Autor: Grazyna KS

0

Hrabina prawie na Książu

Hrabina prawie na Książu

Do hrabiny Cosel czyli Anny Konstancji von Brockdorff, kochanki Augusta Mocnego, mam słabość. Z powodu filmu, który na ekrany kin wszedł w1968 roku. Dzieckiem oczywiście byłam, ale pobiegłam do „swego” kina „Oaza” w Wałbrzychu, w dzielnicy Nowe Miasto, by film obejrzeć. Powód był jasny. Część zdjęć kręcono właśnie w moim rodzinnym mieście, w zamku Książ. Książ robił za Drezno. Do dziś uwielbiam ten film, często włączam go i „przewijam” do miejsc, w których jest właśnie wałbrzyski zamek…. Oprócz tego film ujął mnie bogactwem barw, pięknymi kostiumami i historią miłosną. Bo zrozumiałam ją po dziecięcemu i po babsku. Wstrętny król uwiódł piękną hrabinę, a kiedy władza ponownie uderzyła mu do głowy, porzucił Annę dla innej.
Z tych tez powodów „Hrabinę Cosel” Józefa Ignacego Kraszewskiego przeczytałam po raz drugi.
Powieści tej nigdy nie traktowałam jako odkrywanie historii. Znałam ją przecież. Czytałam ją jako ciekawostkę, sprawdzając, jakie zmiany w treści wprowadzili realizatorzy filmu. Czytając po raz drugi, już je znałam, zatem lektura była po prostu sentymentalnym kaprysem na jesienne dni…
I jak to się zdarza…. Czasami powroty do starych opowieści są udane…. Czasami nie. Tym razem był to powrót udany. Do tego stopnia udany, iż postanowiłam odwiedzić Rodzinną Ziemię i pospacerować po „wałbrzysko – drezdeńsko – książowych” komnatach.
„Hrabina Cosel” należy do grupy najbardziej popularnych powieści naszego pisarza. Uznawana jest również za utwór bardzo wiarygodny, napisany z niewątpliwą znajomością postaci i epoki. Nic dziwnego. Kraszewski w Dreźnie spędził dwadzieścia lat. O ile jego pozostałym powieściom historycznym można zarzucić „żonglowanie” historią, o tyle w omawianym utworze wszystko raczej gra zgodnie ze źródłami historycznymi. Oczywiście cała opowieść ma charakter epicki i jest literaturą piękną, nie zaś faktu.
Czy oparła się czasowi? Nadal zachwyca? Nadal ciekawi jesteśmy losów Anny? Myślę, że nie do końca. Jest tekstem pisanym w starym stylu i nie należy po nim spodziewać się językowych fajerwerków. Oczywiście taki styl pisania może wzbudzić zainteresowanie, sentyment (jak u mnie), ale raczej dziś nie zachwyca. Losy hrabiny mogą zainteresować jedynie tych, co historii nie znają. W sumie dzięki Kraszewskiemu Anna Cosel stała się najsłynniejszą kochanką Augusta Mocnego. Oczywiście historycy sprzeczają się o to, czy rzeczywiście tak było, ale przy legendarnej ilości ukochanych, które posiadał ponoć słynny Sas, trudno znaleźć tę najważniejszą.
W każdym razie jeśli nie czytaliście tej powieści Kraszewskiego, a lubicie tego typu literaturę, sięgnijcie po nią. To jedna z ciekawszych i bardzo dobrze napisanych książek naszego multipisarza.

