Autor: Grazyna KS

Żyłam sobie w PRL - u (20) | pociag przyjazni 2 0

Żyłam sobie w PRL – u (20)

Żyłam sobie w PRL – u (20)

1980 (2)

Pociąg przyjaźni (1)

Zanim jednak ruszyłam z Robertem na trasę, w moim domu doszło do prawdziwej sensacji. Oto z zupełnie nieznanych powodów i w zupełnie nieoczekiwanym czasie mój ojciec dostał zaproszenie do podróży, w podróż? Sama nie wiem, jak poprawnie napisać. W każdym razie wezwano go do dyrekcji i zaproponowano wyjazd tzw. „Pociągiem Przyjaźni” na Igrzyska Olimpijskie. Odbywały się one wówczas na terenie zaprzyjaźnionego ustrojowo państwa, które jak wiemy zwało się Związkiem Radzieckim.
„Pociągi Przyjaźni” kursowały między Polską a ZSRR i woziły ludzi, jak to pociągi oczywiście. Tyle tylko, że były to kursy typu wycieczkowego. Zwiedzało się albo Kraków albo Kijów, a podróżni spotykali się z mieszkańcami zwiedzanego miasta pod szyldem rozwijania braterskich stosunków w imię hasła „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się!”
Na wycieczkę takowym pociągiem chyba trzeba było sobie zasłużyć. I chyba takowa podróż była bardzo tania lub wręcz bezpłatna.
Mój ojciec był w siódmym niebie.
Nie, nie z powodu proletariatu czy braterstwa.
Z powodu igrzysk olimpijskich!
Sport w postaci bycia kibicem odgrywał w życiu naszej rodziny nadrzędną rolę. Głównie w Wałbrzychu. W niedzielę część ludzi szła do kościoła, a my zasuwaliśmy na mecz. Wśród znajomych rodziców najwięcej było sportowców, działaczy sportowych i oczywiście cała rzesza, jak to się dziś mówi, braci po szalu. Kiedy w naszej ojczyźnie uruchomiono drugi program telewizji polskiej ( 2 października 1970) w wielu domach wybuchały awantury o to, co oglądać. Polak nie był przyzwyczajony do dokonywania wyboru.
Najgorzej ponoć było, kiedy na „Jedynce” leciał mecz, a na „Dwójce” komedia romantyczna. W praktycznie każdym domu była awantura, bo facet chciał mecz, a kobieta film.
W każdym, ale nie moim. My zgodnie zasiadaliśmy przed telewizorem, by oglądać mecz.

Euforia mego taty z powodu możliwości wyjazdu i oglądania sportowych zmagań na żywo nie była dziełem przypadku. Fakt, iż igrzyska odbywały się na terenie bratniego kraju był bez znaczenie. Gdyby sportowcy zlecieli się do Czadu albo na Grenlandię, każdy z członków naszej rodziny też by tam pojechał.
Więc ojciec pojechał.
I wrócił.
Zachwycony, zadowolony i szczęśliwy.
Tego szczęścia nie rozumieli ludzie, którzy w ogóle sportu nie rozumieli.
– A ile zarobiłeś na tym wyjeździe? – pytali.
Tato robił minę typu „puknij się w czoło” i odpowiadał:
– Ja zarabiam w pracy. Tam pojechałem na igrzyska.
Nieznającym rzeczywistości głębokiego PRL-u wyjaśniam. Polak wyjeżdżający za granicę, zwłaszcza do bratnich krajów socjalistycznych, zawsze brał coś na handel. Kupował na przykład takie jeansy polskiej marki „Odra”, odpruwał polską metkę, naszywał taką z napisem „Levis strauss” ( łatwa do kupienia na bazarach) i sprzedawał spodnie jako amerykańskie. Miał na tym sporą „przebitkę” czyli zarabiał.
Działania takie były wówczas nielegalne, bo wiadomo, dziwne to były czasy. Nazywały się przemytem lub spekulacją. Nie odstraszało to rodaków od kontynuowania owych działań na terenie wszystkich państw Układu Warszawskiego. A więc do ZSRR woziło się spodnie, a przywoziło złoto, bo ono tam było znacznie tańsze niż w Polsce. Oczywiście też się je przemycało, bo bracia zza Buga musieli trzymać rękę na pulsie, znaczy się złocie. Bali się, że Polacy wywiozą je wszystkie.
Mój ojciec spodni nie zabrał, ale złoto przywiózł. Legalnie legalną dozwoloną ilość. Jedną obrączkę, za przewóz której zapłacił cło.
To był prezent dla mamy. Rodzice nie mieli złotych obrączek.
Oprócz tego przywiózł sportowe programy pisane cyrylicą. Czytałam i tłumaczyłam. Sportowe wpinane znaczki z symbolami olimpijskich konkurencji. Bilety wstępu na areny sportowych zmagań. Porcelaną maskotkę igrzysk misia Miszę. Dwie albo trzy chusty z symbolami olimpijskimi.
Oglądaliśmy wszystko jak relikwie. Tak, ojciec był, a my mieliśmy jedynie telewizor, i to czarno-biały….
cdn.
całość tu https://www.czarownice.kosz.pl/opis-8-Zylam_sobie_w_PRL_u___Spis_tresci.php

