Nasze publikacje - twórczość i wpisy

0

cisza którą znasz

wielkość kruchości twarzy — jak talerz szkła
pod światłem, którego nikt nie trzyma,
na granicy słów, gdzie milczenie
rysuje mapy dłońmi, których nie dotkniesz.
i… skąd te nieba? — pytasz cicho,
a niebo odpowiada przez żagiel pyłu
unoszący się nad pęknięciami dachów.

ptak przechodzi przez palec godziny jak przez drzwi,
zostawia na skórze ślad światła – wygląda jak pamięć.
nie trzepocze — przesuwa powoli, jak oddech między słowami,
jego pióra są listami, których nikomu nie przyszło otworzyć;
kiedy odchodzi, na nadgarstku zostaje mała zatoka ciszy,
w niej mieszka twoje imię i uczy się mówić powoli.

gorliwości — małe ognie pod językiem,
palą tylko to, co już nie woła,
posprzeczane z ramionami pozbawionych objęć,
jak emocjonalne odrętwienie — nie twoja wina.
uparcie brnące w czerni — buty bez podeszwy
przemierzające ulice oddechu, szukając przewodnika,
zasnute mglistym cieniem zakamarków — tam, gdzie pamięć
chowa klucze i nie odzywa się do telefonu.
pozorne… najważniejsze — jak rysy na twarzy,
które myślą, że są historią, a są jedynie lustrem.

po omacku — palce próbują ułożyć alfabet zamkniętych rozdziałów,
skrycie — szept między piętami, nie chce się ujawnić.
wołają o światło błękitu — nie gwałtowne, lecz jak oddech:
niebo przeciąga się nad pokojem, jak kot, znający twoje imię,
zostawia na skórze zimno, pamięta twoje wspomnienia.
błękit przychodzi powoli, niespieszny jak posłaniec boskich dłoni,
nakleja znaki na brzegi dni i odgarnia kurz z twych powiek.

po dziesiąte… nie pytaj dlaczego —
nie dlatego, że odpowiedzi nie ma,
lecz dlatego, że odpowiedź będzie miała twój głos
i nie wytrzymasz jej dźwięku bez uśmiechu.
Bóg — jeśli chcesz go wplątać w ten przekaz ciszy —
jest strażnikiem zapomnianych pragnień, podlewa noc,
jest niewidzialnym palcem, poprawia twoje włosy,
gdy śnisz na stojąco,
jest klinem światła, wbijającym między żebra bez hałasu,
i jednocześnie restauracją, serwując tylko ciepłe wspomnienia.

ingerencja — jak ręka – przestawia meble przeznaczenia,
czasem delikatna, czasem brutalna jak ptak, co zabiera klucze.
opieką — gdy dowiesz się, że ktoś liczy twoje oddechy
i zapisuje je na kartkach, których nie ma.
a może to tylko twoje własne palce, czeszą ci włosy w nocy,
albo cień twojej matki, przechadza się we śnie.

w ciszy, którą znasz, są małe miasta nieprzespanych myśli:
ulice wyłożone porcelaną wspomnień, tramwaje bez pasażerów,
herbaty, stygnące zanim zdążysz pomyśleć o słowie „dom”.
i są tam drzwi — raz zamknięte, raz uchylone —
czasem przechodzi ktoś z latarką,
odbija w nich wibrujące światło jak monety, rozrzucone
na dnie twojego serca.

nie pytaj dlaczego — zapytaj raczej: kto narysował tę bliznę
na szyi nieba, co świeci jak katalizator ciszy?
kto podlewał twoje rysy błękitem, aż stały się mapami?
kto przyszedł w nocy z nożem, żeby naciąć milczenie
i zalać jego wnętrze ciepłem, którego nie umiesz nazwać?

a kiedy odpowiadać będą tylko cienie i echo twojego oddechu,
pamiętaj: czasem ingerencja to podanie ręki bez słowa,
czasem opieka to milczący akt, nie żąda pamięci.
wtedy cisza, którą znasz, staje się pokojem — nie pustką —
i w tym pokoju niebo rozkłada kolano
i tuli twoją twarz jak filiżankę porannej herbaty,
a ty wreszcie możesz odłożyć talerz szkła
i zobaczyć, że twoje dłonie wychowały nowe słowa.