❤️
1
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
0

Obyczajowo

Obyczajowo

Słownik języka polskiego podaje cztery definicje słowa „menażeria”. Po pierwsze, znaczenie pierwotne są to „dzikie zwierzęta zgromadzone w celu pokazywania ich publiczności”, coś w rodzaju ZOO lub dawnego cyrku. Drugie znaczenie wynika z pierwszego – „miejsce lub pomieszczenie, w którym trzymane są takie zwierzęta”. Trzecie ma już znaczenie metaforyczne, gdyż oznacza „grupę osób o różnorakich charakterach i różnym wyglądzie”, kiedyś miało znaczenie bardziej negatywne niż pozytywne, dziś raczej jest nieużywane. Zaś czwarte znaczenie to „zbiór dziwacznych lub śmiesznych przedmiotów”.
W przypadku niewielkiej książeczki Gabrieli Zapolskiej, wydanej w słynnej ongiś serii „Koliber” mamy do czynienia z trzecią definicją. I wcale nie byłabym pewna, iż to właśnie Zapolska nie przyczyniła się do jej sformułowania, a następnie rozpowszechnienie. Zawarte w książeczce nowele lub nawet opowiadania są tekstami o ludziach w różnych sytuacjach życiowych.
Zapolska często porównywana jest do słynnego Emila Zoli, głównego przedstawiciela naturalizmu w literaturze. A ten jak wiadomo był wielkim wstępem do literatury współczesnej i odegrał olbrzymia rolę w sposobie prezentacji literackich bohaterów. Zola jest popularny na całym świecie, o Zapolskiej trochę zapomnieliśmy. A szkoda….
W wydaniu „Kolibra” mamy jedynie sześć tekstów, w oryginale „Menażeria….” liczy ich dwanaście. Każdy z nich opisuje sytuację, o której zwykliśmy mówić, że jest „z życia wzięta”. Ktoś pewnie zauważy, że owe życie toczyło się pod koniec XIX wieku, czyli prawie przed lub zaraz po potopie. Dawno temu…. A jednak… Mamy tu do czynienia z określonymi postawami bohaterów, którzy wydają się być ponadczasowi. Czasy, w których żyją, nie determinują ich postępowania. Równie dobrze mogliby żyć dzisiaj i postępować tak samo. Jedynie dekoracje wokół nich byłyby inne. Ileż mamy wokół siebie „Żabuś” wychodzących na spacer i szukających wrażeń? Ileż kobiet uzależnionych od swych koteczków… a jeśli nie kobiet, to może w dzisiejszych czasach mężczyzn? Kim jest „kozioł ofiarny”? Czy wychowywanie dzieci opisane przez Zapolską czegoś nam, ludziom z lat dwudziestych dwudziestego pierwszego wieku, nie przypomina?
I tak moglibyśmy analizować każdy z tekstów, i gwarantuję, odnaleźlibyśmy w nich współczesność, opisaną nieco innym językiem. Wszak język to twór żywy i zmienia się wraz z czasami (czasem). Szczerze mówiąc nigdy nie przepadałam za prozą Zapolskiej. Tym razem też nie będzie ochów i achów. Warto jednak zerknąć do „Menażerii….” chociażby po to, by uświadomić sobie, że człowiek jest tylko i aż człowiekiem. Nie zmienia się aż tak bardzo.

❤️
1
👍
0
1
💡
1
0
📖
0
Czytając "Pigmaliona"..... | pig 0

Czytając “Pigmaliona”…..

Czytając „Pigmaliona”….