❤️
2
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Żyłam sobie w PRL - u (19) | rok yrodzaju 1 1 0

Żyłam sobie w PRL – u (19)

Żyłam sobie w PRL – u (19)

1980 (1)

Rok urodzaju

„O roku ów! kto ciebie widział w naszym kraju!
Ciebie lud zowie dotąd rokiem ….. najważniejszych wydarzeń w powojennej Polsce” – zakończenie moje, reszta Mickiewicza.
No, bo taki był rok. Zwany czasami rokiem Wałęsy, rokiem Solidarności, rokiem skoku przez płot…. Jak zwał, tak zwał. Nie da się ukryć. Był ważny.
W moim życiu zaszły kolejne zmiany. Zdałam maturę, nie dostałam się na studia i rozpoczęłam pracę w małej szkole, daleko od szosy. Konkretnie cztery kilometry do najbliższego asfaltu. Po roku trafiłam do innej we wsi, do której asfalt już doprowadzono i cztery razy dziennie docierał tam autobus. Niosłam zatem kaganek oświaty i w sumie źle nie było. Pogorszyło się tuż przed „sylwestrem”…..

W ostatnią niedzielę starego 1979 roku, po mszy dla tzw. młodzieży, stanęliśmy przed kościołem z opuszczonymi głowami. Tragedia. Po prostu normalna rozpacz.

Nasza paczka nie miała gdzie witać Nowego Roku.

Dom każdego z nas zajęty był w „sylwka” przez starych, znaczy się rodziców i za chiny ludowe nie dało się urządzić balangi.
Mimo spotkania przed świątynią, co niektórzy siarczyście klęli.
– Ku…. pod most mamy iść!?
– W sumie pomysł niegłupi. Rozpalimy ognisko….
– Nie pier…. Zwiną nas.
– No i git. Przywitamy nowy rok w ciupie. Będzie ciekawie.
– Może wpadniemy do kościoła… Dla bezdomnych powinien być otwarty.
– Jeszcze nie piłeś, a już ku…. jesteś pijany.
Posypały się inne pomysły, za każdym razem głupsze. Kiedy sytuacja stał się na tyle krytyczna i groziła pomysłem na zbiorowe samobójstwo z powodu braku chaty na balangę, podszedł do nas. On. Jego status był dziwny. Niby należał do naszej paczki, ale od czasu zerwania ze mną sam nie wiedział, jak się ma wobec nas zachować.
Moja wielka miłość – Robert.
– Słuchajcie, ja mam wolną chatę…. – powiedział prawie szeptem.
Wywołało to entuzjazm grupy. Z wyjątkiem mojego. Nie wiem, jaką miałam minę, bo nie widziałam sama siebie. Musiała być nieciekawa, bo kumpel podszedł do mnie i też szepnął:
– No poświeć się dla grupy…
W sumie nie miałam wyjścia i poświęciłam się.
„Sylwek” u Roberta przebiegł w miarę spokojnie. Najważniejsze, że nie było żadnych par i nikt się po kątach nie obściskiwał. Zdarzyło się kilka niekontrolowanych sytuacji, ale to temat na powieść obyczajową, a nie historyczną.
Nowy 1980 rok przywitaliśmy zatem w gronie przyjaciół. Nic nie zapowiadało przewrotu sierpniowego. Nie pojawiła się żadna kometa. Żaden meteoryt nie walnął w trawnik obok bloku. Żaden zmarły nie powstał z mogił znajdujących się na cmentarzu w pobliżu mieszkania Roberta.

