Autor: Grazyna KS

Prowincja w przyjemnym wydaniu | kol 0

Prowincja w przyjemnym wydaniu

Prowincja w przyjemnym wydaniu

Kiedy patrzę na książki w wydaniu papierowym, leżące w dyskontach obok marchewki lub na całe stosy w empiku, myślę o ich autorach. Każdy z nich włożył masę pracy w napisanie utworu, marząc przy tym o sławie, uznaniu przez czytelników i trochę myśląc o zysku ze sprzedaży. Zastanawiam się wówczas, który z utworów będzie miał wartość ponadczasową i będą go czytać ludzie za pięćdziesiąt, sto lat… Nie będzie to oznaczało, iż utwór jest najlepszy ze wszystkich wydanych w czasach minionych. Może był wówczas najpopularniejszy? A może po prostu miał trochę szczęścia, bo i ono w życiu książki też jest potrzebne.
Takie refleksje naszły mnie, kiedy w moje ręce trafiła książka z 1961 roku „Kolorowe miasteczko” Janusza Skoszkiewicza. Autor zupełnie mi nieznany, ale w wikipedii jest. Opowieść starannie wydana przez znane wydawnictwo „Czytelnik”, nawet w obwolucie …. co zatem jest w środku?
Zabawna historyjka o prowincjonalnym pełnym kompleksów miasteczku, które chce być sławne. No bo wszyscy obchodzą jakieś jubileusze, organizują festyny, zabawy, jarmarki, a tu nic. Cisza. Spokój. Znaczy się nuda. Pierwszy zauważa to miejscowy fryzjer. Potem młody dziennikarz. Aż wreszcie sprawa trafia do przewodniczącego Rady Narodowej. I wtedy w miasteczku zaczyna się ruch. Wszyscy chcą jubileuszu. Oczywiście można w tym momencie zrobić z tego powieść psychologiczną i zastanowić się nas postawą mieszkańców. Czarny humor tez mógłby być. Parodia jak najbardziej. Tymczasem otrzymujemy pełną humoru w wydaniu wesołym historyjkę o ludzkich pragnieniach, działaniu w imię wyższej idei, zawiązywaniu więzi między tymi, którzy się nie znali, realizowaniu pragnień z lat minionych.
Oto stary dziwak, nazywany profesorem, od lat zbiera eksponaty miejscowej sztuki ludowej. Szpera w starych opowieściach, zna legendy. Teraz ma okazję pokazania swoich zbiorów i nareszcie nikt się nie będzie z niego nabijał.
Oto młody dziennikarz, otrzymujący za swe teksty do powiatowej gazety jedynie tzw. „wierszówki” stawia ultimatum „Albo stały etat korespondenta, albo nici z mego pisania”. Etat dostaje.
Oto Zdenek, robiący za miejscowego chuligana, obcina włosy i zostaje instruktorem w wiejskiej świetlicy. Może uda mu się wspomóc tamtejszą pracowniczkę w zbiórce forsy na upragniony telewizor?
Oczywiście jest jeszcze element kryminalny. Kto podpalił magazyn z tekstyliami? A z kim to po nocach spaceruje żonaty nauczyciel, posiadający opinię niezwykle surowego?
W sumie więc mamy humorystyczny obrazek z Polski przełomu lat 50/60. To, że jest wesoły, nie oznacza, że ktoś się z kogoś wyśmiewa. Po prostu…. Jest wesoło.
Książka Skoszkiewicza należy do grupy literatury zapomnianej. Ale… przeleżała przez wiele lat u kogoś na półce, zanim trafiła do plenerowej biblioteczki w moim mieście. Wkrótce tam wróci. Na pewno ktoś po nią ponownie sięgnie. Czy stanie się sławna? Raczej nie…. A szkoda, bo typ humoru, który reprezentuje, zanika….

