Kategoria: wiersze wolne

Déjà vu – gładkość przymiotu słowa | LISC 1

Déjà vu – gładkość przymiotu słowa

języku — jak własny

Na palcach mury — budowane słowem,
przepaść wznoszona czynem. Pod powiekami cegły szeptają;
każdy blok ma w sobie sylabę, każdy kamień — nazwę, która
na brzegu języka trzyma zapomniany smak. Budowniczy
rzeźbi spokój dłonią, która zna alfabet ciszy;
piasek między palcami staje się przecinkiem,
a zapomniane okno — wielokropkiem, przez który
przecieka światło i niepewność.

Tam gdzie ogród — tam życie.
Ogród nie jest tylko miejscem; to archiwum zapachów.
Korzenie noszą pamięć pierwszych rozmów, ziemia
ma usta, które odmawiają kłamstwa. Rośliny uczą się zdań,
liście układają alfabet dnia, a noc zrzuca kurtkę
i wchodzi z bukietem znaków: świetliki — kropki,
węże bluszczu — kreski, a chwasty — te niewypowiedziane
metryki samotności. Ogród jest biblioteką — i ciałem,
gdzie każda roślina śpiewa inne słowo, a wszystkie razem
tworzą hymn do ręki, która je zbiera.

My­lone często,
sprowadzane do r o l i
p a s t w i s k a —
słowa, które stają się paszą albo pułapką.
Wywołane z półszeptu, polerowane odruchami,
obrabiane w fabrykach zwykłych znaczeń, wracają z osadem.
Czasem są to po prostu nazwy pól uprawnych —
obsiane zdaniami, żniwa złożone z imion. Innym razem
stają się pętlą: kształt, w którym utknął głos, powtarzający
się jak echo w studni. Rola? Pastwisko? Słowa przekładane
jak siano między palcami, ocierają się o rany pamięci.

Jeżeli teraz zaśniesz,
ktoś napisze historię za ciebie
której nie chcesz —
tu zaczyna się praca drugiej ręki: autor niewidoczny
rozkłada na stole twoje godziny, zmiata kurtynę z twoich snów,
składa zdania z resztek oddechów. Jego pióro jest zimne,
a w atramencie mieszają się obietnice i pomyłki.
Pisze wersy o twoim milczeniu, rozdaje twoje imiona
na targu cudzych spojrzeń. Ale nawet wtedy, kiedy
tekst rośnie w cieniu, coś się dzieje w świetle: Bóg
przechadza się po marginesach, poprawia akcenty,
przymierza litery jak ubrania na manekinie duszy.

Jego ingerencja — nie inwazja, lecz opieka z zadziorem.
Nie zawsze łagodna: czasem jak chirurg, który tnie, żeby
uratować, innym razem jak złodziej, który wyciąga
to, czego nie chcesz nosić. Wsuwa palec w pęknięcie świata
i zaszywa je nicią imion. Jeśli ktoś pisze cię bez zgody,
Bóg staje przy maszynie i zszywa drugą warstwę — twoją.
Jego modlitwa to śrubokręt, jego westchnienie — młotek.
Surrealne znaki—na niebie pojawiają się okna,
któraś z liter rośnie w drzewo, a dzień zwija się jak papierowy statek.
Czasem anioły przychodzą z łopatą i przesadzają wspomnienia,
inne razy rozkładają parasole nad zdaniami, żeby deszcz
nie rozmył kształtu słowa.

Nocą mury nie zasypiają. Stają się mostami i labiryntami,
schody złożone z wersów, których kroki zostawiają nuty.
Chodzisz po nich boso; pod stopami słychać mowę kamieni,
a ich echolokacja układa historie, które rozchodzą się
jak pęknięcia szkła. Twoje dłonie są mapą: bruzdy,
blizny, skóra — wszystko zapisane, jak rękopis dotyku.
Słowo dotyka innego słowa jak rana, a w tarciu
pojawia się gładkość — przymiot, który wyrasta z bólu
i czułości jednocześnie. Gładkość nie jest gładką powierzchnią:
to polerowanie, które zostawia refleksy, drobne rysy,
światła, które coś ukrywa, żeby później odsłonić.

Ktoś może pisać twoją opowieść z zewnątrz —
pisze atramentem cienia, dorzuca sceny, których nie pamiętasz.
Ale w ogrodzie zakwitają zioła prawdy; w korzeniach
chowa się twoje własne pismo, zapach, który nie da się podrobić.
Jeśli zanurzysz dłoń w ziemi, natrafisz na rękopis twojego imienia —
wyrwany kartelusz, który tli się jeszcze w palcach. Możesz go otworzyć,
przewinąć, dopisać akcenty. Bóg podlewa wersy swą ciszą,
skleja końce zdań, dopasowuje zdrobnienia. Jego ingerencja
to splot opatrunków i świateł: lapidarny, surowy, oddający
coś pierwotnego — być może bezradnego, być może zbawczego.