Długo myślałam, jak zabrać się za recenzowanie „Pigmaliona” George Bernarda Show… Utwór – legenda, utwór – klasyk, utwór – inspiracja…. Napisano o nim o wiele więcej stron niż sam liczy. Nakręcono jedenaście filmów, jeśli wierzyć Wikipedii. I cóż ja, biedna nauczycielka na emeryturze mogę nowego wyklikać na klawiaturze?
Może to, że w wersję pisaną czytałam po raz pierwszy. Kiedy niepozorna książeczka trafiła do mnie, stwierdziłam, że przeczytać powinnam. Cóż z tego, że znam treść z teatru czy też przeróżnych filmowych interpretacji. Słowo pisane i drukowane to coś innego. I oto pierwsze zaskoczenie.
Rozbudowane didaskalia sprawiają, iż tekst momentami wydaje się być epiką. Gdyby tak zmienił czcionkę, to mielibyśmy opowieść prozą. Zwłaszcza, że końcówka taką prozą właśnie jest. Czy realizatorzy teatralni lub filmowi trzymają się owych przepisów, dotyczących scenografii, zachowania bohaterów? W przypadku „Pigmaliona” na pewno nie. Najsłynniejsza wersja tego utworu przeznaczonego do wystawiania na scenie to amerykański musical „My fair Lady” z wielkimi przebojami, zwłaszcza „Przetańczyć całą noc”, a tego tekstu Show nie napisał…. Ale …. jeśli przypomnimy sobie, że taki Mickiewicz napisał kilka dramatów (czyli teoretycznie utworów przeznaczonych do wystawiania na scenie) i nazwano je „niescenicznymi”, to widzimy, iż sztuka pisarska różnymi drogami chodzi.
Zatem utwór czytać możemy jak każdy utwór epicki. Co do treści…. Tę chyba każdy zna. Nawiązanie do mniej znanej opowieści mitologi greckiej o królu Cypru, zakochanym w posągu, który ożywiła Afrodyta, uczyniła mit rozpoznawalnym i jakże symbolicznym. Shaw co prawda nie ożywia w sensie dosłownym swej bohaterki, ale zmienia ją z ubogiej kwiaciarki w wielką damę. Motyw ten oczywiście znajduje się w wielu innych utworach i filmach. Czy istniał już przed tekstem Shaw? Nie udało mi się tego ustalić. W każdym razie dziś jest często obecny nie tylko w literaturze, ale i w życiu. Nie zawsze następuje przemiana Gustawa w Konrada z powodu wielkich idei. Czasami wystarczy kilka lekcji tzw. dobrego wychowania, porządna kąpiel i ładny ciuch, by stać się kimś innym.
A jak w ogóle czytało się „Pigmaliona”? Mój egzemplarz przełożył z angielskiego Kazimierz Piotrowski, ten sam, który przełożył m.in. „Przygody Tomka Sawyera”. Tłumacz dobry i solidny. Okazuje się jednak, że nawet w jego tłumaczeniu tekst …. trąci myszką. Kiedy powiedziałam o tym koleżance, ta oburzyła się. Ponoć nie miałam racji. Jak widać interpretacja to rzecz gustu, a z tymi się nie dyskutuje. Może fakt, iż obejrzałam zbyt wiele ekranizacji i adaptacji wpłynął na moją opinię?

❤️
1
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
Babski kryminał | godz 0