❤️
3
👍
2
⭐
1
💡
1
❗
1
📖
1
Old school | fe 0

Old school

Old school

Ktoś napisał, że ta powieść to „old skul jak chole…”. Pewnie miała rację. Napisany w 1976 roku przez Czesława Chruszczewskiego „Fenomen Kosmosu” nowością nie jest. Książka została zapomniana, tak samo jak jej autor. A był to pisarz czasów science – fiction, czyli przełomu lat 60/70, drugi po Stanisławie Lemie twórca polskiej powieści fantastyki zwanej wówczas naukową. Czasy się jednak zmieniły i dziś książki Chruszczewskiego możemy znaleźć przede wszystkim w miejscu, gdzie ludzie zostawiają niepotrzebne już im egzemplarze słowa drukowanego. Czy starsi czytelnicy pamiętają autora omawianej powieści? Ja nie. Nigdy nie przepadałam za tego typu prozą. Mój kuzyn natomiast zna je doskonale. Do dziś czytuje głównie dzieła w stylu „Diuny”.
Wróćmy jednak do Kosmosu… Oto mamy czasy pełne spokoju, odkryć naukowych, znakomitej techniki i dobra wszelkiego. Człowiek wykorzystuje wreszcie cały swój mózg, myśli i wymyśla cuda i dziwy. Pozornie wszyscy są zadowoleni. Z wyjątkiem kobiet. Te nadal pełnią tzw. tradycyjną rolę pani domu, uśmiechają się do swych mężów – naukowców, którzy nieustannie myślą, a wreszcie baby mają wszystkiego dosyć. „Mężczyźni przestali być mężczyznami” – mówią coraz głośniej. „Wasze sukcesy naukowe są nudne” – dodają. Dochodzi do tego, że przejmują statek, który zabrał je na wycieczką kosmiczną, zaplanowaną przez facetów w celu uspokojenia kobiet. Lądują na Marsie, gdzie Nadzorca Maszyn Kserkses dzielnie walczył z maszynami i narażał swoje życie, by je pokonać. Działał. Robił. Wykonywał. To zaimponowało kobietom i zaczęły domagać się działania od swych mężczyzn.
Tak to się wszystko zaczyna. Myślałam, że pójdzie wszystko w kierunku wojny płci i będzie na wesoło. Nic z tego. Potem było tylko poważnie.
Panowie owszem pań posłuchali i postanowili zorganizować wyprawę w nieznane, czyli w odległe części Kosmosu, w celu poszukiwania istot nawet od siebie Rozumniejszych, tak, pisanych wielką literą.
Rozpoczęły się więc działania przygotowujące wyprawę. Potem gwiazdoloty wyleciały i poleciały, a czytelnik śledzi ich losy.
Zgadzam się, że tekst w dzisiejszych czasach brzmi naiwnie. Ale mimo tego będę go broniła. Mamy w powieści wiele elementów, nazwijmy je naukowymi, do których się dziś uśmiechamy. Pamiętajmy, fantazja ludzka nie zna granic. W powieściach Verne’a też są nowinki techniczne, które w końcu człowiek skonstruował. Natomiast w utworach „oldskulowych” na pierwszym planie jest człowiek. Człowiek myśli i wymyśla. Człowiek rusza w przestrzeń kosmiczną, by szukać innych myślących. Maszyny owszem są, ale w służbie człowieka. Jeśli się buntują, człowiek potrafi je poskromić. Człowiek jest najwyższym dobrem.
Myślę, że czasami warto pokłonić się przed starą literaturą s-f. Daje ona bowiem nadzieję, że jednak coś w nas ludziach szczególnego jest i nie damy się zawładnąć maszynom.

❤️
2
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
To, co po nas pozostanie | sl 0

