Autor: Grazyna KS

2

Żyłam sobie w PRL-u (6)

1970 (1)

Pomroczność ciemna (1)

I jak tu zacząć? Tragiczne wydarzenia na Wybrzeżu w grudniu 1970 roku wstrząsnęły Polską. Dziś mamy wiedzę na temat tego, co się wówczas działo. Wówczas tę wiedzę też mieliśmy, ale zdecydowanie mniejszą.
– Czy pamiętasz, co się działo w Wałbrzychu w grudniu siedemdziesiątego? – pytam przez telefon koleżankę z podwórka.
– No, w Gdańsku była tragedia…
– Nie pytam o Gdańsk!
– No, w Gdyni ludzie zginęli….
– Nie pytam o Gdynię! Pytam o nasz Wałbrzych!
– No, nie wiem, dzieckiem byłam…
– Jakim dzieckiem? Miałaś już dwanaście lat. Jeśli się coś działo, to powinnaś pamiętać!
– A ty pamiętasz?
No, nie pamiętam.

Wybieram kolejny numer telefonu. Kolega jest starszy o całe sześć lat. W grudniu 1970 miał ich osiemnaście.
– Czy pamiętasz, co działo się u nas w grudniu 1970?
– W Trójmieście była tragedia i….
– Nie chodzi mi o Trójmiasto, chodzi mi o nasze miasto, 600 km od Trójmiasta!
– Aha, muszę pomyśleć. Oddzwonię.
Czekam do wieczora. Ja dzwonię.
– No i co?
– Wiesz, głupio mi, ale chyba mam sklerozę. Nic nie pamiętam. Tylko milicja na sygnale przejechała kilka razy obok zakładu pracy… ale może to do wypadku…
– Takich rzeczy się nie zapomina! Może nic się nie działo i o niczym nie wiesz? W internecie są wiadomości, że coś się działo, tylko nikt nie napisał co.
– Może i nic się nie działo…. A zresztą kto to wierzy internetowi….. A tak w ogóle to co u ciebie słychać? Wszyscy zdrowi? Piesek jeszcze żyje? Dbasz o poziom cukru i mierzysz regularnie ciśnienie?
No tak…. Zdrowi. Żyje. Dbam. Mierzę.
Pomroczność ciemna nas dopadła, że nie pamiętamy tamtego grudnia? Jak więc to było z tym końcem tamtego roku w moim życiu, w tych dziwnych czasach…

Tato jak zwykle przyszedł z pracy ok. 15.30. Na szeroki parapet położył swą roboczą torbę , zwaną „aktówką”. Wymył ręce pod kranem z tylko zimną wodą i usiadł przy stole w dużej kuchni (nie, nie był to żaden salon z aneksem kuchennym, to była kuchnia) na krześle ustawionym tyłem do okna. Popatrzył na rodzinę, policzył, czy wszyscy są, obrócił się do okna. Z parapetu zdjął aktówkę i wyciągnął gazetę.
Mama postawiła przed nim talerz z kapuśniakiem.
– O, dawno nie było – powiedział mieszając łyżką w zupie.
– No właśnie.
Wszyscy z radością zaczęliśmy jeść dawno niewidziany w talerzu kapuśniak z ziemniakami gotowanymi razem.
– I co mówią na mieście? – zapytała mama.
– Coś się szykuje. W pracy też tak mówili.
– Co?
– Gdybyśmy mieli porządne radio, wiedzielibyśmy!
Mama wzruszyła ramionami:
– Buty na zimę trzeba było dzieciom kupić, a nie jakieś radio. Chcesz się czegoś dowiedzieć, to idź do Starszyka. On słucha wszystkich tych radi… radiów… no tych, co zagłuszają… chyba są zagłuszani…
Mama pogubiła się w zawiłościach poprawnej polszczyzny.
– Rozgłośni radiowych… – rzuciłam znad talerza.
– No właśnie… rozgłośni…. Patrz, jaką mądrą masz córkę. Pewnie nauczycielką polskiego będzie – podsumowała mama.
Wówczas brzmiało to jak wyróżnienie, dlatego od razu pokazałam młodszemu bratu język. Niech smarkacz wie, kto jest mądrzejszy. Ten oczywiście też mi pokazał, ale zrobił to tak nieudolnie, że zawartość jego ust, w postaci kapuśniaka, wylała się na stół. Oczywiście oberwał za nieprzyzwoite zachowanie się przy stole.
Wieczorem ojciec poszedł do sąsiada, by dowiedzieć się co mówią w rozgłośniach. Zanim jednak wrócił w domu rozległ się lament mamy siedzącej przed telewizorem:
– O Boże, co to teraz będzie… Święta blisko, a tu takie coś….
I tak było kilka razy.

