Kategoria: 1. Poezja

0

Post nie_bo

Zobaczyłam Ciebie dzisiaj (…)
W osobie starszej Pani, lekko już przygarbionej, w chustce na głowie, z trzęsącymi dłońmi, w których trzymała plastikowy kubek (…)
Nie nagabywała… Nie wołała…Nie prosiła
Po prostu stała tak, z plastikowym kubkiem w dłoni (…)
Kiedy podeszłam, zobaczyłam jej oczy (…)
Piękne brązowe oczy, o ciepłym spojrzeniu, zawstydzonym i szczerym do bólu (…)
…
Jesteś, który jesteś

❤️
0
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Kolczyk nie do pary | kol 0

Kolczyk nie do pary

Kolczyk nie do pary

Właściwie to już nie wiem, jak recenzować stare kryminały, te z epoki PRLu o dzielnych policjantach i kiepskich przestępcach. Wszystkie są, ogólnie i potocznie mówiąc, fajne i lubię je. Kiedy obecnie trafiają do mych rąk, pochłaniam je w jeden wieczór. Potem najczęściej wędrują do pojemnika z makulaturą, bo rozsypują się. W sumie niczym się od siebie nie różnią. Tak też jest w przypadku „Trzeciego kolczyka” Józefa Szczawińskiego.
Jest dzielny kapitan Jedyński, który tradycyjnie musi zrezygnować z urlopu na rzecz przeprowadzenia solidnego śledztwa. Znawcy tematu, czyli wielbiciele serialu „07 zgłoś się” doskonale pamiętają Dorotę Stalińską, która w odcinku „Przerwany urlop” zagrała samą siebie i ironicznie wypowiedziała się na temat schematu …. właśnie przerwanych lub zawieszonych urlopów milicjantów. Wiadomo przestępca nie śpi.
Kolejny element powielający schemat też jest – dziewczyna albo nawet dojrzała kobieta, która zawsze jakiś związek z prowadzonym dochodzeniem ma. W tekście Szczawińskiego jest to na dodatek dziennikarka.
Brnijmy dalej. Oczywiście zabójstwo. Może nawet nie jedno. Morderca ostro poszukiwany. Jasne, że się znajdzie. Kryminał nie miałby sensu.
I to, co zwykle napędza akcję – szpieg ze zgniłego zachodu, który nie może przeżyć bez wiadomości z krajów dawnego „demoludu”. To mnie zawsze rozbawia. Przez czas trwania PRLu byliśmy nieustannie inwigilowani przez kapitalistów, co to sięgali po nasze zdobycze naukowe, podczas kiedy my przemycaliśmy z zachodu taką na przykład „kremplinę” – tkaninę – to też wiadomość z „07 zgłoś się”.
Oczywiście jest też tajemnica. W przypadku omawianego kryminału to tytułowy trzeci kolczyk. Po co komu trzy takie same kolczyki? Tak, wiem, można go umieścić w pępku lub innych częściach ciała. Ale za moich czasów, a było to w PRLu, jeszcze czegoś takiego nie praktykowano. Zatem trzecia sztuka biżuterii stanowi zagadkę wokół której toczy się milicyjne śledztwo.
Słowem, jest wszystko, co w każdym kryminale być powinno. Wystarczy tylko usiąść w fotelu, nalać wina do kielicha i odpoczywać w mroczny listopadowy dzień.
Na tym moglibyśmy zakończyć recenzję. Wypada dodać, że „Trzeci kolczyk” liczy sobie 208 stron, format zwany dziś kieszonkowym, ukazał się w serii „Labiryntu” prowadzonej przez Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej w 1980 roku w nakładzie 120 000 – sto dwadzieścia tysięcy – egzemplarzy. Takiego nakładu trzeba pozazdrościć.
Aha, rozsypał mi się przy czytaniu. Wrzuciłam do pojemnika z makulaturą. Zapewne wróci do mnie w postaci kartonu, w który zapakowane zostaną zamówione przeze mnie nowe książki….

