Nasze publikacje - twórczość i wpisy

0

przysłona

chcąc nie chcieć
życie jest przy sobie

w walce
z pożądaniem o spełnienie

okna przesuwają się
zatrzymując w sobie obrazy
jak przy święcie
(bożego ciała)
rzucają głębokie cienie
do wnętrz

rzeźby zostały same
lżejsze od powietrza
skłamanego na krzyż

❤️
2
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
0

Całun

Gdy patrzy jak przez dziurkę w oku
widząc mnie więcej
o chwilę która nie przeminęła

wdycham szarość nieba
nóż obracany pomiędzy żebrami
na przekór czasom
leżę na ścianie przewróconego domu

w zgniatanym szkielecie kiełkuje roślina
wegetacja przeciwstawiająca się prawu
grawitacji w twoim wszechświecie

całuję twarz umęczonego Chrystusa
jemu zawierzam co odcięte
fantomowy ból kobiety

całuję twarz w lustrze

❤️
3
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
0

cry

nocą na rzece wśród śnieżnych brzegów
jak zgubionym na mrozie szalu
ścieżce z kilku garści popiołu

chmury z wywróconego nieba
skrzepnięte w ostre kształty szklanych kier
przepływają pod krzywą gałęzią czasu

– zogniskowane na oku
w symbol
gwiazdy widzianej przez łzę

❤️
2
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
7

Ty ;/

Żeś na drodze mi stanął
to nie był przypadek
ale żeś zakopał wszystkie róże
to było konieczne,
żeby topór zawiści i nieposłuszeństwa
rąk Ci nie uciął.
Rąk, które tyle dobra czynią
i tyle obojętności mają w sobie zarazem.

❤️
5
👍
2
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Żyłam sobie w PRL - u (18) | Odznaka ZBoWiD PRL 0

Żyłam sobie w PRL – u (18)

Żyłam sobie w PRL – u (18)

1978 (3)