❤️
3
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
1
📖
0
0

Pewnego razu na wyspach brytyjskich….

Pewnego razu na wyspach brytyjskich….

Hura! Jestem the best, znaczy się po polsku „jestem debeściara” czyli najlepsza. Oczywiście w swoim mniemaniu, po dokonaniu czynu czytelniczego, który jeszcze niedawno przekraczał moje możliwości! Przeczytałam książkę Waltera Scotta! No, tego angielsko – szkockiego pisarza z pierwszej połowy XIX wieku. A ten pisał dużo i namiętnie. Nie, nie, naszego Kraszewskiego nie przebił. Ale każda książka Scotta, która trafiała w moje ręce, swoje ważyła. Nie dość, że treści było dużo, czcionka mała, to jeszcze papier tzw. klasy V czyli gruby. Słowem, twórczość Szkota bliska mi nie była. Jednak w końcu udało się. Przebrnęłam przez „Kenilworth”, powieść uznawaną za jedną z najlepszych, jak głoszą recenzje.
Tytułowe Kenilworth to miasto w Anglii, w hrabstwie Warwickshire, leżące 7 km na północ od miasta Warwick i 136 km na północny zachód od Londynu. W 2001 liczyło 22 582 mieszkańców. Znaczy się taka sobie mieścina. Jest w niej jednak Zamek Kenilworth datowany na X wiek, przebudowany w XIII w. Stał się popularny właśnie dzięki opowieści Waltera.
Wiemy zatem, gdzie udamy się w historyczną wycieczkę. Kogo na niej spotkamy? Postacie historyczne oczywiście. Akcja rozgrywa się za czasów panowania Elżbiety I 1558 – 1603. Oczywiście Ela jest, chociaż nie tworzy postaci pierwszoplanowej w konstrukcji powieści, bo w Anglii oczywiście panuje jako królowa – dziewica. Kolejną ważną postacią jest Robert Dudley, hrabia Earl Leicester, rezydujący w naszym Kenilworth, przynajmniej w powieści. Jest też hrabia Sussex i kilka jeszcze innych postaci, które zapewne mają historyczny rodowód. Chcecie, przeczytajcie, poszukajcie.
Historia oczywiście jest jednym wielkim romansem. Mamy tajemnicę, mamy zbrodnię, może nawet nie jedną, mamy nieszczęścia i opis rządów królowej. Właśnie, opisy…. Tych nie brakuje w książkach historycznych. Każdy pisarz tzw. historyczny stara się przekazać w swych opowieściach nie tylko własną wizję wydarzeń zwanych historycznymi, ale również próbuje oddać koloryt epoki. Tak więc brniemy przez opisy sukien, komnat, balów czy nawet umaszczenia koni. Czasami oczywiście opisy omijamy, zwłaszcza jak jesteśmy uczniami i książka jest lekturą obowiązkową. Ze mną bywało różnie. Czasami opisy czytałam, czasami przelatywałam swym słabnącym wzrokiem, tłumacząc, że to tak w imię ochrony owego wzroku. W każdym razie Scott nie odbiega niczym od naszego Sienkiewicza czy nawet Kraszewskiego.
Czytanie „Kenilworth” nie uważam jednak za czas stracony. Podczas dyskusji o literaturze pochwaliłam się oczywiście swym wyczynem i…. Okazało się, że twórczość Szkota o losach Anglii jest już praktycznie nieznana. Ktoś tam coś słyszał, ale nie czytał. W każdym razie ja dołączyłam do tego grona, które czytało i wie. I dobrze mi z tym!

