Żyłam sobie w PRL u (32)

Żyłam sobie w PRL – U

1981 (4)

Wsiadłam w pierwszy autobus odjeżdżający do Łomży. Niestety, to była najgorsza z tras – przez Mężenin, Rutki…. Trasa zwana widokową, bo jedzie się wolno i podziwia widoki za szybą. Co sołtys to przystanek, co plebania też, o sklepie Gminnej Spółdzielni nie wspomnę.
Tak, wiem, dziś jest znacznie lepiej nawet na tej trasie, ale tkwimy wciąż w roku 1981, na dodatek jest trzynastego grudnia. Dużo śniegu, mróz.
Najpierw spokojnie, polskim ogórkiem czyli Jelczem 043, jedziemy krajową „ósemką”, a potem skręcamy i…. Kierowca zaczyna głośno kląć:
– O, sku…. syny, kur…. ja pierd…. Mówili, że odśnieżona!
Uśpiony autobus z niewielką ilością pasażerów obudził się.
– Co się stało? – ryknęliśmy w stronę kierowcy.
– Zobaczcie sami.
Podeszliśmy do kierowcy i spojrzeliśmy na drogę. Znajdowały się na niej dwie koleiny po przejeździe ciągnika, pewnie polskiej marki „Ursus”. Być może przejechał raz, być może dwa.
Skojarzenie miałam jednoznaczne – czerwiec 1976, tory kolejowe i też Ursus.
– Rano nie kazali mi tędy jechać, bo nie było odśnieżone. Teraz miało być. Kur…. ja pierd….
– Cofaj pan do tyłu – poradził facet w dojrzałym wieku.
Chciałam mu powiedzieć, że cofnąć można się jedynie do tyłu, ale co tam. W sytuacji zagrożenia należy zachować spokój.
– Nie da rady. Jest pod górkę. Nie cofnę. Kur…. ja pierd….
– Stoisz pan w koleinach, to jedź pan dalej i trzymaj się ich.
Wolno ruszyliśmy. Przetaczaliśmy się przez sołectwa, plebanie i sklepy. Brnęliśmy wśród ośnieżonych pół do celu. Wokół panowała niezmącona niczym cisza. Każdy trzymał zaciśnięte dłonie. Niektórzy pewnie się modlili.

I wreszcie zobaczyliśmy w oddali szosę posiadającą status pierwszej kolejności odśnieżania. Widzieliśmy kilka aut, które poruszały się znacznie szybciej niż my.
Jeszcze tylko trochę, jeszcze tylko kawałek….
I trach! Czy to ręka kierowcy zadrżała, czy śnieżny tor nie był już tak prosty, w każdym razie wypadliśmy z niego. Nie, nie żadnej tragedii. Nawet w rowie się nie znaleźliśmy. Po prostu – zaspa. Teraz to już wszyscy zaklęli.
– Kur… my pierd….my
Trzeba było pojazd z zaspy wydobyć. Pod przewodnictwem kierowcy zaczęliśmy usuwać śnieg, pod koła podkładać wszystko, co miało umożliwić poruszanie się kół w określonym kierunku, a nie tylko w miejscu. Ktoś w szczerym polu dostrzegł drzewko. Poszedł i oskubał je z gałęzi. Ja poświęciłam niezapisany zeszyt. Chciałam wrzucić pod koła wszystkie studenckie notatki, bo wojna i po co się uczyć. W porę jednak przypomniałam sobie tajne nauczanie z okresu drugiej wojny i stwierdziłam, że może jednak notatki jeszcze się przydadzą.
Pod kołami pojawiły się jeszcze stare szmaty, „Trybuna Ludu”, papier po kanapkach.
– Dobra, teraz ja siadam za fajerę, a wy pchajcie – wydał dyspozycje szef czyli kierowca.
Silnik zahuczał.
Załapał.
Zaparliśmy się.
Razem.
Solidarnie.
Wszyscy.
W imię wspólnego dobra.

Żeby cholera jasna dotrzeć do domu!

Wojna przeca jest!

„Ogórek” wskoczył ponownie w koleiny.

