Autor: Grazyna KS

Żyłam sobie w PRL - u (31) | st 0

Żyłam sobie w PRL – u (31)

1981 (3)

Wojna! (1)

Trzynastego grudnia, w niedzielę, wstałam po cichu o szóstej rano. Wrzuciłam coś do żołądka i poszłam na dworzec autobusowy. Wyjeżdżałam na zjazd. Nie, nie partii. Zjazd studentów zaocznych, bo byłam studentką drugiego roku studiów zaocznych w Białymstoku. Takowi spotykali się średnio raz w miesiącu i nazywano takie spotkania zjazdami.
Ze studiami dla nauczycieli w czasie socjalizmu było fajnie. Wszędzie, a zwłaszcza w małych wiejskich szkółkach, brakowało nauczycieli. Przyjmowano do nich do pracy ludzi bezpośrednio po maturze. Wystarczyło popracować dwa lata i zdobyć tzw. kwalifikacje pedagogiczne (jakieś kursy były), aby starać się o skierowanie na studia zaoczne na kierunek związany z nauczanym przedmiotem. Skierowania wydawało kuratorium w każdym województwie. Pierwszeństwo mieli nauczyciele z najdłuższym stażem. Stąd też na studiach spotykali się ludzie od 21 roku życia po „czterdziestkę”.
Nikt za ową naukę nie płacił. Ojczyzna wzięła na swoje barki kształcenie nauczycieli. Jadąc na „zjazdy” oraz egzaminy braliśmy „delegację”. Zwracano nam za przejazd i otrzymywaliśmy tzw. diety czyli forsę na zaspokojenie potrzeb żołądka.
Zapewniano nam bezpłatne noclegi. Warunki były co prawda spartańskie, ale jak wiadomo z historii spartanie dzięki nim byli ludźmi odpornymi na wszelkie trudy i przeciwności losu.
Właściwie to takim młodym jak ja, skierowania wydawano z oporami. Wiedziałam o tym. Porozmawiałam z rodzicami, powiedziałam o chęci dalszej nauki. Byli zachwyceni. Przynajmniej jedno dziecko chciało się uczyć. Brat zakończył edukację na zawodówce i ani myślał o dalszej nauce.
Rodzice porozmawiali z kimś i pewnego dnia mama, wróciwszy z pracy, powiedziała:
– Kupuj dobry koniak. Dostaniesz skierowanie na studia.
Koniak kupiłam. Do dziś nie wiem dla kogo. Wiosną 1980 otrzymałam papierek i mogłam rozpocząć studia.

Tak więc owego sądnego dnia pojechałam poszerzać swą wiedzę, by lepiej uczyć dzieci. W sumie nauka nie sprawiał mi kłopotu, ale tym razem miała problem z jednym ćwiczeniem. Trzeba skonsultować z innymi.
W naszym domu noclegowym zastałam parę osób.
– Cześć! Dobrze, że jesteście, mam problem z tym ćwiczeniem o liczbach….
– Odpuść sobie, jaki problem. Wojna jest – smutno odpowiedziała Maryśka.
– Jaka wojna?
Przed oczami stanął mi serial „Czterej pancerni i pies”. Zaczęłam wsłuchiwać się w ciszę za oknem. Nie słyszałam strzałów ani z karabinów ani z dział bojowych.
– Gdzie ta wojna? – kontynuowałam.
– W całej Polsce – oznajmiła Baśka.
Za oknem nadal panowała cisza.
Usiadłam na łóżku. Rzeczywiście coś było nie tak. Moje koleżanki były bardzo przestraszone. Na stole panował porządek. Z reguły tuż po przyjeździe wyciągałyśmy jedzenie, robiłyśmy herbatę i rozmawiałyśmy na temat zadań domowych.
– Trochę więcej wiadomości proszę.
Zaczęła Kryśka:
– Rano w radio słyszałam, że o północy wybuchła wojna. Jaruzelski tak powiedział. Nie wiem kto z kim walczy, ale słowo wojna padało wielokrotnie.
– Ruscy na nas napadli? – dopytywałam się.
Od pewnego czasu straszono nas wkroczeniem wojsk zaprzyjaźnionej Armii Czerwonej do Polski. Białystok blisko granicy, więc zaraz będziemy tu mieć czołgi z gwiazdką.
Zaraz, zaraz, jeśli wojna wybuchło o północy to już czołgi i wozy opancerzone powinny tu być. Byłam ostatnia, która wkroczyła do noclegowni.
– Nie ma ruskich na ulicy – uspokoiłam koleżanki. – Ale jeśli słyszałaś, że wojna to po co przyjeżdżałaś?
– Sama nie wiem…
Pozostałe koleżanki, tak jak i ja, o niczym nie wiedziały. Wsiadły w autobus i przyjechały uczyć się.
Zeszłyśmy do recepcji naszego lokum. Siedziała tam nie mniej od nas wystraszona pani, która też wiedział, że jest wojna. I tyle. Zadzwonić nigdzie nie mogła, bo telefon nie działał.
Jak się później okazało, nie działały w całej Polsce.
Co chwilę wyglądałyśmy przez ono wypatrując wojska. Nasłuchiwaliśmy, czy nikt nie strzela.
– Nie, takie siedzenie nie ma sensu. Zobaczcie, już nikt nie przyjeżdża. Jesteśmy tu same. Trzeba jechać na uczelnię. Tam się wszystkiego dowiemy – zaproponowała Maryśka.
Na uczelnię dotarłyśmy bez problemu miejskim autobusem. Na ulicach panował spokój. Taki zwyczajny, niedzielny.
Na uczelnianych korytarzach było sporo osób z różnych kierunków. Większość przyjechała, tak jak ja, zupełnie nieświadoma zagrożenia wojennego. Wstali po cichu rano, wsiedli w autobus i przyjechali. Była też grupa miejscowych, czyli z Białegostoku. Ci przyszli z ciekawości, dowiedzieć się, co stanie się na „uniwerku”.

