Autor: Grazyna KS

0

Każde pokolenie….

Każde pokolenie…

Tekst wyróżniony Nagrodą Publiczności w Czerwcowym Konkursie Jednego Wiersza Łomża 2010.

Młode pokolenie jest znerwicowane.
Stoi w kolejce po kredyty.
Musi przecież mieć:
dom
samochód
i kilka innych bajerów.

Młode pokolenie jest obrażone.
Narzeka na stworzony świat.
Brak przecież w nim:
ładu
składu
i w ogóle wszystkiego.

Młode pokolenie ma problemy.
Chodzi do psychologa.
Jego niemowlęta mają:
dysleksję
dyskalkulię
i na dodatek ADHD.

Młode pokolenie słucha hip hopu.
Do disco polo się nie przyznaje.
W komputerze ma:
porno kolegi
zdjęcia teściowej
i muzykę z dzieciństwa.

Moje pokolenie uśmiecha się drwiąco.
Olewa kłopoty niedojrzałych.
Wie co to:
choroby
kartki na cukier
i chleb ze smalcem.

Moje pokolenie cieszy się z M-3.
Gdy dzieci wyprowadzą się
może zrobić:
popijawę
imprezę
prywatkę.

Moje pokolenie słucha rocka.
Brutalnie wykorzystuje wnuka,
By ten nagrał na MP3:
Perfect
Trojanowską
Lombard.

więcej moich wierszy na https://www.czarownice.kosz.pl

❤️
1
👍
0
⭐
1
💡
0
❗
2
📖
0
0

Kosmiczna medycyna

Kosmiczna medycyna

Moim pierwszym spotkaniem z thrillerem medycznym był film „Coma” na podstawie powieści Robina Cooka. Od razu sięgnęłam po powieści tego pisarza, bo tematyka była ciekawa. Potem przyszły inne sensacje medyczne, również interesujące, a do tego prawdopodobne, gdyż pisali je … lekarze. A jak tu nie wierzyć lekarzom? Nawet fantazje lub wariacje na temat chorób miały podstawy medyczne.
Tym razem trafiłam na „Grawitację” Tess Gerritsen, utwór z 1999 roku. Autorka oczywiście była lekarzem, zatem miała podstawy do medycznego opisu wymyślonych przez siebie sytuacji. Ja zaś mogłam się na poważnie zastanowić, czy fikcja literacka mogłaby zaistnieć w naszej rzeczywistości.
Od razu też uprzedzam, że powieść nie ma nic wspólnego ze znanym filmem z Sandrą Bullock i Georgiem Clooney’em, chociaż i tam i tu, akcja rozgrywa się w przestrzeni kosmicznej.
Pierwszą tajemnicę zatem zdradziłam. Udajemy się w przestrzeń kosmiczną. Lecimy wahadłowcem lub prywatną rakietą i cumujemy na międzynarodowej stacji kosmicznej. Oczywiście są tu również elementy z minionej epoki czyli pozostałości starego, dobrego Sojuza made in ZSRR, które o dziwo, nawet się przydają. Zwłaszcza stary kombinezon po radzieckiej kosmonautce. W każdym razie nasi bohaterowie żyją sobie w stanie nieważkości, przeprowadzają eksperymenty naukowe i tęsknią za Matką Ziemią. Oczywiście do pewnego momentu, o czym informuje nas słowo pisane na tylnej okładce. Nagle na terenie szczelnie zamkniętej stacji pojawia się tradycyjne „coś” co sprawia, iż akcja powieści zaczyna się rozwijać we właściwym kierunku. Zaczynamy walkę z tym „czymś”.
Wszystko przebiega według schematu. Oczywiście wiemy, że będzie happy end, ale jesteśmy niezmiernie ciekawi, jak do tego dojdzie. Kto przeżyje, dlaczego przeżyje, kto kogo uratuje i jak uratuje, kto zniszczy „coś” i jak zniszczy, czy w ogóle zniszczy.
Książka trzyma czytelnika w napięciu. Można się od niej oderwać, ale trzeba do niej wrócić. Z powodzeniem można ją czytać przy porannej kawie i kubku z mlekiem na dobranoc. Pozwala odetchnąć po ciężkim dniu, a co bardziej dociekliwym na prowadzenie rozważań, czy opisana sytuacja mogłaby wydarzyć się naprawdę. Wszak stacja kosmiczna to nie supermarket, w którym ktoś zemdleje i szybko, na sygnale, przyjeżdża po niego pogotowie. W tym przypadku misję ratunkową trzeba zorganizować. A to trwa…
Oczywiście, że powieść polecam. Jeśli ktoś lubi thrillery, oczywiście. Moja koleżanka nie lubi, więc jej odradziłam. Ale ty czytelniku…. ?

