Autor: Grazyna KS

0

Żyłam sobie w PRL-u

1968 (2)
TWIERDZA WROCŁAW (2)
Tato jak zwykle przyszedł z pracy ok. 15.30. Na szeroki parapet położył swą roboczą torbę , zwaną „aktówką”. Wymył ręce pod kranem z tylko zimną wodą i usiadł przy stole w dużej kuchni (nie, nie był to żaden salon z aneksem kuchennym, to była normalna kuchnia) na krześle ustawionym tyłem do okna. Popatrzył na rodzinę, policzył, czy wszyscy są, obrócił się do okna. Z parapetu zdjął aktówkę i wyciągnął gazetę.
Mama postawiła przed nim talerz z pomidorową, bo wczoraj był rosół.
– Dlaczego z makaronem, a nie z ryżem? – zapytał zanurzając łyżkę w zupie.
– Bo został od wczoraj z rosołu.
Ojciec zjadł dwie łyżki, czyli zawartość dwóch łyżek i ciężko westchnął:
– Jutro jedziemy do Wrocławia, protestować przeciwko protestom studentów.
Zaległa cisza. Słychać było tylko przełykanie zupy przez rodzinę 2 + 2. Pierwsza odezwała się mama.
– Przygotuję więcej kanapek.
– I dwa termosy z herbatą.
– Może jakieś bandaże ci dać?
– Po co?
– Gdybyś został ranny….
O, przed oczami stanął mi obraz rannego żołnierza z któregoś wojennego filmu. Krew tryskała, nad żołnierzem stałą młoda sanitariuszka i pocieszała go, twierdząc, że będzie żył długo i szczęśliwie, po czym wojak umarł. Czyżby tato szedł na wojnę?
– To gdzie ta wojna jest? – zapytałam cicho znad talerza.
– Jaka wojna?
– Ta, na której tata będzie ranny.
Mama spojrzała na mnie przerażonym wzrokiem. Ojciec uśmiechnął się:
– Nie martw się, tata nie idzie na wojnę i ranny też nie będzie. Wróci cały i zdrowy.
Nie pamiętam, czy zapewnienia ojca mnie przekonały, czy też nie. Mama nie została przekonana i cały wieczór wzdychała. Tato przyniósł z piwnicy wiadro węgla, po czym powiedział, że idzie się przejść, żeby uspokoić nerwy.
I teraz wkraczamy w sferę domysłów i teorii spiskowych, bo następujące wkrótce fakty miały związek z owym wyjściem.
Prawdopodobnie było to tak:
Ojciec zaszedł do jednego z trzech sklepów monopolowych w dzielnicy. Prawdopodobnie był to ten najbliżej domu, bo szybko wrócił. Jako że w tego typu sklepie można było kupić jedyny towar, nabył dwie butelki o pojemności 0,5 litra napoju zwanego „wódką czystą”. Po powrocie do domu schował butelki w przedpokoju w skrzynce ukrywającej liczniki na gaz i prąd albo na samej górze szafki z butami. Liczniki otwierano tylko wówczas, kiedy chodził inkasent, a we wskazanym miejscu w szafce znajdowało się obuwie letnie, którego na przedwiośniu rzecz jasna, nie używano.
Rano tato zapakował w torbę podwójną porcję kanapek, dwa termosy, a wychodząc zabrał skitrane półlitrówki.
Po drodze do pracy tradycyjnie spotkał się z kolegami mieszkającymi na trasie. Wszyscy mieli wypełnione po brzegi swoje „aktówki”. Wszystkim dopisywał humor, co w przypadku marca 68 i planowanego wyjazdu na protest przeciwko protestowi było podejrzane. Na szczęście nie spotkali żadnego patrolu milicji, chociaż przechodzili obok komisariatu.
Bez problemu dotarli na plac przed zakładem, gdzie oczekiwały na nich autobusy Jelcze, marki „ogórek”. Przy każdym zbierała się grupa pracowników. Widać było, że dobierają się według znanego im klucza. Kumple z kumplami.
Pomiędzy autokarami krążył aktyw, którym przydzielał transparenty i tzw. szturmówki, czyli czerwone flagi symbolizujące klasę robotniczą.
– My chcemy tą o literatach! – krzyknął przywódca grupy mego ojca, zawodowo kierownik biura.