Surrealne akcenty wkradają się jak pospieszne liście:
na niebie pojawiają się klawisze fortepianu, z których
spadają nuty jak krople rosący alfabet; księżyc zakłada
twoje słowa jak płaszcz i chodzi po mieście, zostawiając
ślady w błocie. Ręce ludzi stają się łyżkami; kawiarnie
serwują rozpacz w filiżankach ozdobionych literami.
Czasem ściany otwierają się na sceny odwrócone: domy
rosną do góry korzeniami, a dachy stają się jeziorami,
w których pływają zdania, które nigdy nie zostały wypowiedziane.

Nie bój się zasnąć. Nawet gdy ktoś kreśli za ciebie,
w każdym zdaniu zostaje mała luka, jak ziarno.
Możesz je odnaleźć palcem, rozchylić kartki świata
i zasadzić tam własne imię. Słowo wtedy rośnie gładko:
przymiot jego — twoje. A kiedy obudzisz się, znajdziesz
w kieszeni fragment wiersza, który napisałeś w trzech oddechach,
z tym samym skreśleniem, które zostawiłeś kiedyś na szkolnym zeszycie —
dowód, że nawet w obcego pióra cieniu twoje litery
potrafią r o z k w i t n ą ć.

———————————————-
widziałem na ……..

❤️
8
👍
0
⭐
0
💡
3
❗
2
📖
2
Gładkość przymiotu słowa — NOC | LISC01 0

Gładkość przymiotu słowa — NOC

JĘZYKU — jak własny, ale obcy

Na palcach mury: zbudowane słowem, wznoszone czynem.
Przepaść pod nimi oddycha; cegły piją twoje sny.
Tam gdzie ogród — tam życie, lecz ogród też gnije:
korzenie wysysają pamięć, liście zakrywają imiona.
Słowa mylone, sprowadzone do r o l i p a s t w i s k a —
paszołowate, zaorane, podbite; zostają skórą
na resztkach prawdy.

Jeżeli teraz zaśniesz,
ktoś napisze historię za ciebie
której nie chcesz —
pióro jak nóż; litery jak rany. Autor bez twarzy
szyje cię z obcych opowieści. Bóg? Staje w kącie,
nie pociesza, lecz obserwuje; czasem ingeruje brutalnie:
wycina fragment, żeby zapobiec rozpadowi, zasysa
to, co zbyt ostre. Jego opieka ma smak żelaza.
Surrealne znaki — nie poświata, lecz znaki ostrzegawcze:
na niebie pojawiają się zegary z klapami ust,
a cienie odgryzają słowa.

Mosty z murów stają się pułapkami. Chodzisz po nich
boso, a pod stopami pękają wersy; dłonie mapują rany.
Słowo tu nie gładzi, lecz tnie; gładkość przymiotu
rodzi się z tarcia i krwi. Jeśli ktoś pisze twoją opowieść,
znajdź w ogrodzie ziarnko — niech wykiełkuje twoje imię.
Gdy się obudzisz, może już być za późno, więc ucz się
szyć swoje brzegi samemu.

***************************

Gładkość przymiotu słowa — ECHO
W murze — okno; w oknie — echo; w echu — list, którego nie wysłałeś.

Na palcach wznoszę mury z nagich liter,
każdy kamień szepta imię, którego nie chcę.
Gdzie ogród, tam życie; w ziemi listów ślad,
korzenie chowają zdania jak złe dzieje.

Słowa mylone, spuszczone na pastwiska,
przez pług i język zmiękczone, zdeptane, liche.
Jeśli teraz zaśniesz — ktoś pisze twoją księgę,
atramentem cienia spisuje twoje imię.

Bóg nad marginesem wszywa twoje rany,
jego palec prostuje krzywe liter szyję.
Surrealne niebo rozsypuje klawisze z gwiazd,
a twoje słowa rosną jak liście od grzechu do uśmiechu.

Nie pozwól, by ktoś całkiem napisał cię sam —
weź igłę, przyszyj własne imię do kart.