I tak spokojnie nadeszła wiosna. Pewnego dnia dyrektorka szkoły poprosiła mnie do gabinetu. Oświadczyła, że naczelne harcerstwo chce, by nasza szkoła zorganizowała obóz wędrowny dla uczniów. Ot, taka atrakcja dla dzieci ze wsi, żeby trochę świata zobaczyły. Pani dyrektor poprosiła, bym sprawę przemyślała, bo jestem młoda, energiczna i taki obóz mogę poprowadzić po drogach i bezdrożach jeszcze wówczas ludowej Ojczyzny.
Kochani, czy wiecie co to takiego był „obóz wędrowny?” Pewnie nie, oj dużo straciliście, dużo…
Polegał oczywiście na wędrowaniu. Wcześniej wybierano jedną z wielu tras umieszczonych w specjalnym przewodniku. Wybór trasy równoznaczny był równocześnie z zaklepaniem noclegów w tzw. schroniskach młodzieżowych, do których zmierzaliśmy. Dostawało się również mapy terenu, przez które przebiegała trasa. Forsę na obóz wykładał organizator, w wypadku mojej szkoły – Związek Harcerstwa Polskiego. Było to – uwaga! – prawie 90% całości kosztów! Uczestnicy dokładali niewiele. Sama uczestniczyłam w takich obozach. Wiedziałam, że to wielka frajda, a dzieciakom ze wsi, co to nawet na wakacje nie jadą do babci na wieś, bo babcia mieszka razem z nimi na wsi, odrobina luksusu się należy.
Problemem okazał się drugi opiekun, który był niezbędny do przeprowadzenia przez kawałek Polski dwudziestki dzieci.
Z mojej szkoły nikt nie miał na to ochoty.
Zaczęłam szukać wśród znajomych. Nic z tego. W końcu poszłam do kumpla, tego, który kazał mi się poświecić dla grupy w noc sylwestrową.
– Poświęć się teraz dla mnie! Masz wakacje, rusz tyłek. Jedziemy.
– W sumie…. – zrobił dziwną minę – ….. czemu nie…
Zabraliśmy się za wybór trasy, załatwianie formalności i zachęcanie młodych do wyjazdu.
W połowie maja kolega zadzwonił do mnie i poprosił o szybkie przybycie. Coś mnie w jego głosie zaniepokoiło. Pobiegłam. W przedpokoju ciężko wzdychając oznajmił:
– Ne mogę jechać z tobą na ten obóz.
Myślałam, że zemdleję. Przecież wszystko jest już gotowe!
– Nie mdlej. Mam zastępstwo.
Otworzył drzwi od swego pokoju. Chciałam zemdleć po raz drugi. Przy oknie stał Robert.

❤️
2
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Z której strony jesteś? | ko 1 0

Z której strony jesteś?

Z której strony jesteś?

