Autor: Grazyna KS

Dzieje się w parku | park 1

Dzieje się w parku

Dzieje się w parku

Trochę byłam zaskoczona, że książka Jonasa Winnera „Murder Park. Park morderców” ma sporo negatywnych opinii. Jak dla mnie sprawnie napisany thriller, w którym autor wcale nie ukrywa, iż nawiązuje do znanych wątków z niezapomnianą Agatą Christie i jej „Dziesięciu Murzynków”, przepraszam, „I nie było już nikogo” (o losach tytułu można sobie poczytać) na czele. Komuś nie podobały się dialogi nazwane wywiadami, komuś coś tam jeszcze. A mnie w sumie podobało się wszystko.
Zacznijmy od formy. Powieść jak powieść, akcja jak akcja. Bez rewelacji, ale wszystko przebiega sprawnie, ma początek i koniec. Wplecione w treść zapisy wywiadów, przeprowadzane przed rozpoczęciem akcji są ciekawym elementem pozwalającym poznać bliżej głównych bohaterów. Oczywiście im bliżej końca opowieści, tym bardziej podejrzanymi są … no ci, co są. Spojlerować nie będę. Owe wywiady według mnie wzbogacają akcję, a książkę czynią ciekawszą.
Bohaterów jest dwunastu, ale tylko pozornie, bowiem wydarzenia skupiają się na jednym. Oczywiście ma to znaczenie i czytelnik od razu wie, że coś tu w związku z Paulem będzie działo się więcej. Ta postać jest bowiem inna od samego początku. Pozornie wiemy o nim wszystko. Pozornie wygląda na takiego lekkiego psychicznego, ale …. oczywiście jest kilka „ale”, których nie zdradzę.
Miejsce akcji jak najbardziej właściwie – dawny park rozrywki. A w takim parku…. Oj czego tam nie ma! Spokoju oczywiście, bo wszystko źle się kojarzy z wydarzeniami sprzed laty. Ale tak ma być. Wszak to nie tylko zwykły kryminał, to również thriller, a ten powinien wzbudzać uzasadniony niepokój. Budzi go oczywiście tunel z duchami zwany Halloweenland. Ale czyż nie wrzeszczymy ze strachu jadąc rollercoasterem lub wisząc na najwyższym „piętrze” diabelskiego młyna? W każdym parku rozrywki strach jest podstawowym elementem zabawy. A w naszej powieści – miejscem zbrodni na dodatek.
Przejdźmy do zakończenia. W sumie było do przewidzenia, ale mimo tego zaskoczyło mnie. Powieliło trochę schemat „Wyspy tajemnic” Dennisa Lehane’a, ale dlaczego nie? Powieść nawiązuje przecież do znanych wątków i historii, zatem i to nawiązanie złym nie będzie. Nie czepiajmy się bowiem autorów, że znają literaturę i zupełnie świadomie sięgają po wzorce. Możemy się jedynie zastanowić, czy czynią to dobrze, czy odwalają chałturę. Według mnie tym razem mamy solidną robotę, solidne pisanie i solidną treść. I w sumie żadnych moralnych przesłań, żadnego pouczania czytelnika, żadnego psychologicznego portretu. Klasyka powieści rozrywkowej.
Słowem, kryminał OK. Przeczytałam go szybko, bez pomijania stron, które byłyby nużące. Ponad czterysta stron minęło sprawnie.
Literatura rozrywkowa taka być powinna. Ta dobra literatura rozrywkowa, nie zaś chałtura, o której już kiedyś pisałam….

❤️
3
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Odpowiednio zapukaj.... | za 1

Odpowiednio zapukaj….