============================
widziałem na spacerze

❤️
5
👍
1
0
💡
2
1
📖
1
2

rycerza:/

Aniele,
Zawieź tego rycerza na łąki zielone,
niech nie cierpi przez samosąd.
Zabierz go tam,
gdzie kosmate owce stoją na rzeź z miną uśmiechniętą.
Zawieś mu nad głową wieczne słońce,
niech zazna ukojenia po wsze czasy.
I niech spotka przyjaciół równych sobie.
Niech go nie uczą, nie karzą a wielbią
jak barany swego wilka.

❤️
0
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
Świat w okowach mrozu | zima 0

Świat w okowach mrozu

Świat w okowach mrozu

Część miłośników prozy Folletta uważa, iż saga „Stulecie”: ( „Upadek gigantów:, „Zima świata”, „Krawędź wieczności”) jest gorsza niż „Kingsbridge”. Jednym z koronnych argumentów jest to, iż w opisie dziejów dawniejszych jest sporo „nowości” , zagadek i tajemniczych historii. Follett przedstawia dzieje w sposób charakterystyczny bardziej dla powieści sensacyjno-obyczajowej niż historycznej. Ma do tego prawo. Dawne dzieje, nie wszystko wiadome, można sobie pofantazjować.
Jeśli jednak zabieramy się za czasy bardziej nam współczesne, ot takie lekko ponad sto lat temu, to już jest inaczej. Tak jest w przypadku pierwszego i drugiego tomu „Stulecia”, które właśnie ukończyłam. Pierwszy tom to pierwsza wojna światowa, upadek jednych imperiów, narodziny drugich. Po dwudziestu latach ponownie wojna. Saga obejmuje zatem lata udokumentowane historycznie, czasy, o których już napisano sporo, nakręcono masę filmów różnego rodzaju. Trudno w tej tematyce odnaleźć coś nowego. O puszczaniu wodzy fantazji też nie ma mowy. (Chyba, że pisze się opowieść o kapitanie Ameryce….). Mimo tego brytyjskiemu pisarzowi udaje się wybrnąć. Nie tworzy rzeczywistości alternatywnej. Stara się oddać jak najwierniej klimat opisywanych czasów, odwołując się do wydarzeń historycznych, które dobrze znamy.
W „Zimie świata” trafiamy na fronty II wojny światowej. Polacy mogą czuć się zawiedzeni. O Polsce niewiele, prawie nic. Ale my posiadamy przecież swoją literaturę. Masa powieści, opowiadań, w tym ostanie zupełnie nietrafione zwane literaturą pseudo-obozową. Warto zatem poczytać, jak to było, mogło być w innych krajach. Mnie osobiście najmocniej utkwił obraz wojny przez pryzmat obywateli faszystowskich Niemiec. W sumie nie znam innych utworów opisujących tamto społeczeństwo. Czy w literaturze polskiej takowe są? Pamiętam zapomnianych „Niemców” Leona Kruczkowskiego. Dramat ten przedstawia różnych mieszkańców III Rzeszy, od typowych faszystów po ich przeciwników.
U Folletta większość bohaterów jest po dobrej stronie mocy. Nawet jeśli początkowo sprzyjają Hitlerowi, to potem zmieniają zdanie. Źli giną. Czasami po prostu zamordowani przez swe ofiary po to, by innych ofiar już nie było. Czasami giną w walce, ot tak, po prostu. Otwierają tym samym drogę do szczęścia innym. Są tacy, co to właśnie zarzucają pisarzowi, iż zła w jego powieści jest …. za mało. Wszak wojna to śmierć. Nie odczułam tego. Nasi bohaterowie nie zawsze walczą na froncie. Tacy amerykanie żyją na swoim kontynencie i prowadzą interesy. Nie wymagajmy od nich, by wszyscy zginęli w ataku Japończyków na Pearl Harbor. Inaczej z Rosjanami. Niby wyzwalają Europę od faszyzmu, ale jako komuniści też są do niczego.
I tak moglibyśmy pisać i pisać o „Zimie świata”… Wspaniały tytuł drugiej części sagi „Stulecie”. Najbardziej trafiony ze wszystkich historycznych tomów pisarza.