To, co po nas pozostanie

To, co po nas pozostanie

Książka Andrzeja Szypulskiego trafiła do mnie dawno temu, bo w 1979 roku. Była epicką opowieścią napisaną na bazie scenariusza serialu telewizyjnego pod tym samym tytułem. Serial wbił mi się ostro w pamięć. Pozytywnie. O dziwo, inni też go tak ocenili. Dlaczego zdziwienie?
Nie da się ukryć, iż najciekawsze lata swego życia, czyli bycie nastolatką, przypadły mi na lata siedemdziesiąte, kiedy „Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej” jak głosiło hasło człowieka tamtych czasów towarzysza Gierka. Budowano dużo, budowano w różnych miejscach. Pomnikiem tamtych czasów miała być Huta „Katowice” wybudowana w Dąbrowie Górniczej. O budowie mówiono dużo, na każdym z dwóch programów telewizyjnych, jakie wówczas były. Mówiono entuzjastycznie. Namawiano do podjęcia pracy przy budowie. W odcinku (rozdziale – będę używała obu słów wymiennie) „Chłopcy zwerbowani” mamy ukazaną akcję owego werbunku. Jedzie człowiek w teren, do wsi, wiosek, osad i namawia, obiecuje dobrze płatną pracę i mieszkanie w hotelu robotniczym lub na prywatnej kwaterze.
Zarówno serial jak i książka to opowieść o ludziach na budowie. Każdy rozdział ma swego głównego bohatera. Pierwszym jest inżynier – geodeta, bo wiadomo, najpierw trzeba wymierzyć i wykopać. Kolejnymi są kierowca „gruszki” z betonem, chłopak budujący wielki komin, oczywiście sekretarz organizacji partyjnej też musi znaleźć się na pierwszym planie w jednym z odcinków. Obserwujemy również życie na budowie. Zaglądamy do stołówki, patrzymy na rodzące się więzi przyjaźni i miłości między ludźmi z budowy.
Czyżby był to, posługując się terminologią z czasów tzw. socrealizmu z przełomu lat 40/50 minionego stulecia, zwykły produkcyjniak? Bo niby wszystko się zgadza. Ci dobrzy są nagradzani, a ci źli ukarani. Huta rośnie. Świat podziwia. Nie, to nie produkcyjniak. Tu ludzie liczą pieniądze. Tu nie pracuje się dla idei, chociaż trochę ideologicznego wsparcia musi być. Tu są tacy, co kombinują i tacy, co protestują. Bercik zarządza kontrolę w stołówce, Żebro nie chce podpisać oświadczenia niezgodnego z prawdą, a bezcenny fachowiec mówi, że ma wszystko gdzieś i chce wyjechać na weekend do domu, bo jego dwuletnie dziecko nie poznaje już tatusia.
Podobnie jak serial „Dyrektorzy”, opowieść o Hucie Katowice jest opowieścią ciekawą, dobrze skonstruowaną, pokazującą, pierwszy -lata 50/60/70, drugi siedemdziesiąte. Warto do niego wrócić. Ma swoje przesłanie:
„ Nie znałeś go dawniej -(…) też był taki jak oni. Nie oglądał się, ile i kiedy zapłacą. I co z tego zostało?
– Jak to co? – zirytował się Jasparski – Została elektrownia w Przemszy, kawał Trasy Łazienkowskiej, taśmociągi w Porcie Północnym. Jednym słowem to, co zbudował. Spalamy się, to prawda, wszyscy się spalamy, ale coś po nas zostaje, zostawiamy jakiś ślad na ziemi….”

❤️
0
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Polityka, polityka, polityka.... | kra 0

Polityka, polityka, polityka….

Polityka, polityka, polityka…

Nie da się ukryć, uwielbiam twórczość Kena Folletta. Pod choinkę, na urodziny lub na Dzień Matki dostaję jego książki. Rodzina wie, które mam, a które chciałabym mieć. Tym razem jednak coś mi nie zagrało…
„Krawędź wieczności” to trzeci, a zarazem ostatni tom sagi „stulecie”, uznawanej przez krytyków za słabszą od sagi „Kingsbridge”. Może i tak, może i nie. Pisałam o tym w recenzji poprzedniego tomu. Tym razem Follett opisuje czasy, w których już na świecie byłam, o których coś tam wiem. Wydarzenia rozpoczynają się w 1961 roku, kończą w 1989. Klamrą spinającą akcję jest mierzący 156 km mur berliński. Od 13 sierpnia 1961 do 9 listopada 1989 oddzielał Berlin Zachodni od Berlina Wschodniego i NRD. Obserwujemy zatem losy bohaterów poprzednich części sagi i ich potomków w czasach, kiedy wojny militarnej w Europie nie było, ale istniało zjawisko zwane „zimną wojną”. Nasi ludzie mieszkają w Berlinie Wschodnim, niektórym udaje się uciec do Zachodniego i tam rozpocząć coś, co nazywają „normalnym życiem”. Są też potomkowie rosyjskiej rodziny Peszków. Jedni w USA, drudzy w ZSRR. Poprzez ich losy patrzymy na Stany Zjednoczone, rządy Kennedy’ego, Jonhson’a i Nixona. Pozostali już nam się tylko lekko przewijają. W Związku Radzieckim rządzi Chruszczow, potem Breżniew, potem dwóch innych, ale krótko i wreszcie Gorbaczow. Na kartach powieści ważną postacią jest Martin Luther King, murzyński, sorry, afroamerykański pastor walczący o prawa ludności z jego pochodzenia, Węgrzy Janos Kadar i Karoly Nemeth. Znalazło się też miejsce dla Lecha Wałęsy i Jana Pawła II.
Dlaczego tyle pisze o politykach? Właśnie… Do polityki mam stosunek, jaki mam i zawsze mam wątpliwości co do czystych intencji działań polityków. Choćby nie wiem w jakiej akcji charytatywnej czy ekologicznej uczestniczyli, zawsze podejrzewam ich o polityczne intencje. A tymczasem w ostatnim tomie sagi „Stulecie” praktycznie wszyscy polityka się zajmują, jakby inny świat nie istniał. Niektórzy robią wielkie kariery polityczne, niektórym taka kariera jedynie się marzy. W każdym razie dążą do niej. Czy rzeczywiście stanowisko blisko przywódcy kraju jest takie ważne? A co robić, jeśli widać, kariera wodza zaraz się skończy i przyjdzie kolejny szeryf? Oczywiście trzeba tak postępować, żeby nie wywalił na zbity pysk z Kremla czy Białego Domu. Nawet Rebecca Hoffman, która swoje w poprzednim tomie przeżyła, też została deputowaną do Bundestagu. Co prawda Follett wymyślił również wątek muzyczny. I wszystko byłoby fajnie, gdyby go nie upolitycznił. Rockowa kapela jest niemiecka, ale oczywiście jeden z członków to uciekinier z Berlina Wschodniego. (Tak, wiem, na gruzach muru w 1990 roku odbył się słynny koncert „The Wall”). A jego przyrodnia siostra i matka jego córki śpiewają konspiracyjne pieśni w owym Berlinie.
Byś może tak było…. Mówiono mi, że cenzura polityczna wówczas działała i dlatego my, ludzie w Polsce z mego pokolenia, nie wszystko wiedzieliśmy…
Może być, nie zaprzeczam. Ale polityki w książce Folletta było stanowczo za dużo.