Odpowiednio zapukaj…

Ponownie trafiła do mnie książka dla młodego czytelnika… Było to tak…. W rozmowie z koleżanką powiedziałam, że jakoś nie kumam współczesnej literatury dla dzieci i młodzieży. Trafiam na pozycje z jakimiś wampirami, czarownicami i diabli jeszcze wiedzą czym. Cóż, swoje lata mam i mam prawo tego nie kumać. Wówczas koleżanka zaprosiła mnie na kawę i dała książkę do przeczytania mówiąc, iż tym razem będę zadowolona. Na okładce oczywiście był jakiś potwór, bo bez nich dziś chyba powieści nie ma. Ale co tam.
„Za niebieskimi drzwiami” Marcina Szczygielskiego przeczytałam jednym tchem. Akurat był deszczowy, letni dzień więc siadłam w leżaku na balkonie, zabudowanym oknami z pleksy oczywiście, i czytałam, czytałam, czytałam…. A kiedy nadeszła noc, obejrzałam jeszcze film nakręcony na podstawie powieści. Wszystko stało się jasne. Mądre opowieści dla młodych też istnieją.
Utwór został obsypany nagrodami. I bardzo słusznie. Dochód z jego sprzedaży wspomógł fundację Ewy Błaszczyk i jej klinikę „Budzik”. Sama Ewa zagrała w filmie na podstawie powieści. Nie da się więc ukryć – treść nawiązuje do zjawiska śpiączki. Pokazuje ją od strony bardzo ludzkiej, chociaż z owymi elementami fantasy. Bo te elementy odkrywają tu zupełnie inną rolę niż w „klasycznej” opowieści o zombi i wampirach. Tam są praktycznie podstawą akcji i fabuły. Tu najważniejsze są drzwi.
Czymże są drzwi? Na pewno symbolem wejścia do innego miejsca, do drugiego pokoju, nieznanego domu lub obcego świata. Trzeba tylko umiejętnie pukać. A pukać trzeba do każdych drzwi. To sprawa kultury osobistej, wszak za drzwiami jest ktoś, kto musi dać zezwolenie na wejście. To sprawa zachowania porządku w określonej społeczności. Umiejętność pukania pozwala poznać niepoznawalne. Dlaczego drzwi są niebieskie? To proste – ktoś je kiedyś tak pomalował. A może symbolizują niebo? Oprócz prawd oczywistych, jest miejsce również na interpretację czytelnika.
Czy za owymi drzwiami jest baśń, czy rzeczywistość? Jakże trudno rozeznać się w krainie dziwnej, na swój sposób pięknej, ale również groźnej? W starych, dobrych baśniach zawsze było zło. Ono być musi, bo gdyby go nie było, nie istniałoby również dobro. Skąd wiedzielibyśmy co jest czym?
Główny bohater dwunastoletni Łukasz odkrywa zasadę pukania i wchodzi w przedziwny świat, w którym oczywiście jest postać z okładki. Trzeba się jej bać, bo po to jest. Ale może uda się go pokonać?
Zakończenie opowieści – zaskakujące, nawet dla mnie, speca od rozwiązywania zagadek kryminalnych. Zakończenie oczywiście pozytywne, bo dzieciom trzeba dać nadzieję. Baśnie zawsze kończą się dobrze.
Książkę Marcina Szczygielskiego mogą z powodzeniem przeczytać dorośli. To rzecz z gatunku „familijnego”, jak określa się filmy dla całej rodziny, bez względu na wiek. Polecam!

❤️
3
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Zawieruszony London | bell 2