❤️
1
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
2

Dostojewski sentymentalnie

Dostojewski sentynemtalnie

Fiodor Dostojewski to jedyny pisarz, którego książkę przeczytałam już trzy razy i na pewno przeczytam czwarty. To „Zbrodnia i kara”, dla mnie arcydzieło literatury. Z innymi utworami tego pisarza miałam już pewne problemy…. Nie, złe nie są…. Ale jakoś moje literackie serce do nich nie przylgnęło. Stąd też taki złożony stosunek mam do mini powieści, a może rozbudowanego opowiadania „Białe noce”….
Recenzje utwór ma dobre, bo trudno mu zarzucić, że jest zły. Ot taka sentymentalna opowieść na miarę czasów, w których powstała. Wszak Fiodor żył w czasach romantyzmu i coś mu z niego w utworach zostało…. Zresztą sam nazywa swój tekst „Powieścią sentymentalną. Ze wspomnień marzyciela”. Trudno więc spodziewać się wielkiej psychologii, wielkiego realizmu, krytyki czy tego wszystkiego, co znalazłam w „Zbrodni i karze”. A z sentymentalizmem mi niestety nie po drodze….
Książeczką przeczytałam traktując to raczej jako obowiązek wobec pisarza. Czytała ją w pociągu na trasie Warszawa – Wrocław, która znam na wylot i krajobrazy za oknem mijane z prędkością 150 km/h zupełnie mnie nie interesowały. Losy marzyciela, jego przemyślenia, przedziwne spotkania z tajemniczą panią, wydawały się być ciekawsze. Tyle tylko, że jak ktoś jest romantykiem i spodziewa się, że życie przyniesie mu romantyczne uczucia, ochy i achy, westchnienia i wzdychania, no to ma co ma. A kto nie jest, to też ma. Kto czytał „Białe noce” ten wie. Kto nie czytał, a chce wiedzieć, niech przeczyta.
Mknąc pociągiem przez kawałek Polski, zastanawiałam się, czy są tacy faceci jak bohater Dostojewskiego… Bo tacy jak Raskolnikow to istnieją na pewno. Jeśli są, dlaczego takiego nigdy nie spotkałam? Gdybym spotkała, pewnie nie byłabym Nastieńką….A może istnieją tylko w literaturze tworzonej przez rodzaj męski? Kobiety pokazują ów rodzaj zupełnie inaczej… Racja, my jesteśmy z Wenus, oni są z Marsa – przemknęło mi przez myśl, kiedy już zbliżaliśmy się do Wrocławia…
I na tym moje refleksje na temat „Białych nocy” Dostojewskiego się skończyły… Ale warto zwrócić uwagę na egzemplarz utworu, który trafił w moje ręce. Była ongiś w naszym kraju taka seria zwana „Kolibrem”. Wydawanie w niej krótkie i bardzo ambitne utwory znanych pisarza. Nie jakieś tam czytadła czy kryminały. To była literatura wysokich lotów. Mój egzemplarz Dostojewskiego wydano w 1967 roku w nakładzie 110 000 – słownie sto dziesięć tysięcy. „Kolibry” sprzedawano w kioskach „Ruchu” początkowo w cenie 4 zł. Kupowano je często, bo miały rozmiar kieszonkowy i liczyły niewiele stron – „Białe noce” – 78 stron, oczywiście czcionka niewielka. Dziś można je znaleźć w miejscu, gdzie ludzie przynoszą stare książki. Mój egzemplarz jeszcze się nie rozleciał. A wiecie dlaczego? Bo oprócz tego, że kartki ma sklejone, to jest również zszyty, takim zszywaczem typu biurowego…. Tak ongiś wydawano książki….

