Żyłam sobie w PRL – u (18)

Żyłam sobie w PRL – u (18)

1978 (3)

Zapis emerytalny

Czy to było rok później, czy dwa lata wcześniej …. w każdym w rodzinie nastąpiło inne zapisanie.
Pewnego oczywiście dnia ojciec wrócił z „piwa” z kolegami i zakomunikował najbliższym:
– Zapisuję się do ZBoWiD-u!
Organizacja owa – Związek Bojowników i Wolność i Demokrację, opinię miała różną. Nie będę interpretowała historii. Byli tacy, co mówili, że kombatantem można zostać za „połówkę”, znaczy się pół litra wódki. W każdym razie deklaracja taty nie zrobiła na nikim wrażenia. Oczywiście, że go to zdenerwowało, bo miał przygotowaną argumentację.
– Nie pytacie dlaczego?
– No dobrze, dlaczego – powtórzyła zasadnicze pytanie mama.
– Bo jest tak…
W tym momencie nastąpiło zawiłe tłumaczenie. Postaram się uczynić je bardziej czytelnym.
Zgodnie z ówczesnymi przepisami co niektórzy mogli przejść na emeryturę po przepracowaniu 40 lat. Jako że Polska Ludowa tylu nie liczyła, do owej czterdziestki zaliczano czas wojny i okupacji. Oczywiście trzeba było udowodnić, że było się wtedy bojownikiem o ową wolność, czyli kombatantem. Oczywiście obowiązkowa była przynależność do ZBoWiD-u, który to decydował o tym, kto nim jest, a kto nie.
Żeby to udowodnić, trzeba było znaleźć dwóch świadków – udokumentowanych bojowników – potwierdzających czynny udział w wojnie.
Takich oto świadków tato znalazł „na piwie” z kolegami. W czasie okupacji mieszkali w pobliżu niego i po kilku butelkach lub kuflach gotowi byli poświadczyć, że mój rodziciel był wówczas aktywny. Tym bardziej, że rzeczywiście moi dziadkowie, czyli babcia i dziadek od strony ojca byli członkami Amii Krajowej.
Następnego dnia tato przyniósł odpowiednie formularze, posadził mnie przy stole i kazał wypełniać.
Doszliśmy oczywiście do rubryki „Walka” i wspólnie ułożyliśmy tekst o działalności nastoletniego wówczas chłopca w szeregach AK. Oto na polecenie rodziców przenosił meldunki. Z jednej wsi do drugiej.
– Pod obstrzałem? – zapytałam fachowo.
– Nie, nikt nie strzelał.
– Ale mógł.
Ojciec załapał.
– Mógł.
Dopisałam „Przenosiłem meldunki narażając się na spotkanie patrolu żandarmerii wojskowej, który inwigilował teren należący do gminy, po której się poruszałem”.
Meldunki przechowywał w bucie, ukryte w skarpecie.
– Może lepiej „w onucy” – zaproponowałam. – Brzmi bardziej wojennie.
Ponownie zgoda.
Potem było coś o przedzieraniu się przez ciemny las i przeżywaniu stresu w związku z możliwością spotkania hitlerowców penetrujących las w poszukiwaniu partyzantów.
I tak dalej i tym podobne. W sumie historia jak wiele innych, które potem tworzyłam. Bo kiedy ojciec został kombatantem, do naszego mieszkania zaczęli przychodzić kolejni kandydaci do wcześniejszej emerytury.
Wniosek taty, z opowieścią napisaną przeze mnie, okazał się hitem. Cóż, zawsze miałam wybujałą fantazję i potrafiłam nieźle pisać.
Ile ja podobnych wniosków napisałam, nie wiem. Historie tworzyłam przeróżne. Od ataku dziesięciolatka z koktajlem Mołotowa na czołgi po zabawę sześciolatka przed budynkiem komendy gestapo mającą na celu obserwację obiektu. Wojskowego oczywiście.
Kiedyś trafił mi się kolega taty „z piwa”, który w 1939 roku miał pięć lat. Chciał koniecznie też rzucać się na czołgi, ale przekonałam go, że to lekkie przegięcie. Tym bardziej, iż mieszkał dość daleko od linii frontu. Stanęło więc na tym, że w 1942, kiedy miał już lat osiem, był łącznikiem.
– I proszę napisać, że brałem wielki koszyk, szłem na grzyby do lasu, zbierałem te grzyby, a na dnie koszyka przemycałem do oddziału partyzanckiego panzerfausta. I szłem w maju.
Pomijając, że „szedłem”, a nie „szłem”, zaczęłam wyjaśniać koledze ojca „z piwa”, że tak być nie może.