W jednej z sal włączony był telewizor. Na kineskopowym czarno-białym ekranie nieustannie pojawiał się generał w ciemnych okularach i mówił o zagrożonym bycie ojczyzny, konieczności interwencji w obliczu klęski i odpowiedzialności. W wyniku tych trosk o północy wprowadzono stan wojenny.
Co to stan wojenny? Patrzyliśmy na siebie bojąc się zapytać. O stanie wyjątkowym słyszeliśmy, że coś takiego może być na zachodzie Europy i w USA, ale pojęcie stanu wojennego było nam zupełnie obce. Było co prawda kilku studentów historii, próbowali nam opisać, wyjaśnić, wskazać. Ale jakoś oporne byłyśmy i niekumate.
Najważniejsze, że to nie wojna, że Armia Czerwona nie wkroczy (chociaż…. kto to wie…. mówili niektórzy), a wojsko spacerujące po ulicach będzie polskie.
Mimo to nastrój grozy był nadal. Co robić? Będą te zajęcia czy nie? Płakać czy się cieszyć?
Telewizor w przerwach podczas nieustannego powtarzanie przemówienia generała, przekazywał wiadomości co wolno, a czego nie wolno. Zakazów było więcej. Taki zakaz podróżowania na przykład. Mamy koczować na uczelni? Ja chcę do domu! O, Baśka też chce! A co będzie jeśli nas złapią? I zainternują?

Co to za słowo? Nauczyliśmy się nowego – internowanie, bliskoznaczne do wyrazu „aresztowanie”. Pamiętałam je z filmu „Orzeł” – ww wrześniu 1939 polski okręt podwodny „Orzeł” został internowany w Estonii. Znaczy się zatrzymany. Ale zwiał! Może trzeba zwiewać?
Telewizor mówi, że internowano wiele osób. Może jeszcze jest czas?
Ile osób było wówczas na terenie uczelni, tyle opinii i propozycji.
Czy ktoś mógłby za nas podjąć decyzję, bo Baśka już płacze? Ma najdalej do domu. Co będzie jak zainternują pociągi?
Doczekaliśmy się wreszcie przedstawiciela władz uczelni. Człowiek był nie mniej wystraszony niż my.
– Proszę państwa, odwołujemy zajęcia na tym zjeździe. Proszę spokojnie wracać do domów, do rodzin. Póki co w naszym mieście panuje spokój. Nie zaobserwowano ruchów obcych wojsk. Miejmy nadzieję, że w państwa miejscowościach też jest jeszcze spokój.
No tak, zasugerował, że czekamy na owe wojska. Dobra, zbieramy się stąd. Nie ma nauki. Jest wojna, czy jakiś tam stan wojenny i trzeba do domu, do rodzin.

