Autor: Grazyna KS

Wszędzie byli nasi | nasi 0

Wszędzie byli nasi

Wszędzie byli nasi

Kiedyś już recenzowałam tomik ze starego cyklu „Ekspres reporterów”. Tym razem kolejny, z 1986 roku. Tradycyjne trzy reportaże „o aktualnym wydarzeniu, społeczno – obyczajowy, kryminalny”. Zobaczmy, co działo się czterdzieści lat temu… Zacznijmy od „aktualności”…
Oj, widać, że minął szmat czasu. Reportaż o Polakach w Londynie ma już, a może aż, cechy tekstu historycznego. Napisał go Rafał Jabłoński, nosi tytuł „Indiańskie lato nad Tamizą”. Żyją jeszcze ci, co walczyli w II wojnie światowej. Wspominają i narzekają na współczesne pokolenie emigrantów, które jakoś nie podziela ich fascynacji przeszłością. Moja koleżanka na początku obecnego stulecia spędziła kilka lat w Londynie. Opiekowała się swymi wnukami, które tam przyszły na świat. Wyjazdu bała się jak diabeł święconej wody. Tymczasem wszystko było zupełnie inaczej. Polaków na wyspach brytyjskich było sporawo, oj było. Wszyscy ruszyli za przysłowiowym chlebem. W każdym razie koleżanka od razu znalazła polskie towarzystwo i wcale nie czuła się samotna. A przeszłość, a wojna? Nie, to nie była ta fala emigracyjna. Współczesna ciężko pracowała, by powrócić do Polski. Polityka nie miała z tym nic wspólnego, w przeciwieństwie do pokolenia wojennego. Przy tym reportażu możemy się delikatnie uśmiechnąć i zamruczeć pod nosem „Inne czasy, oj inne”.
Drugi reportaż – Zbigniewa Juchniewicza „Ten uparciuch Kowalski” opowiada o wynalazcy – konstruktorze, który znalazł sposób i skonstruował urządzenie samochodowe do oszczędzania paliwa podczas jazdy. Niby wszyscy są zainteresowani, ale tak na serio nikt nie czyni żadnego kroku, by wynalazek wprowadzić w życie. O dziwo, internet pełen jest artykułów na ten temat. Turbinka Kowalskiego miała poprawić jakość jazdy naszym „Maluchem” czyli Fiatem 126 P. W każdym tekście, tym w „Ekspresie…” też mamy sporo technicznych informacji. Niestety, ja ich nie kumam. Nie jestem kierowcą, nie znam się na autach. Moja znajomość techniki skończyła się w liceum, kiedy na blachę wykułam zasady funkcjonowania silnika cztero i dwusuwowego. Oczywiście dziś już nic z tego nie pamiętam. Muszę jednak przyznać, iż ten reportaż wydaje mi się być ciągle aktualny. Zwłaszcza jeśli chodzi o tzw. „polskie piekiełko”….
Trzeci reportaż o zabarwieniu kryminalnym Jana Tettera „Podnośnik typu TIR” opowiada o szajce włamywaczy rodem ze stolicy. Milicja nie potrafi ich namierzyć, a oni jak gdyby nic mieszkają sobie na Pelcowiźnie, konkretnie na Marywilskiej. Kiedyś była tam tam Fabryka Samochodów Osobowych i nazywano to Żerań. Natomiast dziś Marywilska znana jest z centrum handlowego. Ot jak to czasy się zmieniają. Wystarczy takie czterdzieści lat, cóż to jest wobec wieczności, i świat wokół nas jest całkiem inny…