❤️
1
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Żyłam sobie w PRL-u (11) | Slupsk 2 1

Żyłam sobie w PRL-u (11)

1974 (4)

Wakacje (2)

Starzy zjechali nagle, z wielki krzykiem, właśnie kiedy niejaki Tomek próbował się do mnie dobierać na kanapie w dużym pokoju.
Absztyfikant uciekł. Kuzyn przybiegł.
Tym razem cała kamienica słyszała tylko i wyłącznie głos ciotki. Wyznaczono nam również karę. Tradycyjną w tamtych czasach – zakaz kontaktu ze znajomymi czyli szlaban na wyjścia na podwórko. Dodatkowo musieliśmy obiecać, że następnego dnia, a był to dzień świąteczny, pójdziemy na mszę i do spowiedzi, bo nie wiadomo, co się działo podczas wieczornych libacji.

Rano wyszliśmy zatem do kościoła. Nastrój na ulicach panował odświętny. Ładnie ubrani ludzie powoli spacerowali po ulicach, sklepy pozamykane…
Tylko w okolicach kościoła za pusto…. Wchodzimy do środka. Pusto. Nawet świece nie palą się przy głównym ołtarzu.
– Ty, co jest grane? – pytam kuzyna. Może u nich inne zwyczaje?
Kuzyn wzrusza ramionami. Sprawdzamy godzinę rozpoczęcia mszy z godziną na zegarkach.
– Za pięć minut powinna się rozpocząć…. – sugeruję nieśmiało.
– Może przełożyli…. wysuwa hipotezę kuzyn – Idziemy do innego.
No to idziemy.
W drugim to samo.
Jest jeszcze kilka kościołów w tym mieście, trzeba próbować.
Zaliczyliśmy jeszcze dwa. Akurat minęła godzina, w którym w pierwszym powinna była kończyć się msza.
– Wracamy do domu. Coś tu nie gra.
Oczywiście ciotka nam nie uwierzyła w brak mszy. Uznała, ze znowu coś kombinujemy i zagoniła do roboty. Święto świętem, ale przywiezione ze wsi owoce i warzywa trzeba przerobić na zimowe przetwory.
Coś tam przerabialiśmy. Co jakiś czas ktoś wołał nas z podwórka. Kuzyn wstawał i krzyczał przez okno, że nie wyjdziemy, bo mamy szlaban. Oczywiście, że cała kamienica słyszała.
Kiedy wszystkie słoiki zostały wypełnione, usiedliśmy wspólnie przed telewizorem. Rozpoczął się „Dziennik Telewizyjny”.
„ Witamy państwa serdecznie w ten szczególny świąteczny dzień. Dziś Narodowe Święto Odrodzenia Polski. 22 lipca 1944 roku, po prawie 5 latach II wojny światowej ogłoszony został Manifest Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego.”
Trudno zgadnąć kogo najbardziej przytkało z siedzących przy telewizorze osób. Pierwszy gest wykonał kuzyn wstając z kanapy i pokazując palcem wskazującym na telewizor. Ja nabrałam powietrza do płuc i na pełnym oddechu powiedziałam:
– No właśnie!
Kuzyn dodał:
– I dlatego nie było mszy!
Ciocia i wuj zrozumieli, że popełnili błąd wysyłając nas do kościoła na mszę właśnie 22 lipca. Nie każde święto w PRL-u było świętem kościelnym.

Kiedy szok w rodzinie minął, ciocia nieśmiało zapytała, czy nie zechcielibyśmy spotkać się z kolegami na podwórku. Jasne, że chcieliśmy.
Czekali na nas w krzakach za śmietnikiem. Mieli jeszcze po łyku wina i po papierosie dla nas. Wiadomo, święto było. I zupełnie nieważne jakie. W każdym razie hucznie obchodziliśmy 30-lecie PRL-u.
foto – gdzieś tam w Słupsku w 1974

❤️
0
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
1

ptaki umierają w locie

gdyż miłość do­tyka ziemi
da­rem serc pełnych białych róż

spra­wied­li­wością ducha
co nie ule­ga śmierci

omi­ja uroczys­tość pozorów
ob­ja­danie – ubo­gich leżących

nie zagląda w zęby
lecz od­wołuje do rozumu

jak łatwo stanąć
dwa kroki
od – p i e k ł a
przerabiając kłamstwo na prawdę
…

trzy­maj moc­no
w ramionach

człowiek może być aniołem
tyl­ko wte­dy – gdy w prawdzie
stąpa po ziemi

————————
widziałem .. ……..