– Weźcie tę o syjonistach na Syjon.
– Nie weźmiemy. Ręka by mi uschła, gdybym machał takim napisem – dorzucił młodszy rachmistrz. – Dawaj o literatach!
– A po tej z literatami to wam ręka nie uschnie? – zaśmiał się aktywista.
– Nie, bo i tak nie czytam! Ha ha! – odezwał się biurowy goniec.
Kiedy już wszystkie rekwizyty rozdano, pracowniki wiodącego zakładu pracy wsiedli do „ogórków” i ruszyli w kierunku Wrocławia.
Szosa składała się wówczas z dwóch pasm ruchu, jeden pas w jedną stronę, drugi w drugą. Kolumna, uzupełniana przez autokary z innych zakładów, posuwała się majestatycznie w stronę wielkiego miasta.
W autokarze z moim tatą panował nastrój radości. Ktoś nawet próbował zainicjować narodową pieśń „Szła dzieweczka do laseczka”, ale szybko został skarcony słowami
– Jeszcze nie teraz idioto!
Cokolwiek to nie znaczyło, idiota zamilkł.
Po pewnym czasie przywódca czyli kierownik podszedł do kierowcy:
– Panie, w las trzeba skręcić.
– Po co?
– Siusiu ludziom się chce. Skręcaj pan w boczną drogę i stań tak, aby pana z szosy nie widzieli.
W dzisiejszych czasach kierowca pewnie by od razu pomyślał o porwaniu czy innym akcie terroryzmu. Wtedy, kiedy stacji benzynowych zwanych CPN ( skrót od Centrala Przemysłu Naftowego) było jak na lekarstwo, na siusiu zatrzymywano się w lesie. Rosły więc sobie takie ekologiczne lasy na naturalnym ekologicznym nawozie i wszystko grało.
Autokar wjechał w gęsty las mieszany, zatrzymał się. Nikt jednak nie wychodził.
– Panie… – zwrócił się szef do faceta za fajerą – Nic pan nie widzisz, nic pan nie słyszysz. Nie jedziemy do Wrocławia. Zostajemy tutaj. Balangę robimy, rozumiesz pan? Męska impreza! Żadnych żon. Żadnych dzieci! Tak okazja prędko nie nie trafi! I ciesz się pan, że nie musisz jechać na ten protest przeciwko protestowi.
– Ale licznik…. kiedy ja nabiję 150 kilometrów? – zaniepokoił się kierowca.
– Władek! Wyciągaj sprzęt! Panie, co pan myślisz, że nie pomyśleliśmy o tym? – zaśmiał się kierownik zwany szefem.
Młody chłopak wyciągnął torbę z narzędziami. Zajrzał tu i ówdzie, pokręcił tym i tamtym, po czym zakomunikował radośnie:
– Załatwione! Pchnąłem licznik do przodu o 150 kilometrów. Właśnie wracamy z Wrocławia.
Kierowca miał jednak obawy:
– Ale skąd będziemy wiedzieć, kiedy wracać?
Przywódca miał przygotowaną odpowiedź:
– Proste, jak zobaczymy wracającą kolumnę. Takiej ilości „ogórków” na szosie nie sposób przegapić. Kiedy będą jechać, to my z lasku wyskoczymy i dołączymy! Wszystko mamy zaplanowane. No to co, panowie? Zaczynamy?
– Zaczynamy! – rozległo się chóralnie.
I się zaczęła narodowa męska biesiada. Każdy był wyposażony nie gorzej niż mój ojciec. Pojawiły się kanapki, ogórki własnej roboty, ba, ktoś miał nawet ciastka typu herbatniki. Byli tacy, co postarali się o kieliszki. Rozlewano, polewano, przekąszano.
Śpiewano. Oczywiście na początek o dzieweczce. Ale potem włączyła się nuta partyzancka, wszak większość z obecnych o partyzantkę drugowojenną się otarła. Ktoś zainicjował „O mój rozmarynie rozwijaj się”, inny dodał „Przybyli ułani pod okienko”. Starszy rachmistrz spod Warszawy ryknął „Warszawskie dzieci pójdziemy w bój”. Mój ojciec próbował popisać się swoją pieśnią, której znał tylko refren „Dziś tylko trupy znaczą nasze drogi, my ludzie leśni, mała garstka nas”.