❤️
3
👍
1
0
💡
1
0
📖
0
Retro nie dla seniora | koron 0

Retro nie dla seniora

Retro nie dla seniora

Kiedy w naszym Klubie Ciekawej Książki otrzymałam kolejną pozycję do przeczytania, ciężko westchnęłam. Cezary Łazarewicz „Koronkowa robota. Sprawa Gorgonowej”. No do jasnej takiej i owakiej, nie mamy innych trudnych spraw kryminalnych niż wracanie do tematu wielokrotnie powielanego, powtarzanego, analizowanego? Jak widać, nie mamy. Piszemy zatem reportaże o wymiarze historycznym. Być może łatwiej takowy napisać niż grzebać się w wydarzeniach współczesnych… Wszystko już właściwie wiadomo, wyjaśniono, podano wątpliwości, wojna zniszczyła dowody, ludzie biorący w tym udział raczej już nie żyją… Wystarczy tylko zebrać wszystko do przysłowiowej kupy i już, książka napisana. Być może są tacy, co jeszcze nie wiedzą. Takie młode pokolenie na przykład. Czy obejrzy film Janusza Majewskiego z 1977 roku o zbrodni w wilii we Lwowie? Pewnie nie. Stary i polski do tego. Żadnych efektów specjalnych. Zatem, dobrze, niech będzie. Książka jest dla nich. Nie każdy ma swoje lata i sporo przeczytał. Przejdźmy zatem do próby oceny owej pozycji.
Zapowiadana jako rewelacja, bo z nowymi tropami, niczego nowego do mojej wiedzy o zabiciu 17 – letniej Lusi, nie wniosła. Proces sądowy był poszlakowy. Twardych dowodów wszak nie znaleziono. Rita Gorgonowa swoje odsiedziała i rozpłynęła się w historii. Oczywiście autor omawianej książki próbuje ją odnaleźć, ale, spojleruję, nic z tego nie wychodzi. Rozmawia natomiast z córkami skazanej. Zwłaszcza Ewa ma ponoć wiele do powiedzenia. Może i ma, ale według mnie nic nie mówi.
W sumie wracamy do punktu wyjścia czyli opowiedzenia starej historii z 1931 roku. Makabryczne morderstwo znalazło się na pierwszych stronach ówczesnej prasy. Szybko ustalono, iż zabiła Rita Gorgonowa. Ówczesny lud od razu skazał ją na karę śmierci. Ówczesne społeczeństwo pasjonowało się procesem sądowym. Nareszcie coś się działo. Prawie tak jak w Ameryce. To tam w 1926 roku Maurine Dallas Watkins pisze sztukę pt. „Chicago”. Sztuka zostaje przerobiona na musical, a potem, w 2002 powstaje słynny film z Renée Zellweger, Catherine Zeta-Jones i Richardem Gere. W Polsce musical pokazywano pięć razy. Ja oglądałam go w Teatrze Komedia w Warszawie. Podobnie jak w przypadku Gorgonowej, „Chicago” opowiada o reakcji ludu na popełnioną zbrodnię. Pokazuje również, że będąc domniemanym przestępcą, można stać się sławnym. Gorgonowa żyje w ludzkiej pamięci do dziś, pisze się o niej książki, na których ktoś tam zarabia.
Dobrze, wystarczy tych złośliwości. Trochę pozytywów. Tekst jest poprawnie napisany. Nawet dwie części są. Rozdziały z reguły krótkie, co może sprawić, iż czyta się je szybko w oczekiwaniu na dalszy ciąg. Ja tego uczucia nie doznałam. Historię bowiem znam prawie na pamięć. Prawie rok temu recenzowałam książkę Edmunda Żurka „Krawędź życia”, w której oczywiście Rita była… Tamten tekst też mnie nie zachwycił…

