Autor: Grazyna KS

Cyrk znany wszystkim | cy 0

Cyrk znany wszystkim

Cyrk znany wszystkim

„I co? Rewelacja no nie!” – krzyczała do telefonu moja koleżanka, która przyniosła mi do przeczytania „Cyrk polski” Dawida Krawczyka.
Dobrze, że nie widziała mojej wizualnej reakcji. Nie korzystam z wynalazków pokazujących twarz na ekranie telefonu podczas rozmowy. Wzruszyłam ramionami. Puknęłam się w czoło. Pokręciłam głową we wszystkie strony.
„Książka jak książka…” – oznajmiłam spokojnie. Wprawiło to koleżankę w zakłopotanie. Nie byłam zachwycona. Nie podzielałam jej entuzjazmu. Ona wręcz piała z zachwytu, a ja zachowałam spokój. Taki normalny. Taki zwyczajny.
„Cyrk polski” opowiada o trzech kampaniach wyborczych, a właściwie o ich kulisach, przedstawia różne anegdoty. Chwilami jest śmiesznie, chwilami tragicznie na zasadzie „Boże widzisz i nie grzmisz”.
Dla mnie zamieszczone reportaże nie były przede wszystkim nowością. Autor praktycznie nie odkrył niczego nowego. Bo w dzisiejszych czasach żadne wydarzenie nie ma swych tajnych kulis. Praca dziennikarska polega głównie na ich szukaniu, by materiał pokazywany w telewizji był atrakcyjny. Tylko taki przyciągnie widza, a tym samym reklamodawcę. Jeśli więc określona telewizja wspiera kogoś lub coś, będzie unikała negatywnego obrazu, złej sytuacji. Ale uczyni to telewizja, która wspiera kogoś lub coś innego.
Dociekliwy widz nie ma zatem problemu z odnalezieniem kulis danej sytuacji. Wystarczy pilot do odbiornika, kilka przycisków i za każdym razem znajdujemy się praktycznie w innym świecie. Tu bohater jest dobry, tu zły. To potwierdza, tu zaprzecza. Ten sam banan smakuje inaczej.
Dlatego też omawiana przeze mnie książka nie zrobiła na mnie takiego wrażenia jak na koleżance. Czytając ją, po prostu o wszystkim wiedziałam, a jeśli nie, to domyślałam się, bo wydarzenia miały swe uzasadnienie. Niczym nikt mnie nie zaskoczył.
Oczywiście tego typu teksty są potrzebne na naszym rynku czytelniczym. Są ludzie, którzy wierzą politykom. Zapatrzeni w jedną opcję polityczną, gotowi są życie oddać za swych „guru”. Warto więc im czasami uprzytomnić, że mamy czasy, jakie mamy. Walka polityczna polega przede wszystkim na szukaniu wroga. We własnym kraju. We własnym otoczeniu. Jeśli nie jesteś ze mną, jesteś przeciwko mnie – krzyczą partie polityczne. Jak powinna zachować się widownia? Tak jak w cyrku, w którym największym zainteresowaniem cieszą się występy klaunów? Czy scenę polityczną da się jeszcze zmienić? Cyrk jest nie tylko polski. Podobny jest praktycznie wszędzie.
Na koniec mówiąc, książka Krawczyka jest dobrze napisana. Solidne dziennikarstwo, chociaż nawet nie śledcze, styl spokojny, wyważony. Czasami trochę drwiny i sarkazmu, bo polityka tak właściwie na nic więcej nie zasługuje…

❤️
0
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Budujemy Stonehenge! | krag 0

Budujemy Stonehenge!

Budujemy Stonehenge!