❤️
0
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Rajski trójkąt | hem 0

Rajski trójkąt

Rajski trójkąt

Ernest Hemingway to dla mnie przede wszystkim autor „Starego człowieka i morze” oraz „Pożegnania z bronią”. Po pozostałe sięgam bardziej z obowiązku wobec pisarza niż fascynacji jego twórczością. Kiedy w moje ręce wpadł „Rajski ogród” postanowiłam niezwłocznie przeczytać. Według swego zwyczaju dopiero po przeczytaniu tekstu, zapoznałam się z wiadomościami na jego temat.
Ukazał się w roku 1986, długo po śmierci autora. Krytycy piszą, że jest nieukończony, że autor ciekawie naszkicował postacie głównych bohaterów, ale nie ukończył, z sobie znanych powodów, prezentacji ich losów.
Jak dla mnie tekst jest pełny, ukończony, zamknięty…. To znaczy otwarty. Bo „Rajski ogród” to nie opowieść kryminalna, która musi mieć akcję, fabułę i zaskakująca rozwiązanie. Nie jest też sagą o losach człowieka i jego otoczenia. Jest tekstem psychologicznym, pozwalającym analizować zachowanie postaci, ich motywację i działania. A jako takowy zakończenie ma w każdej chwili. Zakończenie, które może być również początkiem. Stąd też moja opinia o otwartym zakończeniu. Tu wszystko może się zdarzyć. Czy musimy koniecznie o tym wiedzieć? Wszystko w rękach, głowach i psychice czytelnika. Ktoś uśmierci bohatera (bohaterów?), bo jak długo można żyć tak jak żyje (żyją?). Ktoś wybierze jedną z bohaterek. Ktoś każe facetowi uciec do takiej Ameryki.
Opowieść o trójkącie małżeńskim, bo o tym jest ta książka, zawsze stwarza różne możliwości finału. Z reguły każde jest złe, bo zawsze kogoś ktoś krzywdzi. Ale skoro mamy tu do czynienia z życiem trójki ludzi wbrew ogólnie przyjętym zasadom, jak interpretować tytuł?
Właśnie to zaintrygowało mnie najbardziej. Początkowo owszem, życie młodej pary wydaje się rzeczywiście życiem w rajskim ogrodzie. Jest miłość, są czułe słówka, wzajemnie przywiązanie, patrzenie w oczy. Otoczenie też sprzyja młodym. Słowem wszystko, co na początku każdej miłości, każdego małżeństwa jest obecne. Kiedy pojawia się ta trzecia, to wszystko nadal istnieje. Moglibyśmy się spodziewać awantur, ostrej wymiany słów, wyrzutów na przykład sumienia. A tu praktycznie nic się nie zmienia. Czyżby to był właśnie rajski ogród?
Książka Hemingway’a jest o miłości, o związku kobiety i mężczyzny, potem kobiet i faceta. Jest spokojna, chwilami może wydawać się nudna, ale takie cechy mają właśnie powieści psychologiczne. Niedawno po raz trzeci obejrzałam film „Piknik pod Wiszącą Skałą” Petera Weir’a. Widz nawet po kilkakrotnym obejrzeniu nie będzie wiedział, o co autorowi w filmie chodziło, jeśli będzie traktował film jako tzw. normalną opowieść. Ten film też psychologiczny, otwarty na każda interpretację i każe zakończenie. „Rajski ogród” też taki jest. Nie potrzebuje owego zakończenia, którego mu Hemingway nie dał.
A może właśnie takie miało być? W sumie jednak…. To nie ten Hemingway, którego lubię….