❤️
1
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
Urwany film | piek 0

Urwany film

Urwany film

Dawno nie trafił do mnie western – tekst o Dziki Zachodzie, jak określano opowieści pisane tekstem i te filmowe, opisujące życie na Zachodzie Ameryki Północnej. To tak dla informacji młodego pokolenia, które ma prawo nie wiedzieć. Termin „western” chyba najpierw powstał w związku z kinematografią, ale pewna nie jestem. Wszak zanim nakręcono pierwszy film o dzielnych chłopcach od krów, zwanych kowbojami (spolszczona nazwa) niejaki James Cooper już powieści o owych Dzikim Zachodzie pisał. W każdym razie dla ciekawych, temat też ciekawy.
Tym razem zabrała się za czytanie krótkiej książeczki, mającej być pierwszą z cyklu, pt. „Piekło w dolinie” autorstwa Ernesta Haycoxa, wydawnictwa „Przygoda” ze Szczecina z 1989 roku. Rozmiar kieszonkowy, zatem literatura do zabrania w podróż. Jadąc pociągiem na przełomie lat 80/90 ubiegłego stulecia, który jeszcze stukał o szyny, a dworce miały specyficzny zapach, taka lektura mogła przybliżyć odległe czasy walki o wielkie terytoria na owych Zachodzie.
W opowieści Haycoxa jest wszystko, co być powinno. Małe miasteczko, bo wsi tam nie było. Wielkie farmy, bo były zamiast wsi. Sąsiedzki konflikt i nie o miedzę, ale o wielkie terytoria i diabli wiedzą o co jeszcze (konflikt jest od lat). Na tym tle miłość. Piękna dziewczyna. Nawet nie jedna. Zło i dobro. I oczywiście ON – jedyny sprawiedliwy. Nazywa się Jim Kelland i jest sędzią federalnym. Ma zrobić porządek. Cokolwiek to nie oznacza. Akcja zaczyna się rozwijać.
Tytuł wskazuje, że będzie ostro, kiedy dwie zwaśnione strony skoczą sobie do przysłowiowych gardeł ( a może będzie tak dosłownie?). W każdym razie czytam i czekam na wielką walkę.
I nagle, a dokładnie na stronie 161, pojawia się polski doktor. Ba, akcja przenosi się do Afryki. Potem jest jeszcze gorzej. Pojawia się jakiś Radiola. Płynie polskim statkiem też do Afryki. Rety, co się dzieje? Gdzie nasz western? Jak potoczy się ostatnia walka w dolinie? Dlaczego od razu do Afryki? Nie dość, że Indian w opowieści nie było, to żadnego pochodzącego z Czarnego Lądu człowieka też nie zauważyłam.
Cóż, rzeczywistość płata figle. Otóż od strony 161 do 193 mamy część innej książki. Ten sam format, ten sam druk, tylko treść inna. Najzwyklejsza w świecie pomyłka w drukarni przy tzw. składaniu. Zapewne drukowano dwie identyczne pod względem technicznym książki. Ktoś nie dopilnował. Ktoś coś przestawił. Komuś coś się pomieszało. Mówiąc w miarę krótko, nie poznałam opisu ostatniej potyczki. Na pole bitwy dotarłam już po wszystkim. Jedyny sprawiedliwy odjechał w stronę zachodzącego słońca, a wszyscy pozostali, oczywiście ci, co przeżyli, żyli dalej długo i szczęśliwie….

❤️
2
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
Na miarę możliwości | spr 0