Babski kryminał

Babski kryminał

Nie, od razu uprzedzam, że nie będzie żadnej krytyki negatywnej, że niby jak babskie to do niczego. Wiem, że wielu czytelników uważa tzw. literaturę kobieca za coś mniej wartościowego. Tym razem tak nie będzie. Chociaż na coś takiego się zapowiadało….
Książka baby czyli Jodi Campton „Trzydziesta ósma godzina” tylna okładka zapowiada jako rasowy kryminał. Kobieta i rasowy kryminał? Czemu tak…. Czemu nie… Bohaterka to też baba czyli detektyw Sara Pribek, jest również narratorem. Takie dwa w jednym. Jej najlepsza przyjaciółka policjantką jest również. Jedyny znaczący facet w powieści to mąż Sary – Shiloh. Ale długo na stronicach go nie ma, bo ginie. Znaczy się nie umiera, ale ślad po nim ginie. Oczywiście żona go poszukuje jako żona i jako policjantka.
Treść powieści wydaje się być zatem bardzo banalna. Ale… i owych „ale” w sensie pozytywnym jest moim zdaniem bardzo dużo. Ubrać banalną treść w ciekawy strój to już jest sztuka. A taką tu właśnie mamy.
Po pierwsze – narratorka. Opowiada całą historię z własnego punktu widzenia, jak na narratora w pierwszej osobie przystało. Jest jak wiadomo babą i czyni to z babskiego punktu widzenia. Męża kocha, co czyni jej opowieść jeszcze bardziej subiektywną. Z babskiego punktu widzenia wszystko jest nieco inne. Oczywiście są chwile, kiedy Sara zachowuje się jak rasowa policjantka, bo fachowcem w swej dziedzinie jest. Połączenie obu „funkcji” daje mieszankę, może nie wybuchową, ale na pewno interesującą.
Po drugie – rzeczywistość przedstawiona (to taki termin szkolny, wszak belfrem się było). Książka zawiera wiele elementów powieści obyczajowej. Nasza bohaterka trafia w różne środowiska, rozmawia z różnymi ludźmi. Tu świat nie jest ani biały, ani czarny, ot tak jak w życiu – najczęściej szary. Ma on swoje tajemnice, nierozwiązane zagadki, które kryminałem nie pachną, a jednak mają wielki wpływ na życie całych rodzin.
I po trzecie – połączenie różnych gatunków tematycznych. Wiadomo, kryminał to opowieść, w której musi być trup. Wiadomo, powieść obyczajowa – pozornie zwyczajne życie. Ale mamy również gatunek sensacyjny – dużo się dzieje, nie zawsze musi być umarły. I oczywiście thriller – jest strasznie. Książka Jodi łączy wszystkie owe gatunki, co czyni ją w miarę atrakcyjną. Można się od niej oderwać i wrócić do czytania następnego dnia. Nie czyni czytelnika niewolnikiem. Jest jednak na tyle ciekawa, że trzeba ją dokończyć, bez narzekania na treść.
„Trzydziesta….” jest pierwszą powieścią pani Compton. Debiut jak najbardziej udany. Jeśli wpadną mi w ręce kolejne jest książki, na pewno przeczytam.

❤️
2
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
Nie da ci ojciec, nie da ci matka.... | sas 0

Nie da ci ojciec, nie da ci matka….

Nie da ojciec, nie da ci matka….

Po raz któryś już trafia do mnie stary, dobry kryminał marki PRL, zwany milicyjnym. Tym razem nie został wydany w żądnej z serii kryminalnej, jest niejako osobną produkcją Wydawnictwa Prawniczego wydaną w nakładzie 180.000 – słownie sto osiemdziesiąt tysięcy egzemplarzy. Autorem jest ktoś, kto podszywa się pod dwa imiona, z których zrobił sobie imię i nazwisko, bo trudno uwierzyć, by człek naprawdę się tak nazywał Klara S. Meralda. Książka nosi tytuł „Sąsiadka kapitana Kotowicza. Tytuł nie jest symboliczny, oddaje treść utworu, który jest o sąsiadce i kapitanie. A wiadomo, nie da ci ojciec, nie da ci matka, co może dać sąsiadka. Tym razem sąsiadka daje zbrodnię prawie doskonałą, bo umiera we własnym mieszkaniu tuż nad mieszkaniem kapitana milicji. Ale to nie sąsiad, znaczy się kapitan, wpada na trop zbrodni. Robi to po dyżurze młody lekarz pogotowia ratunkowego, które przybyło by ratować, ale nie było już kogo. Lekarz najpierw orzeka zawał, ale podczas kolejnych godzin dochodzi do wniosku, że coś mu tu nie gra. Zawiadamia odpowiednie organa i na tym jego rola się kończy.
Dalej już wam spojlerować nie będę. Dalej jest tradycyjne śledztwo jak na PRL przystało. Mało dowodów, dużo podejrzanych. Trzeba ruszyć głową, żeby zagadkę rozwiązać. Obserwujemy zatem czynności sąsiada, znaczy się kapitana, który czyni wszystko, aby zabójcę sąsiadki odnaleźć. Cóż, taka robota.
Kryminał niejakiej Klary napisany jest dowcipnie i lekko. Podejrzewałam więc, że autorką jest niejaka królowa polskiego kryminału Joanna Chmielewska i ukrywa się pod artystycznym pseudo. Ale w porę przypomniałam sonie, że „Joanna Chmielewska” to też pseudo artystyczne niejakiej Ireny Barbary Kuhn z domu Becker. Drugiego w życiorysie Ireny vel Joanny nie znalazłam. W każdym razie oprócz zbrodni, mamy tu całkiem przyzwoity i kulturalny humor. W postaci na przykład takiej starej ciotki, bo wiadomo, że ciotka zawsze musi być stara, ale za to dobrze gotuje.
Czy można się zatem do czegoś przyczepić? Chyba nie. Intryga kryminalna jest w sumie bardzo normalna, a rozwiązanie zagadki bardzo proste. Nie wszystkie bowiem kryminały rodem z PRLu nawiązują do czasów wojny lub szpiegostwa na rzecz państw zwanych wówczas państwami z drugiego obszaru płatniczego. Tutaj jest bardzo swojsko. Tak po polsku, tak normalnie.
Po tę książkę sięgnęłam w trudnym momencie mego życia, by zapomnieć i poprawić sobie humor. Udało się. Zagłębiłam się w lekturze siedząc lub leżąc w leżaku na balkonie i łapiąc ostatnie promienie lata, by wytworzyły w moim organizmie witaminę D3. Przeczytałam utwór w ciągu jednego dnia. I o dziwo, kiedy po dwóch tygodniach pisze tę recenzję, pamiętam o czym tekst był, co rzadko mi się zdarza w przypadku tzw. czytadeł. Jak więc Klara Smeralda trafi w wasze ręce – przeczytajcie.

