Kategoria: wiersze wolne

0

przy kominku

szum
napływającej do oczu
krwi

cień delikatnie
unoszący ku sobie
źrenice

drżący z zimna płomień
w tle

❤️
2
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
0

“139”

I znowu wracam
do punktu wyjścia
Tak
Jestem krucha i słaba
I znowu nie wiem
Nic
A jednak
Już się nie boję, że
Nie pasuję do tego świata
Bo przecież
Ten świat, to nie Ty?
(…)

❤️
1
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
1
1

(….)

(…)

Przede mną
jeszcze cierpienie
łzy
rozpacz
i zło całego świata.

Jeszcze przeżyję
migotanie przedsionków
zaburzenia trawienia
wysoki poziom cukru.

Zanim umrę
wyleję morze łez
wykupię pół apteki
rozgniewam wielu ludzi.

Bo….

nie czekam
na radość
zdrowie
i stałą temperaturę ciała.

Bo….

czas senioralny
nie jest czasem
upragnionym.

Bo….

Bogu ten czas nie wyszedł….

więcej moich tekstów na mojej stronie https://www.czarownice.kosz.pl/opis-5-Rozmaitosci_wierszem_i_proza.php

❤️
3
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
0

Zeszyt

Zeszyt

Kupiłam nowy zeszyt
w kratkę.
Znalazłam stary długopis.
Był pod
czarna
klawiaturą
komputera.
Postanowiłam
pisać
tworzyć
wymyślać
fantazjować.
Przelewać na papier
myśli
uczucia
pragnienia.
Tworzyć rzeczywistość
za pomocą krzywych liter.
Ukoić samotność
w myśli o tłumie.

I nic.
I cisza.
I nowy zeszyt
pozostał niemy,
wyrwane kartki trafiły do torby
na zakupy
ze zwykłym spisem
marchewek
rzodkiewek
cukru
i mąki.

❤️
0
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
0

Zmartwychwstanie

Myślisz Chrystus Zmartwychwstał
a w tobie tyle śmierci, że mógłbyś rozdzielić wszystkich i jeszcze by zostało?
Myślisz, że nie ma już w tobie życia?
Może tak jest, jednak On Zmartwychwstał!
A wraz z nim, chociaż dla ciebie niewidoczne
To jednak tam są (…)
Niezapominajki, pędy zielone – oznaki życia!
Nie dostrzegasz ich?
A On je w tobie widzi (…)

❤️
2
👍
0
⭐
0
💡
1
❗
1
📖
1
1

Déjà vu — z mgły na moście

Zanim rozstania ustalą brzegi,
lubię ostatnie kroki, co zsyłają wiatr —
proste, wolne, jak oddech przed skokiem.
Most jeszcze płonie; pachnie chwilami:
cudownymi, ważnymi, przylepionymi do pamięci
jak mokry papier.
Może nie wiesz, że mosty mają serca —
belki pulsują, rdza opowiada, szyny chichoczą.
Płoną długo, powoli; żar nie spada nagle,
rozgrzewa dni, rozciąga pamięć,
aż słowa stają się lekkie jak popiół.

Na moście wdech waży jak przysięga,
krok to świadectwo, że odejście może smakować świtem.
Widziałem to na spacerze — cień twojego płaszcza
przemykał między słupami i znów wracał do kształtu.
Poczułem wtedy ingerencję — drobną, bez hałasu:
czyjaś dłoń poprawiła linę, czyjaś cisza rozwiała mgłę.

Może to Bóg — może imię bez twarzy —
schodzi z nieba jak płachta światła,
dotyka pękniętych guzików wspomnień.
Jego opieka nie daje huków; to miękka naprawa dnia:
podkłada podpórkę pod drzemiący pomost,
dotyka mapy twojej drogi, odwraca wiatr,
by list nie poleciał wprost do rzeki.

Most płonie dalej, ale inaczej —
ogień spala lęk, wykuwa pamięć, otrząsa uczucia,
by z popiołu wyrósł nowy most.
W opatrzności jest miejsce na niepewność:
Bóg nie prowadzi za rękę jak przewodnik,
on śpiewa cicho, kładzie kamień, pozwala skrzypieć belkom —
byś znał ich siłę.

Kiedy odchodzisz — krok po kroku —
most zostawia świetliste nitki,
ktoś inny je zbierze i zwiąże z powrotem.
Na zawsze — mówi most — ale na zawsze
to obietnica, która pozwala iść.

I znów idziesz. Ktoś cicho doprowadza drogę do światła.