Zawieruszony London

Zawieruszony London

Byłam bardzo zdziwiona, kiedy utwór Jacka Londona „Bellew Zawierucha” znalazłam w zestawie literatury dla dzieci i młodzieży. Czy to możliwe? Małolaty i London? Możliwe. W zakamarkach pamięci odnalazłam moją fascynacje utworami „Zew krwi” i „Biały kieł”. Rzeczywiście byłam wtedy w podstawówce… „Bellew…” to książka tego samego typu.
Tematyka ze starych czasów – gorączka złota nad rzeką Klondike w Jukonie w Kanadzie na przełomie XIX/XX wieku. Poszukiwacze, głównie przybysze ze Stanów Zjednoczonych, ruszają szturmem po bogactwo. Wykopują złotodajny piasek, czasami trafiają im się samorodki. Do tego przeżywają masę przygód. Nie zawsze zakończonych pozytywnie. Niektórzy zamarzają na szlaku. Inni kończą życie w prowizorycznych chatach, wybudowanych nad wodą, w której miał być ukryty skarb w postaci drogocennego metalu. Tu płaci się złotem, a najczęściej workami piasku. Tu najcenniejszą rzeczą mogą być w pewnym momencie jajka, bo czyż kury uchowają się w miejscu, gdzie bywa, jeśli wierzyć Londonowi, minus siedemdziesiąt stopni. Tu okazuje się, kto jest facetem na miarę zbliżającego się dwudziestego wieku. Ale można też być, mówić językiem dzisiejszym, kobieta z jajami i nie o kurze jajka tu chodzi.
Świat opisywany przez Londona to świat ludzi odważnych i zdrowych, pragnących za wszelką cenę zdobyć bogactwo. Każdy z bohaterów opowieści walczy z własnymi słabościami, ale również pomaga innym. Stać go bowiem na humanitaryzm. Najczęściej jednak myśli o wyeliminowaniu konkurencji. Na szczęście nie fizycznie. Zrobić dobry interes, wykiwać kogoś w tychże interesach, zająć lepszą działkę do wydobywania kruszcu – to jest norma.
W sumie więc brniemy w prozie Londona przez nieobcy nam mentalnie świat. Czym zatem zachwycał ongiś młode pokolenie? Na pewno egzotyką. Marzenia o majątku nie są obce żadnemu pokoleniu. A zdobycie go brnąc przez śnieg, mróz, zmarznięte potoki i jeziora, pachnie przygodą i sprawdzeniem własnych możliwości. Nie możemy zrobić tego sami, zatem niech uczyni to pisarz. Wszak czytanie książek to przeniesienie się w inny świat…
I tak moglibyśmy pisać sobie o tej mniej znany powieści Londona, pisać i pisać. Kiedyś zachwycał. Mnie też. Dziś przeczytałam i westchnęłam. „Bellew Zawierucha” chyba nie wytrzymał próby czasu. To, co kiedyś stanowiło o sile tej prozy, dziś jest okazem muzealnym. Można go oglądać, ba, nawet podziwiać, ale emocji już nie wywołuje. Akcja wydaje się zbyt powolna, opisy zbyt szczegółowe, a bohaterowie – archaiczni. Jednak tak jak każda książka z dawnych lat, ta też powinna mieć swoje stałe miejsce w historii literatury. Kiedy powstawała, była bowiem powieścią współczesną. A te zawsze mają w sobie wartość historyczną. Potraktujmy zatem ten utwór Londona jak element historii. Przeczytajcie dzieci, tak kiedyś było na Dalekiej Północy…