Jako miłośnik historycznych książek Kena Folletta, z niecierpliwością czekałam na kolejną. Może nawet nie na samą książkę, ale na temat, który poruszy. Opisał przecież praktycznie całą historię współczesnej cywilizacji, od X wieku – „Niech stanie się światłość” po końcówkę XX – „Krawędź wieczności”. Czy można coś jeszcze, by nie cofnąć się w erę człowieka pierwotnego? Okazuje się, że tak. Można cofnąć się 2500 lat przed naszą erą i podjąć próbę opisania czasów oraz miejsca, kiedy i gdzie budowano Stonehenge. Jedną z najciekawszych budowli wszech czasów, jeśli nie najciekawszą i najbardziej tajemniczą.
Udajemy się zatem w czasy, o których pojęcia nie mamy. Follett też nie. Tym razem nie próbuje nawet zrekonstruować dawnych czasów. Być może jest to niemożliwe. Wszystko co powiemy o nich, nie ma podstaw historycznych, a jeśli nawet ma, to bardzo mgliste, bardziej teoretyczne niż zbliżone do prawdy. Jedynym elementem mogącym być blisko autentyku, jest sposób budowania Stonehenge, dostarczania wielkich kamieni, ustawiania ich, mocowania… Ale nie będę się o tym wypowiadała, budownictwo, zwłaszcza starożytne jest mi dziedziną całkowicie obcą.
W sumie więc, nie mając żadnego wzorca, Follett pisze książkę współczesną. Jego bohaterowie mają wszystkie cechy dzisiejszego człowieka z jego zaletami i wadami oczywiście. Walczą między sobą, chociaż mogliby tym walkom zapobiec. Kochają się. Chociaż współżycie seksualne nie jest zarezerwowane tylko dla zakochanych. Można sobie bez żadnych konsekwencji zrobić skok w bok, co nie oznacza od razu rozwodu. Wychowanie dzieci jest bardzo istotne. Najlepiej mają się te, wychowywane bezstresowo. Surowi rodzice raczej szans nie mają. Dziecko zawsze może uciec z domu i osiedlić się w innej osadzie.
Najmądrzejsze są kapłanki. Potrafią liczyć. Dokładnie wyliczają, kiedy odbędzie się wędrówka jeleni. A to ważne. Trzeba przygotować polowanie. Ekologia jest wokół, zatem nikt jeszcze nie chroni zwierząt przed wyginięciem. Kapłanki organizują również lokalne święta, zwane przesileniami. Bywa, że kapłanki kochają się z kobietami. Gdyby byli to kapłani, zapewne mielibyśmy do czynienia z miłością gejowską.
Otrzymujemy zatem powieść współczesną osadzoną w realiach bliżej nieokreślonego czasu. Data powstania słynnej budowli megalitycznej jest umowna. Follett puszcza do swego czytelnika oko. Być może mówi „Zobacz, kiedyś też żyli tacy ludzie jak ty, mieli takie same problemy, ale ludzkość jakoś przetrwała. Przetrwasz i ty człowieku z początki XXI wieku”.
„Krąg czasu”nie ma entuzjastycznych opinii. To już nie „Filary Ziemi”. A jednak będę broniła powieści. W sumie Ken napisał wszystko, co miał napisać. Jeśli więc chcemy czytać jego kolejne powieści o czasach minionych, musimy przygotować się, że będą one bardzo współczesne. Inaczej się nie da.

❤️
1
👍
2
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Królestwo z tego świata, Eksplozja w katedrze | kro 0