Im puściej było w butelkach, tym repertuar stawał się coraz bardziej wyszukany. „My ze spalonych wsi, my z głodujących miast” czyli „Marsz Gwardii Ludowej” uznano za pieśń nieustannie aktualną. O dziwo, odśpiewano nawet „Międzynarodówkę”, przy słowach której niektórzy nawet chcieli wstać z autobusowych siedzeń.
„Wyklęty powstań ludu ziemi!
Powstańcie których dręczy głód”…
w tym momencie jeszcze trzeźwi przyznali, że z tym głodem to przesada. Żony odpowiednio zadbały o zawartość „aktówek” przed wyjazdem na polityczny protest.
Powoli nastrój się uspakajał. Niektórzy zaczęli przysypiać. Ktoś nie wytrzymał dawki i wyskoczył w krzaki, by zwrócić matce naturze jej plony. Inny poszedł siusiu, by nie było, że autokar zatrzymał się w lesie z innego powodu.
Bardziej trzeźwi rozpoczęli dyskusję na temat szans ukochanej drużyny piłkarskiej w rundzie wiosennej rozgrywek.
– A co z transparentem?
– Zdzichu ma już dwa. Jeden z napisem „Orły do boju”, a drugi „ Nie damy się”.
– Nie, nie o piłkarskie chodzi. O ten transparent z napisem „Literaci do pióra”.
– Leży na samym końcu.
– No właśnie, niedobrze, że leży….
Bardziej trzeźwi uznali, że transparent nie może wrócić do zakłady pracy nietknięty. Przecież miał być rozłożony na manifestacji, czyli muszą się na nim znaleźć ślady użytkowania.
– Hej chłopy, do roboty! – wrzasnął szef – szmatę trzeba rozłożyć.
Kilku niemanifestujących wyniosło białe płótno z czarnym napisem. Próbowali je trzymać rozłożone trzymając w rękach. Niestety, nie udało się. Ręce odmawiały posłuszeństwa.
Położyli transparent na zmarzniętej i porytej jeszcze śniegiem ziemi. Ktoś przeszedł po nim, ktoś rozgniótł gotowane na twardo jajko. Paru rzuciło na literatów brudny śnieg.
W wyniku aktywnych działań chwiejącego się na nogach aktywu transparent wyglądał rzeczywiście jak po starciu z wrogiem klasowym.
Wszyscy byli zadowoleni z dobrze wykonanego zadania.
Tymczasem czas, jak to czas, leciał do przodu. Oraz częściej imprezowicze spoglądali w stronę szosy. Nasłuchiwali.
Wreszcie rozległ się szum silników Jelczy marki „ogórek”. Oznaczało to nieuchronny powrót do domu.
Zgodnie z założeniami leśny autokar wcisnął się w kolumnę wracających protestantów i spokojnie, wraz z innymi, dojechał na plac przed zakład pracy. Z pojazdów wyszli wykończeni robotnicy. Większość miała minę typową dla człowieka zdjętego z przysłowiowego krzyża. Jedynie mój ojciec wraz z kolegami tryskał wyjątkowym humorem. W związku z tym, że wszyscy mieli wszystkiego dosyć, nikt na wesoły autobus uwagi nie zwracał.
Nastrój dobrej imprezy zniknął u mego ojca z chwilą wejścia do domu. Zaniepokojona żona czekała na męża, by dowiedzieć się, czy i jak potępił studentów. Kiedy jednak mąż wszedł do mieszkania i głęboko odetchnął, mama puściła wiązankę słów, których przytaczać nie wypada.
Skończyło się na cichych dniach. Mama przeniosła się ze spaniem do mnie, na mój tapczan. Ojciec po powrocie z pracy, sam odgrzewał sobie zupę i odsmażał kartofle.
Nareszcie można było oglądać w spokoju i ciszy telewizję, bo nikt nie komentował. My dzieci właściwie robiłyśmy, co chciałyśmy, bo nie zwracano na nas uwagi.
W sumie taki tydzień ciszy wszystkim się przydał. Potem wszystko wróciło do normy, czyli przestałam spać z mamą.
W późniejszych latach dowiedziałam się, że w innych domach po miejskiej wyprawie na Wrocław też było cicho.
Cóż, w autobusie było pięćdziesięciu mężczyzn. A może były jeszcze inne takie same autobusy?