❤️
7
👍
0
⭐
0
💡
1
❗
1
📖
0
0

cisza którą znasz

wielkość kruchości twarzy — jak talerz szkła
pod światłem, którego nikt nie trzyma,
na granicy słów, gdzie milczenie
rysuje mapy dłońmi, których nie dotkniesz.
i… skąd te nieba? — pytasz cicho,
a niebo odpowiada przez żagiel pyłu
unoszący się nad pęknięciami dachów.

ptak przechodzi przez palec godziny jak przez drzwi,
zostawia na skórze ślad światła – wygląda jak pamięć.
nie trzepocze — przesuwa powoli, jak oddech między słowami,
jego pióra są listami, których nikomu nie przyszło otworzyć;
kiedy odchodzi, na nadgarstku zostaje mała zatoka ciszy,
w niej mieszka twoje imię i uczy się mówić powoli.

gorliwości — małe ognie pod językiem,
palą tylko to, co już nie woła,
posprzeczane z ramionami pozbawionych objęć,
jak emocjonalne odrętwienie — nie twoja wina.
uparcie brnące w czerni — buty bez podeszwy
przemierzające ulice oddechu, szukając przewodnika,
zasnute mglistym cieniem zakamarków — tam, gdzie pamięć
chowa klucze i nie odzywa się do telefonu.
pozorne… najważniejsze — jak rysy na twarzy,
które myślą, że są historią, a są jedynie lustrem.

po omacku — palce próbują ułożyć alfabet zamkniętych rozdziałów,
skrycie — szept między piętami, nie chce się ujawnić.
wołają o światło błękitu — nie gwałtowne, lecz jak oddech:
niebo przeciąga się nad pokojem, jak kot, znający twoje imię,
zostawia na skórze zimno, pamięta twoje wspomnienia.
błękit przychodzi powoli, niespieszny jak posłaniec boskich dłoni,
nakleja znaki na brzegi dni i odgarnia kurz z twych powiek.

po dziesiąte… nie pytaj dlaczego —
nie dlatego, że odpowiedzi nie ma,
lecz dlatego, że odpowiedź będzie miała twój głos
i nie wytrzymasz jej dźwięku bez uśmiechu.
Bóg — jeśli chcesz go wplątać w ten przekaz ciszy —
jest strażnikiem zapomnianych pragnień, podlewa noc,
jest niewidzialnym palcem, poprawia twoje włosy,
gdy śnisz na stojąco,
jest klinem światła, wbijającym między żebra bez hałasu,
i jednocześnie restauracją, serwując tylko ciepłe wspomnienia.

ingerencja — jak ręka – przestawia meble przeznaczenia,
czasem delikatna, czasem brutalna jak ptak, co zabiera klucze.
opieką — gdy dowiesz się, że ktoś liczy twoje oddechy
i zapisuje je na kartkach, których nie ma.
a może to tylko twoje własne palce, czeszą ci włosy w nocy,
albo cień twojej matki, przechadza się we śnie.

w ciszy, którą znasz, są małe miasta nieprzespanych myśli:
ulice wyłożone porcelaną wspomnień, tramwaje bez pasażerów,
herbaty, stygnące zanim zdążysz pomyśleć o słowie „dom”.
i są tam drzwi — raz zamknięte, raz uchylone —
czasem przechodzi ktoś z latarką,
odbija w nich wibrujące światło jak monety, rozrzucone
na dnie twojego serca.

nie pytaj dlaczego — zapytaj raczej: kto narysował tę bliznę
na szyi nieba, co świeci jak katalizator ciszy?
kto podlewał twoje rysy błękitem, aż stały się mapami?
kto przyszedł w nocy z nożem, żeby naciąć milczenie
i zalać jego wnętrze ciepłem, którego nie umiesz nazwać?

a kiedy odpowiadać będą tylko cienie i echo twojego oddechu,
pamiętaj: czasem ingerencja to podanie ręki bez słowa,
czasem opieka to milczący akt, nie żąda pamięci.
wtedy cisza, którą znasz, staje się pokojem — nie pustką —
i w tym pokoju niebo rozkłada kolano
i tuli twoją twarz jak filiżankę porannej herbaty,
a ty wreszcie możesz odłożyć talerz szkła
i zobaczyć, że twoje dłonie wychowały nowe słowa.

============================
widziałem na spacerze

❤️
10
👍
1
⭐
0
💡
3
❗
2
📖
2
2

rycerza:/

Aniele,
Zawieź tego rycerza na łąki zielone,
niech nie cierpi przez samosąd.
Zabierz go tam,
gdzie kosmate owce stoją na rzeź z miną uśmiechniętą.
Zawieś mu nad głową wieczne słońce,
niech zazna ukojenia po wsze czasy.
I niech spotka przyjaciół równych sobie.
Niech go nie uczą, nie karzą a wielbią
jak barany swego wilka.

❤️
0
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
– 1 – 2 – 3 – 4 – 5 – 6 – 7 – 8 – 11 –