❤️
1
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
0

Hrabina prawie na Książu

Hrabina prawie na Książu

Do hrabiny Cosel czyli Anny Konstancji von Brockdorff, kochanki Augusta Mocnego, mam słabość. Z powodu filmu, który na ekrany kin wszedł w1968 roku. Dzieckiem oczywiście byłam, ale pobiegłam do „swego” kina „Oaza” w Wałbrzychu, w dzielnicy Nowe Miasto, by film obejrzeć. Powód był jasny. Część zdjęć kręcono właśnie w moim rodzinnym mieście, w zamku Książ. Książ robił za Drezno. Do dziś uwielbiam ten film, często włączam go i „przewijam” do miejsc, w których jest właśnie wałbrzyski zamek…. Oprócz tego film ujął mnie bogactwem barw, pięknymi kostiumami i historią miłosną. Bo zrozumiałam ją po dziecięcemu i po babsku. Wstrętny król uwiódł piękną hrabinę, a kiedy władza ponownie uderzyła mu do głowy, porzucił Annę dla innej.
Z tych tez powodów „Hrabinę Cosel” Józefa Ignacego Kraszewskiego przeczytałam po raz drugi.
Powieści tej nigdy nie traktowałam jako odkrywanie historii. Znałam ją przecież. Czytałam ją jako ciekawostkę, sprawdzając, jakie zmiany w treści wprowadzili realizatorzy filmu. Czytając po raz drugi, już je znałam, zatem lektura była po prostu sentymentalnym kaprysem na jesienne dni…
I jak to się zdarza…. Czasami powroty do starych opowieści są udane…. Czasami nie. Tym razem był to powrót udany. Do tego stopnia udany, iż postanowiłam odwiedzić Rodzinną Ziemię i pospacerować po „wałbrzysko – drezdeńsko – książowych” komnatach.
„Hrabina Cosel” należy do grupy najbardziej popularnych powieści naszego pisarza. Uznawana jest również za utwór bardzo wiarygodny, napisany z niewątpliwą znajomością postaci i epoki. Nic dziwnego. Kraszewski w Dreźnie spędził dwadzieścia lat. O ile jego pozostałym powieściom historycznym można zarzucić „żonglowanie” historią, o tyle w omawianym utworze wszystko raczej gra zgodnie ze źródłami historycznymi. Oczywiście cała opowieść ma charakter epicki i jest literaturą piękną, nie zaś faktu.
Czy oparła się czasowi? Nadal zachwyca? Nadal ciekawi jesteśmy losów Anny? Myślę, że nie do końca. Jest tekstem pisanym w starym stylu i nie należy po nim spodziewać się językowych fajerwerków. Oczywiście taki styl pisania może wzbudzić zainteresowanie, sentyment (jak u mnie), ale raczej dziś nie zachwyca. Losy hrabiny mogą zainteresować jedynie tych, co historii nie znają. W sumie dzięki Kraszewskiemu Anna Cosel stała się najsłynniejszą kochanką Augusta Mocnego. Oczywiście historycy sprzeczają się o to, czy rzeczywiście tak było, ale przy legendarnej ilości ukochanych, które posiadał ponoć słynny Sas, trudno znaleźć tę najważniejszą.
W każdym razie jeśli nie czytaliście tej powieści Kraszewskiego, a lubicie tego typu literaturę, sięgnijcie po nią. To jedna z ciekawszych i bardzo dobrze napisanych książek naszego multipisarza.