Najciekawiej było jednak za lat ok. dwunastu czyli w historycznych latach osiemdziesiątych. Na fali ówczesnych protestów mój ojciec też chciał się pochwalić działalnością kombatancką. Podczas jednej z mocno zakrapianych rodzinnych imprez opowiedział historię wyprawy na Wrocław. Mówił radośnie i z uśmiechem.
Wywołał rodzinny skandal.
– Jak można było chlać, kiedy tam studentów bili! – oburzył się wujek.
– Trzeba było jechać i protestować razem ze studentami! – wściekła się ciocia.
Pamiętając o takiej reakcji otoczenia, w innym kręgu opowiedział historię inaczej. Faktów nie zmienił. Wyjaśnił jednak, że robotnicy obawiając się o los swój i rodzin, nie mogli oficjalnie protestować przeciwko ich udziale w proteście przeciwko protestowi. Życie więc zmusiło ich do ucieczki z szosy w drodze do Wrocławia. Rozpacz ich była tak ogromna, że się z tej rozpaczy napili….
Tato i jego koledzy stali się prawie bohaterami.

❤️
2
👍
2
0
💡
0
1
📖
1
0

Żyłam sobie w PRL-u

PROLOG
zawiera odpowiedzi na najbardziej irytujące pytania zadawane przez czytelników.

Czy przedstawione miasta są prawdziwe?
– „Jestem z miasta.
To widać, słychać i czuć” – Jakub Sienkiewicz

Czy narrator w pierwszej osobie jest prawdziwy?
– „Czy to bajka, czy nie bajka,
Myślcie sobie, jak tam chcecie.
A ja przecież wam powiadam:
Krasnoludki są na świecie.” – Maria Konopnicka

Czy prezentowane wydarzenia są prawdziwe?
– „Są na tym świcie rzeczy, które się nawet fizjologom nie śniły” – Ferdynand Kiepski

1968 (I)

WSTĘP,
którego mogło nie być, ale od czegoś zacząć trzeba.

1968 to był pierwszy rok, w którym zakumałam, że jest coś takiego jak polityka. Byłam wtedy dojrzałym dzieckiem, co prawda jeszcze przed komunią i zegarka nie miałam, ale coś mi się pod czaszką już jarzyło. Osiągnęłam jako taką świadomość społeczną, chociaż jeszcze nie zdawałam sobie sprawy, że żyję w dziwnych czasach. W tym też roku powstała w naszej rodzinie legenda, którą powtarzano z pokolenia na pokolenie…
No dobra, ja póki co powtarzam, bo nowe pokolenie boi się powtarzać. Wiadomo, kiedyś była cenzura, teraz też jest, tylko w zależności od rządzącej partii inaczej się nazywa. Najczęściej bywa nazywana łamaniem standardów przyzwoitości lub obrażaniem uczuć religijnych.

TWIERDZA WROCŁAW (1)