——————————————————
……… na spacerze

❤️
8
👍
0
⭐
0
💡
2
❗
2
📖
2
Déjà vu – spojrzenie | niemy 5

Déjà vu – spojrzenie

głodnych kamieni
nie ucz latać;
uczą ciężaru myśli,
liczą twardość wiersza,
noszą w sobie ciszę o kilku barwach.

kamienie w locie
próbują
naśladować anioły:
wkładają do kieszeni maleńkie księżyce,
rysują podniebne mapy paznokciami,
ściągają oddechy ze skrzydeł i trzymają je jak ryby w dłoni,
ćwiczą pochylenia — echami biją dzwony bez uderzeń.

anioły w locie
próbują
złapać oddech;
ciągną po stopach miasta, by poczuć smak bruku,
wciągają zapach zapomnianych nabożeństw,
odkładają skrzydła na skraju nieba, gdzie skrzypią jak stare łódki;
czasem któryś kichnie i spada drobny obraz świata.

Bóg stoi z boku — stary ogrodnik z dłonią pełną znaków:
posyła anioły z listami na językach,
pisze znaki na krawędziach chmur,
przestawia gwiazdy, żeby ktoś mógł spojrzeć;
pozwala kamieniom mieć nadzieję; jego dłoń jest ciężka i miękka zarazem.

kamienie i anioły
spotykają się na pograniczu dni:
tam, gdzie tory śpiewają pod stopami,
a domy mają klatki dla dźwięków.
kamień pyta anioła o smak światła;
anioł odpowiada: zna smak domów, które zapomniały okna.
razem liczą nieistniejące imiona,
odrzucają porządek na rzecz jednej, nieśmiałej melodii.

z chmur wypadają listy bez adresata;
kamienie łapią je na brzuchy,
anioły otwierają je jak pudełka z piórami.
z każdej koperty wychodzi echo — twoje i m i ę,
inaczej odmienione, a jednak rozpoznawalne.
tam, gdzie jest echo, kamień zapamiętuje oddech,
anioł rysuje kręgi na powietrzu, by utrzymać pamięć.

raz jeszcze,
bez ceremonii,
kamień uczy anioła przewracać się powoli,
anioł uczy kamień oddychać cieniem;
uczą się równoległego dotyku:
kamień dotyka nieba, anioł ziemi,
lecz tylko anioł wie, że dotyk boli i uzdrawia jednocześnie.

by powiedzieć
k o c h a m —
słowo układa się jak most z porcelany,
drży, delikatne i to wystarczy;
przechodzi przez morze jak ptak uwolniony z klatki,
zostawia na języku ślad soli i pyłu,
rozświetla wnętrze jak latarnia w mroku.

Bóg obserwuje — uśmiecha się cicho, zna zakończenia;
stuka palcem w ziemię, aż rośnie trawa z liter,
zbiera rozrzucone słowa i układa je w nowe modlitwy.
ani jeden anioł nie wraca taki sam; niektóre przynoszą kawałki kamienia,
inne — zapach porzuconych domów.

rytuał:
kamień wyciąga z siebie gwóźdź i sadzi go w dłoni,
anioł obraca język w zegar, uczy punktualności ciszy,
Bóg podlewa świat drobnymi znakami — promieniem, odruchem, westchnieniem.
miłość staje się alfabetem wypisanym na skórze świata.

gdy nauki kończą się,
kamień zakłada okulary z nocnych rzek,
anioł chowa w kieszeni grudki światła,
i odchodzą razem po schodach, które wiodą w dół do nieba,
po schodach pamiętających imiona dni.

k o c h a m — brzmi raz jeszcze,
jak echo z dwóch stron jednocześnie;
po nim cisza miękka jak zwinięte pióro,
kamienie i anioły uczą się grać w pamięć,
aż pamięć staje się mostem,
a most — oddechem,
a oddech — błękitem, który wystarcza.

—————————–
widziałem na spacerze…

❤️
8
👍
1
⭐
0
💡
1
❗
2
📖
2
8

Déjà vu – nad głową

puka s m u t e k, prosi o wodę, o ciszę.
w oczach — piasek: drobiny dróg, zaginione godziny,
miniaturowe oceany, mapy miast skurczone do ziarnka.

mówi cicho; oblicze mówi jak odwrócony zegar.
mówi: samotny lot bez Boga — to błąd;
gdy Bóg odwraca wzrok, skrzydła tracą melodię,
spadochron staje się liściem, lądowanie nie ma miękkiego końca.
nad chmurami żarzą się kamienie — iskry z odzyskanych snów,
błyszczą, ale nie grzeją; są puste jak obietnice.