Na miarę możliwości

Na miarę możliwości

Oto przed nami kolejny kryminał – „Sprawa Galtona” autorstwa Rossa Macdonalda właściwie Kennetha Millara. Książka powstała w 1959 roku. Trochę zatem czasu upłynęło zanim trafiła do polskiego czytelnika. Nie możemy zatem przypisywać jej wartości poznawczych, chyba, że historycznych. Ale czy kryminał musi mieć od razu jakieś wartości oprócz rozrywkowych? No, dobrze, czasami bywa kryminał psychologiczny, w którym bardziej niż na intrygę, zwracamy uwagę na postawy bohaterów. Akurat ten do nurtu psychologicznego nie należy. Jest całkiem przyzwoitym tekstem, z całkiem przyzwoitą zagadką.
Zaczyna się trochę niemrawo. Takie jakieś dłużyzny, takie jakieś znaki informujące, że właściwie to już wszystko jasne. Główny bohater – prywatny detektyw Lew Archer też się dziwi. Nie za proste? Nie za łatwe jak na forsę milionerki? Ale co tam. Robota jest robota. Najważniejsze, że płacą.
Być może detektyw nie wie, ale czytelnik wie, że to jeszcze nie koniec. Zagadka z początku książki rozwiązuje się w jej środku. Została jeszcze połowa. Wtedy pojawia się jedna z postaci, do tej pory mało znacząca i …. akcja toczy się dalej, bo nic nie jest takie, jak się pierwotnie wydawało.
Oczywiście schemat powieści kryminalnej zostaje zachowany. Jest morderstwo, to współczesne wydarzeniom i to sprzed lat. Każde zostaje wyjaśnione. Ktoś komuś zaufał. Ktoś kogoś krył. Ktoś kogoś sypnął. Słowem – jak być w solidnym tekście powinno.
Większość recenzji pozytywnie ocenia opowieść. Zalicza ją do kategorii czarnego kryminału. Nie zgadzam się, ale i nie zaprzeczam. Ma coś z „noir”, ale nie do końca. Klasyczne „noir”posiadają bardziej rozbudowaną warstwę psychologiczną. Tutaj jej nie dostrzegłam. Bohaterowie są jacy są. W swym postępowaniu kierują się oczywistymi argumentami, nie komplikują spraw. Kiedy wszystko się wyjaśnia, czytelnik nie zastanawia się, kto miał rację, czy ją miał, czy nie. Jest jak jest, czyli wszystko jasne. Są tacy, co twierdzą, iż jest to jeden z najsłabszych tekstów o Lwie Archerze. A jest ich aż osiemnaście. Nie dyskutuję na ten temat. Innych opowieści nie znam.
Oczywiście, że książkę można polecić zwłaszcza miłośnikom dobrej zagadki kryminalnej. Bardzo dobra na lekturę przed snem, zwłaszcza dla osób cierpiących na bezsenności. Można jej całą noc poświecić i nie narzekać, że sen ponownie nie przyszedł. Przynajmniej jest pożytek z powodu jego braku. Na podróż pociągiem, jesienne mroczne wieczory i wiosenne siedzenie w domu z powodu alergii, też się nadaje. Czeka, kiedy w moje ręce wpadnie następna opowieść….
Aha, film „Ruchomy cel” na podstawie powieści Macdonalda kiedyś oglądałam i nie podobał mi się. Przyszedł czas, by obejrzeć go ponownie. Obsada wyśmienita – Paul Newman, Robert Wagner, Laurem Bacall….

❤️
2
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
Szpieg w PRL - u | por 0

Szpieg w PRL – u

Szpieg w PRL – u

Poprzednią książkę Gertrudy R. Sławek (czyli spółki autorskiej Jerzego Bojarskiego i Romana Jarosińskiego) wychwaliłam, pochwaliłam i zachwalałam. Był to pełnokrwisty kryminał na miarę powieści kieszonkowych w PRL-u, doskonały do czytania w pociągu, który wówczas stukał jadąc po torach, gwizdał przy każdym przejeździe i w ogóle był super. Teraz dotarła do mnie kolejna pozycja duetu – „Portret bez twarzy”. I trochę mi tak głupio, bo muszę się trochę pośmiać.
Opowieść porusza bowiem temat, który zawsze wywoływał u mnie „banana” na twarzy. Szpiegostwo. Oczywiście, macie rację. Taki Hans Kloss też szpiegował. O Jamesie Bondzie nie wspomnę…zaraz, zaraz… chyba jednak wspomnę. Jeśli 007 nie ścigał wyimaginowanych przestępców w stylu doktora No, to inwigilował największego swego wroga czyli ZSRR. W jednym z filmów to nawet jakąś maszynę, deszyfrującą chyba (i nie była to enigma) jakaś Rosjanka wyniosła z ambasady i mu dała. Jednym słowem, Zachód, nazywany przez pewien czas Zgniłym Zachodem, bez nowoczesnej technologii socjalistyczno – komunistycznej obejść się nie mógł. Z tego tez powodu każda tematyka szpiegowska nawiązująca do dawnych czasów, rozśmiesza mnie. Bo według propagandy owego zachodu (tym razem przez małe z) w krajach demoludu panował smród, brud i ubóstwo, a na półkach stał tylko ocet.
Wróćmy do omawianej książki. Treść tradycyjna. Obcy wywiad werbuje do współpracy młodą Polkę. Ta dostaje zadanie przekraczające jej możliwości – musi oczarować i uwieść inżyniera – naukowca. Facet konstruuje urządzenie, bez którego technika nawet w Berlinie Zachodnim nie ruszy z posad. Oczywiście robi to w Polsce, już w epoce octu (książka wydana w 1979) i pustych sklepów rzeźniczych. Ma siłę ten polski ocet, wegetarianizm też swoje robi. Niestety, facet jest brzydki i zadanie jest praktycznie nie do wykonania. Dziewczyna woli przystojnych. Ale akcja jakoś powoli się toczy. Tak jak te pociągi w PRL-u. W końcu jest długo oczekiwany trup. Wszak książka wydana w serii kryminalnej „Labirynt” więc ktoś umrzeć musi. Oczywiście pojawia się dzielny milicjant, który we współpracy z innymi dzielnymi, mordercę ujmuje i zatrzymuje. Morderca też pokazuje się być agentem, który szpiegował i przemycał na Zgniły Zachód bezcenne zdobycze polskiej myśli technicznej, które ten zachód miały ratować.
I dlatego kochani mam „banana” na twarzy. Zastanawiam się, skąd wzięły się u nas opowieści o niezliczonej ilości szpiegów, przemycaniu owej „myśli technicznej” lub unikalnych wyników badawczych. Na prawdę byliśmy aż taką potęgą w epoce panowania socjalizmu? Jeśli tak to brawo my. Jeśli nie, to oznacza, że opowieściami o szpiegowaniu i werbowaniu leczyliśmy własne kompleksy…. No to głosujemy…. Kto za pierwszą opcją, kto za drugą?

