tylnej okładce. Informacja jest prosta, bo przepis na szczęście też jest banalny. Czy więc utwór czymś zaskakuje?
Niestety, niczym. Chwilami jest po prostu nudny. Opisy statyczne. Jak to powiedział inżynier Mamoń z „Rejsu” – „Nic się nie dzieje, proszę pana. Nic.” Całą historię można zamknąć w jednym tomie i to znacznie krótszym niż ten, co jest. Oczywiście można pisać ciekawie o owym „niedzejstwie się”. Mistrzów prozy o pozornie niczym mamy sporo. Ale pisanie musi też czymś zaskakiwać. Tymczasem język Maughama jest też nudnawy. Powieść dobra jest na czytanie przed snem. Może zadziałać jak środek nasenny. Czytam, czytamy i usypiamy jak dzieci bez konieczności liczenia baranów. Czemu nie, można i tak…
Utwór nie ma wielu recenzji. Nie ma swego hasła w Wikipedii. Trudno więc powiedzieć, jaką ma opinię wśród czytelników. Mnie do gustu nie przypadł. Pachniał mi starą lawendą, przypisywaną tekstom o miłości, charakterystycznym dla prozy „uprawianej” przez kobiety taka Jane Austen na przykład. A ja za tego typu literaturą nie przepadam. Stąd też może bierze się moje negatywne nastawienie do omawianego utworu. Dlatego też do czytania nie namawiam, ale i nie odradzam zupełnie. Na pewno znajdą się miłośnicy takich tekstów, a jeśli nie, to osoby nadużywające środków nasennych też mogą skorzystać.

❤️
2
👍
1
⭐
1
💡
1
❗
1
📖
1
Drugi fenomen | chata 0

Drugi fenomen

Drugi fenomen

Najpopularniejszą książką Józefa Ignacego Kraszewskiego jest niewątpliwie „Stara baśń”. Sprawa prosta – to opowieść o czasach niehistorycznych, w latach życia pisarza zupełnie nieznanych. Natomiast drugą w kolejności popularności jest „Chata za wsią”. Sięgnęłam po nią po raz drugi. Czytając, próbowałam wyjaśnić sobie jej fenomen. Skąd ta wielka popularność? Utwór opowiada przecież historię praktycznie naiwną, prostą, z wątkami spotykanymi praktycznie w każdej literaturze, u każdego pisarza? Jednoznacznej odpowiedzi nie uzyskałam.
„Chata…” jest rzeczywiście utworem prostym, ale nie prostackim. Napisana mieszaniną języków, chłopskiego, „pańskiego” i cygańskiego wprowadza nas w świat, w którym mieszkają ludzie różnego pochodzenia. Cyganie zjawiają się wszak regularnie i znają tubylców. Tak więc język powieści jedynie pozornie jest stary, nieaktualny. W obecnych czasach to on dodaje utworowi autentyczności. Zalicza się go bowiem do literatury współczesnej oczywiście czasom Kraszewskiego.
Czy historia też jest współczesna tylko tamtym czasom? Wielu czytelników twierdzi, że nie. Odnajduje w niej elementy naszej współczesności, sposób życia w małej społeczności, jej wpływ na losy jednostki, różnorodności charakterów, pozycji majątkowych i ocenę postępowania innych. Zupełnie jak dzisiaj. Co z tego, że krajobraz inny, ludzie inaczej się ubierają. Już wówczas więzy rodzinne rozrywała tzw. opinia społeczna, sprawy majątkowe, a biedni okazywali się lepsi niż bogaci. Mamy zatem kolejny plus dla powieści Kraszewskiego.
Następnym zapewne jest utrzymanie fabuły w formie sagi. Może nie jest ona najszersza, największa, ale opowiada o losach trzech pokoleń. I nie przegina. Królewicz nie żeni się z Kopciuszek. I jedno i drugie odnajduje swoje szczęście w ramach, które odpowiadają rzeczywistości ukazanej. Jej symbolem jest tytułowa chata, stojąca przy cmentarzu. Łączy symbolicznie świat żywych ze światem umarłych, pokazuje kim jesteśmy i kim będziemy.
Plusów można jeszcze sporo odnaleźć w przedziwnej opowieści sprzed lat. Niektórzy czytelniczy piszą, że jest wzruszająca i powoduje łzy w oczach. Inni zauważają, że praktycznie nie ma w niej totalnie złych bohaterów. Nawet ci, którzy „zasługują” na potępienie, takowego nie otrzymują. Bardziej im współczujemy niż ganimy. Ot stwierdzenie, że takie jest życie, tacy są ludzie. Prosta życiowa prawda.
„Chata za…” jest rzeczywiście tekstem wartym uwagi. Wzrusza, porusza, na pewno czegoś uczy. Ot taka mała perełka w całokształcie twórczości pisarza multitwórczego (wikipedia podaje tytuły 305 utworów pisarza), która w tym nawale nie zginęła i trwa nadal.