Pożegnaliśmy się wszyscy czule, jakbyśmy mieli już nigdy się nie zobaczyć i ruszyliśmy w stronę dworców PKP i PKS.

❤️
1
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Siła eksponatu | po 0

Siła eksponatu

Siła eksponatu

Dziś kolejna seria wydawnicza niezłomnej Krajowej Agencji Wydawniczej, która w dawnych czasach zasypywała nas książkami formatu kieszonkowego. Akurat z tą serią nie czułam się ongiś związana. „Zdarzenia – Sensacje – Zagadki, czyli ”cykl o różnorodnej tematyce, przynoszący informacje o zagadkowych faktach historycznych, politycznych, społecznych…”, jak głosi informacja na przedostatniej stronie książeczki.
„Podstępem i gwałtem” Lecha Chmielewskiego wydano w 1976 roku w nakładzie 60 000 egzemplarzy. Mamy tu osiem tekstów o charakterze historyczno – reporterskim. Każdy to osobna opowieść o losach wybranych eksponatów muzealnych. Oczywiście losach do 1976 roku. Od tamtego czasu nowe fakty, nowe badania o charakterze historycznym mogły nowych wiadomości dostarczyć. I to trzeba właśnie wziąć pod uwagę czytając reportaże. Są mimo tego ciekawe. Reporterski styl, pozornie prosty, wprowadza nas w nastrój opowieści o charakterze sensacyjnym. Wiadomo, sensacja być musi zwłaszcza jeśli ów zabytek liczy sobie setki lat. Czasami jest to materiał kryminalny z czasów zamierzchłej monarchii, polskiej oczywiście. Ma to miejsce w opowieści o mieczu koronacyjnym królów Polski zwanym „Szczerbcem”. Autor wprowadza nas w zawiłości walki o władzę jeszcze w średniowieczu. Potem brniemy przez kolejne losy wyszczerbionego legendarnie ostrza, by wrócić na Wawel.
Odwiedzimy też Zamek Królewski w Warszawie oraz Muzeum Narodowe w Gdańsku. W tym drugim obejrzymy „Sąd ostateczny” Hansa Memlinga. Skąd wziął się w Gdańsku? Ot i historia godna Jacka Sparrowa i piratów, tym razem z Bałtyku. Sporo miejsca zajmują teksty o powrocie do Polski zabytków wywiezionych do Kanady po wybuchu wojny w 1939 roku. Dostarczyli je tam Polacy, by chronić dobra narodowe przed okupantem. Jeśli ktoś jeszcze nie wie, wróciły do kraju dopiero w 1961 roku… Nie, nie o „Bitwie pod Grunwaldem” Matejki autor nie pisze, czasami tylko wspomina. Jest historia chorągwi proroka, czy aby jest prawdziwa oraz pasjonująca opowieść o świętym Franciszku i jego ekstazie, czyli obrazie El Greca znalezionym w prowincjonalnym kościółki w Kosowie Lackim na Podlasiu… I co z tego, że El Grecko namalował blisko sto obrazów z owym sympatycznym świętym? Mamy swój i tyle.
Z serią „Zdarzenia….” w przeszłości nie miałam do czynienia. Wiem, ze stały takie malutkie książeczki na półce w bibliotece, ale jakoś po nie nie sięgałam. Pewnie szkoda, bo rzeczywiście w latach PRL – u były źródłem wiedzy, nie będącej przedmiotem analizy na lekcjach historii. Do tego miały posmak owej sensacji, historycznej zagadki. Mogły pasjonować, zainteresować czytelnika. Warto również zwrócić uwagę na kieszonkowy format książki. W sam raz na długa podróż koleją w dawnych czasach….