przyszedł z kieszeniami piasku, zapukał w szybę jak stary znajomy;
wypił wodę z moich dłoni; w dnie szklanki zakwitł ogród.
jego głos był cieniem; twarz — mapa nieobecności;
między słowami zegary zaczęły płakać konfetti.

jedna łza — brylant: połysk błękitu i czerwieni.
ma w sobie miniaturowe miasto, latarnie świecą w dół;
z wnętrza wydobywa się oddech starego radia.
toczy się, potyka o rzęsę, zastygła w kąciku oka;
z jej środka wyskakuje ptak, który zapomniał jak lecieć,
siada na krawędzi ciszy i zaczyna opowiadać.

umarł na rękach — od przytulenia cicho ustał;
jego serce zamarło jak zegar przestający tykać.
w jej oknie — w oczach — został pusty blask, echo bez głosu;
listy bez adresu unoszą się w powietrzu jak papierowe mgły.
nad głową zawisła latarnia, która świeci tylko dla tych, którzy nie patrzą.

szedłem dalej po chodniku; miałem w kieszeni kamyk od smutku —
na nim napis: “niebo przyjdzie później”.
widziałem to na spacerze; zwykły świat zmienił się na zawsze.

❤️
9
👍
0
⭐
0
💡
1
❗
2
📖
2
Wiek rozumu czy filozofów — Oświecenie | stopnie1 1

Wiek rozumu czy filozofów — Oświecenie

Déjà vu – optyka / Surowszy / Dla tych, którzy przestali udawać.

światłe oczy cudów Boga
nie proszą — rozkazują

jak zmyć cienie w sercu
bez ucieczki w tanie wzruszenia
stań w prawdzie — bez upiększeń
przyjmij twarz, która zostaje po odcięciu maski

ujarzmić wagę słów — każda sylaba ma ciężar; każda cisza waży więcej
pragnienie rwie się na krawędzi: tam, gdzie decyzja przecina lęk
iluzje miłości i prawdy odpadają jak zardzewiałe płaty

i gdy wreszcie płacz rozedrze gardło,
to nie z słabości — lecz z rozrachunku:
płaczesz — bo zbyt długo ślizgałeś się przez życie

*********************
Déjà vu – optyka / Liryczny / Dla tych, którzy trzymają światło przy sobie.

światłe oczy cudów Boga
oczekują czułych dotknięć

jak zmyć cienie, co drzemią w sercu,
nie przez ucieczkę w miękkie sny uczuć,
lecz przez nagie stanięcie w prawdzie,
by poznać kontur własnego imienia

ujarzmić wagę słów — niech brzmią jak kamienie rzucone na wodę;
fala po fali kształtuje dno życia; cisza nabiera masy znaczeń
pragnienie drży na krawędzi — tam, gdzie powietrze jest cieniem odwagi
iluzje miłości i prawdy splatają się, by rozplątać się w świetle

słony smak pamięci na języku — i gdy w końcu łzy spłyną,
nie z bezsilności, lecz z oczyszczenia:
płaczesz, bo zbyt długo ślizgałeś się po powierzchni istnienia

**********************
Déjà vu – optyka / Filozoficzny / Dla myślących, którzy nie boją się łez.

światłe oczy cudów Boga
zadają pytanie, które oczekuje dotyku

jak usunąć wszystkie cienie z serca?
czy prawda żąda odrzucenia emocji, czy ich reintegracji?
stań w prawdzie — nie jako teza, lecz jako doświadczenie

ujarzmić wagę słów — każde pojęcie ma masę; każde wyrażenie przesuwa równowagę poznania
pragnienie na krawędzi — granica między epistemą a afektem, gdzie decyzja konstytuuje podmiot
iluzje miłości i prawdy poddane są krytyce rozumu — echo Kantowskiego pytania o granice rozumu

i kiedy w końcu łzy popłyną,
to nie znak słabości, lecz moment epistemicznego przebudzenia:
płaczesz, bo zbyt długo pozwalałeś sobie błyskać po cienkiej skórze bytu

———————————
spacery… jednak wyczerpują
/szkic w komentarzu/

❤️
6
👍
0
⭐
0
💡
3
❗
2
📖
3
zakorzenione kamienie | blind03 2

zakorzenione kamienie

Déjà vu – optyka / wariant C — subtelny

Zakorzenione kamienie — milczące ciężary pamięci.
Mówią o braku skrzydeł, kiedyś skrzętnie połamanych;
o usuniętych aksamitnych sercach — pamięć ich jedynym zapachem.
Wypatrują motyli w nieruchomej pozie, jak kto wypatruje świateł w oknach.
By wyrosły im słoneczne trawy — obrazy zaszyte w starych snach,
pachnące polnym kwiatem; zapisane w starych dłoniach.
Rozpamiętują pocałunek róży — suchą perłę radości pozostawioną.
Przepadły, nie wiadomo dokąd; zostawiły tylko ślad światła.
Mówią o słowach, o chwilach niewinności, o jabłku w raju;
o ptasiej elegii — cieniu melodii, co nie chce odejść.
Mają psa lub kota, ciszę czarnych motyli i grę sepiowych cieni;
i tyle jeszcze w sercu, by wyśnić w i e c z n o ś ć.
Widziałem na spacerze — to zostało we mnie; ciche.