❤️
4
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Bez cienia | gl 1

Bez cienia

Bez cienia

Z prozą amerykańską mi nie po drodze. Hemingwaya kocham i na tym koniec. Nie rozumiem, nie kumam amerykańskiego stylu życia. A tym samym nie dociera do mnie tamtejsza proza. W przeciwieństwie do kinematografii. Tak już mam. Zatem do książki „Głos naszego cienia” Jonathana Carrolla podeszłam z rezerwą. Przeczytałam ją. Potem o niej poczytałam. I jak to się często zdarza, jestem w opozycji do większości czytelników.
Najtrafniejszą opinią był zapis, iż proza amerykańskiego pisarza, zamieszkałego w Wiedniu, jest pomieszaniem gatunków. Z tym się zgadzam. Poszukując odpowiedniej formy do wyrażania treści, pisarze wybierają, mieszają, kombinują. Różne utwory z tego powstają. Czy udane, czy nie – rzecz gustu. Czy u Carrolla rzeczywistość miesza się z magią, fantasy i światem drugim, jak twierdzą krytycy? Tu miałabym wątpliwości.
Opinie o książce czytam zawsze po jej przeczytaniu, kiedy mam już jako takie własne zdanie. Magii i fantasy w omawianej książce nie znalazłam. Znalazłam natomiast dość głęboką charakterystykę psychologiczną głównego bohatera. I dla mnie jest to powieść psychologiczna.
Najpierw dzieciństwo, które nas kształtuje. Jego też ukształtowało. Zwłaszcza wielka trauma z powodu śmierci. Czy przyłożył do niej rękę? Czy pomógł mrocznemu kosiarzowi w unicestwieniu życia? Na to pytanie bohater próbuje odpowiedzieć sobie przez całe swoje życie. Jak to bywa, nie uzyskuje jednoznacznej odpowiedzi. Mota się więc między faktami. A te też są różne.
Potem spotyka ludzi, ciekawych ludzi. Nie, nie są z pogranicza światów. Są po prostu ekscentryczni. Przyjmują go do swego świata, bo on też nie jest taki jak wszyscy. Tworzą udaną trójkę. Potem ponownie przychodzi śmierć. Czy to coś dziwnego? Umieranie jest częścią życia – jak powiedziała mama Forresta Gumpa. A pojawiające się po niej zjawy? Czyż widok naszych zmarłych nie odbywa się przede wszystkim „przed oczami duszy mojej” (tym razem Szekspir).
Według mnie mamy w utworze Carrolla typowe zjawiska psychiczne, psychologiczne, które są obecne w życiu każdego człowieka. Nie dorabiajmy zatem ideologii Hogwartu do spraw czysto ziemskich. Głosy z zaświatów często słyszymy.
Ogólnie książka do gustu mi nie przypadła, chociaż nie można odmówić jej wartości powiedzmy, moralnych. Chwilami pogodna. Chwilami trudna. Bohater czasami niezrozumiały. A czasami aż za prosty w swym działaniu. Na tylnej okładce oczywiście krótka recenzja. Mowa w niej o śmieszności. Nie znalazłam niczego, co byłoby humorystyczne. Mowa o seksie. Wiadomo, tak gdzie ludzie, tam seks. Oczywistość od początku świata. Czułość i smutek….tak, nie zaprzeczam, jest.
Ogólnie rzecz biorąc, taka jak większość prozy amerykańskiej, ta nie przypadła mi do gustu. Co oczywiście nie oznacza, że jest zła. I tyle na dziś.

❤️
2
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
O problemie z książką... | szpie 0

O problemie z książką…

O problemie z książką…

Dziś będzie bardziej o problemie z książkami niż o samej książce. Wszystko zaczyna się w momencie, kiedy utwór literacki traci swą tzw. aktualność lub jest niezgodny z obowiązującymi zasadami powszechnego użytku, lub jego autor staje się persona non grata. Będzie o tym ostatnim.
Jeśli przestępca siedzi w więzieniu, pisze pamiętniki, udziela wywiadów przerabianych następnie na książki przez autorów – widmo, wszystko jest w porządku. Jeśli natomiast odnosi sukcesy, a potem trafia za kraty, a ma to związek z jego twórczością, to już są wątpliwości. Zwłaszcza jeśli wszystko zaplatane jest politycznie, ustrojowo i światopoglądowo.
Taki właśnie jest problem z Aleksandrem Omiljanowiczem. Właśnie przeczytałam jego „Szpiegowski nokturn” , wydanie z roku 1985 w nakładzie 40 000 tysięcy egzemplarzy. Jako mieszkanka Podlasia, znam doskonale historię popularności pisarza. Uchodził za wzór. Pisał o miejscach, w których żyliśmy. Uczęszczał na spotkania z młodzieżą i opowiadał o historii terenów przy przedwojennej granicy Polski. Jego powieści rozchodziły się jak ciepłe bułeczki. I nagle trach. Zmiana ustroju. Zmiana polityczna. Przełom lat 80/90. Ci, co do tej pory byli cacy, teraz są źli. Zły okazuje się Omiljanowicz. (jeśli jesteście zainteresowani, poczytajcie o nim). Czy zatem należy również negować je twórczość? Problem w tym, że jest to twórczość w pewnym stopniu uwarunkowana nie tylko historycznie, ale również politycznie.
Przeczytany przeze mnie tekst to trzy opowiadania dotyczące czasów przedwojennych i lat walki na dawnym pograniczu. Nie są złe. Warsztat pisarski solidny. Autor pisze: ” Przedstawionym wydarzeniom starałem się nadać formę opowieści sensacyjnej, by kronikarskim zapisem nie nużyć czytelnika”. Wszystko robi więc świadomie. Jak na literaturę przystało, nadaje faktom charakter epicki. Czyni to sprawnie. Tekst czyta się z zainteresowaniem. Przypomina mi kieszonkowe „tygrysy”, które czytali nawet ci, co innych książek nie czytali. Wspominając legendarne książeczki, zawsze widzę mego ojca w … toalecie. Jedyne miejsce, gdzie można było spokojnie poczytać, żeby dzieci nie przeszkadzały….
Treść opowiadań Omiljanowicza, zwłaszcza dwóch pierwszych, też przykuwa uwagę. Jakie ma źródła historyczne? Nie sprawdzałam. Kiedyś czytałam sporo o działalności szpiegowskiej przed drugą wojną na terenie Górnego Śląska. Było podobnie. Oczywiście zarówno „tygrysy” jak i inne opowieści tego typu, nie mogą być źródłem historycznym. Tak samo jak Sienkiewicz. Trzeci tekst jest już rzeczywiście polityczny, nasycony światopoglądem lat PRL-u. Ale ilu wybitnych poetów i pisarzy pisało „pod publiczkę”? Czy dzisiaj nie mamy tekstów na zamówienie, takich na przykład sponsorów?
Problemu nie rozwiązałam. I nie rozwiążę, bo zawsze takowy z literaturą będzie. Czy należy czytać Omiljanowicza, czy nie? – sami na to sobie odpowiedzcie.