❤️
2
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Żyłam sobie w PRL - u (23) | solidarnosc 0

Żyłam sobie w PRL – u (23)

Żyłam sobie w PRL – u (23)

1980 (5)

Bez piwa w plecaku (2)

Drugie wydarzenie miało charakter ideologiczny.
Była sobota. Pytam więc swoich uczniów, których dobrze znam, czy mają w planach niedzielną wizytę w kościele. Reakcje różne, od euforii po ciężkie westchnienia typu „a muszę?”.
– Jeśli ktoś chce, to pójdzie z jednym z nas. Reszta zostanie z drugą osobą.
Nazajutrz okazało się, że pójdą wszyscy. Okazało się również, że każdy miał w plecaku wizytową bluzkę lub koszulę. Każdy, z wyjątkiem mnie i i Roberta. Ustawiliśmy się zatem w szereg, jak podczas marszu po szosie. Ja na przodzie, za mną najsłabsi, najsilniejsi na końcu. Pochód zamykał Robert.
Doszliśmy do kościoła. Byliśmy na mszy. Wyszliśmy. Wieczorem okazało się, że dokonaliśmy bohaterskiego czynu.
W niewielkiej miejscowości z kościołem i schroniskiem młodzieżowym bywało wiele obozów wędrownych. Żaden jednak przepisowym szeregiem nie poszedł do kościoła.
– A jak mieliśmy iść? We wsi nie ma chodników. Szliśmy jak po szosie – wzruszył ramionami Robert rozmawiający z jednym z mieszkańców.
– Ale nie o to chodzi – próbował nam wytłumaczyć mężczyzna – Wy tak oficjalnie zaprowadziliście dzieci do kościoła! Nie boicie się?
Czego? – chciałam zapytać. Ale tylko wzruszyłam ramionami.
Ani ja, ani Robert nigdy nie zetknęliśmy się z zakazem wstępu do kościoła, który ponoć obowiązywał od owego 1944 roku.
W każdym razie nie spotkały nas żadne konsekwencje, nikt nas nie zamordował.
Dziwne to były czasy….

I tak sobie pochodziliśmy po tej ziemi rzeszowskiej, i nikomu się nic nie stało, i nikt z głodu nie umarł, mimo iż był to sławetny rok 1980.
W końcu zapakowaliśmy dzieciaki w nocny pociąg relacji Rzeszów – Warszawa Wschodnia i ruszyliśmy w drogę powrotną. Była to noc z 24/25 sierpnia.
I co, myślicie, że coś się w pociągu stało? Nic moi drodzy, nic. Pół nocy na korytarzu czuwałam ja patrząc w drzwi przedziałów zajętych przez nasze dzieci, pół nocy, a właściwie część i cały świt na niewielkim „siedzeniu” przesiedział Robert. Tłoku nie było, wszak pociąg nie jechał nad morze, ani znad morza. Taka sobie prowincjonalna trasa.
W Warszawie szybko uformowaliśmy dwuszereg i w miarę szybko chodnikiem ulicy Targowej przemieściliśmy się na dworzec Warszawa Wileńska. Oczywiście mieliśmy oczy dookoła głowy, bo Warszawa, bo tłum, bo duży ruch, a uczniów też dużo. Potem wsiedliśmy do pociągu chyba do Białegostoku, który dowiózł nas do Śniadowa.
To była kiedyś bardzo ważna stacja kolejowa. Tu krzyżowały się tory z Białegostoku, Ostrołęki i Łomży. Takie centrum przesiadkowe na miarę Polski B.
W dalszą trasę ruszyliśmy autobusem marki „ogórek” czyli Jelcz 043 z jakiegoś lokalnego PKS. Trasa do Łomży wiodła przez miejscowości objęte rejonem mojej szkoły. Kierowca, facet uprzejmy i usłużny, zatrzymywała się niekoniecznie na przystankach, czasami stawał przy drodze prowadzącej do wsi ukrytej trzy kilometry za lasem, w której zamieszkiwał nasz uczeń. Młody człowiek wysiadał, machał na pożegnanie reszcie i ruszał do domu.

Dziś za coś takiego nauczycielom grozi kryminał. Wówczas obyło się bez kajdanek i aresztu śledczego.