– Trzeba pozmieniać. W maju nie ma grzybów. Jagód też nie. Konwalie mógł pan najwyżej zbierać, albo młodą pokrzywę na sałatkę.
– Takiej biedy, żeby pokrzywy jeść to nie było… – zaprzeczył znajomy.
– No to przenosimy akcję na wrzesień.
Pokręcił z niezadowoleniem głową. To było trzy miesiące później….
W działalności kombatanckiej i wcześniejszej emeryturze każdy dzień był ważny. Okres zaliczany do walki o wolność zaliczano podwójnie do stażu pracy. Mój tato udowodnił, że walczył przez dwa lata, zatem liczyło mu się to jak cztery lata pracy.
– To niech będzie 1941!
Pokręciłam głową. Brak znajomości historii w obliczu emerytury był dla mnie przerażający.
– W 1941 roku byli tu Rosjanie….
– Ale we wrześniu już ich nie było!
– A już tu był ruch oporu i regularna partyzantka?
Człowiek się poddał. Zgodził się na grzyby we wrześniu 1942. Niestety, pojawił się drugi problem. Dlaczego panzerfaust?
– Bo wszyscy nosili albo granaty, albo meldunki. Ja chcę panzerfausta w koszu.
– Proszę pana, taki panzer to by się panu w koszu z grzybami nie zmieścił. Do tego jako dziecko nie uniósłby pan tego kosza, tych grzybów i tej broni. Trochę logiki w tym wniosku też musi być. Przecież w ZboWiD-zie nie siedzą idioci.
(Z jakiego to filmu? „Stawka większa niż życie”, czy współczesnego? W każdym razie cytat się przydał)
Pan, w sumie niewielkiego wzrostu, ponownie się zgodził.
– Dobra, niech będą granaty. Ale te duże, takie handgranaty.
Niech będą duże. Ile ich mogło być w takich koszyku niesionym przez ośmioletnie dziecko?
– Napiszemy „kilka handgranatów”. Po prostu pan już nie pamięta. Wiemy, skąd pan niósł te granaty, ale trzeba ustalić dokąd. Tato, podaj mapę powiatu.
Rozłożyliśmy mapę na stole.
– Największe działania oddziałów partyzanckich były tutaj… kto będzie panu podpisywał jako świadek?
– Ja – zgłosił się ojciec.
Aha, on nosił meldunki tu…. zatem…. dobra.
– Te granaty nosił pan do oddziału, z którym współpracował oddział partyzancki, do którego meldunki nosił mój tato.
– A nie mogę nosić do tego samego? Będzie bardziej prawdziwe.
Zaprzeczyłam.
– Za duża odległość do pokonania przez dziecko z koszem pełnym grzybów i granatów.
– A kogo to obchodzi jaka to odległość? I czy to wszystko jest prawdą! Kto nas będzie z tego rozliczał! – wzburzył się kolega „z piwa”.
Spojrzałam na niego okiem przyszłego pedagoga.
– Historię to obchodzi. Historia może was rozliczyć. Może kiedyś wasze wspomnienia będą lekturą obowiązkową?
Panowie zamilkli i pozwoli mi tworzyć historię ich bohaterskiej walki o tę wolność i tę demokrację.
I tak tworzyłam. Czasami się buntowałam. Znajomi ojca zabierali go na kolejne „piwa”, a mnie tylko raz jeden z nich przyniósł czekoladę….
W 1984 mój tato przeszedł na zasłużoną emeryturę po 36 latach pracy i dwóch – liczonych podwójnie – latach walki z hitlerowcami.
całość powieści na mojej stronie https://www.czarownice.kosz.pl/opis-8-Zylam_sobie_w_PRL_u___Spis_tresci.php

❤️
0
👍
1
0
💡
0
0
📖
0

Autorem fragmenty powieści "Żyłam sobie w PRL - u (18)" – jest Grazyna KS. Wszelkie prawa autorskie do fragmenty powieści należą do autora. Kopiowanie, rozpowszechnianie, publikowanie lub jakiekolwiek wykorzystanie utworu w całości lub w części, bez uprzedniej pisemnej zgody autora, jest zabronione. Niniejszy utwór został opublikowany na portalu poezja-proza.pl w celu promocji twórczości autora oraz dla bezpłatnej lektury czytelników. Zachęcamy do zapoznania się z innymi publikacjami portalu, takimi jak wiersze, haiku, opowiadania, dzienniki, listy, recenzje, oraz myśli autorów.
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 Komentarze
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze
0
Chętnie poznam Twoje przemyślenia, skomentuj.x