❤️
1
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
0

Obyczajowo

Obyczajowo

Słownik języka polskiego podaje cztery definicje słowa „menażeria”. Po pierwsze, znaczenie pierwotne są to „dzikie zwierzęta zgromadzone w celu pokazywania ich publiczności”, coś w rodzaju ZOO lub dawnego cyrku. Drugie znaczenie wynika z pierwszego – „miejsce lub pomieszczenie, w którym trzymane są takie zwierzęta”. Trzecie ma już znaczenie metaforyczne, gdyż oznacza „grupę osób o różnorakich charakterach i różnym wyglądzie”, kiedyś miało znaczenie bardziej negatywne niż pozytywne, dziś raczej jest nieużywane. Zaś czwarte znaczenie to „zbiór dziwacznych lub śmiesznych przedmiotów”.
W przypadku niewielkiej książeczki Gabrieli Zapolskiej, wydanej w słynnej ongiś serii „Koliber” mamy do czynienia z trzecią definicją. I wcale nie byłabym pewna, iż to właśnie Zapolska nie przyczyniła się do jej sformułowania, a następnie rozpowszechnienie. Zawarte w książeczce nowele lub nawet opowiadania są tekstami o ludziach w różnych sytuacjach życiowych.
Zapolska często porównywana jest do słynnego Emila Zoli, głównego przedstawiciela naturalizmu w literaturze. A ten jak wiadomo był wielkim wstępem do literatury współczesnej i odegrał olbrzymia rolę w sposobie prezentacji literackich bohaterów. Zola jest popularny na całym świecie, o Zapolskiej trochę zapomnieliśmy. A szkoda….
W wydaniu „Kolibra” mamy jedynie sześć tekstów, w oryginale „Menażeria….” liczy ich dwanaście. Każdy z nich opisuje sytuację, o której zwykliśmy mówić, że jest „z życia wzięta”. Ktoś pewnie zauważy, że owe życie toczyło się pod koniec XIX wieku, czyli prawie przed lub zaraz po potopie. Dawno temu…. A jednak… Mamy tu do czynienia z określonymi postawami bohaterów, którzy wydają się być ponadczasowi. Czasy, w których żyją, nie determinują ich postępowania. Równie dobrze mogliby żyć dzisiaj i postępować tak samo. Jedynie dekoracje wokół nich byłyby inne. Ileż mamy wokół siebie „Żabuś” wychodzących na spacer i szukających wrażeń? Ileż kobiet uzależnionych od swych koteczków… a jeśli nie kobiet, to może w dzisiejszych czasach mężczyzn? Kim jest „kozioł ofiarny”? Czy wychowywanie dzieci opisane przez Zapolską czegoś nam, ludziom z lat dwudziestych dwudziestego pierwszego wieku, nie przypomina?
I tak moglibyśmy analizować każdy z tekstów, i gwarantuję, odnaleźlibyśmy w nich współczesność, opisaną nieco innym językiem. Wszak język to twór żywy i zmienia się wraz z czasami (czasem). Szczerze mówiąc nigdy nie przepadałam za prozą Zapolskiej. Tym razem też nie będzie ochów i achów. Warto jednak zerknąć do „Menażerii….” chociażby po to, by uświadomić sobie, że człowiek jest tylko i aż człowiekiem. Nie zmienia się aż tak bardzo.

❤️
1
👍
0
⭐
1
💡
1
❗
0
📖
0
Czytając "Pigmaliona"..... | pig 0

Czytając “Pigmaliona”…..

Czytając „Pigmaliona”….

Długo myślałam, jak zabrać się za recenzowanie „Pigmaliona” George Bernarda Show… Utwór – legenda, utwór – klasyk, utwór – inspiracja…. Napisano o nim o wiele więcej stron niż sam liczy. Nakręcono jedenaście filmów, jeśli wierzyć Wikipedii. I cóż ja, biedna nauczycielka na emeryturze mogę nowego wyklikać na klawiaturze?
Może to, że w wersję pisaną czytałam po raz pierwszy. Kiedy niepozorna książeczka trafiła do mnie, stwierdziłam, że przeczytać powinnam. Cóż z tego, że znam treść z teatru czy też przeróżnych filmowych interpretacji. Słowo pisane i drukowane to coś innego. I oto pierwsze zaskoczenie.
Rozbudowane didaskalia sprawiają, iż tekst momentami wydaje się być epiką. Gdyby tak zmienił czcionkę, to mielibyśmy opowieść prozą. Zwłaszcza, że końcówka taką prozą właśnie jest. Czy realizatorzy teatralni lub filmowi trzymają się owych przepisów, dotyczących scenografii, zachowania bohaterów? W przypadku „Pigmaliona” na pewno nie. Najsłynniejsza wersja tego utworu przeznaczonego do wystawiania na scenie to amerykański musical „My fair Lady” z wielkimi przebojami, zwłaszcza „Przetańczyć całą noc”, a tego tekstu Show nie napisał…. Ale …. jeśli przypomnimy sobie, że taki Mickiewicz napisał kilka dramatów (czyli teoretycznie utworów przeznaczonych do wystawiania na scenie) i nazwano je „niescenicznymi”, to widzimy, iż sztuka pisarska różnymi drogami chodzi.
Zatem utwór czytać możemy jak każdy utwór epicki. Co do treści…. Tę chyba każdy zna. Nawiązanie do mniej znanej opowieści mitologi greckiej o królu Cypru, zakochanym w posągu, który ożywiła Afrodyta, uczyniła mit rozpoznawalnym i jakże symbolicznym. Shaw co prawda nie ożywia w sensie dosłownym swej bohaterki, ale zmienia ją z ubogiej kwiaciarki w wielką damę. Motyw ten oczywiście znajduje się w wielu innych utworach i filmach. Czy istniał już przed tekstem Shaw? Nie udało mi się tego ustalić. W każdym razie dziś jest często obecny nie tylko w literaturze, ale i w życiu. Nie zawsze następuje przemiana Gustawa w Konrada z powodu wielkich idei. Czasami wystarczy kilka lekcji tzw. dobrego wychowania, porządna kąpiel i ładny ciuch, by stać się kimś innym.
A jak w ogóle czytało się „Pigmaliona”? Mój egzemplarz przełożył z angielskiego Kazimierz Piotrowski, ten sam, który przełożył m.in. „Przygody Tomka Sawyera”. Tłumacz dobry i solidny. Okazuje się jednak, że nawet w jego tłumaczeniu tekst …. trąci myszką. Kiedy powiedziałam o tym koleżance, ta oburzyła się. Ponoć nie miałam racji. Jak widać interpretacja to rzecz gustu, a z tymi się nie dyskutuje. Może fakt, iż obejrzałam zbyt wiele ekranizacji i adaptacji wpłynął na moją opinię?