Zapis emerytalny

Czy to było rok później, czy dwa lata wcześniej …. w każdym w rodzinie nastąpiło inne zapisanie.
Pewnego oczywiście dnia ojciec wrócił z „piwa” z kolegami i zakomunikował najbliższym:
– Zapisuję się do ZBoWiD-u!
Organizacja owa – Związek Bojowników i Wolność i Demokrację, opinię miała różną. Nie będę interpretowała historii. Byli tacy, co mówili, że kombatantem można zostać za „połówkę”, znaczy się pół litra wódki. W każdym razie deklaracja taty nie zrobiła na nikim wrażenia. Oczywiście, że go to zdenerwowało, bo miał przygotowaną argumentację.
– Nie pytacie dlaczego?
– No dobrze, dlaczego – powtórzyła zasadnicze pytanie mama.
– Bo jest tak…
W tym momencie nastąpiło zawiłe tłumaczenie. Postaram się uczynić je bardziej czytelnym.
Zgodnie z ówczesnymi przepisami co niektórzy mogli przejść na emeryturę po przepracowaniu 40 lat. Jako że Polska Ludowa tylu nie liczyła, do owej czterdziestki zaliczano czas wojny i okupacji. Oczywiście trzeba było udowodnić, że było się wtedy bojownikiem o ową wolność, czyli kombatantem. Oczywiście obowiązkowa była przynależność do ZBoWiD-u, który to decydował o tym, kto nim jest, a kto nie.
Żeby to udowodnić, trzeba było znaleźć dwóch świadków – udokumentowanych bojowników – potwierdzających czynny udział w wojnie.
Takich oto świadków tato znalazł „na piwie” z kolegami. W czasie okupacji mieszkali w pobliżu niego i po kilku butelkach lub kuflach gotowi byli poświadczyć, że mój rodziciel był wówczas aktywny. Tym bardziej, że rzeczywiście moi dziadkowie, czyli babcia i dziadek od strony ojca byli członkami Amii Krajowej.
Następnego dnia tato przyniósł odpowiednie formularze, posadził mnie przy stole i kazał wypełniać.
Doszliśmy oczywiście do rubryki „Walka” i wspólnie ułożyliśmy tekst o działalności nastoletniego wówczas chłopca w szeregach AK. Oto na polecenie rodziców przenosił meldunki. Z jednej wsi do drugiej.
– Pod obstrzałem? – zapytałam fachowo.
– Nie, nikt nie strzelał.
– Ale mógł.
Ojciec załapał.
– Mógł.
Dopisałam „Przenosiłem meldunki narażając się na spotkanie patrolu żandarmerii wojskowej, który inwigilował teren należący do gminy, po której się poruszałem”.
Meldunki przechowywał w bucie, ukryte w skarpecie.
– Może lepiej „w onucy” – zaproponowałam. – Brzmi bardziej wojennie.
Ponownie zgoda.
Potem było coś o przedzieraniu się przez ciemny las i przeżywaniu stresu w związku z możliwością spotkania hitlerowców penetrujących las w poszukiwaniu partyzantów.
I tak dalej i tym podobne. W sumie historia jak wiele innych, które potem tworzyłam. Bo kiedy ojciec został kombatantem, do naszego mieszkania zaczęli przychodzić kolejni kandydaci do wcześniejszej emerytury.
Wniosek taty, z opowieścią napisaną przeze mnie, okazał się hitem. Cóż, zawsze miałam wybujałą fantazję i potrafiłam nieźle pisać.
Ile ja podobnych wniosków napisałam, nie wiem. Historie tworzyłam przeróżne. Od ataku dziesięciolatka z koktajlem Mołotowa na czołgi po zabawę sześciolatka przed budynkiem komendy gestapo mającą na celu obserwację obiektu. Wojskowego oczywiście.
Kiedyś trafił mi się kolega taty „z piwa”, który w 1939 roku miał pięć lat. Chciał koniecznie też rzucać się na czołgi, ale przekonałam go, że to lekkie przegięcie. Tym bardziej, iż mieszkał dość daleko od linii frontu. Stanęło więc na tym, że w 1942, kiedy miał już lat osiem, był łącznikiem.
– I proszę napisać, że brałem wielki koszyk, szłem na grzyby do lasu, zbierałem te grzyby, a na dnie koszyka przemycałem do oddziału partyzanckiego panzerfausta. I szłem w maju.
Pomijając, że „szedłem”, a nie „szłem”, zaczęłam wyjaśniać koledze ojca „z piwa”, że tak być nie może.
– Trzeba pozmieniać. W maju nie ma grzybów. Jagód też nie. Konwalie mógł pan najwyżej zbierać, albo młodą pokrzywę na sałatkę.
– Takiej biedy, żeby pokrzywy jeść to nie było… – zaprzeczył znajomy.
– No to przenosimy akcję na wrzesień.
Pokręcił z niezadowoleniem głową. To było trzy miesiące później….
W działalności kombatanckiej i wcześniejszej emeryturze każdy dzień był ważny. Okres zaliczany do walki o wolność zaliczano podwójnie do stażu pracy. Mój tato udowodnił, że walczył przez dwa lata, zatem liczyło mu się to jak cztery lata pracy.
– To niech będzie 1941!
Pokręciłam głową. Brak znajomości historii w obliczu emerytury był dla mnie przerażający.
– W 1941 roku byli tu Rosjanie….
– Ale we wrześniu już ich nie było!
– A już tu był ruch oporu i regularna partyzantka?
Człowiek się poddał. Zgodził się na grzyby we wrześniu 1942. Niestety, pojawił się drugi problem. Dlaczego panzerfaust?
– Bo wszyscy nosili albo granaty, albo meldunki. Ja chcę panzerfausta w koszu.
– Proszę pana, taki panzer to by się panu w koszu z grzybami nie zmieścił. Do tego jako dziecko nie uniósłby pan tego kosza, tych grzybów i tej broni. Trochę logiki w tym wniosku też musi być. Przecież w ZboWiD-zie nie siedzą idioci.
(Z jakiego to filmu? „Stawka większa niż życie”, czy współczesnego? W każdym razie cytat się przydał)
Pan, w sumie niewielkiego wzrostu, ponownie się zgodził.
– Dobra, niech będą granaty. Ale te duże, takie handgranaty.
Niech będą duże. Ile ich mogło być w takich koszyku niesionym przez ośmioletnie dziecko?
– Napiszemy „kilka handgranatów”. Po prostu pan już nie pamięta. Wiemy, skąd pan niósł te granaty, ale trzeba ustalić dokąd. Tato, podaj mapę powiatu.
Rozłożyliśmy mapę na stole.
– Największe działania oddziałów partyzanckich były tutaj… kto będzie panu podpisywał jako świadek?
– Ja – zgłosił się ojciec.
Aha, on nosił meldunki tu…. zatem…. dobra.
– Te granaty nosił pan do oddziału, z którym współpracował oddział partyzancki, do którego meldunki nosił mój tato.
– A nie mogę nosić do tego samego? Będzie bardziej prawdziwe.
Zaprzeczyłam.
– Za duża odległość do pokonania przez dziecko z koszem pełnym grzybów i granatów.
– A kogo to obchodzi jaka to odległość? I czy to wszystko jest prawdą! Kto nas będzie z tego rozliczał! – wzburzył się kolega „z piwa”.
Spojrzałam na niego okiem przyszłego pedagoga.
– Historię to obchodzi. Historia może was rozliczyć. Może kiedyś wasze wspomnienia będą lekturą obowiązkową?
Panowie zamilkli i pozwoli mi tworzyć historię ich bohaterskiej walki o tę wolność i tę demokrację.
I tak tworzyłam. Czasami się buntowałam. Znajomi ojca zabierali go na kolejne „piwa”, a mnie tylko raz jeden z nich przyniósł czekoladę….
W 1984 mój tato przeszedł na zasłużoną emeryturę po 36 latach pracy i dwóch – liczonych podwójnie – latach walki z hitlerowcami.
całość powieści na mojej stronie https://www.czarownice.kosz.pl/opis-8-Zylam_sobie_w_PRL_u___Spis_tresci.php