❤️
1
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
Déjà vu – gładkość przymiotu słowa | LISC 1

Déjà vu – gładkość przymiotu słowa

języku — jak własny

Na palcach mury — budowane słowem,
przepaść wznoszona czynem. Pod powiekami cegły szeptają;
każdy blok ma w sobie sylabę, każdy kamień — nazwę, która
na brzegu języka trzyma zapomniany smak. Budowniczy
rzeźbi spokój dłonią, która zna alfabet ciszy;
piasek między palcami staje się przecinkiem,
a zapomniane okno — wielokropkiem, przez który
przecieka światło i niepewność.

Tam gdzie ogród — tam życie.
Ogród nie jest tylko miejscem; to archiwum zapachów.
Korzenie noszą pamięć pierwszych rozmów, ziemia
ma usta, które odmawiają kłamstwa. Rośliny uczą się zdań,
liście układają alfabet dnia, a noc zrzuca kurtkę
i wchodzi z bukietem znaków: świetliki — kropki,
węże bluszczu — kreski, a chwasty — te niewypowiedziane
metryki samotności. Ogród jest biblioteką — i ciałem,
gdzie każda roślina śpiewa inne słowo, a wszystkie razem
tworzą hymn do ręki, która je zbiera.

My­lone często,
sprowadzane do r o l i
p a s t w i s k a —
słowa, które stają się paszą albo pułapką.
Wywołane z półszeptu, polerowane odruchami,
obrabiane w fabrykach zwykłych znaczeń, wracają z osadem.
Czasem są to po prostu nazwy pól uprawnych —
obsiane zdaniami, żniwa złożone z imion. Innym razem
stają się pętlą: kształt, w którym utknął głos, powtarzający
się jak echo w studni. Rola? Pastwisko? Słowa przekładane
jak siano między palcami, ocierają się o rany pamięci.

Jeżeli teraz zaśniesz,
ktoś napisze historię za ciebie
której nie chcesz —
tu zaczyna się praca drugiej ręki: autor niewidoczny
rozkłada na stole twoje godziny, zmiata kurtynę z twoich snów,
składa zdania z resztek oddechów. Jego pióro jest zimne,
a w atramencie mieszają się obietnice i pomyłki.
Pisze wersy o twoim milczeniu, rozdaje twoje imiona
na targu cudzych spojrzeń. Ale nawet wtedy, kiedy
tekst rośnie w cieniu, coś się dzieje w świetle: Bóg
przechadza się po marginesach, poprawia akcenty,
przymierza litery jak ubrania na manekinie duszy.

Jego ingerencja — nie inwazja, lecz opieka z zadziorem.
Nie zawsze łagodna: czasem jak chirurg, który tnie, żeby
uratować, innym razem jak złodziej, który wyciąga
to, czego nie chcesz nosić. Wsuwa palec w pęknięcie świata
i zaszywa je nicią imion. Jeśli ktoś pisze cię bez zgody,
Bóg staje przy maszynie i zszywa drugą warstwę — twoją.
Jego modlitwa to śrubokręt, jego westchnienie — młotek.
Surrealne znaki—na niebie pojawiają się okna,
któraś z liter rośnie w drzewo, a dzień zwija się jak papierowy statek.
Czasem anioły przychodzą z łopatą i przesadzają wspomnienia,
inne razy rozkładają parasole nad zdaniami, żeby deszcz
nie rozmył kształtu słowa.