❤️
0
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
Piraci i cała reszta | wid 0

Piraci i cała reszta

Piraci i cała reszta

Zrobiło się nostalgicznie…. Kiedy sięgam pamięcią w moje odległe dzieciństwo, czyli w lata sześćdziesiąte, nie mogę przypomnieć sobie skąd zawsze wiedziałam, kim są piraci. Chłopcy na podwórku bawili się w kogoś takiego, łupili okręty na morze, którym była trawa, szukali skarbów kopiąc doły na tymże podwórku. Nosili opaskę na jednym oku, a czasami któryś z nich udawał, że ma drewnianą nogę. Zaraz… to było tak…. „Ty będziesz dziś piratem z drewnianą nogą” – odzywał się herszt podwórkowej bandy wskazując jednego z kumpli. Potem przyszedł czas pancernych, kapitana Klossa i Tolka Banana. Piraci zniknęli. Pojawili się dopiero na początku XXI wieku w postaci Jacka Sparrowa czyli „Piratów z Karaibów”. Saga filmowa rozsławiła piracką brać ponownie. Tym bardziej, że powielała stare, znajome schematy. Są skarby, jest piękna dziewczyna, Latający Holender i oczywiście pirat z drewnianą nogą. Z której strony by nie patrzeć, legendy pirackie wiecznie żywe!
To był jeden z wielu powodów, który zadecydował, iż sięgnęłam po powieść Fredericka Marryata „Statek widmo”. W przypadku mojego egzemplarza z 1973 roku tytuł brzmi „Okręt widmo”, a obszerny wstęp napisała sama profesor Maria Janion wybitna znawczyni romantyzmu polskiego i europejskiego. Utwór bowiem z pierwszej połowy XIX wieku pochodzi.
Jaki to tekst…. Taki, jak należało się po powieści pirackiej spodziewać. Są w nim praktycznie wszystkie elementy pirackich opowieści. Katastrofy na morzu, cudem ocaleni, zemsta zza grobu, Latający Holender i oczywiście piękna dziewczyna. Filip ma do wykonania zadanie. Mógłby go co prawda nie wykonywać i żyć długo i szczęśliwie, ale…. Zew morza wzywa go do wypłynięcia na szerokie wody….
Tak więc razem z nim pokonujemy lub nie morza i oceany. Tu spotyka nas sztorm, tak nawałnica, a jak pokaże się Latający Holender to wiadomo – katastrofa wisi w powietrzu i nie ma od niej odwrotu. Oczywiście czasami zatrzymujemy się na lądzie, ale nie jest on naszą krainą naturalną. My musimy pływać.
W sumie więc książka, która zapewne była atrakcją w XIX wieku, teraz niczym nas nie kusi. Bogatsi jesteśmy o wiedzę o piratach przekazaną przez dokumenty i inne powieści i oczywiście filmy. Tym bardziej, że powieść „trąci myszką”…. Napisana nieco archaicznym na dzisiejsze czasy językiem, z rozbudowanymi opisami nie każdemu przypadnie do gustu. Tym bardziej, ze liczy sobie 480 stron… Nie warto zatem czytać?
Jak najbardziej warto! Jest jedną z ciekawostek literackich, klasyczną klasyką. Podłożem na którym wyrosły inne opowieści. Twórcy „Piratów z Karaibów” na pewno ją znali. Powieść na wiele pozytywnych opinii. Zwłaszcza wśród męskiej części czytelników. Przypomina bowiem czasy, kiedy piraci byli w modzie. Zatem jeśli macie czas, przeczytajcie….