❤️
0
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
0

przez palce

kwiat
zwraca wyziębioną twarz
ku słońcu

miast słowa
wyrastając ponad granit
dni spoglądających w nieobecność nieba

czy boli

w miejscu serca
szorstki fiolet

mądrość snu
pośród pajęczyn
stłuczonego szkła

jeśli wszystko ma sens
na końcu drogi

❤️
2
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
0

przy kominku

szum
napływającej do oczu
krwi

cień delikatnie
unoszący ku sobie
źrenice

drżący z zimna płomień
w tle

❤️
2
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Żyłam sobie w PRL - u (17) | mleko 0

Żyłam sobie w PRL – u (17)

Żyłam sobie w PRL – u (17)

1978 (2)

Partia (2)

W kuratorium zapukałam do pierwszych lepszych drzwi. Powiedziałam, że w sprawie pracy. Pierwsza z brzegu pani szybko zerwała się z krzesełka i z radosnym uśmiechem zaprowadziła mnie do kolejnych drzwi. W pokoju siedział pan w wieku moich rodziców.
– Ta pani w sprawie pracy.
– Ale tylko na wsi, w mieście etatów nie mamy – zakomunikował ostrożnie.
Oczywiście, że na wsi. Nie liczyłam, że dostanę posadkę w mieście. Byłam świeżo po maturze, bez żadnego doświadczenia. Takie osoby jak ja trafiały do małych szkół na wioskach daleko od szosy.
– W porządku. Proszę mnie te wsie pokazać. Jestem specjalistką od polskiego. Tu moje świadectwo. Same piątki na maturze, z wyjątkiem matmy. Aha, należę do partii.
– Piękne świadectwo. Prawdziwa polonistka. A partia to tu nie ma znaczenia.
Pan poszperał w szufladach, szafach i z talentem godnym dzisiejszych przedstawicieli handlowych lub akwizytorów przedstawił mi oferty dla polonistów po maturze.
Wybrałam wieś najbliżej szosy, bo tylko trzy kilometry do asfaltu.