Nocą mury nie zasypiają. Stają się mostami i labiryntami,
schody złożone z wersów, których kroki zostawiają nuty.
Chodzisz po nich boso; pod stopami słychać mowę kamieni,
a ich echolokacja układa historie, które rozchodzą się
jak pęknięcia szkła. Twoje dłonie są mapą: bruzdy,
blizny, skóra — wszystko zapisane, jak rękopis dotyku.
Słowo dotyka innego słowa jak rana, a w tarciu
pojawia się gładkość — przymiot, który wyrasta z bólu
i czułości jednocześnie. Gładkość nie jest gładką powierzchnią:
to polerowanie, które zostawia refleksy, drobne rysy,
światła, które coś ukrywa, żeby później odsłonić.

Ktoś może pisać twoją opowieść z zewnątrz —
pisze atramentem cienia, dorzuca sceny, których nie pamiętasz.
Ale w ogrodzie zakwitają zioła prawdy; w korzeniach
chowa się twoje własne pismo, zapach, który nie da się podrobić.
Jeśli zanurzysz dłoń w ziemi, natrafisz na rękopis twojego imienia —
wyrwany kartelusz, który tli się jeszcze w palcach. Możesz go otworzyć,
przewinąć, dopisać akcenty. Bóg podlewa wersy swą ciszą,
skleja końce zdań, dopasowuje zdrobnienia. Jego ingerencja
to splot opatrunków i świateł: lapidarny, surowy, oddający
coś pierwotnego — być może bezradnego, być może zbawczego.

Surrealne akcenty wkradają się jak pospieszne liście:
na niebie pojawiają się klawisze fortepianu, z których
spadają nuty jak krople rosący alfabet; księżyc zakłada
twoje słowa jak płaszcz i chodzi po mieście, zostawiając
ślady w błocie. Ręce ludzi stają się łyżkami; kawiarnie
serwują rozpacz w filiżankach ozdobionych literami.
Czasem ściany otwierają się na sceny odwrócone: domy
rosną do góry korzeniami, a dachy stają się jeziorami,
w których pływają zdania, które nigdy nie zostały wypowiedziane.

Nie bój się zasnąć. Nawet gdy ktoś kreśli za ciebie,
w każdym zdaniu zostaje mała luka, jak ziarno.
Możesz je odnaleźć palcem, rozchylić kartki świata
i zasadzić tam własne imię. Słowo wtedy rośnie gładko:
przymiot jego — twoje. A kiedy obudzisz się, znajdziesz
w kieszeni fragment wiersza, który napisałeś w trzech oddechach,
z tym samym skreśleniem, które zostawiłeś kiedyś na szkolnym zeszycie —
dowód, że nawet w obcego pióra cieniu twoje litery
potrafią r o z k w i t n ą ć.

———————————————-
widziałem na ……..

❤️
3
👍
0
0
💡
1
2
📖
1
Gładkość przymiotu słowa — NOC | LISC01 0

Gładkość przymiotu słowa — NOC

JĘZYKU — jak własny, ale obcy

Na palcach mury: zbudowane słowem, wznoszone czynem.
Przepaść pod nimi oddycha; cegły piją twoje sny.
Tam gdzie ogród — tam życie, lecz ogród też gnije:
korzenie wysysają pamięć, liście zakrywają imiona.
Słowa mylone, sprowadzone do r o l i p a s t w i s k a —
paszołowate, zaorane, podbite; zostają skórą
na resztkach prawdy.

Jeżeli teraz zaśniesz,
ktoś napisze historię za ciebie
której nie chcesz —
pióro jak nóż; litery jak rany. Autor bez twarzy
szyje cię z obcych opowieści. Bóg? Staje w kącie,
nie pociesza, lecz obserwuje; czasem ingeruje brutalnie:
wycina fragment, żeby zapobiec rozpadowi, zasysa
to, co zbyt ostre. Jego opieka ma smak żelaza.
Surrealne znaki — nie poświata, lecz znaki ostrzegawcze:
na niebie pojawiają się zegary z klapami ust,
a cienie odgryzają słowa.