❤️
0
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
1
📖
0
Nieboszczyk na wesoło | upio 0

Nieboszczyk na wesoło

Nieboszczyk na wesoło

I ponownie legenda…. Tym razem człowiecza. Któż bowiem nie zna kultowej postaci polskiego kryminału czyli Joanny Chmielewskiej, właściwie Ireny Barbary Kuhn z domu Becker? Pierwszą jej powieścią jest „Klin” wydany w 1964 roku. A potem powieści, opowieści, poradników, tekstów dla młodego czytelnika pojawiło się tak dużo, że nie sposób ich zliczyć. Chmielewską czytano wszędzie i zawsze, a co ciekawe – w bibliotece zawsze było coś jej autorstwa, bo napisała tego, oj napisała. Też należę do grona osób, które wchłaniały je książki jedna za drugą. Z tego też powodu nie pamiętam, czy czytałam „Upiorny legat”, napisany w 1977 roku. Kiedy w moje ręce wpadł rozsypujący się egzemplarz z 1989 roku, postanowiłam przeczytać. Może po raz drugi, może po raz pierwszy.
Wiedziałam czego się spodziewać. Będzie wesoło, chociaż pojawi się nieboszczyk. Wszystko będzie zagmatwane, chociaż na końcu okaże się proste.
Po przeczytaniu uczucia mam mieszane. Wszystko rzeczywiście było jak miało być. Na początku trup i zupełnie nie wiadomo dlaczego ktoś go ukatrupił. Potem żmudne śledztwo skupione wokół narratorki, która też nie kuma w czym rzecz i dlaczego jest inwigilowana przez wszystko i wszystkich dookoła. Pojawia się też wątek filatelistyczny. W tym miejscu naszła mnie chwila zadumy. Ach te znaczki…. Kiedyś było to hobby prawie każdego dziecka. Też miałam album ze znaczkami, pincetę do ich wyciągania z foliowych ścieżek, też wymieniałam się z kolegami… Dorośli też się tak bawili i ponoć był to niezły biznes. Znaczki miały swoją wartość. Były sklepy filatelistyczne, spotkania kolekcjonerów. Jak jest dzisiaj – nie wiem. Znaczki bowiem przechodzą w stan muzealny. Tak sobie myślę, że moje prawnuki będą je właśnie tam oglądać, a pani przewodniczka powie: „Ongiś nalepiano je na koperty, żeby był dowód, iż przesyłka została opłacona…”.
Intryga, jak to bywa u Chmielewskiej, gmatwa się. Czasami rzeczywiście śmieszy. Ale… Właśnie coś mi tu nie gra. W tej książce nie gra. Czy czegoś brakuje, czy jest za mało. Nie wiem. Może to ja się postarzałam i patrzę na tego typu literaturę inaczej niż ongiś było. W każdym razie ani mnie nie śmieszy, ani nie bawi. Owszem, brnę do końca, który wcale mnie nie zaskakuje. Czytam opinie o utworze. Są różne. Kiedyś były zachwyty, teraz różnie to bywa. Czyżby teksty Chmielewskiej się zestarzały?
Dopiero z tych opinii dowiaduję się, iż na motywach tej powieści zakręcono film pt. „Skradziona kolekcja”. Teraz jestem prawie w szoku. Film ma się do literatury jak piernik do wiatraka, jedno i drugie pochodzi z planety Ziemia. Film oczywiście znam, ale jakoś nie powiązałam tematyki, ponoć wspólnej, obu wytworów ludzkiej działalności.
Cóż, pewnie jeszcze nie raz trafię na utwory polskiej pisarki. Zapewne je przeczytam. Kojarzą się przecież z czasami, kiedy człowiek był piękny i młody. Teraz tylko krytyczny pozostał.

❤️
1
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
1
📖
0
Była sobie kobra | ko 0