Było nas tam sześcioro. Wszyscy należeli do partii.

Po roku przeniosłam się bliżej miejsca stałego zamieszkania. Było nas dziesięcioro. Wszyscy należeli do partii.

Byłam na jednym zebraniu partyjnym. Fajnie było. Impreza ostro zakrapiana.

Po ukończeniu szkoły średniej nie zapłaciłam żadnej składki na rzecz władzy rządzącej.

W związku z tym, że partia miała szansę i w niczym mi nie pomogła, przestałam się do niej przyznawać.

Nie wiem, co się stało z moja legitymacją partyjną. Może zżarły ją myszy w jednym z pokoi wynajmowanym przez gminę w jednej ze wsi, w której pracowałam.

Po latach wyczytałam, że w okresie największego apogeum PZPR należało do niej ponad trzy miliony Polaków.
I jak ta partia mogła wszystkim swoim pomóc?

Z partią zetknęłam się jeszcze raz – w drugiej połowie lat osiemdziesiątych, kiedy już ledwo oddychała. Jako matka – Polka wstawałam rano i biegłam do pobliskiego sklepu, zwanego szumnie Delikatesami, po mleko dla dzieci.
I teraz dygresja na temat ówczesnego mleka. Sprzedawane było w szklanych, litrowych butelkach. Dwa rodzaje – tzw. normalne 2% tłuszczu i tzw. pełne 3,2%. Małym dzieciom zalecano podawanie mleka pełnego. Takie czasy, dzieci ruchliwe były i biegały po podwórku. Mleko należało kupić w godzinach rannych. Kupione później, mogło się skwasić i nadawało się wówczas tylko na obiad w postaci ziemniaków z masełkiem i owym kwaśnym, niektórzy mówią zsiadłym, mlekiem, a nie na kaszkę dla potomstwa.
Wstawałam zatem skoro świt i leciałam po te pełne, żeby tę kaszkę na świeżym mleku na śniadanie ugotować. I czasami robiono mnie w jajo. Bo czasami mleko pełne zostawało z poprzedniego dnia. Latem takowe nie miało szans, by dać się następnego dnia przegotować. Panie w sklepie sprzedawały owe wczorajsze jako dzisiejsze. Wystarczyło, że w pośpiechu nie zerknęłam na etykietę z datą sprzedaży, a do domu wracałam z mlekiem nie do zagotowania.
Kiedyś nie wytrzymałam.
Sprawdziłam datę. Wczorajsza. Zapłaciłam. Wsadziłam butelkę do koszyka i prawie biegiem udałam się do gmachu partii, który znajdował się w pobliżu. Wpadłam do pierwszego z brzegu sekretariatu, który był sekretariatem pierwszego sekretarza.
Postawiłam butelkę na stół. Zbulwersowana, zdenerwowana opowiedziałam o kicie wciskanym w Delikatesach.
– Przecież można uprzedzić, że to wczorajsze! Ludzie kupią na zsiadłe! A nie wciskać kobiecie, która zostawiła małe dzieci w domu i pobiegła do mleko dla nich! – wrzeszczałam w pokoju pokazując butelkę.
– W którym to było sklepie?
– Tu, w Delikatesach.
Pani sekretarka poprosiła, bym usiadła i chwilkę poczekała. Weszła do drugiego pokoju. Wróciła z uśmiechem.
– Proszę udać się ponownie do Delikatesów. Mleko zostanie wymienione. I gdyby jeszcze raz zdarzyła się taka sytuacja, proszę nas ponownie zawiadomić. Partia pomaga ludziom.
Oczywiście mleko mi wymieniono. Od tej pory w sklepie patrzono na mnie jak na konfidenta. Naraziłam się ludowi pracującemu, oj naraziłam. Tak na lud pracujący donosić do PZPR-u… A mogłam przecież w imię solidarności kupować to nieświeże mleko…. Bo takie dziwne to były czasy…

❤️
0
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
– 1 – 35 – 36 – 37 – 38 – 39 – 40 – 41 – 138 –