Styczeń i luty 1968 roku był tradycyjny, jak to ongiś, tuż po potopie bywało. Napadało śniegu, chodziliśmy na sanki na nasze podwórze, które zmieniało się w niesamowity tor saneczkowy. Zjeżdżaliśmy z niewielkiego wzgórza. Czasami pojedynczo, czasami tworzyliśmy pociąg łącząc ze sobą kilka sztuk drewnianych sanek.
Potem przyszedł marzec. Też taki całkiem normalny, jak za socjalizmu bywało. Dzień był dłuższy i cieplejszy, a mama pozwalała czasami zdjąć zimową czapę robioną na drutach i włożyć na głowę bawełnianą chustkę.
Z saneczkowego wzgórza powoli, nieśmiało ruszały drobne strumyki topiącego się śniegu. W piwnicy było coraz mniej kartofli i pustych słoików po owocowo – warzywnych przetworach.
Tego jednak roku w marcu rodzice często powtarzali jedno słowo – dziady.
Zupełnie mnie się to słowo nie podobało. Nie miałam bladego pojęcia, co tak właściwie oznacza. Pojęcie „dziad” oczywiście znałam. To taki stary, zgarbiony, zarośnięty, śmierdzący facet, w brudnym ubraniu i tobołkiem na kiju przewieszonym przez ramię. Tę definicję skonsultowałam z koleżanką, w domu której rodzice też mówili o dziadach. Jej zdaniem chodziło o dziadów żebrzących pod kościołem.
Nie znałyśmy ani jednego, ani drugiego typu dziada. Same byłyśmy nawet zdziwione, skąd w naszych umysłach wzięły się takie wizerunki. Pewnie był to wpływ socjalistycznej telewizji, jeszcze wówczas w Polsce w powijakach.
W końcu zapytałyśmy rodziców, co to za „dziady”. Każda otrzymała taką samą odpowiedź – „Dziady” napisał Mickiewicz. Tak samo jak „Lokomotywę” Tuwim.
I tak oto od słowa do słowa zapoznałyśmy się z bieżącymi wówczas wydarzeniami politycznymi.
Otóż w Krakowie, drugiej stolicy Polski – w drugiej klasie podstawówki już tego uczono – w teatrze, na scenie pokazano owe „Dziady”. Nie spodobały się one rządzącym sekretarzom ani przedstawicielom bratniego narodu zza Buga i wcale nie była to Białoruś, tylko Związek Socjalistycznych Republik Radziecki , w skrócie ZSRR lub pisane cyrylicą CCCP, co z kolei w luźnym tłumaczeniu na alfabet łaciński było skrótem od Cep Cepa Cepem Pogania.
„Dziady” zdjęto z afisza czyli zakazano pokazywania na scenach całej Polski.
Postawa sekretarzy i braci zza Buga nie spodobała się z kolei studentom, i to w całej Polsce. Podnieśli więc bunt przeciwko postawie tych pierwszych. Demonstrowali, manifestowali, krzyczeli, okupowali uczelnie, przestali się uczyć.
W kraju zrobił się bajzel.
Pierwsi, czyli ci u władzy, postanowili zrobić z młodymi porządek. Wygłosili kilka płomiennych przemówień, w których o zaistniały bałagan oskarżono element wrogi, czyli obcy z ludnością pochodzenia żydowskiego na czele.
Takiej ludności wręczano bilet w jedną stronę i kazano zrobić wypad z Polski.
W tym momencie w moim domu nikomu nie było do śmiechu. Moi rodzice pożegnali w ten sposób grupę bardzo dobrych znajomych, z którymi budowali zręby polskości na Ziemiach Odzyskanych po 1945 roku.
I dalej też nie powinno być do śmiechu. Bo oto pierwsi sekretarze postanowili uciszyć zbuntowanych studentów przy pomocy klasy robotniczej jako przewodniej siły narodu.
Do miejscowości, które były siedliskiem zarazy zwanej studentem, czyli tych dużych, wysyłano robotników z przodujących zakładów pracy. Robotnicy, pod kierunkiem tajnych pracowników aparatu bezpieczeństwa, organizowali spontaniczną pikietę nawołującą młodzież do opamiętania się. „Studenci do nauki” – krzyczeli w telewizorze w Warszawie. „Literaci do pióra” – wtórował Kraków.
I tak sobie co jakiś czas jeździły te robotnicze delegacje na gościnne występy do wielkich miasta, a koledzy tych, co jechali popierać niejakiego towarzysza Wiesława, zasuwali przy maszynach podwójnie i nawet plan produkcji przekraczali.
I tak oto wreszcie, któregoś dnia buntu młodych los padł na zakład pracy mego ojca.
cdn.
więcej na https://www.czarownice.kosz.pl/opis-8-Zylam_sobie_w_PRL_u___Spis_tresci.php