❤️
1
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
Cyrk znany wszystkim | cy 0

Cyrk znany wszystkim

Cyrk znany wszystkim

„I co? Rewelacja no nie!” – krzyczała do telefonu moja koleżanka, która przyniosła mi do przeczytania „Cyrk polski” Dawida Krawczyka.
Dobrze, że nie widziała mojej wizualnej reakcji. Nie korzystam z wynalazków pokazujących twarz na ekranie telefonu podczas rozmowy. Wzruszyłam ramionami. Puknęłam się w czoło. Pokręciłam głową we wszystkie strony.
„Książka jak książka…” – oznajmiłam spokojnie. Wprawiło to koleżankę w zakłopotanie. Nie byłam zachwycona. Nie podzielałam jej entuzjazmu. Ona wręcz piała z zachwytu, a ja zachowałam spokój. Taki normalny. Taki zwyczajny.
„Cyrk polski” opowiada o trzech kampaniach wyborczych, a właściwie o ich kulisach, przedstawia różne anegdoty. Chwilami jest śmiesznie, chwilami tragicznie na zasadzie „Boże widzisz i nie grzmisz”.
Dla mnie zamieszczone reportaże nie były przede wszystkim nowością. Autor praktycznie nie odkrył niczego nowego. Bo w dzisiejszych czasach żadne wydarzenie nie ma swych tajnych kulis. Praca dziennikarska polega głównie na ich szukaniu, by materiał pokazywany w telewizji był atrakcyjny. Tylko taki przyciągnie widza, a tym samym reklamodawcę. Jeśli więc określona telewizja wspiera kogoś lub coś, będzie unikała negatywnego obrazu, złej sytuacji. Ale uczyni to telewizja, która wspiera kogoś lub coś innego.
Dociekliwy widz nie ma zatem problemu z odnalezieniem kulis danej sytuacji. Wystarczy pilot do odbiornika, kilka przycisków i za każdym razem znajdujemy się praktycznie w innym świecie. Tu bohater jest dobry, tu zły. To potwierdza, tu zaprzecza. Ten sam banan smakuje inaczej.
Dlatego też omawiana przeze mnie książka nie zrobiła na mnie takiego wrażenia jak na koleżance. Czytając ją, po prostu o wszystkim wiedziałam, a jeśli nie, to domyślałam się, bo wydarzenia miały swe uzasadnienie. Niczym nikt mnie nie zaskoczył.
Oczywiście tego typu teksty są potrzebne na naszym rynku czytelniczym. Są ludzie, którzy wierzą politykom. Zapatrzeni w jedną opcję polityczną, gotowi są życie oddać za swych „guru”. Warto więc im czasami uprzytomnić, że mamy czasy, jakie mamy. Walka polityczna polega przede wszystkim na szukaniu wroga. We własnym kraju. We własnym otoczeniu. Jeśli nie jesteś ze mną, jesteś przeciwko mnie – krzyczą partie polityczne. Jak powinna zachować się widownia? Tak jak w cyrku, w którym największym zainteresowaniem cieszą się występy klaunów? Czy scenę polityczną da się jeszcze zmienić? Cyrk jest nie tylko polski. Podobny jest praktycznie wszędzie.
Na koniec mówiąc, książka Krawczyka jest dobrze napisana. Solidne dziennikarstwo, chociaż nawet nie śledcze, styl spokojny, wyważony. Czasami trochę drwiny i sarkazmu, bo polityka tak właściwie na nic więcej nie zasługuje…