Królestwo z tego świata, Eksplozja w katedrze

Eksplozja

Znacie literaturę kubańską? Ja nie. To znaczy nie znałam, póki nie przeczytałam dwóch powieści Alejo Carpentiera „Królestwo z tego świata” oraz „Eksplozja w katedrze”. Obie znalazły się w jednej książce Wydawnictwa Literackiego z 1986 roku.
Pierwsza opowieść liczy 105 stron. Jej treścią są losy niewolnika z Afryki, żyjącego na Haiti na przełomie XVIII/XIX wieku. Nie da się ukryć, opowieść jest magiczna, pełna tajemniczości, znaków zapytania. Twórczość kubańskiego pisarza określa się terminem „realizm magiczny”. Taka właśnie jest ta opowieść. Być może w naszej świadomości Haiti też jest tak postrzegane? Magia voodoo kojarzy się na pewno z tą wyspą. Kojarzy się raczej negatywnie, z obrzędami opętania, wpadania w trans. Tymczasem w omawianym tekście mamy inny obraz owej rzeczywistości. Ma właśnie więcej z magii niż opętania, kojarzonego przez nas ze złymi duchami.
Jako ciekawostkę należy przypomnieć, że mniej więcej w tym samym czasie, kiedy rozgrywa się akcja utworu Carpentiera , na Haiti przybywają oddziały Legionów Polskich i przywożą ze sobą obraz Czarnej Madonny. „Ten wizerunek został na zawsze zaadoptowany do religii Vodou jako reprezentacja Loa Erzulie Dantor, czyli kobiecego ducha wojny. Dantor jest postrzegana jako matka rewolucji haitańskiej. (…) Po dziś dzień, Czarna Madonna z Częstochowy (jak i jej różne wersje czy kopie) znajduje się na wszystkich ołtarzach Vodou jako reprezentacja Erzulie Dantor” – pisze Wikipedia. Chyba trzeba jej wierzyć…
Druga powieść jest tekstem obszerniejszym, liczy ponad trzysta stron. Akcja również obejmuje Karaiby, tym razem skupia się na wydarzeniach w Gwadelupie i Gujanie Francuskiej oraz we Francji, w czasach Rewolucji Francuskiej. Bohaterem jest historyczna postać Wiktor Hugues, namiestnik Francji w wymienionych krajach. Jego losy obserwujemy przez pryzmat trójki rodzeństwa, które świadomie lub też nie, ociera się o życiorys kontrowersyjnej postaci.
A jaka jest owa proza kubańska? Na pewno trudna. Opowieści pisane są praktycznie bezdialogowo. Nie usłyszymy słów bohaterów. Wszystko spoczywa w rękach narratora. To on prowadzi nas przez dawny świat Ameryki Łacińskiej. I czyni to bardzo dobrze. Tekstów nie da się czytać tak od razu, wszystkiego. Tego typu literaturę trzeba smakować, delektować się każdą stroną. Dziś przeczytam dziesięć stron, ale jutro tylko jedną… Tu wszystko ma znaczenie. Tu wszystko ma właściwe miejsce. Akcja oczywiście jest istotna, ale nie do końca. Najważniejsze są postawy ludzkie wobec rzeczywistości, w której przyszło żyć, a której się nie wybierało.
Twórczość Carpentiera odbierana jest wyjątkowo pozytywnie, jak na stopień jej trudności w odbiorze. To cenne zjawisko. Potrafimy czytać również prozę wymagającą od nas zaangażowania i myślenia przy sylabizowaniu wyrazów…

❤️
0
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
1
📖
0
Bój się człowieku! | zlo 0

Bój się człowieku!

Bój się człowieku!

Chcecie przeżyć niesamowite emocje? Chcecie dreszcz emocji, falę zaskoczeń i atmosferę thrillera w połączeniu z horrorem rzeczywistości? To sięgnijcie po książkę Charlie Donlea „Zło kryje się w mroku”.
Tym razem tytułu się nie czepiam. Jest jak najbardziej komercyjny czyli chwytliwy, ale oddaje atmosferę powieści. Trafia w sedno treści. Błędu nie popełni ten, co książkę ze względu na tytuł weźmie do ręki. Rzadki to przypadek w dzisiejszej literaturze, zwłaszcza tej, którą nazywamy sensacyjną.
Oto Rory Moore, rekonstruktorka sądowa, dostaje sprawę morderstw do rozwiązania. Sprawa ma już dziesiątki lat i wydaje się, że jest rozwiązana. Sprawca siedzi w więzieniu. O co więc chodzi? Nagle umiera ojciec Rory. Czy śmierć starszego pana ma znaczenie w sprawie? Może tylko wpływa na stan ducha bohaterki? A tak w ogóle przyjrzyjmy się bohaterce… dziwna trochę…. Nabieramy podejrzeń. Kto tak właściwie jest kim? Nie widzimy twarzy. Stoi do nas tyłem.
Brniemy zatem przez kolejne strony, stopniowo odkrywając kolejne akty i akta. Coraz częściej czujemy ciarki przechodzące nam po plecach. Jest tytułowy mrok. Są zagadki. Tajemnica goni tajemnicę, mimo iż coraz więcej tekstu za nami, coraz więcej faktów zostaje odkrytych. Ale to na nic. Dalej schylamy się nad stronami powieści, bo coś jest jeszcze, bo to nie koniec. Im bliżej owego końca, tym bliżej początku. Sprawia to bardzo staranna kompozycja utworu. Autor buduje napięcie w sposób idealny. Tu nie ma niczego za dużo, niczego za mało. Wszystkiego w sam raz. Pozornie opowieść jest tradycyjna, według schematu ustalonego przez prozę sensacyjną. Ale tym razem proporcje wszystkiego są idealne.
Zupełnie jak z przepisem na babkę piaskową. Ciągle jest ten sam. Jednak każdemu wychodzi inaczej. Inna ręka sypie mąkę, inna dodaje cukier. W przypadku „Zła…” wszystko jest doskonałe. Babka znika z talerza. Od książki nie sposób się oderwać.
Większość recenzji powieści to zachwyt nad treścią i formą. Tym razem ja też nie odbiegam od tego. Potwierdzam wszystkie pozytywne opinie.
„Zło…” jest tekstem na podróż pociągiem, nawet kiedy obok ktoś przez telefon opowiada dzieje spadku po babci. Nie słyszymy go. Konduktor musi dotknąć naszego ramienia, żebyśmy oderwali się od czytania i pokazali bilet. W nocy też nie zaśniemy, jeśli pójdziemy z książką do łóżka. Nie, nie z powodu strachu. Po prostu nie będziemy w stanie się od niej oderwać, póki nie skończymy, póki nie rozwiążemy zagadki. Nasza wyobraźnia podsunie nam kilka prawdopodobnych rozwiązań. Może trafimy? Może uda nam się rozwikłać intrygę.
Słowem opowieść zabierze nam czas. I bardzo dobrze. To będzie cenne zabranie. Dziś nie każdy kryminalny tekst to potrafi.