Zebrało mi się na klasykę. Klasykę klasyk. Do tego zapomnianą i …. chciałam powiedzieć wyklętą, ale współczesność tym słowem określa coś, przepraszam kogoś zupełnie innego. Autor „Kordiana i chama” Leon Kruczkowski został wymazany z historii literatury polskiej. Za ostro? Czyżby? Autor w/w książki oraz dramatu „Niemcy”, ongiś lektury obowiązkowe, został usunięty nie tylko z listy lektur, ale z nazw licznych szkół, które to nazwy zastąpiono innymi, jedynie słusznymi. Wiadomo, facet komunizował. Dosyć polityki. Przejdźmy do literatury. Od zupełnie nowego akapitu i nowego wątku.
Z polskim romantyzmem próbował już rozliczyć się Prus każąc niejakiej Izie Łęckiej olać niejakiego Wokulskiego. Nadal jednak wychwalał, Prus oczywiście, zrywy i porywy romantyczne tworząc sympatyczną postać Rzeckiego. Ale potem było gorzej. Wyspiański nie patyczkował się. W „Weselu” ustawił niedoszłych bohaterów w chocholim tańcu. O innych utworach rozliczających romantyzm nie wspomnę. Mój ukochany Żeromski też zrobił swoje. Co komu po romantycznych ideach zdają się pytać bohaterowie „Ludzi bezdomnych” czy „Przedwiośnia”. Dziś po romantyźmie Mickiewicza pozostało nam jedno – kochamy wszelkie klęsk, wszak tamta epoka z nich się składała.
Kruczkowski idzie krok dalej niż jego poprzednicy. Też rozlicza się z ponoć pięknymi ideami, ale inaczej. Jego „Kordian…” to obraz życia Polaków pod zaborem rosyjskim, tuż przed wybuchem powstania listopadowego. Są oczywiście spiskowcy, jest słynny Wysocki, który mówi:” Umiem strzelać i robić bagnetem”. To oczywiście wystarczy, by wygrać z zaborcą. Uf, przypomina się cytat z „Pana Tadeusza”, uznanego za epopeję narodową, bo zaczyna się od słów „Litwo! Ojczyzno moja!”
„Szabel nam nie zabraknie; szlachta na koń wsiędzie,
Ja z synowcem na czele, i — jakoś to będzie!” – mówi Sędzia w Księdze Szóstej.
Jak było, wiemy. Kruczkowski nie bawi się jednak w ironię czy sarkazm. Swą opowieść opiera na autentycznym pamiętniku Kazimierza Deczyńskiego, wydanego w 1907 roku. Postać tę czyni bohaterem utworu. Wywodzący się z chłopstwa nauczyciel jest owym „chamem”, jak określała ludzi niższego stanu szlachta. To właśnie ona była największym wrogiem ludu. To ona wyciskała z chłopów wszystko, co się dało. Nie uznawała sprzeciwu. Przekonał się o tym właśnie Deczyński. Czyż po doświadczeniach z panami dziedzicami, lud miał razem z nimi iść walczyć z zaborcą? Kim w ogóle był zaborca? Ciemiężycielem jest ktoś zupełnie inny…
Kruczkowski nie polemizuje z romantyzmem. On go rozlicza. Twardo i bezwzględnie. Tak jak Wyspiański w „Nocy Listopadowej”. Ów przedstawia sytuację, kiedy podchorążowie wychodzą na ulicę Warszawy, krzyczą „Do broni”, a mieszczanie po prostu zamykają okna…
Nauka na dziś? Dziwicie się co niektórzy, że pół Polski głosuje tak, a pół inaczej? Która część jest „Kordianem” ze szlacheckiego domu w wielkim mieście, a która „chamem” z prowincji? Poszukując odpowiedzi, przeczytajcie zapomnianego Kruczkowskiego….