❤️
0
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
Budujemy Stonehenge! | krag 0

Budujemy Stonehenge!

Budujemy Stonehenge!

Jako miłośnik historycznych książek Kena Folletta, z niecierpliwością czekałam na kolejną. Może nawet nie na samą książkę, ale na temat, który poruszy. Opisał przecież praktycznie całą historię współczesnej cywilizacji, od X wieku – „Niech stanie się światłość” po końcówkę XX – „Krawędź wieczności”. Czy można coś jeszcze, by nie cofnąć się w erę człowieka pierwotnego? Okazuje się, że tak. Można cofnąć się 2500 lat przed naszą erą i podjąć próbę opisania czasów oraz miejsca, kiedy i gdzie budowano Stonehenge. Jedną z najciekawszych budowli wszech czasów, jeśli nie najciekawszą i najbardziej tajemniczą.
Udajemy się zatem w czasy, o których pojęcia nie mamy. Follett też nie. Tym razem nie próbuje nawet zrekonstruować dawnych czasów. Być może jest to niemożliwe. Wszystko co powiemy o nich, nie ma podstaw historycznych, a jeśli nawet ma, to bardzo mgliste, bardziej teoretyczne niż zbliżone do prawdy. Jedynym elementem mogącym być blisko autentyku, jest sposób budowania Stonehenge, dostarczania wielkich kamieni, ustawiania ich, mocowania… Ale nie będę się o tym wypowiadała, budownictwo, zwłaszcza starożytne jest mi dziedziną całkowicie obcą.
W sumie więc, nie mając żadnego wzorca, Follett pisze książkę współczesną. Jego bohaterowie mają wszystkie cechy dzisiejszego człowieka z jego zaletami i wadami oczywiście. Walczą między sobą, chociaż mogliby tym walkom zapobiec. Kochają się. Chociaż współżycie seksualne nie jest zarezerwowane tylko dla zakochanych. Można sobie bez żadnych konsekwencji zrobić skok w bok, co nie oznacza od razu rozwodu. Wychowanie dzieci jest bardzo istotne. Najlepiej mają się te, wychowywane bezstresowo. Surowi rodzice raczej szans nie mają. Dziecko zawsze może uciec z domu i osiedlić się w innej osadzie.
Najmądrzejsze są kapłanki. Potrafią liczyć. Dokładnie wyliczają, kiedy odbędzie się wędrówka jeleni. A to ważne. Trzeba przygotować polowanie. Ekologia jest wokół, zatem nikt jeszcze nie chroni zwierząt przed wyginięciem. Kapłanki organizują również lokalne święta, zwane przesileniami. Bywa, że kapłanki kochają się z kobietami. Gdyby byli to kapłani, zapewne mielibyśmy do czynienia z miłością gejowską.
Otrzymujemy zatem powieść współczesną osadzoną w realiach bliżej nieokreślonego czasu. Data powstania słynnej budowli megalitycznej jest umowna. Follett puszcza do swego czytelnika oko. Być może mówi „Zobacz, kiedyś też żyli tacy ludzie jak ty, mieli takie same problemy, ale ludzkość jakoś przetrwała. Przetrwasz i ty człowieku z początki XXI wieku”.
„Krąg czasu”nie ma entuzjastycznych opinii. To już nie „Filary Ziemi”. A jednak będę broniła powieści. W sumie Ken napisał wszystko, co miał napisać. Jeśli więc chcemy czytać jego kolejne powieści o czasach minionych, musimy przygotować się, że będą one bardzo współczesne. Inaczej się nie da.