❤️
0
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
W angielskim stylu | tam 0

W angielskim stylu

W angielskim stylu

Jeśli biorę się za książkę z głębokiego PRL-u, oznaczoną „kluczykiem”, wiem, że będzie nieźle. Seria kryminalna z 70/80 cieszyła się ogromną popularnością i praktycznie nigdy czytelnika nie zawiodła. Raz sprawa była ciekawa, raz mniej, ale określony poziom kieszonkowe wydania trzymały. Tym razem była trochę gorsza. Powieść Josephine Tey, czyli szkockiej pisarki Elizabeth Mackintosh „Tam piaski śpiewają”, wydana w 1977 roku w nakładzie 100 000 (słownie – sto tysięcy) egzemplarzy do specjalnie pociągających nie należy, co nie oznacza, że trzeba ją skreślać z listu oczekujących na przeczytanie.
Bohaterem jest inspektor Scotland Yardu Alan Grant, który musi odpocząć, wypocząć i odetchnąć od pracy z przestępcami. Wyrusza więc pociągiem do Szkocji, by łowić ryby. Nie jestem facetem, ale wiem, że oni tak mają. Mocząc przysłowiowego kija w wodzie, odpoczywają. Już u kresu podróży wraz z konduktorem wagonu sypialnego i innymi podróżnymi, odkrywa, iż jeden z pasażerów nie żyje. Wszyscy fachowcy wokół potwierdzają śmierć z powodów naturalnych. Słowem żadnego przestępstwa nie ma. Ale oczywiście nasz policjant i seria z „kluczykiem” oznacza, że wszyscy są w błędzie, bo coś w tym wszystkim nie pasuje.
W ten oto sposób wkraczamy na drogę śledztwa prowadzonego przez glinę na urlopie. Zanim jednak cokolwiek w tej materii zacznie się dziać, musimy przebrnąć przez nudny dla mnie opis Szkocji, ludzi, zajęć, problemów i wędkowania, które oczywiście każdą kobietę nudzi, a tą nadal jestem. Opis ten zajmuje połowę, a nawet więcej książki w wydaniu kieszonkowym, liczącej 234 strony drobną czcionką. Oczywiście taka kompozycja utworu pozwala poznać ową Szkocję i ludzi tam mieszkających. Jeśli zamiarem autorki było zmuszenie czytelnika do owego poznania, to jej się udało. Pierwsza połowa XX wieku przedstawiona. Miłośnik kryminałów będzie czytał uważnie, gdyż ma nadzieję, że zaraz, za momencik, za kilka stron dowie czegoś więcej o morderstwie, wszak na pewno do takowego w pociągu doszło.
Oczywiście też przebrnęłam przez część opisowo – wprowadzającą i doczekałam wreszcie wątku kryminalnego, który oczywiście został rozwiązany. Rewelacji żadnych nie było, wszystko tradycyjnie. Najważniejsze, że został rozwiązany, bo brnąc przez perypetie z wręczaniem kwiatów i knowań rewolucyjnych Małego Archiego, myślałam, że nie doczekam.
Cóż, takie „kryminały” też być muszą. Powstawały dawno temu („Tam piaski…” w 1952 roku) i dzisiaj trącą przysłowiową „myszką” . Nadal jednak są cenne ze względu na sposób budowania akcji, a przede wszystkim na charakterystykę głównego bohatera, samotnego detektywa, który rozwiązuje zagadkę za pomocą własnego intelektu. W czasach, kiedy morderców odkrywają profilerzy i analitycy z laboratorium, warto czasem pokłonić się przed siła ludzkiego rozumu.