Była sobie kobra

Była sobie kobra

Nie, od razu mówię, że nie chodzi o kobrę królewską, która ukąsiła Chucka Norrisa i po pięciu dniach męczarni – zmarła. Słowo „kobra” nam, Polakom oczywiście kojarzy się z nazwiskiem wielkiego aktora, ale również z legendarnym cyklem telewizyjnym. „Datę 6 lutego 1956 (poniedziałek) i tytuł „Zatrute litery” według powieści Agathy Christie w reżyserii Adama Hanuszkiewicza przyjęto jako symboliczne narodziny cyklu. Był to spektakl nadawany na żywo i nie zachowały się żadne zdjęcia archiwalne” – podaje Wikipedia. Polacy oglądali spektakle nadawane później we czwartki do roku 1993. Był to prawdziwy fenomen polskiej telewizji. W czasie emisji pustoszały ulice. Całe rodziny siadały przez telewizorami i zgadywały, kto zabił. Bo trup w „kobrach” był obowiązkowy. A najlepiej kilka. Oczywiście początkowo wszystko co telewizyjne „szło” na żywo. Bez efektów specjalnych, bez poprawek, jak w prawdziwym teatrze.
O takiej właśnie „kobrze” opowiada Kazimierz Koźniewski w swej powieści „Dwie kobry”. Oczywiście jest to kryminał, wydany w roku 1978 w nakładzie 100.000 (słownie – sto tysięcy egzemplarzy) przez Krajową Agencję Wydawniczą, specjalizującą się w wydawaniu kryminałów w wersji kieszonkowej.
Omawiany „kryminał” w pewnym sensie łamie schemat tradycyjnej opowieści tego typu w stylu PRL-u. Oczywiście jest trup, jest zbrodnia, jest narzędzie zbrodni i facet, który szuka przestępcy. Tyle tylko, że wszystko dzieje się na oczach telewizyjnych widzów. Od samego więc początku rodzi się pytanie – przedstawienie to czy rzeczywistość?
Oczywiście nie odpowiem na to pytanie, bo wtedy czytanie owego „kryminału” nie miałoby sensu. W każdym razie pomysł doceniam. Jak z realizacją? I tu już mam parę uwag.
Zastanawiam się, czy w roku wydania książki pokazywano jeszcze spektakle „na żywo”. W zakamarkach pamięci odkryłam słowo „telerecording” czyli zapis na taśmie przed epoką magnetowidów. Nawet panią Loskę lub panią Wojtczak pamiętam jak mówiły, że przedstawienie zostanie odtworzone z owego tele. Na ten temat niech się wypowiedzą historycy.
Jeśli, w treści tekstu oczywiście, ktoś chciał ludzi nabrać, to wydaje mi się, że trochę się przeliczył. Kto by tam się dał nabrać? Ale… zaraz… to mówię ja, człowiek z XXI wieku! Kiedyś ludzie w stosunku do telewizora, nadającego na żywo, odnosili się prawie jak mój piesek, który w chwili zniknięcia Szarika z ekranu, szukał go za telewizorem.
Sama intryga kryminalna według mnie jest zbyt rozwlekła, a opisy osób śledzących ją przed ekranem, zbyt naiwne. Niestety.
Tak więc, chociaż pomysł dobry, realizacja taka sobie. Czytało się lepsze zbrodnicze opowieści rodem z PRL – u.

❤️
0
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Ach, ten Złocisty.... | zl 0

Ach, ten Złocisty….