❤️
1
👍
2
0
💡
0
0
📖
0
Królestwo z tego świata, Eksplozja w katedrze | kro 0

Królestwo z tego świata, Eksplozja w katedrze

Eksplozja

Znacie literaturę kubańską? Ja nie. To znaczy nie znałam, póki nie przeczytałam dwóch powieści Alejo Carpentiera „Królestwo z tego świata” oraz „Eksplozja w katedrze”. Obie znalazły się w jednej książce Wydawnictwa Literackiego z 1986 roku.
Pierwsza opowieść liczy 105 stron. Jej treścią są losy niewolnika z Afryki, żyjącego na Haiti na przełomie XVIII/XIX wieku. Nie da się ukryć, opowieść jest magiczna, pełna tajemniczości, znaków zapytania. Twórczość kubańskiego pisarza określa się terminem „realizm magiczny”. Taka właśnie jest ta opowieść. Być może w naszej świadomości Haiti też jest tak postrzegane? Magia voodoo kojarzy się na pewno z tą wyspą. Kojarzy się raczej negatywnie, z obrzędami opętania, wpadania w trans. Tymczasem w omawianym tekście mamy inny obraz owej rzeczywistości. Ma właśnie więcej z magii niż opętania, kojarzonego przez nas ze złymi duchami.
Jako ciekawostkę należy przypomnieć, że mniej więcej w tym samym czasie, kiedy rozgrywa się akcja utworu Carpentiera , na Haiti przybywają oddziały Legionów Polskich i przywożą ze sobą obraz Czarnej Madonny. „Ten wizerunek został na zawsze zaadoptowany do religii Vodou jako reprezentacja Loa Erzulie Dantor, czyli kobiecego ducha wojny. Dantor jest postrzegana jako matka rewolucji haitańskiej. (…) Po dziś dzień, Czarna Madonna z Częstochowy (jak i jej różne wersje czy kopie) znajduje się na wszystkich ołtarzach Vodou jako reprezentacja Erzulie Dantor” – pisze Wikipedia. Chyba trzeba jej wierzyć…
Druga powieść jest tekstem obszerniejszym, liczy ponad trzysta stron. Akcja również obejmuje Karaiby, tym razem skupia się na wydarzeniach w Gwadelupie i Gujanie Francuskiej oraz we Francji, w czasach Rewolucji Francuskiej. Bohaterem jest historyczna postać Wiktor Hugues, namiestnik Francji w wymienionych krajach. Jego losy obserwujemy przez pryzmat trójki rodzeństwa, które świadomie lub też nie, ociera się o życiorys kontrowersyjnej postaci.
A jaka jest owa proza kubańska? Na pewno trudna. Opowieści pisane są praktycznie bezdialogowo. Nie usłyszymy słów bohaterów. Wszystko spoczywa w rękach narratora. To on prowadzi nas przez dawny świat Ameryki Łacińskiej. I czyni to bardzo dobrze. Tekstów nie da się czytać tak od razu, wszystkiego. Tego typu literaturę trzeba smakować, delektować się każdą stroną. Dziś przeczytam dziesięć stron, ale jutro tylko jedną… Tu wszystko ma znaczenie. Tu wszystko ma właściwe miejsce. Akcja oczywiście jest istotna, ale nie do końca. Najważniejsze są postawy ludzkie wobec rzeczywistości, w której przyszło żyć, a której się nie wybierało.
Twórczość Carpentiera odbierana jest wyjątkowo pozytywnie, jak na stopień jej trudności w odbiorze. To cenne zjawisko. Potrafimy czytać również prozę wymagającą od nas zaangażowania i myślenia przy sylabizowaniu wyrazów…

❤️
0
👍
1
0
💡
0
1
📖
0
12345620