❤️
0
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
1
📖
0
Miniatura miłosna | tu 0

Miniatura miłosna

Miniatura miłosna

Któż dziś zna, a przede wszystkim czyta utwory Iwana Turgieniewa? Proszę o podnoszenie rąk do góry…. Ktoś podniósł? Brawo! To zapewne koneser sztuki literackiej, bo taki przeciętny czytelnik pewnie zapyta, a kto to jest ten Turgieniew, pachnie z rosyjska, a to, co ze wschodu to ostatnio be…. Z literaturą stało się to już dawno.
Kiedy w szkołach obowiązkowym językiem obcym był rosyjski, za moich czasów oczywiście, uczyliśmy się o wielkich pisarzach „rosyjskich i radzieckich”. W oryginale czytaliśmy niewielkie fragmenty z Tołstoja, Dostojewskiego i oczywiście Szołochowa. Turgieniew też się przewijał. Potem bratni Związek Radziecki się rozpadł, a społeczeństwo wyżyło się na literaturze, filmie i w ogóle kulturze znad Wołgi. Radzieckie produkcyjniaki zlały się z wielkimi dziełami. Cudem ostał się Tołstoj i Dostojewski. Z naszym dzisiejszym autorem było już nieco gorzej. Tymczasem jest on twórcą rosyjskiej powieści psychologicznej. Jego utwory akurat do najłatwiejszych nie należą. Mówią, że przebił go Dostojewski, ja bym podyskutowała…
Zatem przejdźmy do tej twórczości na podstawie niewielkiej opowieści, wydanej w 1968 roku w serii „Koliber” – „Pierwsza miłość”.
O pierwszej miłości pisali chyba wszyscy literaci. Ma ona w sobie coś ciepłego, chociaż spokojna nie jest. Pierwsze porywy serca z reguły wypełniają rozterki i tragedie na miarę nastoletniego życia. Tym razem opowieść o swym pierwszym porywie snuje mężczyzna dojrzały. Wydawać by się mogło, iż patrzy na wszystko z dystansem czasu. A jednak nie potrafi obiektywnie ocenić sytuacji sprzed lat. Bo dystansu do pierwszego ważnego uczucia nie ma. Ono nadal tkwi w człowieku. Nadal jest ciepłe i niespokojne. Nieustannie niepokoi. Przyprawia serce o drżenie i kołatanie. I chociaż wypadałoby potępić tych, co zawsze taką miłość niszczą, bohater naszej opowieści tego nie czyni. „I pamiętam, że wtedy, przy łożu tej ubogiej staruszki, ogarnął mnie lęk o Zinaidę i zapragnąłem pomodlić się za nią, za ojca i za siebie.” – kończy swą opowieść.
Są tacy, którzy porównują „Białe noce” Dostojewskiego z tym opowiadaniem i wskazują „Białe…” jako utwór lepszy. Jak zwykle w takich przypadkach sprawa do dyskusji. Mnie bardziej do gustu przypadła „Pierwsza miłość”. Jest bardziej prawdziwa, naturalna, pokazuje rozterki młodego chłopaka w sposób bardziej współczesny, nie tylko dla czasów, w których powstawała. Jest bardziej bliższa współczesnemu człowiekowi. Ma oczywiście dużo z epoki romantyzmu, ale również zahacza o ideały pozytywizmu, a tę epokę literacką bardzo sobie cenię.
Sięgajmy zatem od czasu do czasu do literatury lat minionych. Nawet jeśli jest to literatura rosyjska…