Ach, ten Złocisty…

Chyba nie ma osoby z mego pokolenia i tego tuż za mną, która by nie wiedziała, kim był lub nie był „Złocisty”. Wiedzą również kto go zamierzył i zdemaskował. Wiadomo, pierwszy milicjant PRL – u porucznik Sławomir Borewicz, bohater kultowego serialu „07 zgłoś się”. Odcinki tego serialu powstawały na bazie często pomawianych przeze mnie „kryminałów” z serii „Labirynt”, „Jamnik” czy „Ewa wzywa 07”. Tym razem mamy adaptację książki „labiryntowej” Anny Kłodzińskiej „Złocisty przegrywa”.
Oczywiście treści zdradzać nie będę, wielu ją zna, a kto nie zna i będzie chciał poznać, niech poszuka. Tak, wiem. Tytuł zdradza zakończenie. Ale to nic strasznego. Wiadomo przecież, że „kryminał” musi się skończyć rozwiązaniem intrygi. „Złocisty” w oryginale czyli w opowieści Kłodzińskiej różni się w wielu elementach owej intrygi. Jasne, że nie ma porucznika Borewicza, bo ten jest tylko w serialu. Są inne postacie, niektóre wyglądem przypominają serialowe lub odwrotnie – serialowe przypominają te książkowe. Jako ciekawostkę można uznać, iż jedna z bohaterek nosi nazwisko „Dolecka”. Pani o tymże nazwisku pojawia się w odcinku pt. „Hieny” na podstawie opowiadania „Stabilne życie Roberta K.” autorstwa Andrzeja Gerłowskiego. Jak widać realizatorzy serialu biegli sobie po ówczesnych tekstach o charakterze „przestępczym”.
W każdym razie powieść Kłodzińskiej to dokument obyczajowości dawnych czasów zwanych PRL – em. Ludzie namiętnie kupują towary w opakowaniu z „zagranicznym” napisem wierząc, że wyprodukowano ją na „zgniłym Zachodzie”. Skupują złoto od podejrzanych typów nie licząc się z tym, że może coś w środku sztabki, zwanej tu „klockiem”, jest nie tak. Lodówki wędrują z jednej ciężarówki do drugiej. Ta druga jedzie do wybranych klientów i zostaje sprzedana po oczywiście zawyżonej cenie. Ktoś chce zwiać z majątkiem w szkatułce za granicę. Ktoś uprawia truskawki. A wszyscy spotykają się na podejrzanym bazarze. Oczywiście czasami współczesny czytelnik uśmiechnie się pod nosem komentując: „Co za czasy!”. Były takie, oj były. Oczywiście morderstwa też były, ale od czego była dzielna milicja. Przestępca zawsze poniósł zasłużoną karę, przynajmniej w powieści.
Kryminały zawsze były i są nadal chętnie czytane. Te z lat minionych różnią się bardzo od współczesnych. Cóż, każda epoka ma swoje wzorce, ideały i sposoby na życie. Warto jednak pochylić się czasami nad starymi. Są one bowiem dokumentem epoki, w której powstawały. Inna, bardziej ambitna literatura owszem opisywała rzeczywistość, stąd jej nazwa – obyczajowa. Ale dopiero „kryminał” oddawał jej klimat. Czasami się zastanawiam… gdyby w czasach Bolesława Prusa „kryminał” był tak popularny jak sto lat później, nasz mistrz prozy obyczajowej napisały „Lalkę” właśnie jako powieść sensacyjną? A może ja spróbuję? Wyobraźmy sobie, że Wysocki nie ratuje Wokulskiego, ten ginie pod kołami pociągu na trasie kolei wiedeńskiej. Rozpoczyna się śledztwo…

❤️
0
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Schronisko, które przestało istnieć | sch 0

Schronisko, które przestało istnieć

Schronisko po raz pierwszy

Przygodę z karkonoskimi powieściami Sławka Gortycha rozpoczęłam od trzeciej części czyli „Schroniska, które spowijał mrok”. Dostałam w prezencie jako nówkę nieśmiganą czyli nowość na rynku. Oczywiście pochłonęłam powieść, ona mnie wchłonęła. Teraz postanowiłam zacząć od początku, od „Schroniska, które przestało istnieć”. Też wchłania i pochłania. Oczywiście mnie. Oczywiście bez względu na to, który raz czytam.
Wyjaśnienie na taki stan rzeczy mam proste. Czuję się emocjonalnie związana z Karkonoszami. Moje rodzinne miasto to Wałbrzych, po niemiecku Waldenburg. Jadąc z kierunku Wrocławia do Jeleniej Góry, Szklarskiej Poręby i Karpacza, trzeba przez moje miasto przejechać. Wychowana na opowieściach o „złotym pociągu”, który wtedy jeszcze nie był złoty, znałam również historie o Liczyrzepie, po niemiecku Rübezahl, po czesku Krakonoš. Jako dziecko brałam kiedyś udział w szkolnym przedstawieniu o tymże Duchu Gór. Związek emocjonalny zatem istnieje. Tym bardziej, że w pierwszej części jedno z morderstw miało miejsce w 1960 roku…. Rety, ja już wtedy byłam na tym świecie, byłam blisko, tylko wsiąść w pociąg i już, już jestem na miejscu…. Teraz zatem Was zawiadamiam. Moje recenzje z książek Sławka Gortycha nie będą miały nic wspólnego z obiektywizmem.
Nie, nie będę oceniała intrygi kryminalnej, bo spalę powieść i zakończenie. Pochwalę autora za pracę, jaką wykonał. Starał się bardzo, by powojenna rzeczywistość ukazana w powieści była bardzo realistyczna i nawiązywała do owych przedziwnych czasów. Dolny Śląsk po 1945 roku rzeczywiście był polskim „Dzikim Zachodem”. Teren był nietknięty przez działania wojenne, zatem był to tłusty kąsek dla szabrowników. A także dla tych, co chcieli coś ukryć…. Stąd też powstało sporo opowieści o skarbach, złocie i pilnujących ich strażników. Sławek idzie tym tropem i tworzy powieść sensacyjną. I bardzo dobrze. Powtórzę to, co już pisałam w poprzedniej recenzji – nie tylko Tatry są tajemnicze, Karkonosze mają więcej mrocznych opowieści. Bo mają one w sobie dzieje trzech państw. Autor starannie dobiera zasłyszane historie, by umieścić je w książce. Jeśli nawet nie znamy Karkonoszy, to poznajemy je dzięki starym opowieściom, legendom i ponoć prawdziwym historiom. Schronisko, które już nie istnieje, rzeczywiście istniało. Można obejrzeć jego ruiny. Można nadal przejść turystycznym szlakiem od jednego do drugiego. Śnieżne Kotły też są naprawdę. Polodowcowa pozostałość po czasach nadal zachwyca klimatem, budową i niebezpieczeństwem.
Na zachętę dla tych, co to jeszcze nie czytali dodam, że jednym z bohaterów powieści jest niemiecki noblista z 1912 roku Gerhart Hauptmann, urodzony w Szczawnie Zdroju zmarł właśnie w opisywanym przez Gortycha – Jagniątkowie… W sumie ….mój ziomal…. Przyjemnej lektury!