Do dworca dojechaliśmy bez problemu. Wszyscy rozbiegli się w swoje strony. Zmęczona, z torbę wypełniona ciuchami na trzy dni, zeszytami i książkami też ruszyłam rozglądając się wokół i szukając śladów obcych. Wojsk oczywiście. Chociaż pojawienie się Marsjanina też byłoby znakiem wojny. Światów oczywiście.
Nic z tego. Wszędzie cisza.
Zbliżyłam się do kawiarni, w której zwykliśmy zamawiać „raz posiedzieć”. O, co się tam dzieje? Są ludzie, hałas, rozmowy… Tajna narada? No nie, za głośna….
Lokal wypełniony był ludźmi. Młodymi. Pili herbatę z cukrem. Ktoś pod stołem rozlewał gorzałę do szklanek po herbacie. Ktoś zanosił się śmiechem.
Przy „naszym” stoliku siedział z kumplami mój brat!
– O, cześć siostra! Już wróciłaś?
– Zajęcia odwołali, bo wojna.
– Jaka wojna, gdzie ty tu widzisz wojnę?
– W telewizji generał mówił…. sama słyszałam.
– A niech se pogada…. najważniejsze, że do woja nie idę! – ryknął brat.
Rzeczywiście, właśnie zbliżał się termin zakończenia przedłużonej służby wojskowej, co miało oznaczać, że do koszar pójdą młodzi.
– Taki pewny jesteś? W czasie wojny zawsze jest powszechna mobilizacja…. – przypomniałam sobie fakty historyczne.
Tym razem brat był lepszy.
– Przed wojną, a nie w trakcie. W trzydziestym dziewiątym głoszono ją dzień przed wybuchem wojny. Teraz nikt młodego żołnierza pod broń nie powoła. Starzy będą nadal w wojsku.
Trudno było odmówić bratu logiki. Nie miał on zielonego pojęcia o jakiejkolwiek służbie wojskowej. Strzelał jedynie na strzelnicy w wesołym miasteczku. Ja, jako absolwentka liceum, miałam więcej doświadczenia w tym zakresie. Podczas zajęć przysposobienia obronnego na prawdziwej strzelnicy waliłam w tarczę z kbks.
Nie wiem, czy to zmęczenie wypychaniem autobusu z zaspy, czy zbyt radosny nastrój w kawiarni sprawił, że jakoś nie chciało mi się dłużej siedzieć z kumplami. Poszłam do domu.
Tu zastałam inny obrazek. Wystraszeni rodzice siedzieli w pokoju przed telewizorem. Pili herbatę z cukrem.
– Jak dobrze, że jesteś. Martwiliśmy się – przywitała mnie mama.
Tato był bardziej konkretny:
– I jak w Białymstoku? Są ruscy?
– Nie ma. Nigdzie ich nie ma. W Rutkach też nie ma.
– W Rutkach? A co ty robiłaś w Rutkach?
Opowiedziałam historię toczenia się przez wsie Podlasia.
– A u nas na ulicach widziałaś coś? – dopytywała mama.
Wzruszyłam ramionami.
– Nic. Cisza. Śniegu dużo napadało. W knajpie brata widziałam.
– Ponoć dużo ludzi aresztowano…. – kontynuowała mama. – Ciekawe, kogo ze znajomych….
– Na pewno nikogo z tych, co chodzą do knajpy… Tam panuje nastój zabawy…. Cieszą się, że nie pójdą do wojska…. – mruknęłam pod nosem.
Tato miał inna teorię.
– Partyzantkę założą.
– Teraz? Zimą? – nie dowierzała mama.
Ojciec brnął dalej:
– Zimą też w lasach siedzieli. W ziemiankach.
– Ale wykopywali je jesienią.
– Albo wiosną. Do wiosny nie tak daleko.
Jasne, mamy grudzień, w marcu mrozy puszczą, można kopać.
Zamilkliśmy.
Telewizor nieustannie mówił o zakazach i nakazach obowiązujących w czasie stany wojennego. Ogłoszono godzinę policyjna, znaczy się milicyjną. Zjawisko znane z filmów wojennych. Wyłączono telefony. W sumie w kraju nie były w masowym użytku, zatem niewielu cierpiało. My tak. My mieliśmy.
Zakazano wyjazdów bez specjalnego zezwolenia. W sumie nigdzie się nie wybieraliśmy. Drogi zasypane. Komunikacja ograniczona.
Przestały ukazywać się gazety. Drukowano jedynie „Trybunę Ludu” i „Żołnierza Wolności”. Nam najbardziej żal było prasy sportowej.
Po mieście miały krążyć specjalne patrole legitymujące przechodniów…. Pierwszego dnia nie widziałam żadnego. Ani w Łomży. Ani w Białymstoku.
Wieczorem podano kolejną wiadomość – zawieszono zajęcia w szkołach i na uczelniach.
Rozpoczęłam przyśpieszone ferie.

❤️
0
👍
0
0
💡
0
0
📖
0

Autorem powieść - fragmenty "Żyłam sobie w PRL u (32)" – jest Grazyna KS. Wszelkie prawa autorskie do powieść - fragmenty należą do autora. Kopiowanie, rozpowszechnianie, publikowanie lub jakiekolwiek wykorzystanie utworu w całości lub w części, bez uprzedniej pisemnej zgody autora, jest zabronione. Niniejszy utwór został opublikowany na portalu poezja-proza.pl w celu promocji twórczości autora oraz dla bezpłatnej lektury czytelników. Zachęcamy do zapoznania się z innymi publikacjami portalu, takimi jak wiersze, haiku, opowiadania, dzienniki, listy, recenzje, oraz myśli autorów.
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 Komentarze
0
Chętnie poznam Twoje przemyślenia, skomentuj.x