❤️
3
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Głupota nie ma granic | ko 2

Głupota nie ma granic

Głupota nie ma granic

Po kilku ambitnych i starszawych książkach, postanowiłam odpocząć. Przydałoby się coś lżejszego, świeższego, coś na złapanie oddechu. „Kobieta i małpa” Petera Hoega wydała mi się propozycją właściwą. Na okładce pojazd, a w nim tytułowa baba i zwierzę. Na tylnej okładce oczywiście mini recenzja. Ma to być ekothriller albo filozoficzny zoothriller. Eko jestem, zwierzęta lubię, zatem zabieramy się za czytanie.
I trochę tego kroku żałuję. Mogłam nie zaczynać. A przynajmniej nie brnąć dalej kartka po kartce. Niestety, ciągle czekałam na ten thriller, bez względu na to jaki ma być. A co dostałam?
Najpierw małpa uciekła. W porządku. Jak to zwierzę wolne prowadzone do niewoli. Potem ją złapano. A wszystko to było w Londynie. A więc jak już pojmano małpę, to zamknięto. W prywatnym domu. W celu przeprowadzenie badań i eksperymentów „biomedycznych” (to słowo z „Seksmisji”). W domu tym mieszkała kobieta, zwana alkoholiczką, bo piła nałogowo alkohol. Kobieta poznała małpę, która była rodzaju męskiego, zatem był to małp. Małp spodobał się kobiecie i ona mu też. Zwłaszcza, że był to mądry małp, szybko się uczył, a do tego nie był wielkim King Kongiem. Ważył co prawda 150 kilo, ale wzrostem nie przewyższał przeciętnego Kowalskiego, przepraszam, chyba jednak Browna, bo to w Anglii było.
W ten oto sposób zamiast zoothrillera mamy zoofilię, która to Światowa Organizacja Zdrowia umieściła w Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób ICD-10 jako rodzaj „innych zaburzeń preferencji seksualnych”, Kto jest zaburzony, małp czy kobieta, w pewnym momencie już nie wiadomo. W każdym razie romans trwa w najlepsze. Małp się rozwija intelektualnie, kobieta ma satysfakcję seksualnie. I niby wszystko gra. Przynajmniej dla autora i wydawnictwa. Przyjrzałam się zatem temu drugiemu. Wygląda przyzwoicie „Noir sur blanc” zapowiada „oryginalne osobowości twórcze, nieporównywalne style i poetyki pisarskie. Wspólnym mianownikiem jest tu talent i nowatorstwo, które wzbudziły nasz entuzjazm i które tworzą wyjątkowy literacki pejzaż”. Wśród książek wydanych przez nie – „Imię róży” Umberto Eco. Małpa i baby jakoś nie udało mi się znaleźć. Źle szukałam? Wydawnictwo nie przyznaje się? W sumie może to i dobrze. Nieudane pozycje literackie powinny zniknąć. A ta na pewno do nich należy.
W sumie jeśli chodzi o małpy i kobiety, wole tradycyjnego King Konga. Ten małp przynajmniej kochał i bronił. Takiego małpa można, a nawet trzeba polubić. Uczyniły to Fay Wray w 1933, Jessica Lange w 1976, Noami Watts w 2005 i pewnie jeszcze inne aktorki w filmach o Kongu. Pozostańmy więc przy starym, dobrym potworze z wyspy Czaszki i jego obrońcach, którzy z zoofilią nie mają nic wspólnego.