❤️
1
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Krwawo | goraczka 0

Krwawo

Zapowiedź na tylnej okładce – zachęcająca. Da mnie oczywiście. Będzie coś kryminalnego. Na dworze upał. W domu cicha klimatyzacja. Nic, tylko siedzieć i czytać. Mrocznie może być, bo póki prądu nie wyłączą, jest wszystko spoko i w porzo. Zatem do czytania.
„Gorączka i krew” Sire Cedric zapowiadała się zatem ciekawie. Jak na rozrywkę w upalny dzień. Miała być thrillerem, fantasy i powieścią w stylu gotyckim. I o dziwo, mimo iż rewelacyjna nie jest, te założenia spełniła.
Wszystko zaczyna się kryminalnie. Są makabryczne morderstwa, jest ucieczka z miejsca zbrodni, jest policja w postaci jego i jej. Ona ma skomplikowany życiorys, on też do łagodnych nie należy. Rozpoczyna się śledztwo. Schemat tradycyjny, ale to też bywa zapowiedzią dobrego dalszego ciągu. I rzeczywiście następuje. Na czterystu stronach mamy rozwiązanie zagadki. Jeśli nawet nie całej, to gust czytelnika w trakcie lania się spiekoty z nieba, zaspakaja.
A co jest pomiędzy? Niektórzy twierdzą, że pomieszanie z poplątaniem. Inni – całkiem zgrabna intryga. W każdym razie mnie najbardziej zainteresowało pojęcie, że powieść nawiązuje do tradycji gotyckich. A tu jak wiadomo, czarne duchy, czarna magia, czarne msze. Wszystko na czarno. Sceneria też czarna. Niekoniecznie mowa o kolorze. Bo stara stodoła też może być czarna, jeśli rządzi w niej czarny charakter. Czy przypomina czarne gotyckie zamki, w których rządził nie mniej czarny książę lub hrabia? Teraz zamków nie ma, ale stodoły owszem są. Jeśli zatem akcja dzieje się w czasach zwanych współczesnymi, stodoła funkcję zamku pełnić może.
Teraz zajmijmy się elementami fantasy. Też są. Ale o dziwo, te mają zawiązek ze światem duchów i to białych, czyli pozytywnych. Taki jeden pojawia się i pomaga. Nie, nie w sensie fizycznym. Wspiera jak na ducha przystało – duchowo.
Cóż, jeszcze w powieści mamy… Postacie ze świata realnego. Policjanci dobrzy i tacy trochę niedobrzy w znaczeniu, przepraszam za określenie, idioci, co to nie kumają, nie rozumieją i ślepo wykonują polecenia zwane rozkazami. To stały element powieści kryminalnej, kiedyś zwanej u nas – milicyjną.
Czas na podsumowanie. „Gorączka i krew” to mieszanina wszystkiego i wszystkich. Próba przeniesienia gotyckiego strachu w nasze czasy. Pomieszanie horroru z thirllerem, rzeczywistości z magią, realizmu z fantastyką. Pomysł na powieść bardzo dobry. Realizacja – w normie, chociaż nie podrywa z fotela. Może właśnie dlatego, że wszystkiego jest za dużo. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów przerzucałam szybko kartki do końca utworu. Ale nie świadczyło to o owym słynnym „wciągnięciu” przez treść. Po prostu czułam przesyt ilością elementów. Ciekawiło mnie głównie, czy ludzie przeżyją i nie trafi ich przysłowiowy sz….
Mimo to powieść polecam jako lekturę rozrywkową. Zwłaszcza na upalne dni. Nie trzeba przy niej wiele myśleć.