❤️
1
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
Kobiety w literaturze | nob 0

Kobiety w literaturze

Kobiety w literaturze

Po książki biograficzne, że względu na ich multum, sięgam z ciężkim westchnieniem. Co będzie tym razem? Rozbudowana wersja Wikipedii? Wariacje na temat? Szkolne wypracowanie? Podobnie było z książką Wandy Michalak „Literackie noblistki”, otrzymaną w prezencie od koleżanki. Czyli wiadomo – przeczytać trzeba, żeby wyrazić opinię. Książka starannie wydana, okładka wybitnie twarda, ponad pięćset stron, bogata bibliografia. I ciekawy pomysł na utwór biograficzny. Niektórzy zapewne powiedzą, iż ma on charakter feministyczny, bo jest tylko o kobietach. Taki był jednak pomysł autorki i od razu pisze – udał się.
W jednej pozycji zebrała ona opowieści o kobietach, które dostały literackiego Nobla. Póki co nie jest ich wiele, bo jedynie piętnaście. Każda opowieść prowadzona jest według określonego schematu. Notka, zwana biograficzną, znajduje się na początku rozdziału. Następnie mamy kilka faktów z dzieciństwa, życia dorosłego, parę plotek i w miarę krótką analizę działalności. Żadna z tych części nie rości sobie pretensji do bycia wybitnym tekstem krytyczno – literackim. Przypomina raczej taką gawędę przy kominku „Byłam raz sobie…”. Język każdej części jest w miarę przystępny i też nie rości sobie praw naukowych. Zamiarem autorki było prawdopodobnie przybliżyć postacie wyjątkowych kobiet i ich twórczości przeciętnemu czytelnikowi. Zwłaszcza młodemu. Bo to młodzi ludzie powinni czytać biografie sławnych ludzi, by poszukiwać autorytetów i wiedzy.
Jeśli komuś rodzice czytali na dobranoc „Cudowną podróż”, powinien chociaż trochę dowiedzieć się o jej autorce Selmie Lagerlof, pierwszej kobiecie z literackim Noblem. A może warto wiedzieć dlaczego przyznanie tej nagrody Elfriede Jelinek wywołało skandal? Kim tak naprawdę była Doris Lessing? A pamiętacie Gabrielę Mistral czy Nelly Sachs? Pewnie nie…. Cóż, my mamy swoje dziewczyny w tej grupie Wisławę Szymborską i Olgę Tokarczuk, więc jakoś o innych zapominamy.
I właśnie to jest najcenniejszą cechą książki Wandy Michalak – przypomina nam o zapomnianych. Bo ja też nie wszystkie panię pamiętałam….
Myślę, że ta pozycja pozostanie u mnie na półce. Warto pod ręką mieć taki zbiór tekstów o mądrych kobietach. Zawsze można wrócić do nich, przypomnieć ich twórczość. A może ugotować coś według przepisu nawiązującego do postaci lub twórczości?
Bo oto mamy wisienkę na torcie. Pod koniec każdej opowieści znajdujemy kulinarny przepis na naleśniki Selmy, poidła z borówki brusznicy a’la „Krystyna córka Lavransa” czy ulubione dane Eryka, bohatera powieści Olgi Tokarczuk „Bieguni”.
Smacznego!