Mosty z murów stają się pułapkami. Chodzisz po nich
boso, a pod stopami pękają wersy; dłonie mapują rany.
Słowo tu nie gładzi, lecz tnie; gładkość przymiotu
rodzi się z tarcia i krwi. Jeśli ktoś pisze twoją opowieść,
znajdź w ogrodzie ziarnko — niech wykiełkuje twoje imię.
Gdy się obudzisz, może już być za późno, więc ucz się
szyć swoje brzegi samemu.

***************************

Gładkość przymiotu słowa — ECHO
W murze — okno; w oknie — echo; w echu — list, którego nie wysłałeś.

Na palcach wznoszę mury z nagich liter,
każdy kamień szepta imię, którego nie chcę.
Gdzie ogród, tam życie; w ziemi listów ślad,
korzenie chowają zdania jak złe dzieje.

Słowa mylone, spuszczone na pastwiska,
przez pług i język zmiękczone, zdeptane, liche.
Jeśli teraz zaśniesz — ktoś pisze twoją księgę,
atramentem cienia spisuje twoje imię.

Bóg nad marginesem wszywa twoje rany,
jego palec prostuje krzywe liter szyję.
Surrealne niebo rozsypuje klawisze z gwiazd,
a twoje słowa rosną jak liście od grzechu do uśmiechu.

Nie pozwól, by ktoś całkiem napisał cię sam —
weź igłę, przyszyj własne imię do kart.

——————————————————
……… na spacerze

❤️
4
👍
0
0
💡
1
2
📖
1
6

cynizm:/

Cynizm,
jest jak miecz,
nawet nie używany
a schowany w pochwie,
błyszczy i tnie
bo do tego jest stworzony.

❤️
3
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
Żyłam sobie w PRL - u (15) | klodzko 2 8

Żyłam sobie w PRL – u (15)

Żyłam sobie w PRL – u (15)

1976 (4)

Kawa z Bogatyni 93)