❤️
2
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
O co kaman (come)? | apo 0

O co kaman (come)?

O co kaman (come)?

Kiedyś napisałam recenzję książki, która była o niczym. Potem trafiłam na książkę, która była nie wiadomo o czym. Nie podam ich tytułów, żeby nie reklamować tego, co moim zdaniem poniżej poziomu wodorostów. Staram się tego typu literatury unikać, ale nigdy nie wiadomo na co się trafi. Czasami coś, co się kiepsko zaczyna, potem się rozkręca. Zatem, żeby coś o książce powiedzieć, trzeba ją przeczytać. A jeśli do tego jest cienka, to ryzyko niewielkie. Ot, dwie , trzy godziny wyjęte z życiorysu.
Wiecie już do czego zmierzam. Do tekstu, któremu owe godziny poświęciłam. „Apokalipso” – Max Cegielski, 170 stron, format bliski kieszonkowemu, reklama na tylnej okładce oczywiście zachęcająca. Niby ma być o miłości, niby o Warszawie.
Zaczyna się niewinnie. Od ślubu. Kościelnego. Akurat nie jest to takie oczywiste, bo młodzi biorą go ze względu na tradycję i rodziców. Potem mamy rodzinne spotkanie, ale nie jest to wesele. Wszystko też tradycyjne. Jednak bohaterom opowieści owa tradycja nie odpowiada. A potem ponoć ma być trójkąt, taki miłosny. Nie, nie żeby od razu we trójkę razem. Ten trójkąt ma być też tradycyjny i chyba tym razem wszystkim odpowiada. A potem to już nie wiem, o czym to jest. Jakaś agencja reklamowa, jakiś produkt, który sprzedać trzeba i trzeba wymyślić jak go sprzedać. Potem ktoś śpiewa. A wszystko dzieje się w Warszawie.
Parę miesięcy temu byłam w stolicy. Na meczu koszykówki. Całe trzy dni, bo zatrzymałam się u koleżanki na ploty. Nawet na spacerze byłam. Stolica jak stolica. Ciągle taka sama. Tymczasem w tekście Cegielskiego w Warszawie roi się od korporacji, urzędasów, ćpunów i innego badziewia, zwanego ludzkim. Brrrr…. Taki od takiego korpo dzień zaczyna od porządnego kielicha podejrzanego płynu lub ścieżki nie mniej podejrzanego towaru. Potem siada za fajerę i jedzie. O dziwo, dojeżdża do celu. Potem udaje, że pracuje, bo pracują za niego inni, podczas gdy on ponownie pije i wciąga.
Niedawno po raz drugi obejrzałam film „American psycho” nakręcony na podstawie powieści Breta Eastona Ellisa z 1991 roku. Film niezwykły, przerażający i ciekawy jednocześnie, analizujący postawę człowieka wobec rzeczywistości i jej wpływ na kształtowanie obrazu samego siebie.
Jaki ma to związek z omawianą książką? Pozornie jest podobnie. I tam i tu mamy do czynienia z wizją, ze stanem umysłu, który nas samych może przerazić. Jednak jest wielka różnica między słynnym filmem a kiepską mini powieścią. Tej drugiej zupełnie nie czuję. Ot, jakby ktoś używał kiepskiego alkoholu i takowych samych narkotyków, w przeciwieństwie do innego, tego od luksusowych środków uzależniających.
Aha, część z Was nie wie, o czym właściwie jest ta recenzja…. Ja nie wiem, o czym była książka, o której piszę.