❤️
3
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Cudowna podróż | c 0

Cudowna podróż

Cudowna podróż

Jeśli wierzyć Wikipedii, Selma Lagerlof napisała „Cudowną podróż” na zamówienie, jako podręcznik do nauki geografii Szwecji, oczywiście dla dzieci. Musiał być genialny, skoro przetłumaczona go na ponad 50 języków. „Cudowna…” ukazała się w 1907 roku, a pierwsze jej wydanie w języku polskim było w 1910. Niezwykle szybko jak na początek dwudziestego wieku. Od tego czasu napisano o niej bardzo dużo. Autorka w 1909 otrzymała literacką nagrodę Nobla i jako pierwsza kobieta została członkinią Akademii Szwedzkiej, przyznającej od 1901 właśnie Nobla w dziedzinie literatury. Czy można więc napisać coś nowego, odkrywczego o przedziwnej opowieści o podróży Nilsa, zamienionego w krasnoludka, niesionego na skrzydłach gąsiora Marcina przez Szwecję? Na pewno należy potwierdzić, że jest to książka genialna, niezwykły podręcznik pozwalający na poznanie swego kraju przez dzieci w czasach, kiedy internetu nie było, ba, kiedy wynalazek braci Lumiere, zwany filmem, dopiero raczkował.
Ubranie wiedzy w płaszcz legend i baśni nowością właściwie nie był nawet wówczas. Właśnie tego typu opowieści uczyły dzieci odpowiedniego zachowania, pokazywały świat „za górami, za lasami”. Baba Jaga z opowieści o Jasiu i Małgosi, spisanej w 1812 roku przez braci Grimm, nadal straszy dzieci i uczy – „Nie rozmawiaj z nieznajomymi”. Mądrość ważna do dziś. Utwór Lagerlof idzie o kilka kroków do przodu. Autorka umieszcza w nim opowieści związane bezpośrednio z obszarem Szwecji, który opisuje. Oprócz świata fantazji, jest również świat realny. Oto gęsiarka Aza i jej braciszek Mats szukają swego ojca. W czasie długiej wędrówki chłopiec umiera. Ale dobrzy ludzie wskazują dziewczynce kierunek dalszej wędrówki. Docieramy wraz z nią do Laponii. Patrzymy na ciężka pracę rybaków, poznajemy dobrych ludzi i odnajdujemy Jona Assarssona. Wzruszająca opowieść o miłości, tęsknocie i radości odnalezienia.
Po „Cudowną podróż” sięgnęłam będąc już … na emeryturze. Dlaczego tak późno? Jako dziecko przerażała mnie objętość książki, dwa duże tomy formatu prawie A4, stały na półce z baśniami w dzielnicowej bibliotece. Pani bibliotekarka wielokrotnie zachęcała mnie, bym wypożyczyła, bo warto, bo to piękna opowieść. A potem przestałam czytać baśnie, bo to obciach. Wiadomo człowiek był już w wyższych klasach szkoły podstawowej. Często patrzyłam na wznawiane wydania, czytałam o książce, ale po nią nie sięgałam.
Dobrze się stało. Jako dziecko zapewne nie uchwyciłabym pełnego sensu opowieści. Do nich trzeba po prostu dorosnąć lub czytać je powoli. Co jakiś czas jedną, dwie… Najlepiej gdyby robił to jakiś dorosły, który usypia dziecko czytaniem bajek. Jest wtedy czas na spokojne delektowanie się pięknym tekstem. Są bowiem utwory, które trzeba czytać tylko w dzieciństwie i takie, do których dziecko musi dorosnąć…

❤️
1
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Bezsenność | z 6

Bezsenność

Bezsenność

Ludzie cierpiący na bezsenność
są latarniami
wskazującymi drogę
do tajemnicy wnętrza.

Na jedenastym piętrze
betonowego bunkra
włączają energooszczędną żarówkę
i pilnują spokoju miasta.

Dają znać
jadącym nocnymi autobusami
przez Polskę,
że życie toczy się ,
mimo wyłączonej sygnalizacji świetlnej.

Ludzie cierpiący na bezsenność
wysyłają sygnał
do ludzkiej duszy.

Ich bezgłośne wołanie
pozostaje bez odzewu.

Świat śpi.

foto – moje

❤️
3
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Zdrowy świat | s 0

Zdrowy świat

Zdrowy świat

Uśmiech na twarzy.
Błysk w oku,
Lśniące zęby.
Regularny oddech.
Serce w normie.
Sprawne dłonie.
Nogi bez żylaków.
Miękkie stopy.