Do dworca Warszawa Zachodnia dojechaliśmy po trzydziestu minutach. To, co zobaczyliśmy, przeszło nasze wyobrażenia.
Na każdym torze stały pociągi. Jeden za drugim. Wszystkie, które planowo odjechały z Warszawy Wschodniej, zatrzymały się na Zachodniej. Na peronach panował ruch jak na Marszałkowskiej. Ludzie wysiadali i nikt im nie kazał wracać do przedziałów. Większość biegała próbując dowiedzieć się czegokolwiek od kolejarzy. Ci, albo wzruszali ramionami, albo machali rękoma dodając przy tym „A daj pan spokój”. Żaden nie potrafił odpowiedzieć, kiedy cały pociągowy konwój ruszy ponownie.
Z naszego przedziału na zwiady poszli młodzi faceci. Gdy wrócili, mieli interesujące wiadomości. Nie, nie na temat Ursusa.
– Wiecie co, my to mamy dobrze! – zaczął młody bez błysku – Nasz pociąg stoi przy peronie. Tylko jeden wagon poza. Można spokojnie wyjść, pogadać z ludźmi.
– Inni mają gorzej! Przed nami stoi Bogatynia! Połowa pociągu w szczerym polu! Żeby dostać się na peron, ludzie muszą przejść przez pół pociągu! – kontynuował młody z błyskiem.
-I to jeszcze nie jest złe, bo za nami też stoi pociąg! Wszystko w szczerym polu!
Jak to? Za nami też stoi pociąg?
– No ku… stoi! Wszędzie pociągi. Same pociągi! – zaśmiał się błysk.
Pan bez żony też się zaśmiał:
– Jak na dworcu. Same pociągi.
Atmosfera w przedziale wyluzowała. Zaczęły się dowcipy, wspomnienia jak to ongiś bywało, zwłaszcza w czasie wojny, bo panowie wojnę przeżyli. Było o przepisach na babkę piaskową i szarlotkę. Tematem numer jeden był jednak sport. Wszak już niedługo rozpoczną się igrzyska olimpijskie w Montrealu. Kto ma szansę na medal? Jak pobiegnie nasza Irenka, już wówczas Szewińska? Czy Hubert Wagner zamęczy siatkarzy, czy też nie? Nie na darmo nazywa się go „katem”. Jakie szanse mamy w boksie? A piłkarze? Kolarze?
W pewnym momencie zapachniało nam kawą. Taką naturalną, świeżo mieloną i świeżo parzoną kawą. Taką, jaka tylko w PRL-u być mogła.
Przez okno zobaczyliśmy mężczyznę niosącego szklankę z kawą. Potem drugiego delikatnie przytrzymującego szklankę z gorącym napojem stojącą na spodeczku. Skąd na dworcu zachodnim 25 czerwca 1976 roku wzięła się kawa?
Proste odpowiedzi są najtrudniejsze.
Z wagonu restauracyjnego. Nasz pociąg nie był w takowy wyposażony, ale przecież wokół było tyle pociągów zwanych dalekobieżnymi, że w części z nich na pewno słynny „Wars” jest.
– Panie, skąd ta kawa? – zapytał przez okno ten z błyskiem.
– Z Bogatyni.
– Dziewczyny, chcecie kawy? – szybko zapytał pokazując zęby bez górnej trójki.
– Jasne, że chcemy! – odparłyśmy pokazując wesoło swoje uzębienie, w którym też były braki.
Chłopak chwycił za ramię towarzysza podróży bez błysku i szybko wybiegli z pociągu. Wracali powoli niosąc pełne aromatu szklanki. Tym razem były w tzw. koszyczkach – specjalnych uchwytach pozwalających na trzymanie napoju w rękach.
W przedziale zapachniało.
– Też bym się napiła …. – westchnęła żona patrząc na męża. Ten przytaknął. Miał jednak problem.
– Cholera, nie doniosę. Ręce mi się trzęsą.
– Nie ma sprawy. Przyniesiemy – zaproponował bezbłyskowy i wyciągnął dłoń po pieniądze – A pani? – zwrócił się do samotnej starszej.
– Też bym się napiła…
– Nie ma sprawy – poderwał się błyskowy.
Starszy samotny pan od razu oznajmił:
– Ja nie chcę…. serce….
Poparł go żonaty:
– Ja też nie mogę….
Kiedy do pociągu dotarły dwie kolejne kawy rozpoczął się etap podróży, zwany współczesnym językiem – integracyjno-rozrywkowym. Wyciągnęliśmy podróżny prowiant. Okazało się, że do kawy, czyli coś na słodko, każdy coś miał. Nawet ja, w zestawie otrzymanym od mamy Ryszarda, znalazłam kawałek szarlotki.
W związku z brakiem w przedziale stołu wielkości mogącej pomieścić żarcie, starsi panowie przypomnieli sobie, jak bywało za ich czasów.
Z półki zdjęli walizkę, położyli na kolanach.
– A teraz w „oczko” panowie! – zaśmiał się żonaty – Tak kiedyś grywaliśmy w karty jadąc pociągiem. Na zapałki oczywiście.
Samotny dorzucił:
– Ostry pokerek też się zdarzał. Oj zdarzał.
Rozpoczęła się uczta. Domowe ciasto mieszało się z czekoladą mleczną i landrynkami. Furorę robiły najbardziej tradycyjne ciasteczka zwane herbatnikami. Najtańsze, najlepsze są do dziś. Starsi pasażerowie nadal wspominali stare, dobre czasy, a młodzież o dziwo słuchała. Okazało się bowiem, że dorośli w naszym wieku wcale tacy grzeczni nie byli. Żeby zobaczyć mecz piłki nożnej, wskakiwali na stadiony przez ogrodzenia. W podstawówce w „kiblach” palili papierosy, a wino marki „Wino”, zwane inaczej „patykiem pisane” popijali ukradkiem w piwnicach. Podrywali dziewczyny metodami znanymi dzisiaj jako molestowanie, a owe dziewczyny piszczały z radości, że mają wzięcie.
– A jak ja swoją starą poznałem? Na zabawie w remizie. Wziąłem do tańca i łap za cycki! – zaśmiał się mąż.
Żona udała zgorszoną:
– No wiesz stary, takie rzeczy opowiadać. Młodzież słucha….
– Niech się uczy!
Nie było jak wypróbować nauk męża. Co z tego, że były cycki…. Nie było remizy, nie było tańców… Był tylko przedział w pociągu stojącym już drugą godzinę na śmierdzącym dworcu Warszawa Zachodnia.
– No stara, wyciągnij …. pod te stare, dobre czasy… – mrugnął do żony autor nieprzyzwoitych wspomnień.
Żona otworzyła dużą torbę, którą trzymała na siedzeniu pod oknem. Światu ukazała się półlitrowa butelka z czerwoną naklejką, charakterystyczną dla najpopularniejszego napoju czterdziestoprocentowego w ówczesnej Polsce.
– To nie byle co, to swojska wódka. Zdrowa, z polskich ziemniaków. Sam robiłem – oznajmił szeptem mąż.
Samotny pan rozejrzał się z niepokojem wokół:
– W pociągu to można tylko piwo….
– E tam, kto będzie nam zabraniał. Oni mają teraz ważniejsze sprawy na głowie. Zastanawiają się co z nami zrobić. Jest tylko jeden problem…. kieliszka nie mamy…
I wtedy odezwała się najbardziej milcząca starsza pani:
– Może i coś by się znalazło…
Z czarnej torebki wyciągnęła małą metalową „piersiówkę”, która zamykana była tzw. „naparstkiem”, służącym do picia zawartości pojemnika.
– Bo ja tak sobie biorę trochę wiśnióweczki na drogę, tak na rozgrzewkę…. – próbowała się wytłumaczyć z posiadania tajnego naczynia na alkohol.
Wszyscy machnęli na te słowa ręką. Czerwiec, lato, temperatura wybitnie plusowa… kto uwierzy w rozgrzewkę. W każdym razie mieliśmy podzielnik. I dobrze nam się dzieliło zdrowy, na naturalnych produktach napój wyskokowy.
W trakcie wznoszenia toastu „za zdrowie pań”, zachrzęścił dworcowy głośnik.
– Pociąg pospieszny do…. stoi na torze…. przy peronie…. planowy odjazd pociągu o 1.32.
Spojrzeliśmy na zegarki. Za dziesięć minut. Zatem ruszamy w dalszą podróż.