❤️
0
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Można się pomylić | myl 0

Można się pomylić

Można się pomylić

Według recenzji okładkowo – stronicowych, „Mylne tropy” Marshy Qualey to książka przeznaczona dla młodzieży. W związku z tym, że robię się coraz starsza i coraz bliżej mi do tego, no tam, zejścia, postanowiłam przeczytać. Na starość wraca się do lat, gdy piło się cienkie wino i paliło „Sporty”… Przypomniałam sobie również, że jako nauczyciel często zachodziłam do biblioteki i prosiłam o książkę z gatunku „co to teraz młodzież czyta”. W ten sposób trafiłam na rewelacyjną powieść „Gwiazd naszych wina” Johana Greena. Co będzie teraz?
Cóż, raczej kiepsko było. Powieść niezbyt długa, 138 stron, na okładce napis „Przygody i tajemnice”, a w środku… Pozornie wydaje się, że jest wszystko. Bohaterka to Barrie – nastolatka z rozbitej rodziny. Są zatem już dwie przyczyny, które skomplikują jej życie. Teraz akurat musi przebywać z mamą. Ta natomiast jest byłą więźniarką, karę odbyła, ale nadal zadaje się z koleżankami spod celi. Takimi samymi jak ona. W sumie nic złego nie robią, chociaż grzebią przy głowach, ale łatwo im nie jest. Piętno odbytej kary wisi nad nimi nieustannie. Do tego w sąsiedztwie popełnione zostają morderstwa i wiadomo, na kogo rzuca się ich cień. Nasza bohaterka w to nie wierzy i niucha, kto by tu mógł zabić. Może ten? Może tamten?
Do akcji wkracza centrum pomocy bezdomnym i zagubionym i pani nazywana „wielebną”. Ta też swoje za uszami ma. Często jej pomoc polega na niemówieniu o uczynkach swych podopiecznych. Czasami tak trzeba.
Są jeszcze stare książki, stare fotografie i nowe historie z nimi związane, które tworzy główna bohaterka. Jest też oczywiście rozwiązanie zagadki kryminalnej.
Jednym słowem wydawałoby się, że wszystko w tej niewielkiej książeczce jest. Okazuje się, że jednak nie. Treść niekoniecznie musi zawierać wszystkie ważne elementy. Musi mieć to „coś”, czym przytrzyma czytelnika przy sobie.
Według mnie opowieści Qualey tego właśnie zabrakło. Nawet rozwiązanie intrygi nie okazało się zaskakujące, chociaż niby być powinno. Treść nuży. Jakoś nie potrafiłam współczuć nastolatce, ani jej potępiać, ani zainteresować się tym, co robi. Dziewczyna szukająca swego miejsca na planecie była jakaś taka nijaka. Jej nastoletni bunt też o żaden dreszcz mnie nie przyprawił. Nie wyglądała na zrozpaczoną. Na walczącą z rzeczywistością też nie. „Szara myszka”?. Nie, nie, też sporo jej do tego brakowało.
W jednej z recenzji wyczytałam, że wszystkie postacie w tej książce są plastikowe. Zgadzam się z tą opinią. Dodam jeszcze, że jest to plastik średniego gatunku.
Cóż, nie wiem, jakie zdanie na temat tekstu mają młodzi czytelnicy. O bestselerze „Gwiazd naszych wina” gimnazjaliści rozmawiali na przerwach. Dziewczyny ukradkiem ocierały łzy. Oj daleko, daleko od tej książki leży ta, która teraz recenzuję.

❤️
1
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Żyłam sobie w PRL - u (28) | tyton 1 0

Żyłam sobie w PRL – u (28)

1980/1981 (3)

W rytmie disco (2)