❤️
1
👍
0
⭐
1
💡
1
❗
1
📖
1
0

Na tropie Tomka

Na tropie Tomka

Mówią, iż osoby płci żeńskiej czytają więcej niż osoby płci drugiej. Moje życiowe obserwacje to potwierdzają. Na spotkania Dyskusyjnego Klubu Książki przychodzą seniorki. Seniorów brak. W dalekiej przeszłości było podobnie. Mój brat za czytaniem książek nie przepadał. Wolał kopać piłkę. Tata? Czytywał. W toalecie, bo tam miał spokój i były to słynne „tygrysy”. Koledzy ze szkoły, tej podstawowej oczywiście? Unikali czytania, a jeśli już czytali, to były to „Tomki”. Oni czytali owe „Tomki”. A my dziewczęta zaczytywałyśmy się wówczas w „Aniach”. Każda płeć twierdziła, że jego lektury są najlepsze. Oczywiście mój rocznik domyśla się, czym były „Tomki” i „Anie”, młodszemu należą się wyjaśnienia.
Dziewczyny czytały opowieści o Ani Shirley, czyli „Ani z Zielonego Wzgórza”, serii powieści napisanych przez Lucy Maud Montgomery. Chłopcy zaś pochłaniali serię przygód Tomka Wilmowskiego, bohatera cyklu powieści podróżniczo – przygodowych napisanych przez Alfreda Szklarskiego. Ot i tajemnica rozwiązana. W owych czasach podjęłam próbę przeczytania jednego z „Tomków”, ale do gustu mi nie przypadł. Wówczas nie dorastał „Aniom” do pięt. Po latach postanowiłam sprawdzić, czy rzeczywiście powieści Szklarskiego były gorsze…. Może inaczej – dlaczego moi rówieśnicy płci drugiej tak chętnie je czytali?
W ręce wpadł mi jeden z ostatnich tomów cyklu „Tomek w Gran Chaco” czyli krainie geograficznej w Ameryce Południowej, na pograniczu Boliwii, Paragwaju i Argentyny. Tytułowy bohater jest już dorosły i ma żonę, z którą podróżuje po świecie. (Ania Shirley tez rosła wraz z książkami). Połowa książki jest jednak o towarzyszach praktycznie wszystkich wypraw. Jan Smuga i kapitan Nowicki są uwięzieni przez Indian. Udaje im się jednak uciec i przemierzają kontynent zmierzając do celu, czyli spotkania z Tomkiem. To spotkanie oczywiście następuje.
Oczywiście w czasach mego dzieciństwa moim kolegom na pewno spodobały się niebezpieczne przygody, które spotykały bohaterów. Każdy chciał być bohaterem. Zwłaszcza wędrując po obcych kontynentach. Dopiero jednak teraz zdałam sobie sprawę, iż książki Szklarskiego zawierają ogrom wiedzy geograficznej i moi koledzy doskonale wiedzieli, gdzie jest owe Gran Chaco. Dokładne opisy, duża ilość przypisów objaśniających nieznane pojęcia, ba – ilustracje ze szczegółowymi opisami np. małp. Słowem kopalnia wiedzy.
Kochana młodzieży, ongiś internetu nie było. Wiedze o dalekich krajach czerpaliśmy z książek i wcale nie były to szkolne podręczniki. Do dziś pamiętam telewizyjny „Klub Sześciu Kontynentów”, z podtytułem „Kawiarenka pod globusem” – program popularnonaukowy poświęcony podróżom, emitowany w latach 1969–1988. Program prowadził Ryszard Badowski.
W programie znani podróżnicy i dziennikarze opowiadali o swoich ekspedycjach. Gośćmi Ryszarda Badowskiego byli m.in.: Stanisław Szwarc-Bronikowski, Olgierd Budrewicz, Jerzy Kukuczka, Wanda Rutkiewicz, Leonid Teliga, Tony Halik, Krzysztof Baranowski i Teresa Remiszewska. W ciągu 19 lat emisji program obejrzało 4,5 miliarda widzów”– to nie ja, to wikipedia.
Takie zatem to były czasy…. A opowieści o barwnych przygodach Tomka przede wszystkim uczyły….