Pociągi ruszały średnio co dziesięć minut, w takiej samej kolejności, w jakiej wyruszały z dworca Wschodniego. Przed nami odjechała Bogatynia. Wreszcie i na nas przyszła kolej, żeby kolej wypuściła nas w Polskę.
Kiedy ruszyliśmy, w pociągu zaległa cisza. Wszyscy stanęli przy oknach w przedziałach i na korytarzu. Mijaliśmy Ursus.
Nic się nie działo. Ciągniki stały grzecznie na placu. Ulice były oświetlone. Ktoś dostrzegł jadącą ciężarówkę, inny tzw. „polewaczkę”, duże auto rozbryzgujące wodę na jezdnię w celu umycia jej….
Wróciliśmy na swoje miejsca. Zasłoniliśmy okno i drzwi. Wreszcie dopadło nas zmęczenie. Próbowaliśmy zdrzemnąć się.
Na dworze świtało.
Do Wrocławia dojechaliśmy z pięciogodzinnym opóźnieniem. Po drodze zatrzymywaliśmy się w szczerym polu, na stacjach, na których pośpieszne nie zatrzymują się.
Opuścił nas starszy pan i dwóch chłopaków. Wyściskaliśmy się i pożyczyliśmy sobie wzajemnie kolejnego spotkania w podróży, tym razem bez nieplanowanych postojów. Nasz pociąg podzielono na dwa. Jeden pojechał do Jeleniej Góry, drugi do Kudowy i Stronia.
W trakcie przetaczania wagonów, usłyszeliśmy, że pociąg pośpieszny z Warszawy Wschodniej do Bogatyni jest opóźniony o sześć godzin, a opóźnienie może ulec zwiększeniu. Wiadomo, ten jechał przez Radom. Zastanawialiśmy się, czy pasażerom wystarczyło kawy….
W Kłodzku opuściłam przedział. Podziękowałam za przyjemną podróż. Pomachałam ręką na pożegnanie.