Do Łomży dojechaliśmy tylko we dwójkę. Pomachaliśmy sobie rękami i udaliśmy się do naszych domostw.
Na trzecie piętro wtoczyłam się resztką sił. Zadzwoniłam. W sumie miałam szczęście. Rodzice pracowali na drugą zmianę i zastałam ich w domu.
Od razu coś mi się rzuciło w oczy. Coś było nie tak.
– Gdzie dzieci? – zapytała drżącym głosem mama.
– Dzień dobry. Wróciłam – odrzekłam sarkastycznie.
Mama nie odpuszczała:
– Gdzie dzieci?
– Jak to gdzie, każde w swoim domu. Wysiadały po drodze, jak jechaliśmy ze Śniadowa autobusem. Zmęczona jestem, cała noc w pociągu… – próbowałam zainteresować rodzinę swoją osobą powracającą z Rzeszowszczyzny.
Do dziwnej wymiany zdań dołączył tato:
– Nikomu się nic nie stało?
Wzruszyłam ramionami. A co się niby miało stać? Ja i Robert jesteśmy odpowiedzialnymi ludźmi, mimo że jeszcze młodzi i na dodatek zakochani.
– Jeść mi się chce. A tak w ogóle to o co chodzi?
Zanim dostałam herbatę i kanapkę ( i wcale nie z octem) wysłuchałam opowieści o strajkach na Wybrzeżu. Nie, nie było żadnej euforii w moim domu. Był strach. Czego bali się moi rodzice, nie wiem. Ja nie bałam się niczego, bo do wkroczenia do domu w samo południe 25 sierpnia nie miałam pojęcia o niczym.
Przez dwa tygodnie wędrowałam po oddalonej o blisko 500 km części jeszcze ludowej Ojczyzny. Troszczyłam się o małolaty. Zwiedzałam pałac w Łańcucie. W wolnych chwilach kochałam się z Robertem.
Jaki strajk? Gdzie Wybrzeże, gdzie Przeworsk, Szklary, Dynów?
– I nic nie wiedzieliście? I jak szliście przez Warszawę to też nic nie widzieliście? Mówią, że w Warszawie strajkują tramwaje… – dopytywał się ojciec.
– Nic nie wiedzieliśmy.
I bardzo dobrze się stało, że nie wiedzieliśmy, bo wsadzilibyśmy dzieciaki do pociągu i szybko wrócilibyśmy do domu. Małolaty nie zobaczyłyby siedziby Potockich – pomyślałam.
– A w Warszawie to widzieliśmy jedynie ulicę Targową, bo przemieszczaliśmy się ze Wschodniego na Wileński. Pilnowaliśmy dzieci, a nie przyglądaliśmy się tramwajom.
Mama przyznała mi rację.
Dalej wszystko potoczyło się szybko. Rodzice nadal chodzili do pracy, bo jakoś ich zakłady w sierpniu nie strajkowały. Relację z podpisania porozumień sierpniowych oglądaliśmy w normalnej telewizji (porządnego radia nadal nie mieliśmy). Potem rozpoczął się rok szkolny. Uczniowie wspominali obóz wędrowny. A ich pani definitywnie rozstała się z Robertem.
Umarł socjalizm. Umarła nasza miłość.
Wszak dziwne to były czasy….

❤️
2
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Żyłam sobie w PRL - u (22) | Lancut 4 0

Żyłam sobie w PRL – u (22)

Żyłam sobie w PRL – u (22)

1980 (4)

Bez piwa w plecaku (1)

Zanim zabiorę was w wędrówkę po przyjaznej ziemi rzeszowskiej, parę słów o ówczesnej sytuacji gospodarczej. Według młodego pokolenia i powielanych tu i ówdzie propagandowych treści, od 22 lipca 1944 roku, znaczy się od ogłoszenia manifestu PKWN, w sklepach Polski Ludowej na półkach stał tylko ocet. Informuję, iż spożywając jedynie ocet, żaden naród nie przetrzyma. A Polacy przetrzymali i doczekali roku pańskiego 1980. Znaczy się, nie tylko ocet spożywali. Nie da się jednak zaprzeczyć, że zaopatrzenie w sklepach mocno kulało. Tak, kulało, ale nie było tragiczne. Wszak przeżyliśmy.