❤️
1
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
0

Słoneczna przeszłość

Słoneczna przeszłość

Któż z nas nie zna „Mitologii” Jana Parandowskiego… Wydana po raz pierwszy w 1924 stała się lektura podstawową wielu pokoleń Polaków. Niektórzy znają również powieść „Dysk olimpijski” nagrodzony brązowym medalem w olimpijskim konkursie sztuki i literatury w czasie Letnich Igrzysk Olimpijskich 1936 w Berlinie. Ale „Zegar słoneczny” trochę ginie wśród antycznej twórczości pisarza. Bo nie o antyku on jest….
Ongiś każdy pisarz pragnął utrwalić na papierze, słowem drukowanym swoje dzieciństwo i młodość. Wszystko zgodnie z zasadą Mickiewicza:
„Kraj lat dziecinnych! On zawsze zostanie
Święty i czysty, jak pierwsze kochanie,(…)”
Autorka niniejszej recenzji też takowe teksty popełniła…
Parandowski zabiera nas w swój kraj lat minionych. Trafiamy na początek XX wieku do Lwowa. Spacerujemy jego ulicami. Przyglądamy się ówczesnym ludziom. Czytamy o metodach wychowawczych sprzed stu laty. Zaglądamy do szkoły. Może się nawet dziwimy, iż wykonanie maturalnego tableau (pamiątkowego zdjęcie grupy osób; składa się z wielu mniejszych zdjęć tych osób. Najczęściej dużych rozmiarów, wykonywane np. w celu upamiętnienia grupy uczniów i nauczycieli lub studentów i profesorów – za wikipedią) sprawia trudności, powoduje przedziwną tremę. Bo zdjęcie robi się tylko raz i trzeba dobrze na nim „wyjść”. Żaden komputer go nie poprawi, bo do ery komputerowej jeszcze daleko…
Otrzymujemy zatem opowieść o czasach dawno minionych, historycznych. Tam wszystko było inne. Czy wszystko było dobre? Na pewno nie. Ale dzieciństwo widziane po latach zawsze jest dobre i ładne. Tęsknimy za nim. Tak też jest w książce Parandowskiego. Ktoś określił tekst jako „ciepły”. Rzeczywiście taki jest. Można dodać jeszcze słowa pogodny, spokojny, a przede wszystkim nostalgiczny. Czytelnik wyraźnie odczuwa, iż narratorem jest ten, co już młodość ma za sobą. Książka ukazał się po raz pierwszy w 1953 roku, kiedy jej autor zbliżał się do sześćdziesiątki. Wtedy rozpoczyna się czas wspomnień….
Czy utwór spodoba się współczesnemu czytelnikowi? Myślę, że odniesie się do niego z szacunkiem, jak na wiekowe dzieło przystało, ale zachwycony nie będzie. Przeczyta, bo chyba w szkole jeszcze ktoś mu polecił „Mitologię” Parandowskiego i być może warto coś jeszcze tego pisarza przeczytać. Ale „ochów” i „achów” nie będzie. To tekst z dawnej epoki. Pisany bardzo starannym językiem polskim, ale bez fajerwerków. Chwilami monotonny. Sporo opisów. Nie, nie jest „przegadany”, dialogów tyle, ile trzeba, ale takich niedzisiejszych. Całość trąci przysłowiową „myszką”.
Wytrawni czytelnicy powinni jednak tę pozycje przeczytać. Zawsze warto wrócić do historii. Aha, zupełnie nie wiem dlaczego, we wszelkich opisach opowieści jest informacja, że są to „opowiadania” o Lwowie. Owszem, wszystko dzieje się we Lwowie, ale jest to przede wszystkim opowieść o dzieciństwie i młodości. Bohater po prostu żył we Lwowie, tak jak ja żyłam w Wałbrzychu…