❤️
8
👍
2
⭐
1
💡
2
❗
3
📖
2
0

głos anioła

i…
ra­duj się z te­go
człowieku

że są na two­jej drodze
kamienie…

który­mi nie potrafisz
r z u c i ć

❤️
7
👍
0
⭐
1
💡
3
❗
1
📖
1
3

prawda nad i

spostrzegania

współczesną świadomość
p o d p r o g o w o
milisekundą

unijnie – bodźcem
edukacja medialna
z mózgów wodę
g e n deryzuje

aby wszystkie baby
członkiem męskim były
no a chłopy – damskim
stały… no no no

————————–
widziałem na spacerze

❤️
7
👍
2
⭐
0
💡
4
❗
1
📖
1
1

amplifikacja

ten PIES był dobry
z selekcji negatywnej
mówię pani…
polityczny a uczył
lekarzy medycyny

wierny… energetyczny
mówię pani posłuszny
emocjonalny
szantażysta
taki…
zachowawczo pasożytniczy-
kierując uwagę na siebie umiał
sponiewierać izolować segregować
zębami trzymać ofiarę w niepewności
łamać wolę stawiać warunki
narzucić reguły sprzeczne
z sobą

oczekiwał tylko uznania
mówię pani
wierny…PIES

dopóki nie pogrzebany

https://www.bitchute.com/video/CWpPqe1ywp4O

❤️
7
👍
1
⭐
0
💡
3
❗
1
📖
1
Żyłam sobie w PRL-u (10) | Slupsk 1 3

Żyłam sobie w PRL-u (10)

1974 (3)

Wakacje (1)