❤️
2
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
Kiedyś chłopcy to lubili.... | przy 0

Kiedyś chłopcy to lubili….

Kiedyś chłopcy to lubili….

Z lat późnego dzieciństwa i wczesnej młodości pamiętam, że książkami Janusza Meissnera zaczytywali się moi koledzy. Oczywiście ci, którzy czytali, bo większość jednak kopała piłkę. „Żądło Genowefy”, „L – jak Lucy” to były stałe pozycje w ich lekturach. W najsłynniejszym polskim filmie podróżniczym, według książki Adama Bahdaja, „Podróż za jeden uśmiech” drugoplanowi bohaterowie wspominają inna książkę Meissnera „Kapitan siedmiu mórz”. To właśnie ona pchnęła ich do ucieczki z domu w celu dostania się na statek, by popłynąć w świat. Te drobne fakty niewątpliwie świadczą, iż autor był ongiś bardzo popularny. Zatem warto sobie tę postać i jego twórczość przypomnieć.
W moje ręce wpadła książka „Przygoda śródziemnomorska”, opowieść o Polaku, który w czasie wojny trafia do Francji i zostaje dowódcą kutra przewożącego uciekinierów do Lizbony i Gibraltaru. Misja jest oczywiście tajna. Wszystkich spotykają niesamowite przygody. Są ucieczki, jest strzelanina, ludzie giną, a kuter pruje fale Morza Śródziemnego. Jest też oczywiście piękna dziewczyna, członkini ruchu oporu, w której nie sposób się nie zakochać. Ale wojna ma swoje prawa… Czy miłość przetrwa?
Utwór ma niewątpliwie cechy powieści nie tylko przygodowej, ale również sensacyjnej. Dużo wydarzeń, zmiana tempa akcji, czasami podejrzane osoby, bo nie zawsze ten, co twierdzi, że jest tym, nim jest. Obserwujemy działania francuskiego ruchu oporu i walki brytyjskiej floty na Morzu Śródziemnym. Mały kuter jest tylko kropką na wodzie, ale kropką niezwykle ważną. Słowem – Meissner może konkurować z Alistairem MacLeanem, twórcą wojennych utworów o charakterze sensacyjnym. Szkot miał jednak trochę więcej szczęścia do filmowców. Jego „Działa Navarony” stały się nie tylko klasyką literatury, ale i filmu. Meissnera też filmowano, ale jakoś tak niemrawo, bo dziś mało kto pamięta filmy według jego książek.
Powieść napisana jest prostym, nieskomplikowanym językiem. Oczywiście w przeciwieństwie do literatury współczesnej, zawiera sporo opisów, ale nie są one zbyt nużące. Utwór można zatem czytać w ciągu całego dnia, na tekst do poduszki też się nadaje.
Czasu poświęconego na przeczytanie „Przygody….” nie żałuję. Doskonale rozumiem swoich kolegów z dzieciństwa. W postaciach owych książek dostrzegli swoje marzenia o byciu wielkim bohaterem. Podczas kiedy my, dziewczynki, marzyłyśmy, by spotkać Anię z Zielonego Wzgórza, oni żeglowali wśród grzmotów burzy i gradu nieprzyjacielskich pocisków, pokonujących masę przeciwności losy – do celu.
Zatem jeśli trafi do was książka Janusza Meissnera, nie odrzucajcie jej. Warto przeczytać, bo powieść sensacyjna nadal jest w modzie.

❤️
2
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
11112131415161720