❤️
2
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
0

Klasyka śledztwa

Klasyka śledztwa

Stara jestem. Na każdego przyjdzie pora i fajnie jak będzie mógł się pochwalić PESELEM. Bo jak mam taki numer, w którym data urodzenia jest widoczna. Mój wniosek potwierdziła książka Jeana Luca Bannaleca „Śmierć w Pont-Aven”. Młodzi ludzie rozczytują się we współczesnych kryminałach, o których zdanie mam wyrobione (profilerzy, laboratorium, trup w częściach), a ja nadal zachwycam się utworami, w których najważniejszy jest umysł detektywa. Tak jest w przypadku wymienionej książki. Wydana w 2014 roku jest tradycyjnym kryminałem w najlepszym tego słowa znaczeniu.
Oto takie sobie miasteczko we francuskiej Bretanii szykuje się do sezonu, bo jedynie w sezonie letnim ożywa. Na co dzień jest cichą i nudną mieściną. Do niej, niejako za karę zostaje „zesłany” komisarz Dupin. Nudzi się, bo nic się nie dzieje. Stara się, ale ciągle uważany jest za „obcego” , bo Bretania tak szybko obcych nie akceptuje. Może nie akceptuje ich wcale? Tu trzeba się urodzić. Przyjezdny zawsze zostanie przyjezdnym. I nagle, ni stąd, ni zowąd pojawia się trup. Zamordowany trup, nie jakiś tam zawał czy śmierć naturalna. Fakt, nieboszczyk liczył sobie ponad dziewięćdziesiąt wiosen, ale normalnie nie zszedł z tego padołu. Rozpoczyna się śledztwo. Takie zwyczajne. Policjanci zbierają dowody, komisarz przesłuchuje i obserwuje. Czy wszyscy są podejrzani? Raczej podejrzanych nie ma. Każdy ma alibi i brak motywów do zabicia jurnego jeszcze staruszka. Jednym słowem w postaci wielu – brak punktu zaczepienia. Co prawda ten nie lubi tego, a tamten podpadł kiedyś temu i zabić powinien właśnie tego, a nie właściciela hotelu.
I tak sobie brniemy poprzez śledztwo. Przyglądamy się również słynnej Bretanii. Niektórzy recenzenci uważają, iż właśnie opis tej krainy jest największą wartością powieści. Mnie akurat nie wciągnęły, ale to rzecz gustu. Przypomniałam sobie natomiast kto to był Paul Gauguin. Dowiedziałam się również, iż malarska „szkoła z Pont-Aven” istniała naprawdę i nie jest to fikcja kryminalnej powieści.
W końcu intryga zostaje rozwiązana. Oczywiście dzięki przenikliwemu umysłowi komisarza, który korzysta głównie z pomocy historyka sztuki. Żadnych profilerów. Żadnych badań DNA. Żadnych komputerów, przepraszam – raz był wykorzystany – tylko umysł człowieka. Umiejętność kojarzenia faktów, dociekliwość w przesłuchaniach, myślenie, myślenie, jeszcze raz myślenia.
I to mi się najbardziej w kryminałach podoba. Bo co to za frajda złapać mordercę jak się ma całe współczesne laboratorium w sąsiednim pokoju, zdobycze nauki, wszechobecną inwigilację, kamery na każdym kroku, logowania telefonów komórkowych i tym podobne cuda wianki. Złap przestępcę bez tego. Potrafisz?

❤️
2
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
0

Oddech miasta

Oddech miasta

Moje miasto pachnie
czarną, spracowaną ziemią.

Jest w niej gleba,
która uprawiają rolnicy.

Do jej wnętrza wnika pył węglowy
– pozostałość po latach świetności.

Połączone ludzkim potem
stworzyły wałbrzyską jedność.

Tu nie walczy się o grunt.
Tu ziemia leży odłogiem.

Poorane biedaszybami pola
czekają na inwestorów.

Hałdy odpadów górniczych
nie zmienią już krajobrazu.

Jest taki, jak wczoraj,
przed laty, dawno temu.

Moje miasto pachnie
Moim świeżym oddechem.

Właśnie rzuciłam palenie,
zalepiłam dziury w zębach.

Wyleczyłam chore migdałki.
Poprawiłam stan krtani.

Oddycham lekko i swobodnie.
Oddycham swoim powietrzem.

❤️
1
👍
2
1
💡
0
0
📖
0
1

Modlitwa do wałbrzyskiego Boga

Modlitwa do wałbrzyskiego Boga

Boże, który mieszkasz w Wałbrzychu
i ocaliłeś to miasto od zagłady
– pomóż mi.
Mam problem.
Mam kłopot.
Nie mam rozwiązania.

Boże, który mieszkasz w Wałbrzychu
i pozwoliłeś żyć temu miastu
– pomóż mi.
Daj siłę szarych budynków.
Daj moc zaklętą
w węgiel zalany wodą.

Boże, który mieszkasz w Wałbrzychu
i każesz wierzyć w to miasto
– pomóż mi.
Przyślij kawałek Nowego Miasta.
Zainstaluj antywirusa z Podzamacza
by bronił przed trojanami.

Boże, który mieszkasz w Wałbrzychu
i bronisz honoru tego miasta
– pomóż mi.
Uspokój tłukącą się pod hipermarketami duszę.
Ześlij zieleń z Chełmca
I błękit z barw klubowych Górnika.