I tak wybierzmowana, ze świadectwem ukończenia szkoły podstawowej, rozpoczęłam wakacje. Jedną z ich atrakcji był wyjazd do rodziny, która mieszkała w dużym mieście, dwadzieścia kilometrów od Bałtyku.
(ze względu na wszechobecne RODO – nazwy nie podaję)
Ciocia zapraszała całą rodzinę, ale rodzice nie mogli. Brat nie chciał. Ja się uparłam.
– Choruję na anginy! Często się przeziębiam! A tam morze blisko! I jod jest! I będę często jeździła na plażę! – wysuwałam argumenty nie do przebicia.
W porządku, pojadę. Tyle tylko jak tu mnie wysłać do miasta oddalonego o ponad 500 kilometrów? Najbardziej zatroskany o mój los był tato. Ratunek pojawił się w postaci innej cioci, takiej z Kłodzka. Obiecała, ze osobiście zawiezie mnie na miejsce. Po dwóch tygodniach również osobiście mnie przywiezie. Żaden to dla niej problem, bo jest emerytką z PKP i ma darmowe przejazdy.
Nikt nie miał żadnych zastrzeżeń.
Ciocia przyjechała i ruszyłyśmy pociągiem najpierw do Wrocławia. Tam miałyśmy przesiadkę. Na dworcu Wrocław Główny ciocia kazała mi wygodnie usiąść na ławce.
– Teraz słuchaj uważnie – spojrzała mi prosto w oczy – Nie jadę z tobą. Nie mam najmniejszej ochoty tłuc się nawet za darmo taki kawał drogi. Wsadzę cię do pociągu i pojedziesz sama. Pociąg dalej niż do tego miasta nie jedzie więc nie będzie problemu z wysiadaniem.
Włosy stanęły mi dęba.
– Jak to sama?
– Normalnie. Ja w twoim wieku też jeździłam sama pociągami, chociaż wojna była. Nie nawiązuj przypadkowych znajomości. Pilnuj bagażu. A ja będziesz szła do sracza, zabieraj torebkę z forsą ze sobą. Aha, ojcu nigdy nie mów, że jechałaś sama.
– A mamie?
– Mama wie. Z powrotem to tamta ciotka wsadzi cię do pociągu, wysiądziesz we Wrocławiu. Ja będę czekała na peronie i we dwie wrócimy do Wałbrzycha.
W głowie mi szumiało. Nie wierzyłam, że obdarzono mnie takim zaufaniem! Znaczy się dorosła już jestem skoro mama i ciocia pozwalają mi samej jechać prawie nad morze!
Do celu dojechałam w całości.
Na peronie czekała druga ciocia wraz z moim, o rok starszym, kuzynem. Przez pierwszy dzień przyglądaliśmy się sobie podejrzanie. Dotychczas widzieliśmy się raz czy dwa będąc w wieku żłobkowo-przedszkolnym.
Teraz mieliśmy niepowtarzalną szansę zacieśnienia więzi rodzinnej.
Wieczorem kuzyn zapoznał mnie ze swoją paczką. Większość – faceci, dwie dziewczyny, ja byłam trzecią. Najmłodszą, ale już po podstawówce, czyli prawie szkoła średnia. Niektórzy klęli, niektórzy palili, wszyscy narzekali na starych, bo to oni, a nie jakaś cenzura i socjalizm ograniczali nam wolność. Jeden grał na gitarze. Inny na harmonijce ustnej. Był piłkarz. Był też i kibic. Starsza dziewczyna znała się na modzie. Młodsza – na dzieciach, bo była najstarsza w domu i zajmowała się licznym rodzeństwem z podstawówki.
Słowem – normalne pokolenie nastolatków.
Przez dwa tygodnie nad morze pojechałam tylko raz. Nie miałam czasu. No bo skąd go wziąć, jak trzeba było iść do kina, posiedzieć na podwórku, stać na czatach, kiedy inni palili lub iść na mecz. I przede wszystkim – porozmawiać. Na żywo. Nie przez telefon czy internet. Podyskutować na temat, jak radzić sobie ze starymi. Dlaczego przegraliśmy mecz z RFN na mistrzostwach świata w piłce nożnej. Co to są środki antykoncepcyjne i jak je stosować. Słowem – morze tematów.
Chciało się rano wstać i chciało się żyć.
Zwłaszcza, że przebojem tamtego lata była piosenka „Radość o poranku”! A każdy dzień witaliśmy przebojem.
Kto wstawał pierwszy i u kogo w domu nie było nikogo, otwierał okno, wystawiał w nim głośnik gramofonu marki „Bambino” i włączał przebój. To był znak dla reszty, że czas wstać skoro świt, czyli gdzieś tak około dziesiątej. Mój kuzyn był w posiadaniu „Waterloo” ABBY i kiedy tylko mogliśmy, rano z naszego okna rozlegał się ten utwór. Z okna Marka „leciała” zwykle Anna Jantar i „Tyle słońca w całym mieście”, ktoś włączał Eltona Johna… Lokatorzy starej poniemieckiej kamienicy mieli koncert. W sumie nie wiedzieli czego słuchać. Interweniowali więc w charakterystyczny dla wszystkich dorosłych sposób.
– Wyłącz ku… tego samograja! – rozlegało się na przykład z pierwszego pietra po lewej stronie.
Bardzo nieprecyzyjne sformułowanie. Nie wiadomo do kogo skierowane, ponieważ owych samograjów, czyli gramofonów było kilka.
– Jak nie wyłączysz to ci cholero jasna nogi z dupy powyrywam! – dał się lokator z prawej strony pierwszego piętra.
Były też ostrzeżenia i szantaże.
– No poczekaj, jak tylko rodzice wrócą z roboty, to ci dadzą piosenki na cały regulator!
– Zaraz milicję zawołam!
I najmniej skuteczna uwaga:
– Do szkoły pójdę i sprawowanie ci obniżą!
Wakacje przecież były.

Pewnego dnia ciocia z wujkiem wyjechali do rodziny na wieś. Mieli być tam kilka dni. Zostawili nam pełną lodówkę i forsę na świeży chleb, mleko i oczywiście na przyjemności, żeby tak do kina na jakiś ambitny film iść na przykład.
I się zaczęło życie na maksa!
Starych nie ma, chata wolna! Oj będzie bal!

I był. Przez dwa wieczory.
Bo ktoś skontaktował się z ciotką. Nie wiadomo jak. Wtedy ani internetu, ani telefonów komórkowych nie było. Ktoś musiał mieć jakieś namiary na stacjonarny, do którego rodzina miała dostęp. Kuzyn walił się w piersi i przysięgał, że ci na wsi takiego telefonu nie posiadali.
Kto zadzwonił zatem do sołtysa – nie wiadomo. W każdym razie monitoring w postaci sąsiada zadziałał.
foto – Gdzieś tam w Słupsku… w 1974… całość powieści tu
https://www.czarownice.kosz.pl/opis-8-Zylam_sobie_w_PRL_u___Spis_tresci.php

❤️
1
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
– 1 – 33 – 34 – 35 – 36 – 37 – 38 – 39 – 96 –