Bo dziwne to były czasy…. człowiek spędzał czas z nieznajomymi w pociągu, opowiadał intymne szczegóły z życia, a potem wysiadał, zapominał twarze…. historie…. A w drodze powrotnej ponownie spotykał nieznajomych, ponownie opowiadał …. W swoim życiu ani razu ponownie nie spotkałam nikogo ze swych pociągowych znajomych….

Taksówką dotarłam do małego domku swej rodziny. Otworzyłam furtkę, zaciągnęłam się wonią różanego ogrodu. Po cuchnącym dworcu i w sumie nie mniej pociągu, zapach róż na chwilę mnie odurzył. Nacisnęłam klamkę w drzwiach. Tu nigdy się nie pukało.
Zamknięte.
No nie, jeszcze tego brakowało.
Już chciałam udać się na drugą stronę domu, gdzie był ogród warzywno-sadowniczy, by zasnąć w cieniu porzeczek i jabłoni, kiedy przypomniała sobie, gdzie jest klucz.
Pchnęłam mocno jedno z okienek korytarza, sięgnęłam ręką. Był.
Weszłam do środka. Ponownie zamknęłam drzwi na klucz i odłożyłam go na poprzednie miejsce. Skorzystałam z toalety. Wymyłam ręce i twarz. O nie, na razie żadnej kąpieli, żadnego prysznica. Wtoczyłam się na poddasze, które zajmowała ciocia. Z kuchni wchodziło się do pokoju. Zrobiłam sobie herbatę, kanapki i zamknęłam się w pokoju. Wypiłam, zjadłam i zasnęłam jak niemowlę.

Kiedy się obudziłam, przez okno zaglądało słońce. Racja, tu jest bardziej zachód niż południe. Zbliżała się osiemnasta. Za drzwiami w kuchni słyszałam kroki i pochrząkiwania. Pewnie ciocia. Kochana, dała mi się wyspać. Wstałam, przeciągnęłam się i otworzyłam drzwi.
Ciocia stała ze szklanką w dłoni.
Upuściła ją.
Herbata rozlała się po podłodze.
Przeraźliwie krzyknęła.
Ciocia, nie herbata.
Obok niej na szczęście stało krzesło.
Usiadła.
Z dołu przybiegła kuzynka.
Za nią kuzyn.
O rety, ale mam wejście – przemknęło mi przez myśl.
– Boże, co się stało!? – ryknęła kuzynka – Ciociu, co ci jest? A ty skąd się tu wzięłaś?
– No ja, z pokoju… – odezwałam się cicho i niepewnie, bo nadal robiłam za ducha lub bliżej nieokreślone widmo.
Kiedy ciocia już doszła do siebie, opowiedziałam historię podróży. Przez kilka dni byłam bohaterką rodziny. W Wałbrzychu też. Wszędzie kazano mi opowiadać, jak mijałam Ursus i ile opóźniony był pociąg do Bogatyni. O kawę nikt nie pytał.
A potem wszystko umilkło. Siedemnastego lipca rozpoczęły się Igrzyska Olimpijskie w Montrealu. Nocami pasjonowaliśmy się meczami piłki nożnej, ręcznej i oczywiście siatkówki. Podziwialiśmy naszą Irenę ustanawiającą rekord świata na 400 metrów. Zdobyliśmy 26 medali olimpijskich, w tym siedem złotych.
A Ryszard? Cóż, wspólne nocne oglądanie sportowej rywalizacji zaprocentowało nowymi znajomościami. Ryszard zniknął z mego życiorysu. A czy w ogóle był?

foto – Ciocie z Kłodzka przed swoim domem, po lewej legendarne okienko…. nie, juz do domu nie wejdziecie…. domu nie ma….

❤️
1
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
1234567101