Mózg z zawartością
miłości
wyrozumiałości
i współczucia.

Pełny żołądek.
Wątroba bez skazy.

więcej moich utworów na https://www.czarownice.kosz.pl/opis-1-O_autorce.php

❤️
1
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Niebezpieczna recenzja | nie 0

Niebezpieczna recenzja

Niebezpieczna recenzja

Na studiach, kierunek filologia polska, podstawowym przedmiotem była „historia literatury polskiej”. Jako studenci czytaliśmy wszystko od czasów najdawniejszych po współczesne. W pewnym momencie doszliśmy do socrealizmu czyli drugiej połowy lat 40 – tych do pierwszej połowy lat 50 – tych. Takie sobie dziesięciolecie, kiedy marksizm – leninizm wkroczył do sztuki i ta propagowała jedynie słuszną wówczas ideologię. Szybko jednak zniknął, bo artyści nie dali się do końca przekonać o owej słuszności. Powstało jednak wtedy sporo propagandowych utworów, które też zniknęły, bo okazały się niepoprawne politycznie. W związku z tym my, studenci z lat 80 – tych mieliśmy problem. W końcu studiowaliśmy historię literatury, należało zatem socrealizm też poznać, zamiast udawać, że go nie było, czyli coś przeczytać. A tu niczego nigdzie nie było. W sumie jakoś wybrnęliśmy i przestudiowaliśmy parę cudem zdobytych książek.
Wstęp długi, ale konieczny. W moje ręce trafiła książka Mariana Reniaka ( właściwie Marian Józef Strużyński) „Niebezpieczne ścieżki”. Jeśli wierzyć źródłom informacyjnym, jest to pamiętnik pracownika Służby Bezpieczeństwa, który rozpracował ostatni podhalański oddział partyzancki „Wiarusy”. Było to w 1949 roku. „Niebezpieczne…” są zatem utworem zwanym współcześnie non fiction. Tekst napisany sprawnym językiem. Bez fajerwerków. Trzyma w napięciu. Każdego. Czy uda się agentowi SB? A może „Harnaś” nie da się wpuścić w maliny? Słowem, mamy powieść o charakterze sensacyjnym. W 1969 pokazywano ją w telewizyjnym Teatrze Sensacji w trzech częściach. Ponoć jedni widzowie klęli. Inni podziwiali. W każdym razie tekst musi być ogólnie ciekawy. Niestety, dziś jest zupełnie niepoprawny politycznie. Pewnie do tego stopnia, iż jego telewizyjnej adaptacji nie można nigdzie obejrzeć.
Pogdybajmy jednak… Gdyby tak zamienić SB na zwykłą policję, agenta „Henryka” na kuzyna Jamesa Bonda „Wiarusów” na bandę oprychów, a „Harnasia” na szefa owej bandy, akcję przenieść tak dziesięć lat później lub wcześniej, wszystko by nam zagrało. Otrzymalibyśmy całkiem przyzwoity utwór kryminalno – sensacyjny, czyli thriller.
Nie w tym jednak rzecz. Zaczęłam od kłopotów studenta filologii polskiej. Obecny student pewnie też może takowe kłopoty mieć, jeśli zniszczymy, wycofamy i zakażemy czytania utworów, w których SB i UB jest górą, bo dziś są niepoprawne politycznie. Uważam, że powinny istnieć. Każdy powinien mieć do nich dostęp. Tym bardziej, jeśli są to teksty o charakterze dokumentalnym, pamiętnikarskim. Są dowodem minionych lat, naszej historii, której nie da się zmienić, bo jest czasem przeszłym.
Przeczytajcie zatem „Niebezpieczne ścieżki” Mariana Reniaka i podyskutujmy na temat roli literatury w naszym intelektualnym życiu.

❤️
2
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
– 1 – 5 – 6 – 7 – 8 – 9 – 10 – 11 – 22 –