❤️
1
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Babski kryminał | godz 0

Babski kryminał

Babski kryminał

Nie, od razu uprzedzam, że nie będzie żadnej krytyki negatywnej, że niby jak babskie to do niczego. Wiem, że wielu czytelników uważa tzw. literaturę kobieca za coś mniej wartościowego. Tym razem tak nie będzie. Chociaż na coś takiego się zapowiadało….
Książka baby czyli Jodi Campton „Trzydziesta ósma godzina” tylna okładka zapowiada jako rasowy kryminał. Kobieta i rasowy kryminał? Czemu tak…. Czemu nie… Bohaterka to też baba czyli detektyw Sara Pribek, jest również narratorem. Takie dwa w jednym. Jej najlepsza przyjaciółka policjantką jest również. Jedyny znaczący facet w powieści to mąż Sary – Shiloh. Ale długo na stronicach go nie ma, bo ginie. Znaczy się nie umiera, ale ślad po nim ginie. Oczywiście żona go poszukuje jako żona i jako policjantka.
Treść powieści wydaje się być zatem bardzo banalna. Ale… i owych „ale” w sensie pozytywnym jest moim zdaniem bardzo dużo. Ubrać banalną treść w ciekawy strój to już jest sztuka. A taką tu właśnie mamy.
Po pierwsze – narratorka. Opowiada całą historię z własnego punktu widzenia, jak na narratora w pierwszej osobie przystało. Jest jak wiadomo babą i czyni to z babskiego punktu widzenia. Męża kocha, co czyni jej opowieść jeszcze bardziej subiektywną. Z babskiego punktu widzenia wszystko jest nieco inne. Oczywiście są chwile, kiedy Sara zachowuje się jak rasowa policjantka, bo fachowcem w swej dziedzinie jest. Połączenie obu „funkcji” daje mieszankę, może nie wybuchową, ale na pewno interesującą.
Po drugie – rzeczywistość przedstawiona (to taki termin szkolny, wszak belfrem się było). Książka zawiera wiele elementów powieści obyczajowej. Nasza bohaterka trafia w różne środowiska, rozmawia z różnymi ludźmi. Tu świat nie jest ani biały, ani czarny, ot tak jak w życiu – najczęściej szary. Ma on swoje tajemnice, nierozwiązane zagadki, które kryminałem nie pachną, a jednak mają wielki wpływ na życie całych rodzin.
I po trzecie – połączenie różnych gatunków tematycznych. Wiadomo, kryminał to opowieść, w której musi być trup. Wiadomo, powieść obyczajowa – pozornie zwyczajne życie. Ale mamy również gatunek sensacyjny – dużo się dzieje, nie zawsze musi być umarły. I oczywiście thriller – jest strasznie. Książka Jodi łączy wszystkie owe gatunki, co czyni ją w miarę atrakcyjną. Można się od niej oderwać i wrócić do czytania następnego dnia. Nie czyni czytelnika niewolnikiem. Jest jednak na tyle ciekawa, że trzeba ją dokończyć, bez narzekania na treść.
„Trzydziesta….” jest pierwszą powieścią pani Compton. Debiut jak najbardziej udany. Jeśli wpadną mi w ręce kolejne jest książki, na pewno przeczytam.