Rodzina wróciła według planu po dwóch tygodniach. Oczywiście wujek musiał ponownie powiedzieć, że najpierw się pyta, potem się czeka na odpowiedź, a dopiero potem się przyjeżdża. Zapamiętałam to do końca życia.
Następnego dnia rano obudziły mnie krzyki z kuchni. Co jest, do jasnej cholery? Ledwie wrócili z urlopu, a już awantura?
Wuj kłócił się z ciotką.
Gdy wkroczyłam do kuchni, uznałam, że ciotka miała rację. W upalny letni dzień wuj rozpalał ogień pod węglową kuchnią.
– Do cna ci ten alkohol mózg wypalił! Rozpalać pod kuchnią w taki dzień!
– Musi się suszyć. Musi!
Na sznurku rozwieszonym wysoko nad kuchnią wisiały duże brunatne liście. Widywałam je na wsi, w której pracowałam. Domy były nimi obwieszone.
Machorka.
Tytoń znaczy się.
Jako pamiątkę z urlopu na Mazurach wuj przywiózł najcenniejszą rzecz – produkt do palenia.
Kibicowałam suszeniu. Dokładałam do kuchni.
Najpierw suszyliśmy duże liście. Potem wuj pokroił je. Suszyliśmy na starej patelni. Po trzech dniach wyschły i przypominały tytoń.
I oto zrobiliśmy pierwszego papierosa, zwanego skrętem. Tytoń zawijało się w kawałek papieru, głównie gazety. W rodzinie to ja dokonałam epokowego odkrycia – najlepszą gazetą na skręty byłą radziecka „Prawda”, trudna do zdobycia w polskich kioskach. Na szczęście w Wałbrzychu było coś co nazywało się Międzynarodowy Klub Książki i Prasy. Tu można było dostać gazety z bratnich krajów bloku wschodniego.
„Prawdę” odkryłam wcześniej, bo skręty robiło się też już dużo wcześniej. O ile papierosy były na kartki, to tytoń można było kupić w kioskach Ruchu. Lekcje robienia skrętów popieraliśmy z filmów o tematyce drugiej wojny. Tam żołnierze też robili skręty.

Podpaliliśmy „papierosa”.

Wydobył się z niego śmierdzący dym.

Trudno wyczuć, czy śmierdziała „Prawda” czy machora z Mazur.

Nieważne. „Sporty” też cuchną.

Zaciągnęliśmy się.

Oczy wyszły mi z orbit.

Zabrakło powietrza.

Zaczęłam się dusić.

Wuj walił mnie po plecach.

Potem ja jego.

Ciotka wrzeszczała.

Mieszkanie pokryła chmura substancji radioaktywnej.

Tak się nam przynajmniej wydawało.

My dochodziliśmy do siebie.

Ciotka nadal wrzeszczała.
– Zaraz sąsiedzi straż pożarną wezwą! Taki dym! Taki smród! Z takim paleniem na dwór! Mieszkanie zaczadzili!
Rzeczywiście, nie dało się palić. Gdzie popełniliśmy błąd?
Wuj zabrał Azę na spacer. Ja dochodziłam do siebie leżąc na tapczanie popijając wodę. Ciotka robiła przeciągi w mieszkaniu, bo było totalnie zakopcone.
Po godzinie wuj wrócił. Z kieszeni wydobył małe listki.
– Już wszystko wiem. Masz może cytrynę? – zapytał ciotkę.
Ta wzruszyła ramionami i puknęła się w czoło.
– W dzisiejszych czasach cytrynę….
Produkcja domowego tytoniu na skręty ruszyła ponownie. Tym razem machorka suszyła się nadal z listkami wiśniowymi. Marzeniem było dodanie do tego suchej skórki od cytryny. Byli tacy, co takowy owoc posiadali.
W sumie po tygodniu produkt nadawał się do spożycia czyli palenia.
Wracając pociągiem do domu, w korytarzu takowego stałą solidna grupa palaczy z tytoniem w woreczkach różnego typu. Niektórzy mieli stylizowane na średniowieczne sakiewki, inni bawełniane torebki, ktoś torebkę papierową. Robiliśmy skręty wymieniając uwagi na temat ich składu.
Polski przemysł prywatny (a był, był) szybko zareagował na potrzeby rynku i wyprodukował specjalne „maszynki” do robienia papierosów. Potem pojawiły się gilzy, co oznaczało powrót do czasów wojennych. Człowiek siedział wieczorem przed telewizorem i robił sobie papierosy. Tytoń luzem był dostępny w znanych nam kioskach Ruchu.
Ale skrętów mazurskiej machorki z wiśniami, nic już potem nie przebiło.
foto internet – suszenie tytoniu

❤️
1
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
– 1 – 2 – 3 – 4 – 5 – 6 – 7 – 8 – 22 –