❤️
1
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
0

Miejsce Dnia Siódmego

Miejsce Dnia Siódmego

Odnalazłam miejsce
DNIA SIÓDMEGO.
Bóg drzemał na pożółkłej trawie.
Pozwolił mi położyć się obok.
Leżeliśmy patrząc
na nietknięte satelitami niebo.
Za nami milczały sosny.
Przed nami wioska udawała,
że żyje.
Polem cicho przebiegł zając.
Szczęśliwy.
Tu nie ma myśliwych.
Owies stał dumnie.
Marzył o żniwach i stajni.

Bóg lekko uchylił powieki.

Uznał, że to było najlepsze.

❤️
5
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
0

Starsza pani

Starsza pani

Coraz trudniej zmusić mózg do myślenia.
Zapominam.
Nie pamiętam.
Gubię.

Coraz trudniej czytać bez okularów.
Nie widzę.
Nie dostrzegam.
Ślepnę.

Coraz trudniej wejść na IV piętro.
Zatrzymuję się.
Oddycham.
Wspinam się.

Coraz łatwiej uśmiechać się do życia.
Jestem.
Istnieję.
Funkcjonuję.

Coraz łatwiej być sobą.
Wszystko wypada.
Wszystko można.
Wszystko wolno.

Dobrze być starszą panią.

więcej moich wierszy na https://www.czarownice.kosz.pl/opis-5-Rozmaitosci_wierszem_i_proza.php

❤️
2
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
1
0

Mógłby być i czart

Mógłby być i czart

Pamiętacie moją recenzję z powieści Magdy Skubisz „Aptekarka”, będącej pierwszą częścią sagi rodu Tyszkowskich? Ta recenzja o dziewczynie, co to wszystko leczyła żywokostem? I trochę racji miała, bo maści i olejki z tejże rośliny są dziś bardzo popularne. Mnie olejek pomógł. Skoro była część pierwsza, zajmijmy się drugą, która wreszcie doczekała się swojej kolejki do czytania.
Zaczynamy oczywiście od spojlerów, przepraszam, mini recenzji na tylnej okładce. W sumie możemy już sobie czytanie odpuścić, bo wiemy o czym książka będzie. Nawet o kidnapingu. Okładka charakteryzuje również głównego bohatera tej części sagi. Jest kretynem. Oczywiście mamy również silne kobiety, zarówno złe jak i dobre. Dobra na pewno będzie nasza aptekarka czyli Katja.
Dziewczyna nadal jest brudna i chuda. O dziwo tymi cechami wywiera ogromne wrażenie na jaśnie panu Antonim, ale zgodnie z okładką, tylną oczywiście, jest on kretynem więc nie ma się czemu dziwić. Zaraz, zaraz, powoli. A może wcale kretynem nie jest? Autorka powieści skupia się na jego osobie i próbuje pokazać, że człek różne oblicza ma. Nawet ów kretyn czasami bywa człowiekiem. W każdym razie mamy Antoniego, jego przedziwne uczucie do Katji i mamy Katję, która już nie leczy tylko żywokostem. Stosuje również inne zioła taką na przykład wiązówkę błotną („filipendula ulmaria”) inaczej nazywana jest tawułą błotną, tawułą łąkową, kropidłem błotnym, królową łąk albo kozią brodą. „W Polsce tę bardzo pospolitą roślinę, spotkać najczęściej można się na żyznych, podmokłych łąkach, terenach bagnistych, nad brzegami wód i w rowach melioracyjnych. Wiązówka wykazuje wiele właściwości. Głównym surowcem są kwiaty, z których można zrobić napar lub leczniczą nalewkę” . To nie ja ani autorka powieści, to wikipedia. Także zbierajcie wiązówkę. Katja wie również, gdzie zimą, kiedy mróz siarczysty i śniegi ogromne (takie zimy ongiś w Polsce bywały) nadal rosną zioła. Oczywiście tytułowy czarci ogród.
W sumie w tej części sagi nie dzieje się wiele. Akcja jakoś się toczy, dialogi się dłużą, ale uważam ją za zdecydowanie lepszą niż część pierwsza. Mamy tu próbę ukazania skomplikowanego charakteru człowieka. Skupienie uwagi na jaśnie panu Antonim jest według mnie znacznie lepszą metodą na zaciekawienie czytelnika treścią niż pokazywanie Katji, na którą spadają wszelkie plagi egipskie.
Zakończenie oryginalne nie jest, ale spełnia wszelki cechy odpowiedniego zakończenia części opowieści. Bohaterów zostawiamy w miejscu i czasie, w momencie najciekawszym i najbardziej emocjonującym. Jak w czasach starych seriali, kiedy odcinek kończył się w najmniej dla widza odpowiednim momencie. Autorka tym razem wzięła wzór z właściwych źródeł, skłaniając czytelnika do rzucenia się na część trzecią. W moim przypadku część trzecia swoje w kolejce odczeka, ale jak ktoś nie może się doczekać, może wcześniej przeczytać. To nie jest zabronione.