❤️
2
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
1
0

Późna miłość

Późna miłość…

Miłość zapukała do drzwi.

Delikatnie.
Ostrożnie.
By nikogo nie wystraszyć nadmiarem uczuć.

Była
cicha, pokorna,
z białymi włosami
opadającymi na ramiona.
Na oczach miała
okulary plus dużo.
Stałą pochylona,
chroniąc swe skrzywione plecy.

Zapukała raz
swą spracowaną dłonią.

Zapukała drugi,
licząc na zgrzyt klucza w zamku.

Zapukała trzeci,
wierząc,
że nie przyszła za późno.
z nadzieją,
że ktoś otworzy drzwi….

❤️
3
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Maj w Budapeszcie | buda 1

Maj w Budapeszcie

Maj w Budapeszcie

Kiedyś trafiłam na spotkanie autorskie z twórcą zekranizowanej powieści. Prowadzący był pewien, iż najpierw pisarz napisał, a potem powstał film. Prawda była bardziej brutalna. Ów pisarz najpierw przyznał się, że jest klasycznym autorem – widmo, który to zawód stał się popularny po filmie Romana Polańskiego. Następnie opowiedział kilka anegdot o pisaniu omawianej powieści. Na przykład miał już gotowy cały rozdział, kiedy z planu filmowego nadeszła wiadomość o zmianach w scenariuszu. Trzeba było zaczynać od nowa. I tak na ekrany kin wszedł film, a do księgarni trafiła książka.
Kiedyś było trochę inaczej. Kręcono film, najlepiej taki jak „Stawka większa niż życie”, a kiedy osiągał dużą popularność, autorzy scenariusza takowy scenariusz zamieniali na powieść lub komiksy, jak to miało miejsce w przypadku wspomnianego serialu. Ale…. W przypadku „Życia na gorąco” mam wątpliwości.
Serial miał premierę w telewizji polskiej w 1979 roku. Natomiast trzymana przeze mnie książeczka wydana została w 1976. Może równocześnie spółka autorska „Andrzej Zbych” czyli Andrzej Szypulski i Zbigniew Safian, pisali równocześnie opowiadania i scenariusz? Kto ma więcej wiadomości na ten temat?
W każdym razie opowieść „Budapeszt” jest taka sama jak pierwszy odcinek serialu mającego zastąpić kapitana Klossa lub uwspółcześnić naszego szpiega. Bohaterem jest tym razem dziennikarza o prostym nazwisku Maj. Wiadomo, w czasach kiedy wojny nie ma, dziennikarz ma dostęp do wszelakich źródeł informacji. Kiedyś bowiem był to zawód wzbudzający zaufanie, a do tego każdy musiał się z takowym człekiem liczyć. Maj jeździ oczywiście naszym polskim Fiatem 125P ( i niech mi tu nikt nie śmie twierdzić, że na jakiejś włoskiej licencji! ), jest przystojny, wysportowany i inteligentny, gdyż wszystkie zagadki rozwiązuje za pomocą umysłu. Jego przeciwnikiem jest niejaki doktor Gebhardt, szef organizacji „W”. Ów osobnik to oczywiście zbrodniarz wojenny z okresu II wojny, zatem Niemiec. Trzydzieści lat po wojnie temat wojny był ciągle aktualny. Co ja mówię…. Trzydzieści lat… Osiemdziesiąt lat po zakończeniu wojny ciągle jesteśmy straszeni złymi Niemcami. Ustalmy zatem, temat wojny jest typowym tematem polskim. Tak samo jak ten Fiat.
Redaktor Maj w pierwszej swej przygodzie, rozwiązuje zagadkę tajemniczego porwania austriackich przedsiębiorców, chcących handlować z takimi samymi z Węgier. Obok niego pojawia się ładna dziewczyna, wszak kobiety to ozdoba, a czasami nawet uczestniczy w akcji. Hans Kloss romanse też miewał, że nie wspomnę o Edycie. W każdym razie tamci są kompletni źli, a ci bardzo dobrzy.
Oczywiście streszczać tekstu nie będę. Serial jest w sieci. Jeśli chodzi o niewielką książeczkę, można ją przeczytać przy samotnym obiedzie wkładając łyżkę do ust. . Tempo szybkie, jak w filmie (88 stron). Częsta zmiana miejsca akcji, oczywiście jak w serialu. Zapewniam – obiadowi ta lektura nie zaszkodzi.