Boże, który mieszkasz w Wałbrzychu
I zsyłasz nadzieję na to miasto
– pomóż mi.
Wykrzesaj iskrę z biedaszybów.
Podpal mokre chodniki.
Uruchom nieczynne koksownie.
Niech wałbrzyski ogień spali
moje problemy….
moje kłopoty….

❤️
3
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
0

Każde pokolenie….

Każde pokolenie…

Tekst wyróżniony Nagrodą Publiczności w Czerwcowym Konkursie Jednego Wiersza Łomża 2010.

Młode pokolenie jest znerwicowane.
Stoi w kolejce po kredyty.
Musi przecież mieć:
dom
samochód
i kilka innych bajerów.

Młode pokolenie jest obrażone.
Narzeka na stworzony świat.
Brak przecież w nim:
ładu
składu
i w ogóle wszystkiego.

Młode pokolenie ma problemy.
Chodzi do psychologa.
Jego niemowlęta mają:
dysleksję
dyskalkulię
i na dodatek ADHD.

Młode pokolenie słucha hip hopu.
Do disco polo się nie przyznaje.
W komputerze ma:
porno kolegi
zdjęcia teściowej
i muzykę z dzieciństwa.

Moje pokolenie uśmiecha się drwiąco.
Olewa kłopoty niedojrzałych.
Wie co to:
choroby
kartki na cukier
i chleb ze smalcem.

Moje pokolenie cieszy się z M-3.
Gdy dzieci wyprowadzą się
może zrobić:
popijawę
imprezę
prywatkę.

Moje pokolenie słucha rocka.
Brutalnie wykorzystuje wnuka,
By ten nagrał na MP3:
Perfect
Trojanowską
Lombard.

więcej moich wierszy na https://www.czarownice.kosz.pl

❤️
1
👍
0
1
💡
0
2
📖
0
0

Kosmiczna medycyna

Kosmiczna medycyna

Moim pierwszym spotkaniem z thrillerem medycznym był film „Coma” na podstawie powieści Robina Cooka. Od razu sięgnęłam po powieści tego pisarza, bo tematyka była ciekawa. Potem przyszły inne sensacje medyczne, również interesujące, a do tego prawdopodobne, gdyż pisali je … lekarze. A jak tu nie wierzyć lekarzom? Nawet fantazje lub wariacje na temat chorób miały podstawy medyczne.
Tym razem trafiłam na „Grawitację” Tess Gerritsen, utwór z 1999 roku. Autorka oczywiście była lekarzem, zatem miała podstawy do medycznego opisu wymyślonych przez siebie sytuacji. Ja zaś mogłam się na poważnie zastanowić, czy fikcja literacka mogłaby zaistnieć w naszej rzeczywistości.
Od razu też uprzedzam, że powieść nie ma nic wspólnego ze znanym filmem z Sandrą Bullock i Georgiem Clooney’em, chociaż i tam i tu, akcja rozgrywa się w przestrzeni kosmicznej.
Pierwszą tajemnicę zatem zdradziłam. Udajemy się w przestrzeń kosmiczną. Lecimy wahadłowcem lub prywatną rakietą i cumujemy na międzynarodowej stacji kosmicznej. Oczywiście są tu również elementy z minionej epoki czyli pozostałości starego, dobrego Sojuza made in ZSRR, które o dziwo, nawet się przydają. Zwłaszcza stary kombinezon po radzieckiej kosmonautce. W każdym razie nasi bohaterowie żyją sobie w stanie nieważkości, przeprowadzają eksperymenty naukowe i tęsknią za Matką Ziemią. Oczywiście do pewnego momentu, o czym informuje nas słowo pisane na tylnej okładce. Nagle na terenie szczelnie zamkniętej stacji pojawia się tradycyjne „coś” co sprawia, iż akcja powieści zaczyna się rozwijać we właściwym kierunku. Zaczynamy walkę z tym „czymś”.
Wszystko przebiega według schematu. Oczywiście wiemy, że będzie happy end, ale jesteśmy niezmiernie ciekawi, jak do tego dojdzie. Kto przeżyje, dlaczego przeżyje, kto kogo uratuje i jak uratuje, kto zniszczy „coś” i jak zniszczy, czy w ogóle zniszczy.
Książka trzyma czytelnika w napięciu. Można się od niej oderwać, ale trzeba do niej wrócić. Z powodzeniem można ją czytać przy porannej kawie i kubku z mlekiem na dobranoc. Pozwala odetchnąć po ciężkim dniu, a co bardziej dociekliwym na prowadzenie rozważań, czy opisana sytuacja mogłaby wydarzyć się naprawdę. Wszak stacja kosmiczna to nie supermarket, w którym ktoś zemdleje i szybko, na sygnale, przyjeżdża po niego pogotowie. W tym przypadku misję ratunkową trzeba zorganizować. A to trwa…
Oczywiście, że powieść polecam. Jeśli ktoś lubi thrillery, oczywiście. Moja koleżanka nie lubi, więc jej odradziłam. Ale ty czytelniku…. ?