❤️
2
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
0

Żyłam sobie w PRL-u (5)

1968 (5)

Meksykańska pałeczka (2)

cd.
Podczas dalszej części obiadu, w postaci porcji wołowego z kością, na którym ugotował się rosół, rodzice toczyli dalszą dyskusję na temat nieszczęsnej pałeczki i domniemanej sprawczyni narodowej katastrofy. Gdy rodzinnie doszliśmy do tradycyjnego deseru, czyli budyniu, starzy wcale nie byli już pewni, czy aby pałeczka została upuszczona celowo.
– Mówią, że Wolna Europa nic na ten temat nie mówi – wyjaśnił ojciec.
– A Głos Ameryki?
– Głos Ameryki nic nie powie, bo w Ameryce rządzi Żydzi.
– Kto tak powiedział?
– W pracy tak mówią.
W moim domu obowiązywały dwa źródła prawdopodobnych informacji. Mniej prawdopodobne pochodziły z miasta, bardziej – z pracy. Jako że mama nie pracowała, często posiadała jedynie te pierwsze pochodzące z kolejki sklepowej. Ojciec miał dwie możliwości, zatem mógł wyrobić sobie w miarę obiektywne zdanie. Ciągle marzył o kolejnej:
– Może by tak kupić porządne radio, żeby łapało Wolną i Głos… człowiek by sam posłuchał, a nie tylko słuchał tego, czego inni słuchają…
Filozoficzny wywód mego ojca, mama przyjęła z uznaniem, ale od razu postawiła kontrę.
– Nic z tego. Zima idzie. Buty nowe trzeba kupić.
– Komu? Mam te z ubiegłego roku.
– Ale dzieci rosną i wyrosły z ubiegłorocznych.
No tak, znowu porządnego radia nie będzie.
Do tego, że w domu nie słuchamy Wolnej Europy i Głosu Ameryki trudno było w ówczesnych czasach się przyznać. Ponoć słuchał każdy. I większość krytykowała podawane tam wiadomości. Była tak, jak w późniejszych czasach z piosenkami disco polo. Nikt nie lubi, nikt nie słucha, ale każdy największe hity zna na pamięć.
Nasza rodzina nie przyznawała się, że nie słucha zakazanych rozgłośni z powodu braku odpowiedniego sprzętu. Bo jak to, mieliśmy jeden z pierwszych telewizorów w kamienicy, a normalnego radia nie? To co stało na stoliku odbierało jedynie jeden polski program i dwa czeskie….
Wielokrotnie słyszałam jak rodzice tłumaczyli brak znajomości faktów prezentowanych przez owe rozgłośnie faktem, iż nasze mieszkanie jest na głównej linii, po której płynie sygnał zakłócający nadawanie wiadomości z Europy. Powoduje to, że nasze radio jest najbardziej zakłócane. Wszyscy nam współczuli.
Tak więc dyskusja z pałeczki przeniosła się na buty, ponieważ bliższe one były niż wydarzenia w dalekim amerykańskim kraju.
Temat wrócił po kilku dniach w postaci zupełnego zaprzeczenia poprzednim tezom.