❤️
0
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
1
📖
0
Męski los | ab 0

Męski los

Męski los

Kiedy filmowe „Love story” zawładnęło kinami na całym świecie, byłam chyba zbyt młoda, mała, by zrozumieć fenomen filmu. Obejrzałam go wiele lat później. Zastanawiałam się, co takiego jest w prostocie fabuły, że wyciska ona łzy z oczu. Minęło jeszcze kilka lat zanim załapałam, że najpierw była książka. Przeczytałam, ale wrażenie na mnie mocnego już nie wywarła. Stąd też z niepokojem zabrałam się za czytanie kolejnej powieści Ericha Segala pt. „Absolwenci”. Ta liczyła sobie ponad pięćset stron w tzw. kieszonkowym wydaniu. Drobny druk oczom też nie sprzyjał. W ogóle wiele było znaków na niebie i ziemi, iż książka po prostu mi się nie spodoba.
Wyczytałam, że bohaterami są najpierw studenci, potem absolwenci amerykańskiego Harvardu, czyli jeden z najbardziej snobistycznych uczelni na świecie. Przynajmniej taką wiadomość miałam zakodowaną w głowie. Byli ono facetami, a męski świat to dla mnie zagadka, tak się jakoś życie ułożyło. Na dodatek na okładce była informacja, że będą też historie miłosne. To już bajka zupełnie nie dla mnie. Zaczęłam jednak czytać…. I dobrnęłam do końca. Trudno nie było. Książka mnie wchłonęła i pochłonęła. Dlaczego?
Po pierwsze została napisana przedziwnie prostym językiem. Ale nie prostackim. Bohaterowie to ludzie wykształceni, często mówią o dziedzinach nauki, w których się specjalizują, ale ich rozmowy są jasne i zrozumiałe dla przeciętnego czytelnika. Mimo swej objętości, ilość opisów i dialogów jest w normie. To oczywiście sprawia, że tekst czyta się po prostu przyjemnie.
Po drugie – kreacje bohaterów. Mimo iż cała piątka studiuje na Harvardzie, każdy z nich startuje w życie z różnego społecznego pułapu. Jeden ma za sobą wielką historię rodziny, drugi robi za kelnera w lokalu swego taty…. Każdy chce w życiu osiągnąć sukces. Dla każdego sukcesem jest co innego. A czasami sukces oznacza porażkę. Bo tak to w życiu bywa. W sumie nasi panowie, absolwenci szpanerskiej uczelni, okazują się być zupełnie normalnymi ludźmi, ze wszystkimi człowieczymi wadami i zaletami. Obok nich pojawiają się kobiety. Są tylko tłem, ale doskonale spełniają swoje role u męskiego boku. Jakoś nie ma pretensji do pisarza, że postawił je w drugim szeregu. Wszak utwór jest o mężczyznach…
Po trzecie – jest to powieść męska. Zupełnie jednak inna niż tradycyjne pojęcie tego typu literatury. Jeśli pada określenie „męska” od razu kojarzy się ono z tekstem lub filmem, w którym mamy do czynienia z facetem typu „macho”, który w imię wielkich ideałów robi porządek na dzielni. Tym razem tak nie jest. Jako nastolatka przeczytałam „Koniec wakacji” Janusza Domagalika i trochę zrozumiałam chłopięcy świat. Czy „Absolwenci” sprawią, że zrozumiem męski? Kto wie, kto wie….