❤️
1
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
2

Dostojewski sentymentalnie

Dostojewski sentynemtalnie

Fiodor Dostojewski to jedyny pisarz, którego książkę przeczytałam już trzy razy i na pewno przeczytam czwarty. To „Zbrodnia i kara”, dla mnie arcydzieło literatury. Z innymi utworami tego pisarza miałam już pewne problemy…. Nie, złe nie są…. Ale jakoś moje literackie serce do nich nie przylgnęło. Stąd też taki złożony stosunek mam do mini powieści, a może rozbudowanego opowiadania „Białe noce”….
Recenzje utwór ma dobre, bo trudno mu zarzucić, że jest zły. Ot taka sentymentalna opowieść na miarę czasów, w których powstała. Wszak Fiodor żył w czasach romantyzmu i coś mu z niego w utworach zostało…. Zresztą sam nazywa swój tekst „Powieścią sentymentalną. Ze wspomnień marzyciela”. Trudno więc spodziewać się wielkiej psychologii, wielkiego realizmu, krytyki czy tego wszystkiego, co znalazłam w „Zbrodni i karze”. A z sentymentalizmem mi niestety nie po drodze….
Książeczką przeczytałam traktując to raczej jako obowiązek wobec pisarza. Czytała ją w pociągu na trasie Warszawa – Wrocław, która znam na wylot i krajobrazy za oknem mijane z prędkością 150 km/h zupełnie mnie nie interesowały. Losy marzyciela, jego przemyślenia, przedziwne spotkania z tajemniczą panią, wydawały się być ciekawsze. Tyle tylko, że jak ktoś jest romantykiem i spodziewa się, że życie przyniesie mu romantyczne uczucia, ochy i achy, westchnienia i wzdychania, no to ma co ma. A kto nie jest, to też ma. Kto czytał „Białe noce” ten wie. Kto nie czytał, a chce wiedzieć, niech przeczyta.
Mknąc pociągiem przez kawałek Polski, zastanawiałam się, czy są tacy faceci jak bohater Dostojewskiego… Bo tacy jak Raskolnikow to istnieją na pewno. Jeśli są, dlaczego takiego nigdy nie spotkałam? Gdybym spotkała, pewnie nie byłabym Nastieńką….A może istnieją tylko w literaturze tworzonej przez rodzaj męski? Kobiety pokazują ów rodzaj zupełnie inaczej… Racja, my jesteśmy z Wenus, oni są z Marsa – przemknęło mi przez myśl, kiedy już zbliżaliśmy się do Wrocławia…
I na tym moje refleksje na temat „Białych nocy” Dostojewskiego się skończyły… Ale warto zwrócić uwagę na egzemplarz utworu, który trafił w moje ręce. Była ongiś w naszym kraju taka seria zwana „Kolibrem”. Wydawanie w niej krótkie i bardzo ambitne utwory znanych pisarza. Nie jakieś tam czytadła czy kryminały. To była literatura wysokich lotów. Mój egzemplarz Dostojewskiego wydano w 1967 roku w nakładzie 110 000 – słownie sto dziesięć tysięcy. „Kolibry” sprzedawano w kioskach „Ruchu” początkowo w cenie 4 zł. Kupowano je często, bo miały rozmiar kieszonkowy i liczyły niewiele stron – „Białe noce” – 78 stron, oczywiście czcionka niewielka. Dziś można je znaleźć w miejscu, gdzie ludzie przynoszą stare książki. Mój egzemplarz jeszcze się nie rozleciał. A wiecie dlaczego? Bo oprócz tego, że kartki ma sklejone, to jest również zszyty, takim zszywaczem typu biurowego…. Tak ongiś wydawano książki….

❤️
1
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
11011121314151620