Wyjeżdżając z dzieciakami na obóz wędrowny zdawaliśmy sobie sprawę, że jest słabo, ale co tam. Wszyscy byliśmy młodzi i żadni przygód. Już od lipca 1976 roku obowiązywały kartki na cukier. Każde z dzieci miało wziąć ze sobą kilo cukru i dwie konserwy mięsne. My z Robertem wzięliśmy po dwa kilo. Żeby dzieciaki nie myślały, że słodzimy herbatę na ich koszt.
Obóz jak widać, przeżyliśmy. Obiady jedliśmy w barach, restauracjach, czasami knajpach. Śniadania i kolacje uczniowie przygotowywali sami z produktów zakupionych w sklepach. Oczywiście, że nie jadaliśmy szynki ani polędwicy. W tamtych czasach takie rarytasy pojawiały się w normalnych domach dwa razy do roku: na Boże Narodzenie i na Wielkanoc. Ale tragedii musiało nie być, skoro posiłki powstawały. Chyba że było gdzie świniobicie…. ale o tym kiedy indziej… Kiedy zatrzymywaliśmy się we wsiach, kupowaliśmy świeże mleko, jajka, ser biały zwany twarogiem, czasami swojską kiełbasę, a nawet masło robione w masielnicy!
Uwaga, na produkty spożywcze nie musieliśmy mieć żadnych rachunków! Musieliśmy się tylko utrzymać w dziennej stawce, oczywiście uwzględniając całe dwa tygodnie. Do ręki dostaliśmy książeczkę oszczędnościową PKO, plik kartek do wypełnienia co jadaliśmy przez cały dzień i jedną „książkę” rachunkową do wpisywania rachunków za zwiedzanie, kino, noclegi.
Naszą dokumentację uzupełniały karty uczestników i zaświadczenia, że opiekunowie to my, z numerami dowodów osobistych oczywiście.

W obliczy dzisiejszej biurokracji – w tamtych czasach jej nie było praktycznie wcale.

Ale żeby nie zanudzać i nie obalać mitów, które mocno zakorzeniły się w społeczeństwie, odpuśćmy sobie gospodarkę. Najważniejsze, że wszyscy żyjemy, że dzieci z podłomżyńskiej wsi kawałek Polski zobaczyły.

Z trasy obozu na uwagę zasługują dwa wydarzenia.

Pierwsze – pedagogiczne czyli jak zrobić w jajo zbuntowane nastolatki.
Wieczorem usiedliśmy nad mapę i pokręciliśmy z niepokojem głową.
– Jutro upał – zameldował Robert, który wysłuchiwał prognoz pogody w telewizji.
– Cholera, zobacz na te poziomice… – wskazałam mapę – ostro pod górę….
– Prawie Bieszczady…. – tu jest szosa, którą pójdziemy….
– Cholera, żadnego autobusu w tamtą stronę, żeby przynajmniej wysłać kogoś z bagażami. ( tak się robiło, kiedy odległości od miejsc zakwaterowania były ponad dwudziestokilometrowe – o rety, w dzisiejszych czasach wysłać nastolatków samych autobusem do nieznanej miejscowości! Kryminał! No ale to za komuny było i dziwne czasy były)
Westchnęliśmy ciężko. Robert, według starej komunistycznej zasady prosto z ZSRR – „bez pół litra nie rozbieriosz”, otworzył piwo ( nikt wówczas nie zabraniał picia piwa podczas pracy na obozie z dziećmi).
– Trzeba ich wziąć sposobem – odpowiedział zgodnie z zasadami psychologii „czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal” albo tej drugiej „ im mniej wiesz, tym lepiej”.
I tak, sącząc piwo marki „Leżajsk”, opracowaliśmy plan.
Następnego dnia po śniadaniu nastąpiła tradycyjna odprawa.
– Kochani, mamy dziś do przejścia 15 kilometrów – zaczęłam.
W rzeczywistości – 20.
– W pewnym momencie jest trochę pod górkę – kontynuował Robert.
W rzeczywistości cały czas było pod górkę, ale droga według mapy wiodła przez las i można było góry nie zauważyć. Podczas odprawy uwzględniliśmy jedynie ostre podejście szosą.
Oczywiście nie obyło się bez pytań.
– A autobusu nie ma?
– Nie ma, jeśli nie wierzysz, idź na przystanek i sprawdź.
Myślicie, ze małolat nie sprawdził? Nie byłby normalnym małolatem. Oczywiście, że pobiegł. Wrócił i oznajmił, że ani pan, ani pani nie kłamią.
– Musimy więc rozłożyć siły, żeby starczyło nam na dojście do celu. Naszym celem jest… i tu nastąpiła pogadanka przyrodniczo-geograficzna, której nikt nie lubił, ale która być musiała.
Sami natomiast stwierdziliśmy, że w naszych plecakach jest za dużo…. piwa. Oj, ciążyły butelki „leżajska” czy „żywca”…. już nie pamiętam. W każdym razie zwolenników octu na półkach informuję, że było również piwo.
Postanowiliśmy piwo oddać w sklepie. W nowym miejscu zakwaterowania kupimy nowe piwo. Sklepowa była w szoku. Nie zdarzyło się jej, by ktoś piwo oddawał. Ale przyjęła i forsę zwróciła.
Rozpoczęliśmy marsz.
Lekko nie było.
W końcu dotarliśmy do celu. Zakwaterowaliśmy się w schronisku młodzieżowym. Dzieciaki zaapelowały o odpoczynek, zanim pójdziemy na obiad, który tak najlepiej zjeść w porze kolacji, bo wszyscy padają na nos. Protest uwzględniliśmy. Wszyscy padli na łóżka i zasnęli. My też.
W pewnym momencie poczułam, że ktoś dotknął mego ramienia. Otworzyłam oczy. Stał nade mną mały Rysiu, który po cichu zapytał:
– Psze pani, a mają w tym schronisku piłkę? Bo pograć chcieliśmy…
Szturchnęłam chrapiącego obok mnie Roberta:
– Słyszysz, oni chcą jeszcze grać w piłkę…
Poczuliśmy się oboje bardzo starzy.
cdn.
całość na https://www.czarownice.kosz.pl/news-9171-1980.php
foto – obóz wędrowny zwiedza zamek w Łańcucie – foto moje