❤️
0
👍
2
⭐
0
💡
0
❗
1
📖
0
Dzis już nikt tak nie pisze... | pr 0

Dzis już nikt tak nie pisze…

Dziś już tak nikt nie pisze…

Poezją Tadeusza Różewicza zachwyciłam się w szkole średniej (lata 70 – te minionego stulecia). Była to dla mnie niezwykła proza rozbita na wersy. Potem sama zaczęłam tak pisać. Chociaż do Różewicza mi bardzo, bardzo daleko, piszę tak nadal. Dramaty poety też czytałam i oglądałam. Czy wówczas czytałam również jego prozę? Na pewno tak. Kiedyś napisałam wiersz ze sformułowanie „śmierć w starych dekoracjach”. Wiedziałam, że to nie moje. Skąd je zaczerpnęłam? Dziś wiem. To tytuł jednego z opowiadań Różewicza. Ale potem wszystko rozwiało się i Różewicz zniknął z listy moich lektur, co wcale nie oznaczało, że przestałam się nim zachwycać. Teraz zachwyt powrócił za sprawą zbioru jego opowiadań „Próba rekonstrukcji” , wydany w 1979 roku.
Jak było do przewidzenia…. Opowiadania powaliły mnie na kolana. Otworzyły czasoprzestrzeń w przeszłość i przypomniały mi dni przy gramofonie Bambino. A potem nastąpiło ciężkie westchnienie „dziś już nikt tak nie pisze”…. To też jest poezja, tylko że zapisana tak normalnie linijka po linijce.
Układ opowiadań ma układ chronologiczny. Najpierw teksty wojenne. Każdy niby prosty, ale przerażający w swej treści. Oto „Gałąź” i mały żydowski chłopiec zamknięty w ciemnym pomieszczeniu. Oto „Pragnienie” i wykonanie wyroku na faszyście. Są partyzanci, las…. Owe opowiadania przypomniały mi jeden z najlepszych i niedocenianych polskich filmów „Obława” z 2012 roku w reżyserii Marcina Krzyształowicza. Ta część zbioru kończy się „Wycieczką do muzeum”. Przeczytajcie. Jakże to bliskie naszej współczesności.
W kolejnych częściach mamy czas powojenny. Ale wojna ciągle jest obecna. Nawet w momentach pogody i szczęścia. Ci, co przetrwali, cierpią nadal. Wszystko zgodnie z wierszem „Zostawcie nas” :
„Zapomnijcie o nas
nie pytajcie i nasza młodość
zostawcie nas”
W tekście „Nowa szkoła filozoficzna” Różewicz pisze: „Po (…) wojnie wszyscy jesteśmy podejrzani. Bohaterowie i zdrajcy, konspiratorzy i paskarze, szantażyści i szantażowani, prowokatorzy i ich ofiary. Nawet umarli są podejrzani.” Ci, co przeżyli nadal cierpią. Ponoszą winę za śmierć innych. Teraz czekają na swoją śmierć. Najlepiej wśród starych dekoracji…
Każe z opowiadań w omawianym zbiorze ma swoją wartość, jest odrębną całością, zwraca uwagę na nasze człowieczeństwo, jego brak lub chęć zabicia go w samym sobie. Niektóre teksty przerażają. Inne zmuszają do myślenia. Ot taka „Moja córeczka”… ileż tam bólu, ile płaczu pośród dobrych chęci i równie dobrego działania. Rzeczywistość jest brutalna. Jak się z nią pogodzić? Czy to co jest dzisiaj, jest lepsze niż lata wojny, jakiejkolwiek wojny?
Zastanawiam się ile osób czyta dziś Różewicza… Ile teatrów wystawia jego dramaty… Twórca będący na piedestale, popadł w zapomnienie… A może mi się tylko wydaje?

❤️
2
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
1
📖
0
– 1 – 2 – 3 – 4 – 5 – 22 –