Ojciec jak zwykle przyszedł z pracy ok. 15.30…. i tak dalej, i tym podobnie. Tym razem przemówił przy żurku z naturalnego zakwasu, który można było wówczas bez problemu kupić w pobliskiej piekarni.
– Nikt w to nie wierzy, że upuściła specjalnie.
– Skąd wiesz?
– Tak mówią.
– Kto?
– No, w pracy. Mówią ci, co byli w marcu we Wrocławiu. Nie widzieli jej tam.
Po podaniu drugiego w postaci kotletów mielonych z przewagą bułki tartej mama wygodnie usiadła przy stole:
– A ja to w ogóle nie wierzę, że ona ma jakiś związek z polityką. Plotki o specjalnym upuszczeniu pałeczki rozgłosili prawdziwi wrogowie.
– Czyli kto?
– Nie wiem dokładnie kto, ale to byli sportowi rywale. Chcieli dziewczynę wyrzucić z Polski, zniszczyć, żeby nie uprawiała sportu, nie zdobywała więcej medali. A o Wrocławiu to już nie mówmy… Było, minęło.
Mama mówiła dosadnie i z wielką pewnością w głosie. Dziś już nie pamiętam, kto był największym rywalem Polki… Rosjanka? Niemka z NRD? A może Amerykanka?
W każdym razie rodzina stanęła po stronie sportsmenki. Cały kraj zresztą też. Plotka okazała się wredną robotą anty syjonistów i anty semitystów.
Oczywiście zauważyliście, że podczas rozmowy rodziców przewinęła się nazwa jednego z największych miast w Polsce – Wrocław. Wiecie już dlaczego miasto od marca 1968 było zakazane, potępiane i negowane na każdy możliwy sposób przez moją rodzinę, przepraszam, głównie mamę.
I żeby rok zakończyć, jeszcze jeden fakt. Oto jeden z członków rodziny, młody student politechniki we Wrocławiu wdał się w marcową awanturę i został relegowany, czyli usunięty z uczelni. Zamiast w dużym mieście, musiał przenieść się ze studiowaniem do miasta średniej wielkości czyli Wałbrzycha. Tu właśnie otwarto filię wrocławskiej uczelni i można było kształcić się na inżyniera.
W sumie jako małolat nie kumałam, dlaczego filia ma być gorsza, wszak przyjeżdżali tu prowadzić zajęcia właśnie ludzie z polibudy wrocławskiej. Do tego koszt studiowania był znacznie tańszy, bo kuzyn mieszkał we własnym domu, a nie w akademiku, które zawsze miały nieciekawą opinię. W każdym razie rodzina nie była zachwycona, a niektórzy przez wiele lat wypominali młodemu, że niepotrzebnie walczył o „Dziady”.
On sam milczał i został magistrem inżynierem jakiejś specjalności politechnicznej i z „Dziadami” nie ma nic wspólnego.

więcej na
https://www.czarownice.kosz.pl/opis-8-Zylam_sobie_w_PRL_u___Spis_tresci.php

❤️
1
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
– 1 – 10 – 11 – 12 – 13 – 14 – 15 – 16 – 22 –