❤️
4
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Oczywiste i mniej | tropami 3

Oczywiste i mniej

Oczywiste i mniej

Jeszcze w latach siedemdziesiątych jednym z najmodniejszych i wszechobecnych wątków literatury sensacyjnej była druga wojna światowa. W naszym narodowym serialu milicyjnym „07 zgłoś się”, w jednym z odcinków, major Wołczyk sugeruje naszemu narodowemu milicjantowi, żeby prowadząc śledztwo sprawdził, czy przestępstwo nie ma związku z latami wojny. Wojna nadal była obecna w świadomości społeczeństwa i wiele spraw z gatunku kryminalnego mogło mieć z nią związek. Pojawiali się dawni zbrodniarze wojenni, pojawiały się zaginione skarby. Dziś mamy wałbrzyski „złoty pociąg’ i to musi nam wystarczyć. Chcąc udać się w tamte czasy, bardzo ciekawe zresztą, trzeba trochę poszperać oczywiście w starych milicyjnych kryminałach z serii „jamnika” lub „kluczyka”.
„Tropami cieni” Krystyna Ziemskiego „kluczykiem” właśnie jest. Wydana w 1978 roku, w nakładzie 100 000 (słownie – stu tysięcy) egzemplarzy książka formatu kieszonkowego, zawiera wszystkie najbardziej charakterystyczne elementy PRLowskiego kryminału.
Mamy zatem dwa zabójstwa. Jedno od początku wydaje się oczywiste. Gorzej z drugim. Bo jeśli drugi zabił pierwszego, kto zabił drugiego? Oczywiście sprawa zahacza o wojnę, zatem motywy są znane. Ale czy tylko one mają tu znaczenie?
I tu wkraczamy w drugi ulubiony przez autorów kryminałów wątek. Oto lata siedemdziesiąte. Kto pamięta, ten wie. Polska rosła w siłę, ludzie żyli dostatniej. Byliśmy gospodarczą potęgą światową. Ba, potęga naukową, kulturalną i w ogóle… A wiadomo, jak potęga to szpiegostwo. Wszystkie potężne państwa narażone były na działania obcych wywiadów, bo inne, również potężne państwa śledziły, szpiegowały, kradły technologie, wiedzę i wszystko co się dało. W naszym potężnym PRLu działały siatki wywiadowców z niby to potężnych Stanów Zjednoczonych lub jakiejś tam NRF (Niemiecka Republika Federalna) przemianowana następnie na RFN (Republika Federalna Niemiec). Bez polskich wynalazków owe państwa by po prostu nie istniały.
Dobrze, wiem, śmieszne, ale tak wówczas wynikało z licznych powieści o charakterze sensacyjnym.
W omawianej opowieści też jest szpieg. Oczywiście robi to co robi i poniesie za to zasłużoną karę. Jego przeciwnikiem jest dzielny milicjant, który skrupulatnie prowadzi dochodzenie. Mamy też wątek uczuciowy. Jest co prawda tylko dodatkiem, ale uczłowiecza bohaterów. Tytuł jak najbardziej pasujący do treści.
Słowem, mamy do czynienia z typowym utworem, których pojawiało się bardzo dużo na rynku wydawniczym w latach milicyjnych. Intryga ze stałymi wątkami, rozwiązanie tradycyjne. Styl pisania nie różniący się niczym od innych opowieści, czyli całkiem normalny. Można przeczytać przed snem. Można zabrać w podróż Pendolino na trasę Warszawa – Wałbrzych.

❤️
1
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
– 1 – 14 – 15 – 16 – 17 – 18 – 19 – 20 – 22 –