❤️
2
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Nie da ci ojciec, nie da ci matka.... | sas 0

Nie da ci ojciec, nie da ci matka….

Nie da ojciec, nie da ci matka….

Po raz któryś już trafia do mnie stary, dobry kryminał marki PRL, zwany milicyjnym. Tym razem nie został wydany w żądnej z serii kryminalnej, jest niejako osobną produkcją Wydawnictwa Prawniczego wydaną w nakładzie 180.000 – słownie sto osiemdziesiąt tysięcy egzemplarzy. Autorem jest ktoś, kto podszywa się pod dwa imiona, z których zrobił sobie imię i nazwisko, bo trudno uwierzyć, by człek naprawdę się tak nazywał Klara S. Meralda. Książka nosi tytuł „Sąsiadka kapitana Kotowicza. Tytuł nie jest symboliczny, oddaje treść utworu, który jest o sąsiadce i kapitanie. A wiadomo, nie da ci ojciec, nie da ci matka, co może dać sąsiadka. Tym razem sąsiadka daje zbrodnię prawie doskonałą, bo umiera we własnym mieszkaniu tuż nad mieszkaniem kapitana milicji. Ale to nie sąsiad, znaczy się kapitan, wpada na trop zbrodni. Robi to po dyżurze młody lekarz pogotowia ratunkowego, które przybyło by ratować, ale nie było już kogo. Lekarz najpierw orzeka zawał, ale podczas kolejnych godzin dochodzi do wniosku, że coś mu tu nie gra. Zawiadamia odpowiednie organa i na tym jego rola się kończy.
Dalej już wam spojlerować nie będę. Dalej jest tradycyjne śledztwo jak na PRL przystało. Mało dowodów, dużo podejrzanych. Trzeba ruszyć głową, żeby zagadkę rozwiązać. Obserwujemy zatem czynności sąsiada, znaczy się kapitana, który czyni wszystko, aby zabójcę sąsiadki odnaleźć. Cóż, taka robota.
Kryminał niejakiej Klary napisany jest dowcipnie i lekko. Podejrzewałam więc, że autorką jest niejaka królowa polskiego kryminału Joanna Chmielewska i ukrywa się pod artystycznym pseudo. Ale w porę przypomniałam sonie, że „Joanna Chmielewska” to też pseudo artystyczne niejakiej Ireny Barbary Kuhn z domu Becker. Drugiego w życiorysie Ireny vel Joanny nie znalazłam. W każdym razie oprócz zbrodni, mamy tu całkiem przyzwoity i kulturalny humor. W postaci na przykład takiej starej ciotki, bo wiadomo, że ciotka zawsze musi być stara, ale za to dobrze gotuje.
Czy można się zatem do czegoś przyczepić? Chyba nie. Intryga kryminalna jest w sumie bardzo normalna, a rozwiązanie zagadki bardzo proste. Nie wszystkie bowiem kryminały rodem z PRLu nawiązują do czasów wojny lub szpiegostwa na rzecz państw zwanych wówczas państwami z drugiego obszaru płatniczego. Tutaj jest bardzo swojsko. Tak po polsku, tak normalnie.
Po tę książkę sięgnęłam w trudnym momencie mego życia, by zapomnieć i poprawić sobie humor. Udało się. Zagłębiłam się w lekturze siedząc lub leżąc w leżaku na balkonie i łapiąc ostatnie promienie lata, by wytworzyły w moim organizmie witaminę D3. Przeczytałam utwór w ciągu jednego dnia. I o dziwo, kiedy po dwóch tygodniach pisze tę recenzję, pamiętam o czym tekst był, co rzadko mi się zdarza w przypadku tzw. czytadeł. Jak więc Klara Smeralda trafi w wasze ręce – przeczytajcie.

❤️
0
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
– 1 – 12 – 13 – 14 – 15 – 16 – 17 – 18 – 22 –