❤️
2
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Żyłam sobie w PRL - u (21) | gest 3 0

Żyłam sobie w PRL – u (21)

Żyłam sobie w PRL – u (21)

1980 (3)

Pociąg przyjaźni (2)

Ale przede wszystkim tato przywiózł wspomnienia.
– Wielki stadion w moskiewskich Łużnikach…. Ludzi masa… My też siedzimy… Lekkoatletyka… Cholera jasna, nie wiadomo w którą stronę patrzeć, jak to na takich zawodach. Blisko nas skocznia do skoku o tyczce. Póki co pusta. No to siedzimy nadal. Wreszcie idą zawodnicy. Są, są nasi! I się zaczęło!
– Wiemy, widzieliśmy w telewizji – oznajmia ojcu pozostała część rodziny.
Tato macha lekceważąco ręką:
– E tam w telewizji, a ja na żywo! Ja na żywo! Widziałem jak skoczył i pokazał im wała! O takiego! – tu ojciec zgiął lewą rękę, przełożył przez zgięcie prawą i pokazał uznawany do tego czasu za wulgarny gest, znany od 30 lipca 1980 roku jako gest Kozakiewicza.
Taki bowiem gest, pokazujący bratniemu narodowi, że ma się go gdzieś, pokazał nasz skoczek o tyczce Władysław Kozakiewicz zdobywając złoty medal olimpijski. Ile potem było z tego powodu krzyku, wrzasku, interpretacji, o tym wie do dziś cały internet. Wystarczy wpisać „gest Kozakiewicza” i wszystko jasne.
Przez kolejne lata swego życia, przy każdej okazji, podczas każdego oglądania w telewizji owego gestu, mój ojciec wykrzykiwał, że był naocznym świadkiem. Podbiegał do telewizji i pokazywał tłum ludzi siedzących za skocznią:
– O, tu siedziałem, tu siedziałem! – krzyczał do czarno-białego ekranu.
Przywiózł ze sobą również ciekawą wiadomość.
Otóż w Charkowie wyszedł z hotelu po papierosy. Przed czymś podobnym do kiosków dawnego polskiego „Ruchu” spotkał ….. kolegę z Wałbrzycha. Też szarego, zwykłego pracownika biurowego, który też otrzymał propozycję nie do odrzucenia, żeby jechać „pociągiem przyjaźni” na igrzyska. Obaj panowie rozejrzeli się wokół ludzi jadących z nimi i stwierdzili, że spora grupa to taki zwykły proletariat… A chodziły słuchy, że pociągi przyjaźni tylko dla wybrańców i aktywistów. …
Dziwili się więc dwaj przyjaciele z Wałbrzycha, oj dziwili popijając „Stolicznają” procent 40, dlaczego są tu gdzie są, dlaczego piją z butelki radzieckiej a nie polskiej…

Po tym, co wydarzyło się w kraju w kolejnym miesiącu, można wysunąć teorię spiskową, że owi zasłużeni aktywiści czuli lub wiedzieli, że coś się szykuje i trzeba być w Polsce, a nie szlajać się po jakiś igrzyskach….

Zanim jednak wszystko walnęło, ja pojechałam na obóz wędrowny z ukochanym Robertem….

❤️
1
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
– 1 – 4 – 5 – 6 – 7 – 8 – 9 – 10 – 22 –