❤️
1
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Najlepiej żywokostem.... | aptekarka 0

Najlepiej żywokostem….

Najlepiej żywokostem

Koleżanka podrzuciła mi cztery książki, które okazały się być jedną w czterech częściach. Podrzucając, minę miała nietęgą. Oznaczało to, że ma kłopoty z oceną owej częściowej powieści, a ja mam albo je rozwiać, albo potwierdzić. Jak zwykle w takich okolicznościach, postanowiłam przeczytać, choćbym miała przy czytaniu usypiać. Odłożyłam pierwszą część do kolejki, pozostałe na razie na bok.
Pozycja literacka przesuwała się do przodu, aż wreszcie dotarła do celu czyli moich rąk. „Saga rodu Tyszowskich” część pierwsza „Aptekarka”, autorka Magda Skubisz. Najpierw poczytałam co na okładce z przodu i tyłu. Zabrzmiało feministycznie, bo ma to być opowieść o silnej kobiecie. Potem, że będzie o zielarstwie, czemu nie, zioła rzecz dobra, ale kiedy wyczytałam, że to błyskotliwy romans już mnie trochę zniechęciło. Do romansów generalnie nic nie mam, ale to nie moja bajka i unikam ich jak diabeł święconej wody. Potem na tylnej okładce była charakterystyka bohaterów, w tym owej dziewczyny, co to „odebrała wyprzedzające epokę feministyczne wychowanie”. Ba, nawet emancypacyjne! Zaraz, zaraz, to drugie było pierwsze. Wszak niejaki Prus coś tam o emancypantkach napisał. A tu mamy rok 1854, czyli całe czterdzieści lat przed powieścią i trochę więcej przed przyznaniem kobietom praw wyborczych w co niektórych krajach.
W każdym razie bohaterka była prekursorką zarówno jednego jak i drugiego zjawiska. Była aptekarką, co nie oznacza, że pracowała w aptece. Mówić językiem bardziej współczesnym była po prostu zielarką, znachorką, babką, szamanką, czyli leczyła ludzi metodami naturalnymi. Jak każda tego typu osoba leczyła dobrze, o czym później powieść napisał Dołęga – Mostowicz zmieniając jedynie rodzaj żeński na męski. Nasz aptekarka zbierała zioła, robiła w moździerzu lecznicze maści i inne medykamenty. Była tak zajęta swoim rzemiosłem, że nie miała czasu się wymyć i zawsze była brudna.
Powieść skupia się na żywokoście, zwłaszcza na jego korzeniu. Katja, bo tak ma na imię aptekarka, wykopuje korzeń i leczy nim pana ze dworu. Akurat w trakcie czytania, dorwał mnie ból kolana. A może spróbować? Poszłam do sklepu zielarskiego na moim osiedlu i zapytałam o ten korzeń. Oczywiście! Katja miała rację! Na szczęście nie musiałam szukać korzeni, bo w sklepie był już gotowy olej żywokostowy.
I to był największy pożytek z lektury przyniesionej przez koleżankę. Reszta właściwie po mnie spłynęła. Nie odnalazłam owych elementów empancypacyjno – feministycznych, o romansie nie wspominając. Ale spoko, w porzo, to dopiero pierwsza część, pewnie będzie to w następnych. Treść przeciętny dawny gimnazjalista streściłby na dwóch, góra trzech stronach zeszytu w jedną linię. Dlatego też utwór liczący trzysta stron, drukowany dość dużą czcionką, przeczytałam szybko, ale beznamiętnie.
Szok przyszedł potem, kiedy w sieci znalazłam opinie o „Aptekarce”… większość pozytywna… Czyżby ze mną coś było nie tak?

❤️
1
👍
0
⭐
0
💡
1
❗
0
📖
0
– 1 – 15 – 16 – 17 – 18 – 19 – 20 – 21 – 22 –