****************************************

Déjà vu – optyka / wariant B — rytmiczny

zakorzenione dłonie — dłonie jak sęki drzew.
Mówią: brak skrzydeł — echo odpowiada: brak skrzydeł.
Kiedyś skrzętnie połamanych; kiedyś starannie schowanych.
Usuniętych aksamitnych serc — aksamitnych od kurzu dawnych dni.
Wypatrują motyli, wypatrują światła — wypatrują powrotu.
By wyrosły słoneczne trawy; pachniało polem, pachniało latem,
pachnące polnym kwiatem — pachniało jutrem, co nie nadeszło.
Rozpamiętują pocałunek róży; perły radości rozsypane.
Perły rozsypane, nie wiadomo dokąd — wirują bez celu.
Mówią o słowach; mówią o chwilach niewinności, o jabłku w raju.
O ptasiej elegii — o śpiewie, który zamarł między drzewami.
Mają psa lub kota, mają ciszę czarnych motyli, mają grę cieni;
wspomnienia w sepii. I… tyle jeszcze w sercu, by wyśnić w i e c z n o ś ć.
Widziałem na spacerze: powtarzające się straty.

************************************

Déjà vu – optyka / wariant A — dosadny

zakorzenione kamienie — skały, co nie znają przebudzenia.
Mówią: skrzydła połamane, łamane bez żalu.
Usunięte aksamitne serca — odcięte i rzucone na brzeg.
Wypatrują motyli, stojąc jak słupy soli; bez ruchu, bez nadziei.
Oczekują, aż wyrosną im słoneczne trawy — podróbki życia,
pachnące polnym kwiatem; z pamięci, nie z zapachu.
Rozpamiętują pocałunek róży; perły radości rozsypane.
Leżą gdzieś, nie wiadomo dokąd — porzucone przez pamięć.
Mówią o słowach, mówią o chwilach niewinności;
o jabłku w raju, o ptasiej elegii — słowa kruche jak skorupki.
Mają psa lub kota, ciszę czarnych motyli, grę cieni —
wspomnienia w sepii. I… tyle jeszcze w sercu, by wyśnić w i e c z n o ś ć.
Widziałem na spacerze: udawane tęsknoty; kamienie, które nie chcą iść.

————————————————
Napisałem ten wiersz po jednym z takich spacerów — gdy widziałem ludzi trzymających w sobie ciężar wspomnień.
To zapis drobnych scen: codzienności i utraty, pocałunków, uśmiechów, łez, psów, kotów… sepiowych cieni — i tego, co nie chce już polecieć.

❤️
9
👍
0
⭐
1
💡
1
❗
2
📖
2
zakorzenione kamienie | blind06 1 2

zakorzenione kamienie

mówią o braku skrzydeł
kiedyś skrzętnie połamanych
usuniętych aksamitnych sercach

wypatrują motyli
w nieruchomej pozie oczekując
by wyrosły im słoneczne trawy
pachnące polnym kwiatem

rozpamiętują
pocałunek róży
rozsypane perły radości
nie wiadomo dokąd

mówią o słowach…
chwilach niewinności
o jabłku w raju
ptasiej elegii

mają psa lub kota
ciszę czarnych motyli
grę cieni – wspomnienia w sepii
i…
tyle jeszcze w sercu by wyśnić
w i e c z n o ś ć

—————————
widziałem na spacerze

❤️
8
👍
0
⭐
1
💡
1
❗
1
📖
2
infernum caelum | niemy08 0

infernum caelum

Jak wierzysz, tak cierpisz.
Niewierzący, mają objawienia
antyreligijne
gdyż…
imperatyw piekła
domaga się
r ó w n o u p r a w n i e n i a

po to płynie czas –
by każdy dojrzał

————–
widziałem na spacerze

❤️
8
👍
1
⭐
0
💡
2
❗
2
📖
2
– 1 – 3 – 4 – 5 – 6 – 7 – 8 – 9 – 11 –